Kirill bardzo się dziś spieszył. Była już ósma wieczorem, a on jeszcze nie zdążył ani wybrać prezentu, ani kupić kwiatów, nawet się nie przebrał. Dziś urodziny jego matki, Swietłany Eduardowny Krasilnikowej. Z tej okazji zebrało się wielu gości. Uroczystość odbędzie się w podmiejskiej rezydencji rodziny milionerów. Na kolację zaproszeni są tylko krewni, a ważne osobistości, partnerzy biznesowi i dziennikarze spotkają się w sobotę.

Te „rodzinne spotkania” od dawna działały Kirillowi na nerwy. Przyjaciółki jego matki nie omieszkały zadawać nietaktownych pytań: kiedy się ożeni, kiedy da spadkobierców imperium Krasilnikowów.
Najbardziej jednak irytowało go, jak liczne ciotki, koleżanki i swatki na przemian próbowały załatwić swoje siostrzenice i znajome, wychwalając kolejną „idealną narzeczoną”.
Wcześniej dokuczały jego młodszej siostrze, dwudziestoletniej Kamilli, ale odkąd zaczęła spotykać się z synem wydawcy Jeremowa, dali jej spokój, podziwiając jej wybór. Teraz cała uwaga skupiła się na Kirillu.
Starał się unikać tych natarczywych pań, ale dziś to nie przejdzie. Opuszczenie urodzin matki oznaczałoby długotrwałą urazę z jej strony.
Zamyślony Kirill podjechał do kwiaciarni. Mały sklepik przy centralnym targu — to nie miejsce, gdzie zwykle bywał. Mało prawdopodobne, by codziennie dostarczano tam kenijskie róże czy holenderskie tulipany w porannej rosie, ale wyboru nie miał. Kwiaty były potrzebne natychmiast.
Wszedł do środka i zobaczył, że sklep jest pusty. Rozejrzał się — kwiaty wyglądały całkiem przyzwoicie, zostało tylko poczekać na sprzedawcę.
Ale nikogo nie było.
— Dobry wieczór! Ktoś tu jest? — zawołał w stronę zaplecza.
— Sprzedawca! Hej, kto jest za ladą? Można na was poczekać, czy nie? — jego głos zabrzmiał głośniej, niż zamierzał, i Kirill poczerwieniał ze zdenerwowania. Zwykle nie pozwalał sobie na taki ton.
W butikach i salonach, gdzie zazwyczaj bywał, od razu podbiegali do niego konsultanci. „Wygląda na to, że dziś nie mój dzień” — pomyślał milioner.
W tym momencie z zaplecza wyszła dziewczyna w granatowym fartuchu.
— Czemu krzyczysz jak na bazarze? Nie mogłeś poczekać? — zapytała ostro.
— Dlaczego miałbym czekać? Wasza praca to przyciągać klientów, sprzedawać towar i zapewniać obsługę, żeby wracali — oburzył się Kirill. — Rynek kwiatów jest przepełniony, konkurencja ogromna, a ja mogę po prostu pojechać do innego sklepu.
— To jedź, po co krzyczeć? — wzruszyła ramionami dziewczyna. — Dobra, jeśli nic ci nie trzeba, to idę.
Odwróciła się, szykując się do wyjścia.
— Poczekaj! Dobrze, bardzo się spieszę, nie mam czasu na bieganie po mieście. Co macie dla kobiety w średnim wieku? Dla pięknej, eleganckiej, zamożnej kobiety? Mama ma urodziny.
— No jeśli dla mamy, to ile ona ma lat? To ważne przy wyborze kwiatów — powiedziała rzeczowo dziewczyna.
— Nie wiem — zakłopotany odpowiedział Kirill.
— No widzisz — skrzywiła się.
— Nie, nie zrozumiałaś. Mama ukrywa wiek. Myślę, że sama już nie pamięta, ile ma lat.
— O, w to wierzę — nagle szczerze się zaśmiała. — Babcia Matrena też nie pamiętała swojego wieku i to nas w dzieciństwie bawiło. Mówiliśmy, że ma szesnaście, a miała prawie siedemdziesiąt.
Kirill pozostał poważny.

— Co ma do tego twoja babcia? Moja mama wygląda świetnie i po prostu nie chce się starzeć. Proszę kwiaty.
— Róże będą pasować? — zrobiła kwaśną minę dziewczyna.
— Tak, róże — westchnął. — Zrób bukiet, pojadę. Spóźniam się.
— Nie umiem robić bukietów — wzruszyła ramionami. — Jestem sprzątaczką. Florystka Antonina od dwóch dni siedzi w toalecie — skurcze brzucha. Ja pilnuję sklepu.
Kirill milczał, patrząc na nią bez słów. Był w szoku. Nigdy w życiu nie miał do czynienia z tak absurdalną sytuacją.
— Dobra. Zrób jak potrafisz. Przynajmniej zwiąż kwiaty i przewiąż wstążką. Dasz radę? — wyciągnął chusteczkę, wycierając pot z czoła.
— Dam radę — ożywiła się i zręcznie zaczęła układać róże.
Kirill się jej przyglądał. Miała piękne włosy, regularne rysy twarzy, nieskazitelną cerę i wyraziste oczy. Długie palce, szczupłe nadgarstki — jak u pianistki.
„Ale jest piękna! — pomyślał. — Może zaprosić ją na wieczór, żeby zagrała moją narzeczoną? Z takim wyglądem łatwo przejdzie za arystokratkę. Postawa, włosy, naturalne piękno… Nawet jej prosta sukienka może wyglądać jak kreacja haute couture. Ciekawe, czy nasze modne panie uwierzą, że pochodzi z bogatej rodziny? Na pewno uwierzą.”
— Jak masz na imię? — zapytał nagle.
— Liza. Liza Snieżina.
— Piękne imię i nazwisko.
— Och, dostałam je w sierocińcu. Znaleźli mnie na śniegu, stąd Snieżina — zaśmiała się.
— Jak… na śniegu? — zdziwił się.
— No, nie dosłownie w zaspie — wyjaśniła Liza. — Na sankach. Zostawili mnie pod drzwiami sierocińca. Zima była śnieżna, stąd takie nazwisko.
Zamilkła, patrząc na jego zdziwioną minę.
— No co ci do tego? Przecież wiesz, że czasem porzucają dzieci?

— Wiem — zamruczał niepewnie.
— Proszę, twój bukiet — podała całkiem ładną kompozycję.
— Posłuchaj, Lizo, chcesz zarobić za wieczór kwotę równą kilku twoim pensjom? — uśmiechnął się Kirill.
— Co?! Ty… Maniaku! Zaraz zadzwonię na policję! — chwyciła wiadro.
— Nie, poczekaj! Nie o to chodzi. Proponuję pieniądze za małą przysługę. Dziś wieczorem musisz zagrać moją żonę. Tylko kilka godzin w domu moich rodziców, potem zawiozę cię do domu.
— Po co ci to? — odstawiła wiadro.
— Chodzi o to, że na kolacji zbiorą się krewni, a ciotki znowu zaczną wypytywać, czemu wciąż nie jestem żonaty. Chcę ich wkręcić: przedstawię cię jako moją żonę i dadzą mi spokój.
Po jakimś czasie przyznam, że to był żart, ale to nauczy ich, żeby nie wtrącali się w nie swoje sprawy.
— A tak właściwie, czemu jeszcze się nie żenisz? — ciekawsko zapytała Liza.
— No, i ty się pytasz — zaśmiał się Kirill. — Pewnie dlatego, że jeszcze nie spotkałem prawdziwej miłości. Czy to nie oczywiste?
— Hmm, a ja myślałam, że u bogatych miłość nie jest najważniejsza. Liczy się biznes, fuzje kapitałów i takie tam.
— Dla mnie miłość jest na pierwszym miejscu, uwierz mi — uśmiechnął się.
— Dobrze, pomogę — niespodziewanie łatwo się zgodziła, znów zaskakując Krasilnikowa. — Tylko poczekam na florystkę i się przebr…
— Lizo, już się spóźniam, a mama pewnie się martwi. Jesteś teraz odpowiednio ubrana? Masz coś do przebrania oprócz fartucha?
— Zawsze jestem odpowiednio ubrana — obraziła się.
— Nie gniewaj się, Elizawieto Snieżina. Jestem pewien, że zawsze wyglądasz pięknie, chciałem tylko upewnić się. Oto pieniądze i adres. Podaj numer telefonu, zadzwonię teraz — tak zachowasz mój numer.
Załatw sprawy, zamów taksówkę, a ja odbiorę cię pod domem, zgoda? A tak, jeszcze jedno: przy stole będziemy mówić sobie na „ty” i postaraj się patrzeć na mnie zakochanymi oczami.
— Postaram się, nie martw się. W sierocińcu byłam gwiazdą koła teatralnego — powiedziała Liza.
— Naprawdę? W takim razie jestem spokojny — zaśmiał się.
Całą drogę Kirill jechał z uśmiechem, wspominając rozmowę z sprzątaczką. Sam nie rozumiał, dlaczego myśli o niej poprawiały mu humor. Było w niej coś jasnego, jakby chciało się śpiewać.
Włączył radio i nucił: „Ty jedna, ty taka, znam cię… Więcej takich nie ma na świecie…”

Ledwo zdążył na kolację. Bukiet został doceniony — ciotka Rita nawet zauważyła, że taki sam dał jej włoski miliarder w Palermo. Goście kiwali z podziwem, nazywając kompozycję „wyrafinowaną luksusową”, a Kirill ledwie powstrzymywał śmiech.
Potem rozmowa płynnie zeszła na ślub Kamilli i oczywiście na „nieszczęśliwego” kawalera Kirilla.
— Kirill, kiedy wreszcie zobaczymy spadkobiercę imperium Krasilnikowów? — westchnęła ciotka Zina. — Jeszcze jesteśmy młodzi, chcemy pomiziać małego księcia.
„No proszę, zaczęło się” — pomyślał, lecz tylko się uśmiechnął.
— Współczesnej młodzieży trudno zrozumieć — wtrąciła ciotka Rita. — Dobrej dziewczyny dziś trudno znaleźć.
— Dajcie chłopakowi spokój! — uderzył pięścią w stół 79-letni dziadek Borys Petrowicz, emerytowany generał. — Mam już dość tych swatów! Niedługo same będziecie miały nianiać, stare skąpce!
— Ty jesteś pierwszy w kolejce, Borys Petrowiczu — odparła ciotka Rita.
— Tato, dość tych koszarowych żartów! — zaprotestowała Swietłana Eduardowna. — Żadnego taktu!
— A nachodzenie chłopaka pytaniami to taktowność? — zaryczał dziadek. — Ty, Ritka, ty, Zinka i ty, Swietłano — byliście wsią z Kukuszkin, i nią pozostaliście. Mój adiutant Szura Alabjew mawiał: „Można wywieźć dziewczynę ze wsi, ale wieś z dziewczyny nigdy”.
Kirill i ojciec pośpieszyli z interwencją:
— Tato, nie psuj uroczystości. Dziś jubileusz Swietłany.
— Jestem za! — rozłożył ręce dziadek. — Mówcie o solenizantce, nie o ślubie wnuka. Sam się tym zajmie. A tak przy okazji, ile masz lat, Swietłano?
— Czterdzieści pięć — przez zęby wymamrotała.
— Czwarty rok z rzędu? — zaśmiał się generał.
— Witalij, uspokój ojca — syknęła Swietłana.
— Ale kiedy poznamy narzeczoną Kirilla? — głośno zapytała ciotka Rita.
Dziadek zmarszczył brwi, ale wnuk go wyprzedził:

— Z narzeczoną — nie. A z żoną — proszę bardzo.
Zapanowała cisza przy stole. Nawet Kamilla oderwała się od telefonu.
— Niesamowite. Kirill, czy ty się ożeniłeś?! — zaskoczona zapytała.
W tym momencie zadzwonił telefon.
— Tak, drodzy, jestem żonaty. To moja żona. Przyjechała.
Wstał od stołu.
— Zobaczymy, co to za „żabka w pudełku” — uśmiechnął się dziadek. — Jestem pewien, że wnuk wybrał najlepszą dziewczynę.
Damy wymieniły spojrzenia, a Swietłana przewróciła oczami.
Przy bramie Kirill zobaczył taksówkę i… zamarł.
— Lizo, co to za bojowy makijaż? I te „korale dla Indianina”? Dwa godziny temu wyglądałaś normalnie!
— To drogie sztuczna biżuteria! A florystka mnie umalowała.
— Dlaczego kulejesz? Boże, nie mogę cię tak pokazać rodzinie!
— Buty są za duże, dlatego kuleję.
Liza się zdenerwowała. Tak bardzo liczyła na zarobek — jutro miała wolne i chciała zabrać Soneczkę do zoo, kupić jej prezenty…
— W plecaku mam moje czółenka, mogę się przebrać.
— Szybciej! I zdejmij te korale. Zaraz pójdziemy do oranżerii — umyj się. Bez tego makijażu wyglądasz lepiej.
Po dziesięciu minutach weszli do salonu. Goście wpatrywali się.
— Nie bój się, jestem z tobą — szepnął Kirill, prowadząc ją do stołu.
Usiadł Lizę obok siebie i dyskretnie założył jej na palec pierścionek z ogromnym brylantem (skąd się wziął — zagadka).
„Głupiec, mógłby chociaż zapytać o rozmiar” — pomyślała Liza, starając się nie upuścić pierścionka. „Teraz jeszcze muszę pilnować tego głazu…”
— To jest Liza. Moja żona.
Wszyscy zaniemówili. Nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw…
— Witaj, córeczko. Jaka z ciebie piękność! — ucieszył się dziadek i podszedł, by ją objąć. Liza zdezorientowana wstała, a emerytowany generał od razu pocałował ją trzykrotnie. — Jestem dziadkiem twojego męża — Borys Petrowicz Krasilnikow. Możesz mówić mi po prostu „dziadek”.

— Lizo, powiedz, gdzie poznałaś mojego syna? — zapytała Swietłana Eduardowna.
— W sklepie — odpowiedziała prosto dziewczyna, lecz Kirill dyskretnie szturchnął ją łokciem, by się nie wygadała.
— Tak? W jakim dokładnie? Nie wiedziałam, że mój siostrzeniec chodzi po sklepach — zaśmiała się ciotka Rita. Liza kompletnie się zmieszała. Nie wiedziała, jak zachować się w tym towarzystwie i co tutaj wolno mówić. „Podszywaczka” postanowiła mówić o tym, co choć trochę znała:
— W sklepie artystycznym. Kupowałam płótna, a Kirill…
— W sklepie artystycznym?! — ciotka Zina szeroko otworzyła oczy i zacisnęła usta, jak ryba na brzegu. — Kirjusza, co ty tam robiłeś?
— Ehm… Wszedłem tam z przyjacielem. On wybierał prezent dla córki, więc wpadliśmy — Kirill gorączkowo improwizował, ale brzmiało to mało przekonująco. Liza postanowiła pomóc — w końcu płacono jej za tę rolę:
— A ja przechodziłam obok, zapatrzyłam się i zderzyliśmy się. Pędzle się rozsypały i zaczęliśmy je zbierać. Nagle nasze ręce się dotknęły i spojrzeliśmy na siebie. W tamtej chwili w mojej duszy zapłonął płomień. Kirill poczuł to samo. Od razu wiedział, że nie przeżyje bez mnie ani dnia.
Krasilnikow ciągle szarpał Lizę za rękę, kopał pod stołem, próbując ją uciszyć, ale ona się już rozgadała.
— Powiedział: „Dziewczyno, gdybym potrafił malować, malowałbym twój portret codziennie. Ale nie potrafię. Pozwól chociaż zrobić sobie zdjęcie z tobą”. A ja odpowiedziałam: „Co ty, nie jestem gwiazdą, by pozować”. A on mówi: „Jesteś gwiazdą, tylko bardzo daleką, nieznaną nikomu, ale najpiękniejszą we Wszechświecie”.
Wszyscy słuchali z otwartymi ustami, a dziadek tylko się uśmiechał szyderczo.
— Och, jakie to romantyczne! — zawołała ciotka Rita, trzymając ręce na piersi. — Lizo, wiesz, jeden z moich wielbicieli też…
— Ale Kirill nie jest „jednym z wielbicieli” — przerwała jej „żona-podszywaczka”. — On jest moim mężem, jedynym i ukochanym. Nie zauważamy nikogo wokół. Przepraszam, że nie przedstawił mnie wcześniej — nie byłam gotowa. Przez cały ten czas nie mogłam uwierzyć, że kocha mnie najlepszy mężczyzna na świecie. Teraz maluję go każdej nocy: kiedy wraca zmęczony z pracy i gdy śpi, skulony jak dziecko.
— Ach, jak to piękne! — westchnęła ciotka Zina. — Lizo, jesteś malarką? Masz własną galerię? Gdzie wystawiasz swoje prace?
— Dość — nie wytrzymał Kirill. — Mamo, jeszcze raz wszystkiego najlepszego. Nam z Lizą już czas. — Podniósł dziewczynę pod ramię i poprowadził do wyjścia.
Ciotki i matka Kirilla wstali, szykując się, by odprowadzić „młodą parę”:
— Nie, Kirill, to niemożliwe! — oburzała się matka. — Co ludzie powiedzą? Spadkobierca Krasilnikowów się ożenił, a żadnego ślubu, żadnego ogłoszenia w prasie!
— Lizo, przyjdziesz w sobotę na przyjęcie? Kirill, pamiętasz — o siódmej, w „Domu Rosyjskim”? — śpieszyła ciotka Zina.
— Lizo, kim są twoi rodzice? Musimy koniecznie się poznać! — krzyczała za nimi ciotka Rita.
W końcu wsiedli do samochodu. Kirill gwałtownie ruszył, po czym zatrzymał się na najbliższym zakręcie, by złapać oddech:

— Co to było, Lizo?! — wściekł się. — Jaki sklep? Jakie gwiazdy? Prosiłem cię tylko, żebyś była obecna, a nie robiła spektakl! Co teraz? Ciągnąć cię na przyjęcie w sobotę? Będą tam dziennikarze!
— Nie trzeba mnie „ciągnąć” — wzruszyła ramionami Liza. — Mówiłeś, że potem wszystko wyjaśnisz. Po prostu mnie poniosło. Pomyślałam, że pieniądze nie biorą się z niczego, trzeba na nie zapracować.
— A tak — sięgnął do wewnętrznej kieszeni i wyciągnął plik banknotów. — Proszę, zarobiłaś.
— To za dużo. Nie wezmę — Liza szeroko otworzyła oczy.
— Tylko głupcy odmawiają pieniędzy — odparł ostro. — Jesteś głupia?
— Nie, nie jestem głupia. Bardzo potrzebuję pieniędzy — wzięła banknoty i schowała do torby. — Do widzenia, Kirill. Albo żegnaj. — Chwyciła za klamkę drzwi, ale nie udało się jej ich otworzyć.
— Usiądź. Odwiozę cię do domu — mruknął i samochód ruszył.
Zatrzymał się przy obdrapanym bloku na peryferiach. Kirill, wykazując się manierami, wysiadł, by otworzyć drzwi dziewczynie.
Liza wyszła, opierając się o jego ramię, ale nagle poślizgnęła się i chwyciła jego koszulę. Okazało się, że zaparkował przy kałuży.
Sekundę później leżał w błocie, a ona na nim.
— Co ty, kompletnie? — krzyknął.
— To ty stanąłeś w kałuży! — odparła złośliwie.
— Tu jest ciemno, nic nie widać!
Podnieśli się. Cały jego garnitur był ubrudzony.
— Chodź do mnie — powiedziała Liza. — Właścicielka będzie niezadowolona, ale raz można. W końcu nie jesteś zwykłym facetem, tylko moim „mężem na jeden wieczór”.
Kirillowi nie było do śmiechu. Miał ochotę ją udusić za te wszystkie wieczorne kłopoty, ale poszedł za nią.
W mieszkaniu przywitała ich surowa emerytka Anna Stiepanowna:
— Lizo, czemu tak późno? Kogoś przyniosłaś? Facetów ciągnąć postanowiłaś?
— Babciu Aniu, to mój „mąż”. A właściwie nie mąż, tylko tak przedstawiliśmy się jego rodzicom…
Właścicielka zaniemówiła:

— Masz rozum?
— Anno Stiepanowno, można? On się umyje i pójdzie?
Staruszka machnęła ręką:
— Niech idzie do łazienki. Zaraz przyniosę mu rzeczy po zmarłym Iwanie Siergiejewiczu.
— Nie trzeba! — przestraszył się Kirill. — Umyję się i wyjadę.
Po godzinie jego ubranie suszyło się na balkonie, a oni pili herbatę w pokoju Lizy. Kirill oglądał płótna, sztalugi, farby.
— Naprawdę jesteś malarką? — zapytał. — Można zobaczyć twoje prace?
— Patrz.
— Niewiele się znam na sztuce, ale mi się podoba. Sprzedasz mi którąś?
— I tak dobrze mi zapłaciłeś. Nie trzeba.
— Ale bardzo podoba mi się ta — wskazał na płótno. — Idealnie nada się do mojego gabinetu.
— Weź — obojętnie odpowiedziała Liza.
Kirill sięgnął po portfel, ale przypomniał sobie, że jest ubrany w cudze rzeczy.
— Nie bierz pieniędzy — pokręciła głową dziewczyna.
— Lizo, można zapytać? Dlaczego pracujesz jako sprzątaczka, skoro jesteś malarką? Co więcej, moim zdaniem bardzo utalentowaną.
— Dziękuję — słabo się uśmiechnęła. — Ale komu to potrzebne? Tak, sprzedaję obrazy na targu przy fontannie, czasem przyjmuję zamówienia, ale… raz dużo, raz nic. Na życie nie wystarcza. Materiały drogie, czasu mało. A w sklepie jest przynajmniej mała, ale stała pensja. Właścicielka jest dobra, daje premie.
Zamilkła, po czym niepewnie dodała:
— Jest jeszcze coś… Odwiedzam dziewczynkę w domu dziecka. Soneczkę. Ma sześć lat. Jest bardzo samotna.
— To twoja krewna? — zapytał cicho Kirill.
— Nie. Po prostu… przyjaciółka. Uczę ją rysować. Chcę ją adoptować, ale na razie się nie udaje.
— Dlaczego? Jeśli chodzi o pieniądze, pomogę.
— Nie o pieniądze. Nie mam mieszkania, warunków dla dziecka. Nie jestem mężatką… choć teraz to nie jest najważniejsze. Pracuję nad tym. A na razie — tylko ją odwiedzam.
Kirill przyjrzał się jej uważnie:
— Jesteś sierotą? Nie masz wcale rodziny?
Liza milcząco skinęła głową.
— Ale powinnaś mieć mieszkanie od państwa?
— Miałam — gorzko się uśmiechnęła. — Sprzedałam, żeby pomóc komuś z długami. A on… zniknął. Tak żyję — wszyscy mnie opuszczają, zaczynając od matki.
Jej śmiech zabrzmiał nienaturalnie. Kirill milczał, patrząc na dziewczynę z dziwną mieszanką złości i współczucia.
Liza wstała i poszła na balkon:
— Twoje rzeczy wyschły. Jedź, zanim sąsiedzi się obudzą. Nie chcę plotek o nocnych wizytach drogim autem.
— Tak, oczywiście — Kirill się ubrał, zabrał zapakowany obraz i wyszedł. Przy drzwiach wymienili ciche uściski dłoni.
Wsiadł do auta i długo siedział za kierownicą, patrząc na okno pokoju Lizy. Liza wychyliła się i z gniewem machnęła, żeby odjeżdżał.

W domu Kirill przespał się do wieczora. Obudziły go telefony od siostry:
— Kamillo, co się dzieje?
— Gdzie się podziewasz?! Daj numer Lizy, muszę z nią pilnie porozmawiać!
— Powiedz mi, przekażę.
— Żartujesz? Dlaczego mam rozmawiać z twoją żoną przez ciebie?! — wybuchła Kamilla. — Gdzie ona teraz jest?
— Ze mną! W łazience! — nieporadnie skłamał. — Oddzwoni później.
Odkładając słuchawkę, Kirill ruszył do sklepu, gdzie pracowała Liza. Skupił wszystkie kwiaty i namówił właścicielkę, by wypuściła ją wcześniej.
— Zwariowałeś? Co ja zrobię z tyloma kwiatami? — oburzyła się Liza na parkingu.
— Moja siostra chce twój numer.
— No to przyznaj, że to żart!
— Ja… chcę ich jeszcze trochę pomęczyć — niepewnie mamrotał.
— Robić ludzi w balona nie jest śmieszne. Obiecałeś powiedzieć prawdę.
— Powiem! Ale najpierw porozmawiaj z Kamillą. Prosi o radę.
— Dobrze — westchnęła Liza. — Ale w zamian zawieź mnie do domu dziecka. Niech kwiaty pójdą tam — dla pracowników.
W domu dziecka Liza została przyjęta jak własna. Starsza szatniarka Matrona Iwanowna zmrużyła oczy na Kirilla:
— Jesteś narzeczonym naszej Lizuni?
— Można tak powiedzieć — uśmiechnął się.
— Nie mydl głowy! Znam ją od pieluszek — nie dam jej skrzywdzić.
Kirill nagle zrozumiał: to ta sama „babcia Matrona”, o której Liza opowiadała przy poznaniu.
— Nie skrzywdzę jej. A wy… powiedzcie mi o niej?
— Czemu nie — usadowiła się wygodniej szatniarka. — Słuchaj…
Zimą, niedługo przed Nowym Rokiem 2004, na ganku domu dziecka znaleziono noworodka. Była głęboka noc — choć zegar wskazywał zaledwie szóstą wieczorem, ciemność już otulała wszystko dookoła.
Matrona Iwanowna spieszyła do pracy: tego dnia w placówce przygotowywano świąteczne przedstawienie i bal maskowy na Nowy Rok. Podopieczni wymagały szczególnej uwagi.
Brama na podwórze zamarzła, więc kobieta poszła głównym wejściem. To tam zauważyła sanie, a na nich zawiniątko. Podbiegając bliżej, Matrona zdała sobie sprawę, że to niemowlę owinięte w dziecięcy kocyk. Ogarnął ją paniczny strach: czy dziecko oddycha? Nie tracąc ani sekundy, zostawiła sanie na zewnątrz, wzięła dziecko na ręce i pobiegła do środka budynku.
Okazało się, że niemowlę jest zdrowe i silne — śliczna dziewczynka, miała kilka dni życia. Nie miała żadnej notatki ani dokumentów. Nie znaleziono żadnych wskazówek, że ktoś po nią wróci.
Pracownicy domu dziecka natychmiast wezwali pogotowie. Gdy lekarze przygotowywali się do zabrania maluszka, Matrona poprosiła dyrektora o nadanie dziewczynce imienia.
Pielęgniarka zapisała dziecko jako Elizaweta Snieżyna. Po sześciu latach los znowu złączył Lizę z tą samą kobietą — dziewczynka trafiła do tego samego domu dziecka, gdzie ją kiedyś znaleziono.

Życie Lizy nie było łatwe. Pozostawszy bez rodziców, mieszkała w rodzinie zastępczej do sześciu lat. Po śmierci ojca jej nowa mama ponownie wyszła za mąż, a nowy mąż nie chciał mieć nic wspólnego z cudzymi dziećmi. Tak Liza ponownie trafiła do internatu.
Dla dziewczynki był to straszny cios. Uważała się za pełnoprawną córkę rodziny Jołkinów i prawie nie pamiętała, jak pierwszy raz znalazła się w domu dziecka. Nikt nie odważył się przypomnieć jej, że zostawiła ją jako noworodka. Babcia Matrona czekała, aż Liza trochę podrośnie.
W wieku siedmiu lat dziewczynkę ponownie przekazano do rodzinnego oddziału. Jednak cztery lata później wszystkie dzieci z tego domu odebrano, a wychowawców aresztowano. Liza wróciła znów do murów domu dziecka.
Po tych wydarzeniach przestała mówić, ale zaczęła rysować. Co zadziwiające, malowała tak, jakby całe życie uczyła się w szkole artystycznej. Szczególnie dobrze wychodziły jej twarze ludzi, potrafiła oddać każde uczucie.
Dopiero gdy Elizaweta skończyła osiemnaście lat, Matrena Iwanowna odważyła się powiedzieć jej prawdę o pochodzeniu. Liza uważnie słuchała, lecz odpowiedziała z goryczą:
— Porzucano mnie wiele razy. Co zmieni jeszcze jedna sytuacja?
— Mylisz się — zaprotestowała kobieta. — Kiedy cię znalazłam, byłaś zawinięta w bardzo drogie prześcieradła. To nie były byle szmaty. Twoja matka najwyraźniej pochodziła z zamożnej rodziny. Może miała swoje powody.
Liza tylko się uśmiechnęła z przekąsem:
— Jeśli mnie nie szukała, znaczy, że mnie nie potrzebowała.
Matrena chciała coś dodać, ale kontynuowała później:
— Następnego dnia, gdy odśnieżałam śnieg, znalazłam obok sań biały jedwabny chusteczkę. Była na niej wyszyta liliowymi nićmi nazwa: „Lew Kudriczki”. Nadal ją przechowuję. Może to ojciec albo ktoś z rodziny?
Liza nie wykazała zainteresowania. Nie chciała znać tych, którzy ją odrzucili. Mimo to babcia nadal pielęgnuje chusteczkę, mając nadzieję, że pewnego dnia dziewczyna zapragnie odnaleźć swoją przeszłość.
Pewnego razu młody mężczyzna, który zaczął się spotykać z Lizą, zaproponował rozpoczęcie poszukiwań:
— Pokaż mi chusteczkę. Zrobię zdjęcie i postaram się znaleźć informacje.
Matrena obiecała pokazać mu ją następnego dnia.
Tymczasem Liza spędzała czas z przyjaciółmi: odwiedzili zoo, kino, przejechali się, zjedli lody. Wieczorem Kirill odwiózł ją do domu i odbyli wzruszającą rozmowę:
— Spotykamy się? — zapytał.
— Miliarderzy nie spotykają się z pokojówkami — uśmiechnęła się Liza.

— W takim razie będziemy pierwsi. Przełamiemy stereotypy?
— Dobrze, zgoda.
— To pocałujemy się?
— Przyjedź jutro i zobaczymy — puściła mu oko i wysiadła z samochodu.
Kirill odjechał szczęśliwy. Wspominał każdą minutę spędzoną z Lizą. To było dla niego zupełnie nowe doświadczenie uczuć. Miał wcześniej związki, ale Liza była wyjątkowa — jak melodia muzyczna, która gra tylko dla niego.
Następnego ranka Kirill zamierzał odwiedzić Matrenę Iwanowną. Nie obiecywał bez powodu odnaleźć krewnych Lizy — imię „Lew Kudriczki” wyszyte na chusteczce bardzo go zaintrygowało. Przypomniał sobie, że w osiedlu willowym, gdzie mieszkają jego rodzice, mieszka artysta o takim nazwisku i postanowił sprawdzić, czy to przypadek.
Lew Michajłowicz Kudriczki był znanym działaczem sztuki, uznanym w Rosji i za granicą. Mieszkał spokojnie z żoną, Jekatieriną Nikołajewną, z dala od społeczeństwa. Nie mieli dzieci, choć kiedyś marzyli o rodzinie. Sąsiedzi rzadko ich widywali — para wolała prywatność, a zamiast ludzi otaczała się zwierzętami. Prowadzili własną hodowlę i mały azyl dla bezdomnych zwierząt.
Kirill nie wiedział, od czego zacząć rozmowę, więc przeszedł od razu do rzeczy: pokazał zdjęcie chusteczki i zapytał, czy jest mu znana.
Już dziesięć minut po telefonie młody człowiek był wprowadzany do środka. Artysta przywitał go w swoim gabinecie. Po krótkim powitaniu Kirill pokazał zdjęcie chusteczki.
— Ta chusteczka jest mi znana — przyznał Lew Michajłowicz, ledwo kryjąc wzruszenie. — To prezent od starego przyjaciela z Włoch. Takie wykonano specjalnie dla mnie, mojej żony i naszej córki. Teraz mamy tylko dwa egzemplarze. Gdzie to znalazłeś?
Kirill poprosił o chwilę i opowiedział całą historię — o znalezionym noworodku, domu dziecka, Lizie i jej życiu. Artysta słuchał uważnie, a w miarę opowieści jego twarz coraz bardziej bledła. Wstał, wyszedł z pokoju i wrócił z żoną oraz portretem dziewczyny.
— To nasza córka Ewa — powiedział z bólem. — Zmarła trzy lata temu. Straciliśmy ją, kiedy wyjechała do Turcji.
Ewa była trudnym dzieckiem. W rodzinie z pełnym zabezpieczeniem materialnym i tak szukała czegoś więcej. Ciągłe poszukiwanie wrażeń, narkotyki, ucieczki z domu, kontakty z bikerami — wszystko to stało się częścią jej życia. W ciąży w wieku 17 lat zniknęła, a po powrocie oznajmiła, że dziecko zmarło. Później znowu zniknęła, a po kilku latach rodzicom przekazano informację o jej śmierci w hotelu nad morzem.
Gdy Kirill podał rok urodzenia Lizy, para nie miała już wątpliwości: przed nimi stoi ich wnuczka.

— Przywiozę ją do was — obiecał młody człowiek — ale najpierw trzeba przygotować Lizę na to spotkanie.
Rozmowa z dziewczyną była trudna. Długo płakała, nie rozumiejąc, dlaczego ją porzucili, jeśli mogłaby być kochana i wychowana w rodzinie. Jednak Kirill przekonał ją, że przeszłości nie da się zmienić, ale teraźniejszość może być początkiem nowego szczęścia.
— To dobrzy ludzie — uspokajał ją. — Babcia prowadzi schronisko dla zwierząt, dziadek jest znanym artystą. Może odziedziczyłaś talent malarski po nim.
— Może — zgodziła się Liza. — Ale niech zrobią test, na wszelki wypadek, jeśli nie uwierzą.
— Zrobimy, nie martw się. Ale jestem pewien, że nie mają wątpliwości. Bardzo jesteś podobna do swojej matki i dziadka.
Następnego dnia Liza, Kirill i szczęśliwi Kudriczkowie zebrali się przy jednym stole. Dla starszych była to chwila, na którą długo nie liczyli. Nie wypuszczali wnuczki z objęć, gotowi zrobić wszystko, by nadrobić stracone lata.

Dziewczyna przedstawiła Kirilla jako swojego przyszłego męża i opowiedziała o pragnieniu adopcji małej Soni. Rodzice Lizy pobłogosławili ten plan.
— Czy opieka społeczna musi zatwierdzić dom? — zapytał dziadek.
— Oczywiście — odpowiedziała Liza.
— To załatwiamy formalności i urządzamy pokój dziecięcy. Ile chcecie!
— Po co aż tyle? — zdziwiła się babcia.
— Młodzi jeszcze będą mieli dzieci — zaśmiał się dziadek, puszczając oko zakochanym.
Ślub Kirilla i Lizy stał się wydarzeniem, o którym mówiło całe miasto. Rodzice Krasilnikowa byli zachwyceni synową. Wszystkie przyjaciółki rodziny słyszały od matki pana młodego:
— Lizoczka pochodzi z dobrej rodziny. Intelektualiści, arystokraci, nie jak ci, którzy rodzą się bez korzeni.
Tak więc historia samotnej dziewczynki znalezionej w wigilię Nowego Roku zakończyła się szczęśliwie. Los złączył ją z tymi, którzy zawsze pragnęli ją widzieć blisko — z prawdziwą rodziną, która czekała na nią przez wiele lat.