Kotka wcale nie zamierzała odchodzić. Patrzyła na Żekę jak na ostatnią nadzieję, a potem podeszła, oplotła jej nogę wyłysiałym ogonem i znów błagalnie miauknęła: — Miau!

— Leje jak z cebra, zimno przenika do kości, a do tego kapie na głowę… I to nazywacie latem? — mruknęła Żeka, stąpając po mokrych płytach chodnika w drodze do pracy.

Żenia czuła, że jej życie jest bardzo podobne do tego ponurego poranka — szare, przenikliwe, bez ciepłego słońca i jasnych kolorów. Ani dobre, ani złe — po prostu nijakie.

Czterdzieści pięć lat. A nie czuć nawet trzydziestu. A właściwie czuć, ale nie młodość — raczej coś przypominającego wyschniętą morelę lub pomarszczoną rodzynkę.

Żyła z przyzwyczajenia: praca — dom — kolacja — kawa. W kółko, bez duszy, jak w czarno-białym filmie przewijanym wolno.

A przecież kiedyś wszystko układało się całkiem nieźle. Mąż był. Tylko uciekł do tej, co jaśniejsza i weselsza. A na pożegnanie jeszcze zranił słowami, jakby pluł prosto w twarz:

— Jesteś szara, Żenia. Nudna jak szara ćma. Z tobą można iść tylko na pogrzeb — i pod względem wyglądu, i nastroju. Wszystko kwaśne i ponure.

Kiedyś nie zastanawiała się, że rzadko się uśmiecha. Po prostu nie było powodów. A potem, gdy mąż ją uświadomił — zauważyła to naprawdę. A ubrania zawsze miała niebrudzące — ciemne. Nie moda, a praktyczność.

Tak, miał rację. Ale i tak bolało…

— To po co się żeniłeś z taką „ćmą”? Od razu powinieneś był szukać wesołej klaunessy — oburzała się.

— Myślałem, że jesteś poważna. A okazało się, że nudna. Bez zainteresowań, bez uczuć. Wszystko dla ciebie „normalnie” i „jak powiesz”. No cóż, żegnaj.

Żenia oczywiście cierpiała. Ale w środku. Nauczyła się trzymać wszystko w sobie. Od dziecka. Mama przecież nie pozwalała na łzy — tylko surowość i wytrwałość:

— Płakać przez mężczyznę? Pff! To słabość. My, kobiety, nie możemy się poddawać.

Chociaż sama mama żyła bez większych problemów, po prostu lubiła pouczać. Wychowała Żenię na taką samą — silną z zewnątrz, ale wypaloną w środku.

A potem zmarła mama. Zawał. Żenia myślała — od tego, że wszystko w sobie trzymała. Serce nie wytrzymało.

Po jej śmierci z życia Żeni zniknęły ostatnie kolory. Samotna, szara, jak świat za oknem — żyła tylko dlatego, że trzeba.

I właśnie tego szarego, deszczowego poranka zdarzyło się coś dziwnego.

Przemoknięta do suchej nitki, wyłysiała kotka zablokowała jej drogę. Usiedziała na jedynym suchym skrawku między kałużami i miauknęła:

— Miau!

— Odejdź — mruknęła Żenia, nie znając języka kota.

Ale kotka nie odchodziła. Patrzyła w oczy, potem znów podeszła, oplotła nogę ogonem i zamiauczała, jakby prosiła:

— No proszę…

— Taka sama szara, zagubiona i niepotrzebna jak ja… — nagle pomyślała Żenia. — Może jej pomogę? Skoro nikt mi nie pomaga, to przynajmniej ja komuś pomogę?

Kotka naprawdę ją wołała — robiła kilka kroków, odwracała się, znów podchodziła, ocierała się. I Żenia, dziwiąc się samej sobie, poszła za nią.

Zwierzę zaprowadziło ją do krzaków bzu — mokrych, z kroplami na kwiatach. Tam, pod gałęziami, wrzały kocięta. Troje. I — co najbardziej zaskakujące — szczeniak!

— Skąd masz psa? — zdziwiła się Żenia. — Z kociętami jasne, ale kto to?

Kotka nic nie tłumaczyła. Po prostu podeszła, wylizała każdego malucha, a potem przyciągnęła szczeniaka do nóg Żeni.

— Chcesz, żebym go wzięła? — domyśliła się. — No nieźle… Jesteś prawdziwą matką-heroinką.

Żenia podniosła malucha na ręce. Małego, drżącego.

„Wezmę go. Ale co z pozostałymi?” — myślała. I nagle po raz pierwszy od dawna poczuła… ciepło. Współczucie. Odpowiedzialność.

— Dobra, chodźcie wszyscy — szepnęła, ostrożnie zbierając zwierzaki do kurtki. Kotka po prostu szła obok. Wiedziała — tej kobiecie można zaufać.

— Chodźmy, mamusiu. Będziecie mieć nowy adres.

Oczywiście, Żenia spóźniła się do pracy. Po raz pierwszy od wielu lat.

— Jewgienija Pietrowna, pani… pani przecież nigdy się nie spóźnia — zdziwiła się przełożona.

— No cóż, zdarzyło się raz — pomyślała Żenia. A na głos nagle powiedziała: — A może ktoś chce kociaka? Albo szczeniaka?

Szefowa prawie upuściła dokumenty.

— Ja już mam… Ale dziewczynom zaproponuję — wymamrotała, wciąż z niedowierzaniem.

— Dziękuję — powstrzymała się Żenia i zniknęła za monitorem. Ale nie na długo.

— Jewgienija Pietrowna, czy mogę panią? — do gabinetu zajrzała sprzedawczyni Zina.

— Tak? — ostrożnie zapytała Żenia.

— Powiedziano mi, że ma pani kocięta… Czy to prawda, że je pani znalazła na ulicy?

— Trzy. I jednego szczeniaka. Pod krzakiem bzu. Rano.

Żenia mówiła powściągliwie, bez emocji. Ale w oczach Ziny — zdziwienie i szczery zachwyt.

— A ja myślałam… że pani wcale nie jest taka…

Żenia zrobiło się niezręcznie. I nagle — miło.

— Chce pani zobaczyć? Zanotuję adres.

— Oczywiście, przyjdę! Chcę zobaczyć kocięta i szczeniaka. Tylko jeśli pani nie ma nic przeciwko, zabiorę ze sobą Lenę z mleczarni i Werę z delikatesów. Sama nie chcę mieć takiego zwierzyńca, a dziewczyny właśnie się interesowały, tylko się wstydziły podejść. Wysłano mnie — powiedziała ożywiona Zina.

— Wstydziły się? — zdziwiła się Żeka, marszcząc brwi.

Nie mogła sobie wyobrazić, że wywołuje u koleżanek nie tylko niedowierzanie, ale wręcz strach. Przecież nie krzyczy, nie przeklina. Zachowuje się powściągliwie, zdystansowanie — a jednak, proszę bardzo, to wystarczy, by ludzie się jej wystrzegali.

— Aha — potwierdziła Zina. — Powiedzieli, że nasza Żeka… ojej, przepraszam — Jewgienija Pietrowna, nie może zajmować się rozdawaniem kociąt. Dyrektor coś pomieszała. Mówi, że nasza Żeka raczej wrzuci skorpiony do szafy niż zabierze kota do domu.

„Ale reputację mam!” — zaskoczona pomyślała Żeka.

— Co jeszcze mówią? — surowo spojrzała na Zinę.

— Nic specjalnego… — zaczęła się jąkać.

— Nie, Zinochko, skoro zaczęłaś, dokończ.

— No… — zawahała się Zina. — Mówią, że jesteś zamknięta w sobie. Żyjesz sama, bez męża i dzieci, żadnych zainteresowań poza księgowością. Dlatego, podobno, masz taki ponury wygląd i jesteś obojętna na wszystko.

Żeka westchnęła. No tak, wszystko prawda. Tylko przykro, że tak bezlitośnie rozłożyli jej istotę na czynniki pierwsze.

— Dobrze, Zinoida, nie martw się. Proszę — to mój adres. Wpadnijcie bliżej ósmej — podała jej karteczkę.

Zina szybko chwyciła papier i niemal wybiegła z gabinetu. Żeka została siedzieć, wpatrując się w przestrzeń:

„Sama jestem sobie winna. Postawiłam mur między sobą a innymi, więc mam samotność. Z ludźmi rozmawiam jak z zakurzoną statystyką — sucho, bez ciepła. A życie już minęło. Wszystko w rutynie — praca-dom, dom-praca. Jakbym nie żyła, tylko funkcjonowała.

Kiedyś ktoś mnie zranił — i od tamtej pory nie otwieram drzwi nikomu. Mama też nauczyła — uczucia trzymaj pod zamkiem. Ale mamy już nie ma. A ja wciąż sama. I na co to? Czas mija. A życie — obok.”

Wszystkie trzy kocięta szybko rozeszły się wśród koleżanek: dwóch chłopców i jedna kotka. A ich szarą kocią mamę Żeka zatrzymała u siebie. Tak samo jak czarnego szczeniaka. Skąd się wziął wśród kociąt — pozostawało tajemnicą. Do pewnego momentu.

Pewnego dnia Żeka szła na spacer z Ugołkiem, a Murka jak zwykle obserwowała ich z okna. Przy wejściu podeszła do niej sąsiadka Jegorowna:

— Żeneczko, wyprowadzasz swojego przystojniaka? Świetny pies urosł — błyszczący, poważny, z ogonem jak trąbą. Dobra z ciebie dusza, choć długo to ukrywałaś.

Żeka się uśmiechnęła, a Jegorowna dodała:

— Wiesz, był tu taki przypadek… Mój sąsiad Sławka. Raz szedł ze śmieciami po schodach. Przywitałam się — burknął coś. Ja poszłam dalej. Ale słyszę: coś piszczy w worku. Pytam — co tam? A on spojrzał złowrogo w dół po schodach.

Na początku się wystraszyłam, myślałam, że mi się zdawało. Ale nie wytrzymałam — pobiegłam do śmietnika. Tam leżała podarta torba. A kotka chuda niosła coś czarnego w zębach. Bez okularów źle widzę, ale na pewno żywe.

Później słyszałam, jak jego syn płakał: „Tato, po co go wyrzuciłeś? On jest dobry!” A Sławka warczał: „Nie mam czasu bawić się z tymi pchłami!” Myślę więc, że to ten szczeniak?

— Myślę, że masz rację — cicho powiedziała Żeka i pogłaskała Ugołka po głowie. — To Murka go uratowała.

— No właśnie — uśmiechnęła się Jegorowna. — Więc nie na darmo. Teraz mieszka u ciebie — i widać, że jest szczęśliwy.

— Idziemy już, Margarito Jegorowno. Murka już czeka — tupie na parapecie, chodzi tam i z powrotem.

— Idźcie, kochani. Miłego wieczoru.

W domu Żeka podeszła do kotki i przytuliła się do niej policzkiem:

— Muroczko moja, zbawicielko. Nie tylko jego z opresji wyciągnęłaś, ale i mnie uratowałaś. Dziękuję ci, ogonata bohaterko. Chodź — podgrzeję ci kotlecika.

Gdy Murka i Ugołek jedli kolację, Żeka siedziała przy stole i myślała:

„Życie stało się inne. Cieplejsze. Ludzie wokół się otworzyli. I ja sama się obudziłam. Okazało się, że wszystko jest prostsze, niż myślałam. Wystarczyło kogoś wpuścić do swojego życia — choćby ogonatego”.

Uśmiechnęła się i dodała w myślach:

„Pewnie po prostu czekałam właśnie na nich”.

Życie toczyło się dalej. Tylko teraz było prawdziwe.