Samotna łza spłynęła po jego policzku. Duna powoli wyszedł na ścieżkę za ogrodami, która wiła się w stronę lasu. Tam, głęboko w gęstwinie, stała stara sosna, z przytulnym zagłębieniem u korzeni – już dawno upatrzył sobie to miejsce, by zostać tam na zawsze…

Świt dopiero zaczynał barwić liście drzew na różowo. We wsi panowała cisza: zwierzęta jeszcze spały, domy milczały. Początek września przywitał ich letnim ciepłem i pogodnym niebem.
Stary pies, który spędził noc na werandzie, powoli podniósł się. Spojrzał na cichy dom, zachwiał się i ruszył w stronę furtki. Czuł – nadszedł czas, by odejść. Sam, by nie sprawiać bólu ukochanym ludziom.
Duna miał szczęśliwe psie życie. Nigdy nie znał łańcucha ani budy – zawsze był z rodziną, w domu, w sercach. Wiedział, że jego odejście będzie wielkim ciosem dla pana, więc postanowił zniknąć. Tak po prostu, bez śladu.
Duna często uciekał do tej sosny, by schować się przed panem. Na początku Kolja się złościł, ale potem śmiali się razem z psich figli. Teraz jednak to małe zagłębienie wydawało się idealnym miejscem na ostatni odpoczynek.
„Byle tylko dojść… byle się nie przewrócić…” – myślał Duna, zbliżając się do skraju lasu.

Nagle na ścieżkę wyskoczył szczeniak. Był chudy, potargany, ale radośnie szczekał.
– A ty kto? – zapytał ochryple Duna.
– Uciekłem. Człowiek mnie przegonił. Nie chciał mnie… – wyrzucił z siebie szczeniak.
Duna westchnął. „Może jednak… może jeszcze nie skończyłem tutaj?” – pomyślał, spoglądając na malucha. Szczeniak, nic nie rozumiejąc, patrzył na starego psa z nadzieją. Miał nadzieję, że już nie będzie samotny.
Nikołaj ostrożnie wysunął się z objęć żony, nalał sobie trochę kwasu i wyszedł na werandę. Duna nie wszedł wczoraj do domu, został na dworze. Nikołaj się martwił – jego stary przyjaciel wyraźnie osłabł.
Kiedyś dziadek podarował mu szczeniaka na urodziny – „masz, strażnik i towarzysz w jednym” – powiedział. Już wtedy dziadek przepisał mu dom i sam wyprowadził się do kobiety. Od tamtej pory Duna stał się prawdziwym członkiem rodziny.

Pies był przyjacielski i radosny, ale kiedy trzeba było – poważnie strzegł domu. Z czasem stał się duszą podwórka, nawet zrzędliwy dziadek go docenił.
Teraz jednak Duna się zestarzał. Nikołaj wiedział – nie zostało mu wiele czasu. Wyszedł na podwórze, zawołał go. Nic.
Katia, widząc niepokój męża, od razu zrozumiała: coś jest nie tak. Duna odszedł. Ale dokąd – nikt nie wiedział.
Tymczasem Duna zawrócił. Szczeniak podskakiwał obok, zasypywał go pytaniami, brykał. Duna odpowiadał warczeniem, upominał go, próbował wychowywać. „To dopiero kara… los nie pozwolił mi odejść w spokoju” – wzdychał w duchu.
Kiedy weszli na podwórko, gospodarze już nie spali. Katia patrzyła zdziwiona na psa i szczeniaka:
– To… jego następca?
– Na to wygląda – skinął głową Nikołaj.
Duna położył się obok fotela, zmęczony, ale z ulgą. Pan usiadł obok:
– Umierać? To się odłoży. Skoro go przyniosłeś, to teraz go wychowaj.
Pies warknął, ale się zgodził: „Jeszcze trochę… mogę go czegoś nauczyć.”
Szczeniaka nazwali Amur. Rósł szybko, a Duna starał się przekazać mu całą swoją wiedzę. Nikołaj też kontynuował naukę.
– A kto był twoim nauczycielem? – zapytał kiedyś Amur.

– Pan. Tylko on.
– I… nie bił cię, nie warczał?
– Nie. Miałem szczęście.
– Ja chyba mniej…
– Nie narzekaj. Trafiłeś na najlepszych ludzi. Kiedy umrę – ty będziesz ich chronił. Rozumiesz?
– Rozumiem! – odpowiedział radośnie szczeniak.
Minęły dwa miesiące. Nastał mroźny listopad. Duna ledwie mógł chodzić. Rano wyszedł na podwórko, położył się z boku i patrzył, jak Amur się bawi. Potem jego ciało zadrżało, oddech się zatrzymał. Dusza opuściła ciało…
Nikołaj padł na kolana, wziął psie łeb w dłonie, a łzy popłynęły mu po policzkach. Amur, czując, co się stało, zawył w niebo. Cała rodzina zebrała się wokół Duny. Pochowali go pod sosną, tam w lesie.

– Lubił się tam chować – powiedział Nikołaj.
Minął rok. Znów był listopad. Amur, już duży i silny pies, radośnie biegał po podwórku. Nikołaj, wychodząc do pracy, powiedział:
– Amur, pilnuj domu.
– Hau! – odpowiedział pies, leżąc na progu.
I pomyślał: „Jednak… mam szczęście…”