„Czasem najtrudniej dostrzec to, co leży tuż pod naszym nosem.”

„Czasem najtrudniej dostrzec to, co leży tuż pod naszym nosem.”

Tak właśnie było w moim przypadku z filmem Kevin sam w domu. Przez wiele lat widziałem wszystko w tej historii, oprócz jej głównego przesłania — prawdziwego sensu tej świątecznej opowieści. Choć troskliwi twórcy filmu — najwyraźniej dla takich ludzi jak ja — jasno przekazali to znaczenie, zajęło mi niemal ćwierć wieku, by te dwie proste słowa zrozumieć poprawnie.

Początkowo myślałem o tym filmie jako o nowoczesnej wersji opowiadania O. Henry’ego Wódz Rdzennych Amerykanów, przerobionej na świąteczną bajkę. W opowieści O. Henry’ego energiczny chłopiec powoduje, że dwójka pechowych, melancholijnych dorosłych przeżywa atak serca w chwili własnego porwania.

W filmie Kevin sam w domu mały bohater prowadzi wojnę ze „głupimi” dorosłymi bandytami w podobny sposób, korzystając z klasycznych indiańskich metod: sprytnych pułapek, zasadzek, strzał samobronnych, upadków i innych pomysłowych sztuczek. A ponieważ każda świąteczna opowieść ma morał, scenarzyści ułożyli go wokół tej historii o nieletnim Rambo: chłopiec źle się zachowuje, zostaje ukarany, czuje się urażony i mówi rodzinie: „Chciałbym, żebyście wszyscy nie przyszli.” I — jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki — jego życzenie się spełnia: zostaje całkowicie sam w domu, przechodzi przez poważne próby i dochodzi do wniosku, że największą wartością człowieka jest jego rodzina.

W skrócie: prosta, dobrze zrobiona komedia sytuacyjna z lekkim moralizatorskim akcentem. Co tu jeszcze dodać? Jest o czym rozmawiać — i to dużo.

Teraz dostrzegam w tym filmie jeszcze głębszą warstwę znaczeń, którą uważam za najważniejszą i tak oczywistą, że może być przeoczona właśnie dlatego, że jest tak oczywista.

Główny bohater — Kevin — nie został sam w domu, bo jego zapracowana rodzina nagle o nim zapomniała, przygotowując się do wyjazdu samolotem. On po prostu jest samotny w domu. Jeden z jego bliskich odrzucił go, odmówił dzielenia się ciepłem i radością wzajemnej relacji. Jest sam, mimo że ma rodzeństwo, kochającą matkę i odważnego ojca. Ale co z tego, skoro rodzeństwo tylko go poniża, a rodzice są wiecznie zajęci własnymi sprawami i zwracają uwagę na Kevina jedynie wtedy, gdy próbuje się bronić przed prześladowaniem ze strony starszego brata — złego i obłudnego — a w takich sytuacjach rodzice zawsze stają po stronie oprawcy.

I nie mówimy tu o dziecku zamkniętym, niezdolnym do kontaktu z innymi ludźmi. Główny bohater jest otwarty na przyjaźń i normalną komunikację. Potrafi od razu znaleźć wspólny język z obcymi — od właściciela sklepu z zabawkami po bezdomnych w Central Parku. Łatwo adaptuje się w nieoczekiwanych sytuacjach, szczerze wyraża swoje myśli i uczucia, jest gotów pomagać, okazuje szacunek innym i pielęgnuje istniejące przyjaźnie.

Ale wszystko to dotyczy tylko obcych na zewnątrz rodziny. W domu jest mu boleśnie samotnie. I nie ulega wątpliwości, że to nie wina Kevina. Wszystkie jego próby nawiązania kontaktu z rodziną są natychmiast tłumione przez nich bezlitośnie.

Nawet po powrocie rodziny do domu, po radosnym powitaniu, matczynych objęciach i wzajemnych wyznaniach miłości, chłopiec natychmiast dostaje dawkę drwin i kpin. Przypomnę istotę konfliktu: rodzina nagle przyjeżdża z innego miasta, matka martwi się, że po drodze nie zdążyli kupić mleka na śniadanie. Kevin, chcąc zrobić rodzinie przyjemność, mówi, że już był w sklepie i zrobił zakupy.

I wtedy zaczyna się scena, która w pełni odkrywa tytuł filmu. Zamiast prostego „dziękuję”, najbliżsi rzucają na niego kolejną porcję upokarzających uwag:

– Wczoraj byłem w sklepie.

– Naprawdę? W sklepie?

– Tak. Kupiłem mleko, jajka i proszek do prania.

– Co? Żartujesz sobie? Co jeszcze robiłeś, kiedy nas nie było?

– Po prostu rozmawiałem.

– Poszedł na zakupy? Nie umie nawet zawiązać buta. Nie wierzę!

To wszystko. Kevin znów jest sam w domu. Prawdziwa samotność zaczyna się wraz z przybyciem rodziców i rodzeństwa. I tylko gdy ich nie ma, Kevin może żyć normalnym życiem człowieka, który szuka miłości i daje ją tym, którzy chcą ją przyjąć.

Ucząc się na gorzkim doświadczeniu odrzucenia w rodzinie, rozumie innych, którzy zostali odrzuceni przez bliskich: starego portiera, którego syn od dawna wyrzekł się go, bezdomną kobietę z sercem złamanym przez nieszczęśliwą miłość i zdradę. Ci poranieni, zmęczeni dorośli nagle zaczynają ożywać, gdy Kevin wchodzi w ich życie ze swoimi niewinnymi, lecz szczerymi słowami otuchy.

I nagle uświadamiasz sobie, że to nie słowa były dla nich najważniejsze, ale miłość i współczucie tego wesołego chłopca, który ma mądrość przekraczającą jego lata.

… Który z tych trzech był blisko rabusiów? Ten, który okazał miłosierdzie. Wtedy Jezus powiedział do niego: „Idź i ty czyń podobnie.” Film Kevin sam w domu pokazuje paradoksalną sytuację, gdy bohater chce okazać miłosierdzie swojej rodzinie, ale oni z irracjonalną upartością tego nie przyjmują. Wtedy wyrusza na poszukiwanie tych, którzy są gotowi zostać jego bliskimi — czyli przyjąć jego miłość i troskę.

W świątecznej historii musi być cud. I myślę, że tym cudem jest sam Kevin — jego czysta dusza i otwarte serce, gotowe nieść pomoc każdemu, kto jej potrzebuje.

Na zakończenie pierwszej części Kevin, szczęśliwy i uśmiechnięty, spogląda przez okno, gdy stary sąsiad, który skorzystał z jego rady, wraz z żoną i wnukami odnajduje rodzinę po latach samotności. W finale drugiej części, zostawiając rodzinę w hotelu, by zniszczyć ich ciężko zdobyte prezenty, biegnie do parku, by złożyć świąteczne życzenia bezdomnej kobiecie i podarować jej zabawkę choinkową jako symbol przyjaźni.

Blisko niego stoją ci, którzy są jeszcze bardziej samotni, a których Kevin pomógł wyrwać się z niewoli samotności. A w domu on sam wciąż jest sam.

To jest przesłanie, które dostrzegam w tym starym świątecznym filmie. Jego twórcy chyba chcieli powiedzieć widzom: „Ludzie, rozejrzyjcie się! Czy jest ktoś w waszej rodzinie, kto żyje samotnie, tak jak Kevin?” Może wśród waszych bliskich są tacy, których z jakiegoś powodu odrzucacie, skazując ich na samotność w kręgu własnej rodziny. Zamieńcie ich gniew w miłosierdzie, dajcie im szansę kochać was i być przez was kochanymi.

Sam Bóg powiedział: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam.” A już na pewno nie jest dobrze, gdy ktoś zostaje sam w domu, pośród własnych bliskich.