Zrozpaczona teściowa nie chciała żyć po śmierci syna. Jednak jedno przypadkowe spotkanie wywróciło jej świat do góry nogami.

— Ludmiło Siergiejewno, zjedz choć coś — powiedziała łagodnie młoda kobieta, z niepokojem patrząc na teściową.

— Nie mogę, Ninochko, naprawdę nie mogę. Już sama myśl o jedzeniu przyprawia mnie o mdłości — westchnęła starsza kobieta, kiwając głową.

Nina usiadła obok teściowej na kanapie.

— Tak nie można — powiedziała cicho. — Też źle się czuję i nie mam apetytu, ale trzeba się uczyć żyć dalej.

— A po co, Ninochko? — zapytała Ludmiła Siergiejewna, jej oczy zgasły, jakby ostatnia iskra nadziei w nich zniknęła.

— Jak to po co? — Nina zamilkła zdezorientowana, nie wiedząc, co odpowiedzieć.

Minęło zaledwie sześć miesięcy od dnia, gdy zginął Paweł, jej mąż i syn Ludmiły Siergiejewnej. Obie kobiety przeżywały stratę niewyobrażalnie boleśnie. Ale jeśli Nina przynajmniej próbowała składać się na nowo, to Ludmiła Siergiejewna zdawała się całkowicie rezygnować z życia bez syna. Chudła na oczach: nie wychodziła z domu, prawie nic nie jadła. W ciągu pół roku schudła tak bardzo, że stała się nie do poznania, choć wcześniej była postawną i energiczną kobietą.

Nina też często płakała, zwłaszcza nocami, chowając twarz w poduszce. Ale w środku tliła się w niej pewność: Paweł nie ucieszyłby się, gdyby dowiedział się, że jego żona i matka poddały się. Zawsze był radosnym, porywczym człowiekiem, czasem nawet zbyt lekkomyślnym. I to właśnie ta cecha go zgubiła.

Kiedy u sąsiadów zapalił się dom, ledwo zdążyli wybiec na zewnątrz. Dach już płonął, a ich mały syn płakał, próbując wrócić do środka po ukochanego kota. Paweł bez namysłu rzucił się z powrotem. Nina krzyknęła, Ludmiła Siergiejewna po prostu upadła na ziemię. Sekunda, druga.

Na ganku pojawił się Paweł z kotem na rękach. Wtedy belka zawaliła mu się prosto na głowę. Kot przeżył, a Paweł zginął natychmiast. Krzyk Niny i Ludmiły Siergiejewnej rozległ się echem po okolicy. Chłopiec, przestraszony i blady, trzymał przy sobie duszącego się kota i powoli oddalał się od miejsca tragedii.

Nie mieli dzieci, choć byli razem pięć lat. Teściowa często pocieszała Ninę: „Jeszcze zdążysz, masz czas”. Ale Nina wiedziała, że czas nie czeka. Miała trzydzieści lat, a Paweł trzydzieści pięć. Spotkali się późno i późno wzięli ślub.

Nina z trudem wstała z kanapy.

— Trzeba się zbierać. Nie możemy się spóźnić, szef zjedzie nas wszystkich.

— Och, Ninochko, zmień tę pracę. Nie ma tam żadnego szacunku dla was. I płacą grosze. Widzisz, nasi wszyscy chodzą przez rzekę do miasta do pracy — westchnęła Ludmiła Siergiejewna.

Nina też westchnęła. Naprawdę trochę się bała. Tyle lat na jednym miejscu. Czasem warto spróbować czegoś nowego.

Ludmiła Siergiejewna odwróciła się do ściany. Nina znów westchnęła. Wiedziała, że gdy tylko wyjdzie za próg, teściowa zacznie płakać. Głośno, rozpaczliwie. To widowisko było nie do zniesienia.

Nina wyszła na ulicę. Nigdy nie lubiła nocnych zmian. Zawsze martwiła się o teściową. Traktowała ją jak matkę. Tym bardziej że swojej własnej matki nie znała. Wychowała ją ciotka, która raczej widziała w niej ciężar niż bliską osobę.

Gdy Ninie skończyło się osiemnaście lat, opuściła dom ciotki i od razu poszła do pracy, by nikogo o nic nie prosić. Mieszkała sama, prawie z nikim nie rozmawiając, aż pewnego dnia piec zaczął dymić. Poradzono jej, by zgłosiła się do Pawła. Przyszła i wszystko się zmieniło.

Paweł i Nina zakochali się od pierwszego wejrzenia. Po naprawie pieca zaczął często przychodzić do jej domu. Od tej pory już się nie rozstawali. Często odwiedzali teściową, choć mieszkali w jej małym domku. Po śmierci Pawła Nina przeprowadziła się do Ludmiły Siergiejewnej. Nie chciała zostawić jej samej, a i sama łatwiej znosiła żałobę razem z nią.

Delikatnie zamknęła drzwi i ruszyła ścieżką. Dom teściowej stał trochę na uboczu. Trzeba było przejść przez mały lasek z bagnem, a potem znaleźć się w osadzie. Ci, którzy chodzili do pracy do miasta, przechodzili obok domu. Zaraz za nim był mały mostek przez rzeczkę, a stamtąd dosłownie kilometr do miasta.

Nina obejrzała się na dom, westchnęła i ruszyła dalej. Prawie minęła lasek, gdy usłyszała z kierunku bagna jakiś plusk i jęk. Coś niezrozumiałego. Zatrzymała się, potem rzuciła się w stronę bagienka. Może jakiś pies tam wpadł.

A może zawisł obrożą i teraz nie może się wydostać. Nina nawet podrapała rękę, przebijając się przez krzaki. W końcu dotarła do brzegu bagienka i niemal krzyknęła. Kilka metrów od niej w mętnej brei tarmosiło się dziecko.

— Nie ruszaj się, słyszysz? Trzymaj się i nie ruszaj! — krzyknęła.

Szybko chwyciwszy się pnia młodego drzewka, weszła do wody, modląc się tylko o jedno — żeby pień wytrzymał. Woda była gęsta, cuchnąca. Nina dosłownie wyciągnęła dziewczynkę z bagna.

— Kim jesteś? Czyja jesteś? — zapytała…

Dziecko jednak nie mogło mówić. Dziewczynka ciągle się chwiała, próbując upaść. Nie miała już sił. Jej zęby dzwoniły stukotem. Wyglądała na około pięć-sześć lat, nie więcej.

— Ojej, moja biedactwo! — zawołała Nina, podniosła dziecko na ręce i wybiegła biegiem do domu.

— Mamo! — zawołała, wpadając do środka.

Ludmiła Siergiejewna odwróciła się zaskoczona, a nawet przestraszona. Gdy zobaczyła brudną, mokrą synową z równie brudnym i mokrym dzieckiem na rękach, zaniemówiła i podskoczyła z łóżka.

— Ninochka, kto to? Co się stało?

Nina szybko ściągała z dziewczynki przemoknięte ubrania. Wzięła z pieca kocyk i otuliła dziecko.

— Trzeba ją umyć. Och, mamo, wyciągnęłam ją z bagna, nic nie wiem. Trzeba rozgrzać malutką, nakarmić, ale nie mogę zostać, spóźnię się. Idź, nie martw się, poradzę sobie.

Nina z niedowierzaniem spojrzała na Ludmiłę Siergiejewną.

— Na pewno sobie poradzisz? Sama przecież się chwiejesz.

— Idź, nie martw się — odpowiedziała stanowczo teściowa, a w jej głosie zabrzmiała taka pewność, że Nina, choć niechętnie, uwierzyła.

W ciągu pięciu minut obmyła się zimną wodą w łaźni, przebrała i pobiegła do pracy. Ich szef był człowiekiem nie do zniesienia: nie obchodziły go czyjeś problemy. Spóźniłeś się — masz karę. Bez względu na to, jak bardzo się spieszyła, dwie minuty zawsze były za dużo. Czekała już na nią kartka: „Nina Aleksiejewna straciła pięć procent premii”. Zaciśnęła zęby, a potem nie wytrzymała:

— To się udław swoją premią!

Teraz myśli miała daleko od pracy. Zostawiła w domu ledwo żywą teściową z nieznanym dzieckiem. Nie dość, że dziecko mogło się rozchorować, nie dość, że Mariszka była malutka, to jeszcze nie wiadomo skąd się wzięła. A jeśli podniesie się jej temperatura, a Ludmiła Siergiejewna nie będzie mogła nic zrobić? Ech, powinna była zostać w domu. Odebrali by jej premię — przeżyłaby. A teraz nie wyjdzie stamtąd. Ochroniarz otworzy halę dopiero rano.

— Nina, gdzie tak pędzisz? — zapytała Larisa, z którą pracowały obok siebie, zaskoczona, widząc jak Nina się zbiera.

Było się czemu dziwić. Zwykle rano spokojnie wychodziły z hali, stały i rozmawiały.

— Przed nami dwa dni wolnego, po co się spieszyć? Można sobie pogadać.

A tu Nina gnała tak, że mogła stracić but.

— Laročka, nie gniewaj się, muszę bardzo szybko. Z teściową źle.

Larisa spojrzała na nią ze współczuciem. Znała całą historię Niny.

— Nie, nie, potem, wszystko potem.

I Nina pobiegła. Nie poszła, pobiegła, prawie poleciała. Ludzie, których spotykała, patrzyli na nią zdziwieni. Nigdy tak nie biegała. A ostatnio w ogóle chodziła powoli, ze spuszczoną głową.

— Mamo, mamo! — dosłownie wpadła do domu.

Ludmiła Siergiejewna, która w fartuchu smażyła naleśniki, odwróciła się zdziwiona.

— Ninochka, co ty krzyczysz? Przestraszysz Mariszkę.

Nina usiadła. Nic nie rozumiała. Wczoraj zostawiła dziecko z wycieńczoną kobietą na granicy życia i śmierci, a teraz widziała zupełnie inną osobę. Tak, wychudzoną, z ciemnymi workami pod oczami, ale żywą Ludmiłę Siergiejewną. Człowieka z żywym, a nie wygasłym spojrzeniem. Nina spojrzała dalej.

Przy stole siedziała mała gościni. Jasne kędziorki, ciemne oczy. Stała nieruchomo, trzymając w jednej ręce naleśnik, w drugiej kubek mleka. Dziewczynka była czysta. Ubranie miała stare, ale schludne. To co? Ludmiła Siergiejewna uprała też ubrania?

— Mamo, jak się tu masz?

— Wszystko dobrze. Wczoraj z Mariszką się wykąpałyśmy, zjadłyśmy, poszłyśmy spać. Potem wyprałam ubrania. No i na śniadanie wszystko przygotowałam. Wpadłam do Swiety. Chciałam kupić mleko, ale Swieta, ta złośnica, nie wzięła pieniędzy.

Na wspomnienie o mleku Nina nagle się rozpłakała. Teściowa podbiegła do niej:

— Nina, Ninochka, co się z tobą dzieje?

— Wczoraj, rozumiesz, wczoraj zrozumiałam, że mogę jeszcze komuś się przydać, mogę pomóc, rozumiesz?

Mariszka opowiedziała, że mieszka w sąsiedniej wiosce. Nie chciała iść do bagna, po prostu chowała się w lasku przed pijanym ojczymem. A matka też jest pijana, więc podporządkowuje się ojczymowi, a on bije dziewczynkę paskiem.

Nina słuchała, a włosy na głowie jeżyły się jej. Jak trzeba żyć, żeby dziecko tak obojętnie o wszystkim opowiadało.

— Czy ojczym często cię bije? — zapytała.

— Ten nie za bardzo. Ale poprzedni, i ten jeszcze wcześniejszy, bardzo, bardzo.

Nina i Ludmiła Siergiejewna spojrzały na siebie.

— To ileż ojczymów się zmieniło przez ten czas, skoro dziecko pamięta już trzech — pokręciła głową Nina.

— A twoją mamę nazywają Katja? — zapytała.

Dziewczynka skinęła głową:

— Katja.

Nina spojrzała na teściową:

— Chyba już wiem, kim oni są. Pamiętasz, przyjechali do nas około dziesięciu lat temu, mieszkali u nas mniej niż rok i przenieśli się do innej wioski? W rodzinie było około dziesięciu osób, wszyscy pili. Dziewczyna była młoda, nazywała się Katja. Zawsze była niechlujna.

— Oj, coś mi się przypomina — zmarszczyła brwi Ludmiła Siergiejewna.

— Mówili, że wielu tam umarło przez picie. No, jak widać, nie wszyscy. Co z tym zrobimy? Nie możemy oddać im dziewczynki. Nie wolno — powiedziała stanowczo Nina.

— Ninochka, mogłabyś pójść do naszego dzielnicowego? Kobiety mówiły, że chociaż młody, to bardzo kompetentny człowiek. Powinnaś się z nim poradzić. Nie można tak po prostu ukrywać u nas dziecka.

— Racja. Dobrze, pójdę. A gdzie on mieszka?

Wieczorem, tak dobierając czas, by nie trafić na godzinę pracy dzielnicowego, Nina podeszła do odpowiedniego domu. Dmitrij Siergiejewicz. W oknie pojawił się mężczyzna około trzydziestu pięciu lat.

— Do mnie pani? Zaraz wyjdę.

Wyszedł na podwórko, narzucając koszulę na ramiona.

— Co się stało?

— Opowiem wszystko, a pan doradzi, co robić — zaproponowała Nina.

— No to proszę usiąść — skinął dzielnicowy.

Usiedli na ławce, a Nina opowiedziała mu całą historię: o Mariszce, bagnie, pijanej matce i sadystycznych ojczymach. Dmitrij Siergiejewicz zamyślił się i podrapał się po brodzie:

— Tak, tą rodziną już się zajmowałem. Choć z innej sprawy. A ma pani czas wolny? Pojedziemy do nich? Zobaczymy, czym się zajmują, jak szukają córki.

— Oczywiście — odpowiedziała bez wahania Nina.

Gdy dojechali do domu, unosił się tak gęsty dym, że wydawało się, iż budynek lada moment się zapali. Nina nawet od razu nie rozpoznała tej samej Katji. Jedno pozostawało niezmienne — kobieta była równie brudna i wynędzniała.

— Pani, gdzie pani córka? — zapytał dzielnicowy.

— No gdzieś tu się kręci, chyba — odmachnęła obojętnie kobieta.

— Jak to tak? Córki od dwóch dni nie ma w domu, a pani o tym nie wie? Ktoś ją uratował od śmierci, wziął do siebie — oburzył się Dmitrij Siergiejewicz.

Jekatierina przez kilka sekund bezmyślnie patrzyła na Ninę, potem wybuchnęła śmiechem:

— Co, moja mała ci się spodobała? Możesz ją zabrać, za kilka butelek oddam.

Nina gwałtownie wstała i wybiegła na ulicę. Po chwili do niej wyszedł dzielnicowy.

— Jakieś takie ludzie się trafiają — pokręcił głową Dmitrij Siergiejewicz.

Usiedli w samochodzie.

— Dmitriju Siergiejewiczu, a co teraz? Mariszkę oddadzą do domu dziecka? I wyrośnie na taką samą Katję?

— Oddadzą. Na razie nie ma innej opcji. Na pewno nie można jej tam wracać.

Nina ciężko westchnęła. Dzielnicowy uważnie na nią spojrzał i powiedział:

— Nie przeszkadza, jeśli zostanie u pani jeszcze jedną noc? Dziś już za późno na telefony.

Nina ożywiła się:

— Tak, oczywiście. A może zadzwoni pan w poniedziałek? Dziś jest środa. Po co zaczynać na koniec tygodnia?

Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem:

— Zobaczymy.

W drodze powrotnej rozmawiali.

— Więc to pana mąż zginął dla radości dziecka? — zapytał Dmitrij Siergiejewicz.

— Dla kota — gorzko się uśmiechnęła Nina.

— Nie, tu się pani myli. Nie ważne, za kim płakał maluch — za kotem, za zabawką. Pani mąż oddał życie, by malec nie płakał.

Nina pierwszy raz usłyszała takie spojrzenie na zdarzenie. Poczuła ogromny wstyd, że zerwała kontakt z poszkodowanymi. Kilka razy przychodzili do niej, ale ona zawsze pokazywała im drzwi.

„Muszę koniecznie z nimi porozmawiać. Widać, że oni też cierpią” — pomyślała.

Dzielnicowy zadzwonił do opieki dopiero po dwóch tygodniach, przez cały ten czas pomagał Ninie kompletować niezbędne dokumenty. Ludmiła Siergiejewna patrzyła na niego jak na bohatera. A Nina się zawstydzała, ale o niczym takim nie myślała.

Kiedy w końcu zabrano dziewczynkę, zaczęły się prawdziwe trudności. Nina biegała między domem dziecka a opieką społeczną. Opieka wręcz robiła problemy na siłę. Dmitrij Siergiejewicz jeździł z nią wielokrotnie, wspierając ją.

— Gdybyście byli małżeństwem, byłaby choć jakaś stabilizacja — powtarzali w opiece.

Ludmiła Siergiejewna od razu powiedziała:

— Musicie się pobrać, choćby na jakiś czas.

Po roku udało im się zabrać Mariszkę do domu. Dziewczynka prawie padła ze szczęścia. Długo tuliła Ludmiłę Siergiejewnę, nazywając ją babcią i płakała ze szczęścia. A Dmitrij smutno się uśmiechnął:

— Nina, jak zdecydujesz, że potrzebujesz wolności, powiedz mi, od razu się rozwiedziemy.

Nina spojrzała na niego, spuściła wzrok. Ludmiła Siergiejewna odezwała się. Najpierw słowa wychodziły jej ciężko, potem jakby ktoś puścił jej głos:

— Wiesz co, nigdy nie sądziłam, że to powiem, nigdy… Jest mi ciężko — głęboko westchnęła. — Ale widzę, że między wami jest jakaś nić. Może nie powinniście się rozstawać? Nina była dobrą żoną dla mojego syna, ale jego już nie ma. A Ninochka jest młoda. I Mariszka jest teraz z nami. Mariszka, przecież to i tak moja wnuczka.

Dmitrij pokłonił się lekko:

— Dziękuję pani, Ludmiło Siergiejewno. Wiem, jak trudno było pani to powiedzieć.

Potem długo siedzieli razem, obejmując się i snując plany na nowe życie.