Codzienność weterynarza

— Czy go wykastrujesz? — dziś Alieszka, sekretarka, która wie, jak bardzo nie znoszę kastracji, pyta mnie tak, jakby przepraszała.
— Co się dzieje? — pytam zmęczony.
— Starość… — mówi.
— Starzenie się — kontynuuję nasze oklepane zdanie — to nie jest diagnoza!
Alieszka zamyka oczy i z wyrzutami dodaje:
— On też jest cukrzykiem. Ma zespół Cushinga. Właściciel… płacze.
Zespół Cushinga to choroba endokrynologiczna wywołana przez guz nadnerczy lub przysadki mózgowej. Leczenie nie jest tanie, ani łatwe, ani bez ryzyka. Jest długotrwałe, trudne i na całe życie. Do tego wymaga wielu badań równoległych i dużych nakładów finansowych na diagnostykę. Najgorsze jest to, że nawet wtedy nie zawsze znajduje się odpowiednie leczenie. Jednym jest usunięcie guza nadnercza chirurgicznie i podawanie hormonów psu do końca życia. Inne, gdy guz jest w mózgu: wtedy usuwa się oba nadnercza i potrzebny jest bardzo drogi lek z zagranicy, również dożywotnio. A jeśli są przerzuty? Cukrzyca to komplikacja zespołu, cholera.
— Jesteście pewni diagnozy Cushinga? — szukam Alieszki wzrokiem.
— Wstępna ocena, — odpowiada, i podaje mi stare, poplamione kartki z pomiarami cukru i dawkami insuliny, historię leczenia cukrzycy, co samo w sobie jest dużym wyzwaniem dla właścicieli.
Jeśli trzeba, są testy z deksametazonem, badania przysadki, USG nadnerczy i powtarzane badania krwi — możesz je zaproponować jako alternatywy przed kastracją. Jeśli ktoś zapyta.
Alieszka woła kobietę — ciągnie ona chorego, czarnego spaniela z dużym brzuchem i łysiejącymi plamami na bokach. Pies prawie nie stawia łap, kobieta płacze głośno i ukrywa twarz w mokrej chusteczce. Obraz kobiety i starego psa jest miażdżący. Nie proponuję żadnej alternatywy.
— Wolałabym… — mówi kobieta przez łzy — żebyście go nie kastrowali na stole?
— Na podłodze? — pytam zaskoczony.
Kręci głową i podaje mi białą flanelową kołdrę „żeby go przykryć”, i obok pomarańczową drugą kołdrę:
— Może ktoś ją jeszcze chce — i znowu płacze.
Dobrze. Podniesienie psa na stół może być dla niego dużym stresem. Czuję, jakbym słyszał ostatnie życzenie umierającego. Nie dodaję już o bardzo wysokim kortyzolu — hormonie stresu. Jeśli ma być na podłodze, niech będzie na podłodze…
Wypisuję recepty, tłumaczę standardowe dawki leków, napełniam strzykawki.
— Nie musisz być obecna, — mówię do kobiety.
— Zostanę, — odpowiada.
O Boże, co to za człowiek.

Kładziemy psa w kołdrze, Alieszka znajduje żyłę, golę futro: podłoga jest ciemna, żyła słabo widoczna, i myślę o warunkach, w których weterynarz uliczny robi kastracje — na dworze, w zimnie, błocie, w brudnej, ciemnej stodole — kiedy przypadkiem mu towarzyszyłem.
Spaniel zasypia łatwo, jakby tego oczekiwał. Słyszę serce przez stetoskop. Cisza. Owijamy go w białą kołdrę. Kobieta zostawia psa na kremację, odchodzi płacząc.
Zapomina rękawiczek.
…Śmierć. Uwolnienie od bólu.
Teraz patrzę bardziej wyrozumiale na śmierć, jeśli wiem, że leczenie będzie długie i bolesne lub że nie ma nadziei. Ostatnio dwie kobiety przyprowadziły bezdomnego kota z połamanym i zgniłym w trzech miejscach żuchwą; pod skórą miały gniazda robaków, kot był w szoku z powodu utraty krwi i bólu. Pewnie został potrącony przez samochód kilka dni wcześniej i dopiero teraz go znaleźli i przyprowadzili. Może jeszcze się nie poddał.
Jestem po stronie życia, ale gdy widzę coś takiego, moje ręce nie drżą, a pacjenci ci nie śnią po nocach. Z dwóch złych wybieramy mniejsze, a śmierć może być uwolnieniem od męczącego życia. Życie wydaje się nierozłączne z bólem.
…I ironia jest taka, że kolejny klient to mężczyzna z zdrowym, młodym psem rasy Schnauzer pieprz i sól — pamiętam ten kolor, bo kiedy byłem studentem, moja dziewczyna bardzo chciała pieska właśnie w tym kolorze. Sprzedali jej rude szczenię, mówiąc, że kolor się zmieni z czasem, nie martwić się. Szczenię jednak nie urosło na Schnauzera, tylko na zwykłego, krótkonogiego kundelka, a rudy kolor pozostał, co zawsze nas rozśmieszało. Żartowaliśmy „No więc pieprz i sól?” Ostatecznie dziewczyna go zatrzymała i bardzo pokochała.
— Muszę go wykastrować, — przerywa mi mężczyzna z tych radosnych wspomnień.
Przepraszam? Kontrast jest tak duży, że jego słowa spadają na mnie jak ciężki młot. Patrzę na mężczyznę, potem na młodego, zdrowego i słodkiego psa, i znów na niego.
— Tego?
Robi sobie ze mnie żarty?
— Tak, — odpowiada stanowczo, jakby to była najbardziej oczywista rzecz na świecie. I ostrzega:
— Niedawno wykastrowaliśmy owczarka niemieckiego. Przestraszył sąsiada. Teraz mamy tego Schnauzera. Był bezużyteczny. Czy go wykastrujesz?

Co? Zaczynam drżeć. Nie znajduję słów, po prostu stoję i patrzę na niego jak na coś dziwnego, absurdalnego. Jest tak pewny i przekonany, że robi dobrze! W uszach słyszę narastający hałas i wiem, że zaraz uduszę tego faceta w gabinecie. Po prostu go mocno przytulę. Całą miłością, jaką mam.
— Idź, ja z nim porozmawiam — ratuje mnie Alieszka, niemal wyciągając na zewnątrz.
A ja zsuwam się ze stołu, na którym się trzymałem palcami.
— Idź się napij herbaty.
„Idź się napij herbaty” — zdanie odbija się w mojej głowie.
Herbaty… naciśnij to…
— Kastrujemy tylko rozpaczliwie chorych — słyszę głos Alieszki, gdy odchodzę kiwając głową. Mówi mi jeszcze coś, a ja modlę się, by mężczyzna nie krzyknął czegoś w stylu „Co mam zrobić, wrzucić mu kamień na szyję i utopić go w rzece?” — czy coś podobnego, co często wrzeszczą, gdy weterynarz nie spełnia wymagań.
Zimna herbata i zapomniana czekolada na półce przywracają mnie do rzeczywistości. Gdy wracam, widzę mężczyznę z pieskiem. Między weterynarzem a ludzkim sercem nie chodzi tylko o leczenie, ale o ból i poszukiwanie sensu życia. Razem.