Kobiety za nim szalały, mężczyźni mu zazdrościli. Był wysoki, przystojny, o wyrazistych rysach twarzy. Jego męska uroda była dla wielu kobiet niedoścignionym marzeniem. Ale idealnym mężczyzną, nieustraszonym i nieskazitelnym rycerzem, był tylko na ekranie.

Prawdziwe życie Jeana Marais dalekie było od postaci, które odgrywał w filmach. Swoją karierę zawdzięczał reżyserowi Jeanowi Cocteau, z którym łączyła go bliska relacja – i bynajmniej nie była to tylko przyjaźń.
Przyszły gwiazdor kina był osobliwym dzieckiem. Jego ojciec pracował jako weterynarz. O matce mówiono, że była oszustką albo zwykłą złodziejką – wielokrotnie trafiała do więzienia za swoje przekręty. Podobno bardzo pragnęła córki. Ale urodził się chłopiec. Rozczarowanie pogrążyło ją na pewien czas w depresji, lecz ostatecznie pogodziła się z losem.
Jean intuicyjnie wyczuwał pragnienia matki – i podświadomie zawsze starał się im sprostać. W dzieciństwie przebierał się w sukienki, kokietował rówieśników. Dorośli często brali go za młodą panienkę. Jednocześnie był prawdziwym łobuzem: bił się, kradł, wyśmiewał nauczycieli w kobiecych strojach – za co usunięto go z kilku szkół.

Pewnego dnia matka zabrała go do kina. To doświadczenie zmieniło jego życie. Jean zapragnął zostać aktorem. Droga do sukcesu nie była jednak usłana różami, lecz cierniami. Aby opłacić naukę, podejmował się różnych prac: malował obrazy, pozował do magazynów mody. Trzykrotnie próbował dostać się do konserwatorium w Paryżu i wysyłał swoje zdjęcia do wielu wytwórni filmowych.
Ale francuskiego amanta wszędzie odrzucano. W końcu, w wieku dwudziestu lat, przyjęto go na kurs dla początkujących aktorów, gdzie brał udział we wszystkich szkolnych przedstawieniach. Podczas jednego z nich zauważył go reżyser Marcel L’Herbier i nawiązał z nim bliską relację. Pomagał mu, obsadzając go w swoich filmach.
Tak było przez kilka lat, aż w 1937 roku Jean Marais poznał słynnego reżysera Jeana Cocteau. Mistrz wyznał mu miłość i obiecał, że zrobi z niego gwiazdę filmową, jeśli uczucie zostanie odwzajemnione. I dotrzymał słowa. Wprowadził Maraisa do elity towarzyskiej.

Ze średniego aktora zrobił prawdziwego mistrza. Powierzał mu główne role w niemal wszystkich swoich filmach i sztukach teatralnych. Jean Marais stał się znany na całym świecie. Jego filmy – jak Hrabia Monte Christo, Fantomas, Człowiek w żelaznej masce – były znane nawet w Związku Radzieckim.
Co ciekawe, mimo swoich skłonności, Marais służył na froncie – walczył przeciwko nazistom, choć dopiero po tym, jak opuścili Paryż. Za odwagę otrzymał odznaczenie. Przez kilka lat był żonaty z aktorką Milą Parely, ale małżeństwo nie przetrwało. Z Jeanem Cocteau przeżył ponad 25 lat – aż do śmierci reżysera.
Jean Marais nigdy nie miał własnych dzieci. W 1962 roku adoptował jednak 19-letniego chłopca romskiego pochodzenia, imieniem Serge. Chciał go wykształcić, wychować na dżentelmena. Ale Serge interesowały tylko pieniądze. Później Marais sam przyznał, że adopcja była błędem. Serge zniknął na wiele lat, a pojawił się dopiero po śmierci aktora – wnosząc pozew o spadek, który Marais zapisał swoim przyjaciołom. Ale to już inna historia.

Mówi się, że człowiek utalentowany, jest utalentowany we wszystkim. Tak było z Jeanem Marais. W latach 60., po śmierci swojego mentora, opuścił hałaśliwy Paryż i osiedlił się na Lazurowym Wybrzeżu. Kupił willę, w której malował i rzeźbił w ciszy. Podobno, gdy Pablo Picasso zobaczył jego prace, ze zdziwieniem zapytał, jak ktoś z takim talentem może „marnować” życie na aktorstwo.
Ci, którzy znali go z bliska, twierdzili, że Jean Marais w rzeczywistości był niezwykle skromnym i zamkniętym w sobie człowiekiem. Bardzo różnił się od bohaterów, których grał na ekranie. Nigdy nie epatował swoją innością – ale też jej nie ukrywał, co w tamtych czasach było rzadkością. Zakazane skłonności poznał już jako nastolatek – przez znajomego matki. Jak później mówił, był po prostu ciekawy.

Kiedy pojawił się w jego życiu znany reżyser, wybrał karierę filmową. Pod koniec życia tego żałował. Gdyby się nie poznali, być może jego los potoczyłby się zupełnie inaczej. Może świat znałby go nie jako aktora, lecz jako rzeźbiarza, malarza albo pisarza. Bo talentu miał na więcej niż jedno życie.