Bez zbędnych słów wyrzucili synową za drzwi. A pięć dni później bardzo tego pożałowali, gdy dowiedzieli się, kim są jej krewni.

Wiśniowy dżem wyglądał bez zarzutu — gęsty, przejrzysty, o intensywnym, głębokim kolorze. Jekatierina starannie wytarła brzeg słoika, mocno zakręciła pokrywkę i włożyła go do torby, w której już leżały dwa inne słoiki z dżemem, domowe paszteciki i pudełko dobrej herbaty. Niezbyt dużo, ale też nie z pustymi rękami.

— Katia, jesteś gotowa? — zajrzał do kuchni Andriej. Był już ubrany, trzymał w rękach klucze i niecierpliwie przestępował z nogi na nogę. — Taksówka będzie za chwilę.

— Prawie — uśmiechnęła się, skrywając zdenerwowanie pod uprzejmym tonem. — Myślisz, że mamie spodoba się dżem?

— Daj spokój, to zbędne — machnął ręką. — Mama i tak nas dobrze przyjmie, nawet bez prezentów.

Jemu łatwo mówić. Dla jego matki był ukochanym synem, bezcennym i niezastąpionym.

Dla synowej, którą widziała tylko raz — na ślubie trzy miesiące temu — ta wizyta była pierwszym poważnym egzaminem: jak zostanie przyjęta w domu męża.

— Chcę zrobić dobre wrażenie — odpowiedziała Jekatierina, zakładając płaszcz.

— Ale ty się naprawdę tym przejmujesz — zaśmiał się Andriej. — Mama to prosta kobieta, to nie jakaś ceremonia.

Prosta… Może i tak. Ale Tamara Wiktorowna była zastępczynią dyrektora w szkole, a na weselu wyglądała z takim szykiem, że przypominała damę z towarzystwa. I zadawała odpowiednie pytania — na przykład kim są rodzice panny młodej i gdzie pracują.

— Spakowałaś wszystko? — zapytał Andriej, pomagając żonie zapiąć kardigan. — Jedziemy przecież na dwa tygodnie.

— Tak, wszystko gotowe.

Do dworca zawiozła ich taksówka, a potem dwugodzinny pociąg przywiózł do niewielkiego miasteczka, gdzie Andriej spędził dzieciństwo. Tu mieszkała jego matka i młodsza siostra.

— Andriuszeńka! — zawołała radośnie Tamara Wiktorowna, gdy wysiedli z pociągu. Stała na peronie, ubrana nienagannie — w elegancką sukienkę, z perfekcyjną fryzurą. Na oko wyglądała o dziesięć lat młodziej niż w rzeczywistości.

Przytuliła syna, a synową przywitała ciepło, lecz z dystansem:

— Witaj, Katiu. Mam nadzieję, że podróż nie była zbyt męcząca?

— Nie, wszystko w porządku, dziękuję — uśmiechnęła się Jekatierina, podając torbę. — Przywiozłam trochę domowego dżemu i pasztecików. I dobrą herbatę.

— Och, naprawdę nie trzeba było — Tamara wzięła torbę dwoma palcami, jakby mogła się ubrudzić. — I tak wszystko mamy gotowe na kolację.

Dom Tamary Wiktorowny okazał się przestronną, zadbaną willą przy spokojnej ulicy. Wewnątrz panowała nieskazitelna czystość, jasne tapety, masywne drewniane meble i mnóstwo rodzinnych zdjęć: Andriej w dzieciństwie, Natasza w szkolnym mundurku, wspólne fotografie na tle choinki.

— Ty, Katienko, będziesz spać w pokoju gościnnym — oznajmiła Tamara, oprowadzając po domu. — A Andriusza oczywiście w swoim. U nas tradycje się szanuje.

Jekatierina spojrzała pytająco na męża. Ten tylko wzruszył ramionami:

— Mamo, przecież jesteśmy małżeństwem.

— Pamiętam, synku — uśmiechnęła się Tamara samymi ustami. — Ale w moim domu obowiązują moje zasady. Nie obrażaj się, Katiu. To tylko na dwa tygodnie.

— Oczywiście, nie ma sprawy — pośpieszyła z odpowiedzią.

Kolacja odbyła się w towarzystwie Nataszy — miniaturowej kopii matki, z tym samym czujnym spojrzeniem i lekko zaciśniętymi ustami. Rozmowa się nie kleiła.

Jekatierina opowiadała o pracy w bibliotece, o planach, ale czuła na sobie nieustanne, niemal oceniające spojrzenia.

— A gdzie teraz są twoi rodzice? — zapytała Tamara, nalewając herbaty.

— W delegacji. Tata często wyjeżdża służbowo.

— Ciekawe, czym się zajmuje?

— Pracuje w administracji.

— W jakiej dokładnie?

— Wojewódzkiej.

— Ach tak! — Tamara rzuciła szybkie spojrzenie na córkę. — A na jakim stanowisku?

— Doradcą.

— Po prostu doradcą? Czy od konkretnych spraw?

— Mamo, przestań przesłuchiwać — wtrącił się Andriej. — Tata Katii pracuje w administracji wojewódzkiej. Porządny człowiek, mówiłem ci.

— Ja tylko się interesuję, synku — odpowiedziała Tamara łagodnie, lecz stanowczo. — Chcę lepiej poznać naszą nową krewną.

Pierwszy dzień minął w napiętej uprzejmości. Drugi zaczął się od prośby o pomoc w porządkach.

— Pokaż, na co stać młodą gospodynię — uśmiechnęła się Tamara. — Mam nadzieję, że w stolicy jeszcze uczą sprzątania?

Jekatierina szorowała, myła, przecierała, starając się sprostać oczekiwaniom teściowej. Ale zdawało się, że nic nie spełniało standardów.

— Córeczko, ty nigdy okien nie myłaś? — teatralnie westchnęła Tamara, oglądając szybę. — Spójrz, jakie smugi. No chodź, pokażę ci, jak to się robi.

Wieczorem dłonie Jekatieriny paliły od chemikaliów, a nastrój sięgnął dna. Rozstawiając naczynia, usłyszała milczące „poprawki” ze strony Tamary.

— Przepraszam, coś nie tak?

— W naszej rodzinie robi się to inaczej — odpowiedziała chłodno teściowa. — Choć oczywiście skąd miałabyś znać nasze zwyczaje…

Podczas obiadu Natasza z entuzjazmem opowiadała historię o sąsiadce, która dobrze wyszła za mąż — teraz jeździ Mercedesem.

— Wyobraź sobie, że jej Sasza sam wszystko załatwił! A przecież dziewczyna z zwykłej rodziny.

— Brawo, oczywiście — przytaknęła Tamara. — To znaczy dobrze wybrać męża. A jak twój Wadim? Nadal jeździ Volkswagenem?

— Chce zmienić samochód — Natasza rzuciła znaczące spojrzenie na Jekatierinę. — Tylko wszystko sam, bez pomocy ojca.

Jekatierina poczuła, jak rumieniec zalewa jej twarz. Aluzja była jasna: córka urzędnika, miejska piękność, przypięła się do prostego chłopaka.

— Mój ojciec nie ma aż tak dużych koneksji, jak się może wydawać — powiedziała cicho. — Sami na siebie zarabiamy.

— Oczywiście, kochanie — powiedziała z pobłażliwością Tamara. — Bibliotekarka i inżynier to też dochód.

Andriej milczał, zapatrzony w talerz. Gdy Jekatierina lekko szturchnęła go nogą pod stołem, on tylko wzruszył ramionami:

— Mamo, daruj sobie. Żyjemy normalnie.

— Nie mówię, że źle — ripostowała Tamara. — Po prostu niektórzy mieli więcej szczęścia do rodziców niż inni.

Wieczorem, gdy Jekatierina czesała włosy przed lustrem w pokoju gościnnym, wszedł Andriej.

— Nie zwracaj na to uwagi — powiedział, siadając na łóżku. — Mama się po prostu przyzwyczaja.

— Przyzwyczaja? Ona mnie w ogóle nie zauważa! Wszystko poprawia za mną, ciągle daje podteksty…

— No daj spokój — machnął ręką. — Mama zawsze taka była. Pamiętasz, mówiłem o Lenie? Ona ją w ogóle wyrzuciła.

— I ty uważasz to za normalne? Że twoja mama naciska na wszystkie twoje dziewczyny?

— No, ona po prostu… broni, na swój sposób.

— Przed czym? Przed kobietą, którą sam wybrałeś? Przede mną?

Andriej skrzywił się:

— Kati, nie nakręcaj się. Wytrzymaj. Za dwa tygodnie będziemy w domu.

Pocałował ją w policzek i poszedł do swojego pokoju, zostawiając ją samą z ciężarem w sercu.

Następnego dnia Tamara Wiktorowna ogłosiła, że będą mieć gości — sąsiadów i kilku kolegów ze szkoły.

— Kati, pomożesz mi coś przygotować dla gości? — zapytała Tamara Wiktorowna. Brzmiało to bardziej jak rozkaz niż pytanie. — Chciałabym zobaczyć, czy potrafisz gotować. Chyba mama cię nauczyła?

Dzień zaczął się jak test kulinarnych umiejętności. Jekatierina czarowała sałatkami i przekąskami pod czujnym okiem teściowej, która komentowała każdy ruch i poprawiała każdy krok.

— Nie, nie tak się u nas robi. Ogórki kroimy na cienkie plasterki — Tamara zabrała jej nóż i pokazała przykład. — Przecież w waszej rodzinie nikt nie jadł zwykłej sałatki?

Pod wieczór Jekatierina czuła się jak po maratonie — wyczerpana, zmęczona, z pulsującym napięciem w każdym mięśniu. Goście — sześć osób, głównie kobiety w średnim wieku i dwóch mężczyzn — z ciekawością przyglądali się narzeczonej z stolicy.

— To ona? — głośno powiedziała kobieta w kwiecistej sukni. — Córka ważnego urzędnika?

— Słyszałam, że ojciec pracuje u was w administracji? — dodała inna. — Nie bez powodu, prawda?

Jekatierina lekko się zmieszała:

— Tak, jest doradcą. Ale to nie takie wysokie stanowisko.

— Skromna — uśmiechnęła się Tamara, wymieniając spojrzenia z gośćmi. — Te wszystkie dziewczyny ze stolicy są takie skryte, gdy chodzi o koneksje. Prawda, Katusza?

Przy stole rozmowy nabierały tempa. Dyskutowano, jak świetnie ułożyło się życie Nataszy, jak utalentowany jest Andriej i jaką „pomoc” wyraźnie otrzymuje rodzina Jekatieriny.

— Sami zarabiamy — w końcu nie wytrzymała. — Nikt nam nic nie kupował.

— No, zdarza się — przytaknęła sąsiadka. — Jak Sidorowowie — synowi jakoby mieszkanie podarowali, a potem się okazało, że to kredyt na całe życie. A wszyscy myśleli — ludzie z wyższej półki.

— Insynuujesz, że kłamię? — głos Jekatieriny zadrżał.

— Skądże, kochanie — łagodnie wtrąciła się Tamara. — Po prostu u nas żyje się prościej. Wszystko jest uczciwe, znamy się na wylot. A w stolicy, podobno, łatwo stworzyć piękną legendę.

Z każdym dniem cierpliwość Jekatieriny słabła. Pod koniec pierwszego tygodnia prawie nie rozmawiała ani z Tamarą, ani z Nataszą. Relacje z Andriejem też stały się napięte. Unikał rozmów o matce, a wieczorami wolał towarzystwo przyjaciół niż domowy spokój.

Pewnego ranka, schodząc do kuchni, Jekatierina zastała Tamarę i Nataszę w żywej rozmowie. Gdy ją zobaczyły, ucichły.

— Dzień dobry — przywitała się Jekatierina.

— Tobie też dnia dobrego — krótko odpowiedziała teściowa. — Herbata na kuchence.

Jekatierina nalała sobie i usiadła przy stole. Cisza ciążyła jak ciężar.

— Dostałam wiadomość od mamy — zaczęła, starając się mówić spokojnie. — Oni z tatą wrócą za tydzień. Zapraszają nas z Andriejem na obiad.

— No proszę! — parsknęła Natasza. — Wasz doradca postanowił odwiedzić zwykłych śmiertelników?

— Natasza! — udawała, że potępia córkę Tamara, choć w jej głosie nie było nawet cienia wyrzutu.

— A co? Wszyscy wiedzą, jak żyją stołeczni urzędnicy. Dla nich jesteśmy jak pył pod nogami.

— Mój ojciec taki nie jest — spokojnie, ale stanowczo odpowiedziała Jekatierina.

— Oczywiście, oczywiście — odrzekła sucho Tamara. — W naszym mieście też jest administracja. Wiemy, jak tam działają ci „doradcy”… Łapówki, prowizje…

— Mój ojciec jest uczciwym człowiekiem! — gwałtownie wstała Jekatierina, rozlewając herbatę. — Przez całe życie pracował uczciwie!

— Naprawdę? — Natasza pokręciła sceptycznie głową. — A willę w okolicach Moskwy kupił za swoją pensję? Nie obrażaj nas, Katia.

— Nie mamy żadnej willi! Mieszkamy w zwykłym mieszkaniu!

— Dość upiększania — przerwała Tamara. — Andriej mówił, że jeździliście do was na działkę. Dom dwupiętrowy, basen — to nie jest zwykła działka, więc gdzie on jest?

Jekatierina zamarła. Działka faktycznie istniała — mały domek, który ojciec budował przez lata, oraz basen, zbudowany z bratem zaledwie parę lat temu. Ale teraz zabrzmiało to zupełnie inaczej — jak symbol bogactwa, którego nigdy nie miała.

— Źle wszystko zrozumieliście — zaczęła, ale Tamara znów ją przerwała:

— Katia, jesteśmy prostymi ludźmi. Nie lubimy zabaw w skromność. Andrusza to dobry chłopak z dobrej rodziny. Zasługuje na coś więcej niż dziewczynę, która wstydzi się swoich korzeni i ciągle kłamie.

W tym momencie do kuchni wszedł śpiący Andriej.

— Co za hałas? — ziewnął. — Słychać nawet w sypialni.

— Twoja matka uważa mnie za kłamczuchę, a siostra, że mój ojciec jest łapówkarzem — wykrztusiła Jekatierina.

Andriej westchnął:

— Mamo, przecież się umówiliśmy…

— Na co się umówiliście? — Jekatierina przenosiła wzrok z męża na teściową.

Tamara wstała, skrzyżowała ręce:

— Po prostu chcę znać prawdę o twojej rodzinie. Kim naprawdę jesteście.

— I co powiedział twój syn?

— Że jesteś skromna, z dobrej rodziny — westchnęła Tamara. — A ja widzę, że coś tu nie gra. Bibliotekarka pracująca za grosze, ojciec „doradca”, ale nikt nie wie, w jakich sprawach… To wygląda na grę.

Jekatierina poczuła, jak oczy pieką od łez:

— I pozwalasz im tak mówić o mnie? O mojej rodzinie?

— Katia, uspokój się — przetarł twarz Andriej. — Mama po prostu się martwi. Nie ma złych zamiarów.

W tym momencie coś w niej pękło. Pięć dni upokorzeń, ukradkowych spojrzeń, sarkastycznych uwag. I mąż, który ani razu nie stanął po jej stronie.

— Wiecie co? — wyprostowała się. — Macie rację, Tamaro Wiktorowno. Naprawdę nie jestem tym, za kogo się podawałam.

Teściowa rzuciła triumfalne spojrzenie na syna: „Mówiłam!”

— Mój ojciec jest zastępcą gubernatora ds. społecznych. Nigdy się tym nie chwaliliśmy, bo w naszej rodzinie ceni się człowieka za to, kim jest, a nie za to, kim byli jego rodzice.

Zapanowała ciężka cisza.

— Milczałam, bo chciałam być akceptowana jako Jekatierina, a nie jako „córka urzędnika”. Ale dla was ważniejszy jest tytuł niż dusza.

Odwrociła się do Andrieja:

— Wyjeżdżam. Dziś. I nie jestem pewna, czy chcę, żebyś był blisko.

Dwie godziny później taksówka wiozła ją na dworzec. W oknie widziała, jak Tamara Wiktorowna nerwowo chodzi po podwórku, próbując do kogoś dodzwonić się. Pewnie sprawdzała informacje.

Tydzień później, gdy Jekatierina wróciła do pracy w bibliotece, jej telefon niemal nie przestawał dzwonić — to Tamara i Natasza. Okazało się, że dowiedziały się, iż jej ojciec rzeczywiście zajmuje wysokie stanowisko. I że w ich mieście wkrótce otwiera się centrum kultury — właśnie z jego udziałem.

Andriej wrócił do stolicy trzy dni po niej. Na progu stał z bukietem wielkości siebie samego, a w oczach miał wstyd.

— Wybacz mi — powiedział od razu. — Zachowywałem się jak największy egoista.

— Tak — zgodziła się spokojnie. — Dokładnie tak.

— Mama prosi o wybaczenie. Nie wiedziała…

— Właśnie o to chodzi, Andrieju. Dla niej ważne nie jest, kim jesteś, lecz czyj jesteś krewnym. I chyba dla ciebie też.

Jekatierina zamknęła drzwi, zostawiając męża na korytarzu z kwiatami i żalem. W środku było pusto, ale spokojnie. W końcu zrozumiała: to nie pieniądze, status czy znajomości definiują człowieka. Tylko jedno — szacunek. A tego nie można kupić ani odziedziczyć. Albo się go ma, albo nie. A oni… nie mieli.