Przebiegły plan męża

— Gdzie idziesz, Inna? — zapytał zdziwiony jej mąż, widząc, jak starannie układa ubrania w walizce. Składała je tak dokładnie, jakby przygotowywała się nie na wyjazd, a na wystawę. Inna była zawsze znana ze swojej porządności i precyzji.
Mieszkali razem prawie dwadzieścia pięć lat. Ich życie przypominało skrupulatnie zaplanowany kalendarz: wakacje w tym samym kurorcie co roku, odwiedziny u rodziców co drugi weekend, codzienna kawa o tej samej porze, z jedną łyżeczką cukru i kanapka z serem o dokładnie tej samej grubości. Leonid żartował, że jego żona miała linijkę w głowie.
Każdego wieczoru Inna oglądała ten sam serial kryminalny, potem przygotowywała jedzenie na następny dzień i kładła się spać o dziesiątej. Przez dwadzieścia lat nic się nie zmieniało. W poniedziałki jedli kurczaka, w środy rybę. Na początku Leonid narzekał, ale w końcu się przyzwyczaił. Aż pewnego dnia postanowił, że coś musi się zmienić.
— Dlaczego milczysz, Inno?
— Co? — podniosła głowę.
— Pytam, dokąd idziesz?
— Dokąd mam iść? Na wakacje, oczywiście — odpowiedziała spokojnie. — Zapomniałeś, że wyjeżdżamy jutro?
— Myślałem, że nie mogłaś wziąć urlopu… Powiedziałaś, że ci nie dali!
— W końcu udało mi się. Co, myślałeś, że zostawię “Kalambokę” po dwudziestu latach? Nowa koleżanka — ta kurczakowa dziewczyna — próbuje mnie wkręcić, ale wniosłam wniosek o urlop już zeszłego roku. Wszystko załatwione.
Leonid pobladł.
— Więc… jedziesz ze mną?
— Nie “ze mną”, “razem jedziemy”. Jak zawsze. Nie martw się, kochanie. Nie zostawię cię samego — pogłaskała go delikatnie po ręce, ale w jej oczach czaiła się niepewność. Coś jej śmierdziało.
Tego poranka Leonid zachowywał się dziwnie: to on przygotował śniadanie. Zrobił nawet jej kawę.
— Herbata czy kawa? — zapytał, trzymając kubek.
— Kawa, oczywiście. Z jedną łyżeczką cukru… — odpowiedziała z przyzwyczajenia, ale potem sięgnęła po kubek. — Lepiej zrobię to sama. Idź polerować swoje buty.
— Może lepiej, żebyś to zrobiła ty… niech się nie stanie jakaś szkoda — odpowiedział, znowu łapiąc jej kubek.

Inna wyszła z kuchni, ale podglądała go ukradkiem. Wydawało jej się, że coś dosypuje do filiżanki — i to nie była cukier.
— Idę do sklepu po wodę i chusteczki. Wypij kawę, póki gorąca — zawołała i wyszła szybko.
Wiedziała, że coś jest nie tak. Polizała tylko brzegi filiżanki — nie wypiła.
Przez okno widziała, jak schodzi i rozmawia przez telefon:
— Wsypałem proszek do jej kawy, jak mi powiedziałeś… Co? Nie miałem wiedzieć, że kawa to nie jest dobre miejsce! Nie będzie miała żadnych problemów, tylko biegunkę, nie zdąży na samolot, a ja polecę sam.
Inna uśmiechnęła się. Zrozumiała wszystko. A teraz miała i ona plan.
Następne, co się wydarzyło, to „tragedia”: Leonid znalazł ją na podłodze, nieprzytomną. Sąsiadka, Zina, wbiegła do środka, krzycząc i wezwała karetkę. Leonid próbował ukryć ślady, zabrał swoją walizkę i zniknął.
Następnego dnia, w ośrodku wypoczynkowym, obok niego spała inna kobieta: nowa znajoma z internetu, Zanna.
Ale gdy rano otworzył oczy, nie zobaczył jej obok siebie.
Zobaczył Innę.
Bladą, z rozwianymi włosami, jakby wyszła z koszmaru. Krzyknął, pobiegł do okna i skoczył z drugiego piętra.
Ironia? Nie zginął. Złamał kręgosłup. Od tej pory jest przykuty do wózka inwalidzkiego.

Gdy w szpitalu zapytali go, co się stało, mruknął:
— Nie chciałem jej zabić… po prostu trochę proszku do kawy… nie wiedziałem, że to niebezpieczne…
Inna usłyszała wszystko i odpowiedziała tylko:
— Nie złożę doniesienia. Nie ma potrzeby.
Bo “śmierć” była tylko sztuczką. Wiedziała, co planował jej mąż. Udawała omdlenie. Zina była w to zamieszana. Inna poszła za mężem na wakacje i zajęła miejsce Zanny.
A resztę… zrobił sam.
Później, kiedy Leonid trafił do psychiatrycznego skrzydła, Inna sprzedała dom — był na jej nazwisko — i wyjechała do dalekiego miasta, gdzie mieszkała jej córka.
— Czas na trochę odpoczynku. Zobaczę świat, póki jeszcze mogę.
Zina patrzyła, jak odchodzi, ale nic nie powiedziała.
Leonid już nie potrzebował wakacji. Ani żony. Tylko przebaczenia. Ale nikt nie mógł mu go dać.