— Zamknij się w końcu! Mam cię dosyć!

— „Zamknij się w końcu! Mam cię dość!” — krzyknął Kosztya, rzucając talerz pełen kanapek na ziemię. Następnie chwycił telefon ze stołu i zadzwonił do matki.
— „Mamo, już nie wytrzymam. Rozumiesz? Wszystko mi ją przypomina…” — krzyczał ze łzami w oczach.
Zsorik, kot, leżał nieruchomo na pustej ławce w opuszczonym parku, chowając łapy pod sobą. Powietrze nagle wypełnił zapach mrozu, a płatki śniegu powoli opadały na ziemię. Śnieg, jak cukier puder, delikatnie osiadał na jego czerwonym futrze. Jednak od tego „cukru pudru” życie nie stało się słodsze. Śnieg był bez smaku i zimny.
Zsorik wiedział, próbował… Ostatnio musiał próbować wielu rzeczy: wyschniętego chleba, twardego jak cegła, przypalonej kaszy ryżowej, wyrzuconej kiełbasy po terminie z wysypiska. Nie było sensu wybierać — trzeba było jeść to, co „dają”. Inaczej człowiek — czyli kot — pozostaje głodny. A kto głoduje, ten długo nie pożyje — taka jest okrutna prawda życia.
Zsorik z trudem otworzył oczy i głęboko westchnął — prawie jak człowiek, który zdaje sobie sprawę, że nie może już zmienić swojego życia. Który uświadamia sobie, że życie nie jest z cukru. Wręcz przeciwnie — gorzkie jak piołun… I im dłużej żyjesz, tym bardziej czujesz smak goryczy.
„Jeszcze jeden dzień…” — pomyślał zmęczony Zsorik. Jeszcze jeden dzień, który wydaje się wiecznością… A na końcu, jak zawsze — tylko całkowita beznadzieja. I nie mógł nic na to poradzić. Tylko się poddać.
Mieszkał na ulicy od miesiąca. Jeśli można to nazwać życiem — to raczej było przetrwanie, w najdosłowniejszym tego słowa znaczeniu. I jeśli początkowo udało mu się coś znaleźć, teraz stało się to trudniejsze. Bo…
…tydzień temu zaczął padać śnieg. Zsorik po raz pierwszy w życiu zobaczył śnieg i od razu go znienawidził. Bo śnieg mu przeszkadzał. Przeszkadzał w przetrwaniu.

Wszystko, co wcześniej mógł znaleźć na ziemi lub asfalcie, teraz było ukryte pod grubą warstwą śniegu. Tego pechowego dnia pod śniegiem została również plastikowa miska, w której wczoraj życzliwa starsza pani przyniosła mu jedzenie dla kota. Zostawiła trochę na rano, żeby nie musiał wędrować głodny. Ale w nocy zaczął padać śnieg.
Zsorik, jak potrafił, obiema łapami kopał śnieg, żeby dostać się do jedzenia. Ale nie udało się. W końcu, zrozpaczony, zaczął jeść śnieg, ale natychmiast go wypluł. Bez smaku i zimny.
Wtedy uświadomił sobie, że śniegiem nie da się najeść. Trzeba szukać jedzenia gdzie indziej. Ale gdzie?!
Dokądkolwiek spojrzał — wszędzie tylko śnieżny krajobraz. Nawet chodzenie po nim było trudne — jego łapy zapadały się. Ale on się nie poddawał. Nie miał w zwyczaju. A kiedy nic nie znalazł, chował się, żeby odpocząć w jakimś ustronnym miejscu.

Ale z tymi też były problemy. Piwnice były zamknięte, nie wpuszczano go do klatek schodowych. Wyrzucone kartonowe pudła były już zajęte przez inne koty. Więc Zsorik szedł dalej. Powoli, zziębnięty, ostrożnymi krokami, jakby każdy krok był małym zwycięstwem nad zimnem. Już nie liczył, ile razy się poślizgnął, ile razy upadł na brzuch lub po prostu usiadł w środku niczego, żeby trochę odpocząć. Czasami wydawało się, że czas się zatrzymał — tylko śnieg padał nieprzerwanie, jakby to było białe, nieme wyrokowanie.
Wszedł do małego zaułka, gdzie wiatr nie wiał tak mocno, a ściany domów dawały pewną ochronę przed zimnem.