Była, przeklinając mężczyznę i obiecując mu wszelkie nieszczęścia, chwyciła Barona za ogon wystający spod kanapy i szarpnęła go do siebie. Zupełnie na próżno…

Przyszedł z pracy wcześniej niż zwykle… i zastał ją z sąsiadem.

Zatrzymał się w drzwiach sypialni i przez chwilę po prostu patrzył, jak leżą w jego łóżku. Potem odchrząknął i głosem zgaszonym od napięcia powiedział:

— Nikogo nie obwiniam. I nie zamierzam słuchać tłumaczeń. Jadę do przyjaciela, przenocuję u niego. Do jutra wieczorem ma cię tu nie być.

Na szczęście jeszcze nie byli po ślubie, a mieszkanie należało do niego — odziedziczone po rodzicach.

Następnego dnia dzwoniła do niego bez przerwy. W ruch poszło wszystko: łzy, przeprosiny, zapewnienia o miłości, przysięgi, że to się więcej nie powtórzy, a potem już tylko oskarżenia, pretensje i krzyki, że nie znajdzie lepszej od niej.

Zachowywał spokój. Bez kłótni, bez podnoszenia głosu. Na wszystko się zgadzał, ale na koniec dodawał:

— Masz jeszcze tylko chwilę. Jeśli po moim powrocie nadal będziesz w mieszkaniu — sam cię wyrzucę. Jasne?

Wieczorem wrócił do pustego mieszkania.

Na stole leżał drugi klucz. W środku wierciło uczucie zawodu, zagubienia i ciężkiej świadomości zdrady.

Przez chwilę pomyślał, żeby się upić, ale zamiast tego zadzwonił do starego kumpla — tego, który dawno temu przeszedł na rentę, kupił domek nad rzeką i spokojnie żył sobie wśród natury.

Rano wziął urlop do końca tygodnia, wsiadł do auta i ruszył przed siebie — tam, gdzie czekały wędki, samogon i męskie rozmowy…

Wrócił w niedzielę. Zaparkował pod blokiem, wysiadł z samochodu i już miał iść do domu, gdy z piątego piętra rozległ się głos zrzędliwej sąsiadki — tej z buldogiem francuskim:

— Tak się zwierząt nie traktuje! Nic dziwnego, że cię zostawiła!

Zaskoczony wypuścił z rąk plecak i siatkę z rybami. Coś w nim pękło: może to przez gniew, a może przez resztki wiejskiego samogonu w głowie.

Odwrócił się, patrząc na nią złowrogo:

— A co cię to obchodzi, kto kogo zostawił?! Spadaj…

Nie spodziewała się takiej reakcji. Oczy jej się rozszerzyły, szarpnęła smycz i pociągnęła piszczącego buldoga z powrotem.

Podniósł siatkę i plecak i już miał wejść do klatki, gdy nagle się zatrzymał.

Na ławeczce przy wejściu siedzieli Bułka i Baron — pies i kot. Jej zwierzaki. Patrzyli na niego wiernie, a ich ogony wesoło machały.

— Wy? — stanął jak wryty. — Jak?.. Skąd?..

Pierwsza myśl — że wróciła. Druga — że dorobiła klucz i jest w mieszkaniu.

Wbiegł na piąte piętro, otworzył drzwi… cisza. Absolutna.

No, prawie — z dołu dało się słyszeć miauknięcie i ocieranie o drzwi.

Kucnął, pogłaskał futrzastych gości i westchnął:

— Jak się tu dostaliście, dzieciaki? Uciekliście? I co ja mam teraz z wami zrobić?.. Przecież jesteście jej…

Ale ani pies, ani kot nie sprawiali wrażenia przejętych. Łapczywie ciągnęli nosami do siatki z rybami.

— Rozumiem, głodni jesteście — powiedział i poszedł do kuchni.

Godzinę później cała trójka zajadała się smażoną rybą. Bułka mruczała z zadowolenia i ocierała się o jego stare dresy. Baron, niczym król, rozsiadł się na stole — trzeba mu było postawić miskę obok własnego talerza.

Najedzony kot położył się obok i położył łapę na ręce mężczyzny. Ten go pogłaskał i dokończył kolację jedną ręką.

Spali razem. Kot po lewej, pies po prawej.

Rano zadzwonił do byłej. Od razu się ożywiła, powiedziała, że mu wybaczyła i może wrócić.

— Mam gdzieś twoje przebaczenie — przerwał jej. — Tylko chciałem ci powiedzieć: twoje zwierzęta uciekły od ciebie i przyszły do mnie.

— Ukradłeś je! — wrzasnęła. — Ukradłeś moje zwierzęta!

Spokojnie odpowiedział, że przez cały ten czas był poza miastem — ma na to świadków.

Rzuciła słuchawką. A on został z wątpliwościami…

Nie chciał ich oddawać. W ich towarzystwie czuł się spokojnie, ciepło, wesoło. Przepędzali smutek, nie pozwalali mu się pogrążać w żalu.

Tydzień później była pojawiła się… z nowym adoratorem. Zażądała zwrotu zwierząt.

Westchnął ciężko, otworzył drzwi:

— Proszę bardzo, wejdźcie.

— Gdzie one są?! — wrzasnęła. — Oddawaj je natychmiast!

— No to poszukajcie i sobie zabierzcie — uśmiechnął się.

Na szczęście miał w domu kamery. Baron, zobaczywszy byłą właścicielkę, zasyczał i schował się pod kanapę. Kobieta rzuciła się za nim. Bułka biegała w kółko, a jej nowy facet — czerwony, dyszący — próbował ją złapać.

— Będziesz tylko stał i patrzył?! — wrzeszczała była. — Nie pomożesz?! Nie dziwne, że cię zostawiłam!!!

— Ty mnie zostawiłaś?! — zaśmiał się. — A nie powiedziałaś swojemu nowemu, że przyłapałem cię z sąsiadem?!

— Zamknij się!!! — ryknęła.

W tym momencie Bułka dopadła adoratora… i ugryzła go w nogę. Ten aż zawył z bólu.

Kobieta w furii złapała Barona za ogon — a ten ją podrapał. I to porządnie.

Trzeba było wezwać karetkę. Potem przyjechała policja — wezwana przez tę samą sąsiadkę z buldogiem, która z ulicy opisała funkcjonariuszom, że mają do czynienia z groźnym recydywistą, złodziejem zwierząt i damskim bokserem.

Policjanci weszli, on otworzył drzwi:

— Zgłoszono przemoc. Opowie pan, co się stało?

— To długa historia. Lepiej pokażę.

Włączył nagranie z kamer. Obejrzeli bez słowa. Poprosili o kopię, pożegnali się.

Sąsiadka czekała przed wejściem. Krzyczała, domagała się aresztowania „sadysty”.

Z okna ukłonił się jej teatralnie. Wrzasnęła, zrobiła krok… i nadepnęła na własnego buldoga. Ten zapiszczał, ugryzł ją i uciekł.

Zamknął okno. Poszli na kolację.

Baron mruczał, Bułka skakała i ocierała się o rękę.

Od tego czasu była już nie dzwoniła. Sąsiadka z buldogiem — omijała go szerokim łukiem.

Baron i Bułka spacerowali razem. Pewnego razu dosiadła się do niego sąsiadka:

— Samemu być niezdrowo…

— Nie jestem sam — wskazał na futrzaki.

— Ale jest jedna fajna kobieta…

— Już jedną „fajną” miałem.

— To umówione. Jutro ci ją przedstawię.

— Wie pani, że jestem „recydywistą”?

— Wiem wszystko — zaśmiała się.

Następnego dnia przyszła skromna kobieta, ciągle się rumieniła.

— Niech pan sobie nie myśli…

— Nie myślę — uśmiechnął się.

— Jakie pan ma kochane zwierzęta. Widać, że pana kochają…

— A skąd pani to wie?

— Patrzą na pana… inaczej — westchnęła.

Siedzieli, rozmawiali. Bułka i Baron, zmęczeni spacerem, wskoczyli na ławkę i słuchali uważnie.

Zapadał zmierzch, latarnie się zapalały.

— Muszę iść. Dziękuję za wieczór.

Bułka zapiszczała. Kobieta ją pogłaskała.

— Proszę jutro przyjść — zaprosił. — Pogłaskać pieska.

— Po pracy na pewno, jeśli pan pozwoli.

— Czekamy — uśmiechnął się.

A w nocy Baron mruknął do Bułki:

— No i proszę… przyprowadzi babę. Zajmie moje miejsce. Ze stołu mnie przegoni…

Bułka polizała go w nos:

— Ale ja cię kocham najbardziej.

— Nie liż mnie, psie! Fuj, te wasze psie czułości!

Baron objął ją łapami za głowę. I zasnął.

Jutro będzie nowy dzień. I wszystko będzie dobrze.

Bo jakżeby inaczej? Inaczej — po prostu być nie może.