Po odkryciu, że jej syn jest upokarzany w szkole, sprzątaczka, na radę swojego prawnika, ukryła w plecaku syna ‘urządzenie nasłuchujące’…

„– Dima, chodź na śniadanie! – zawołała Katya do syna, kładąc na stole talerz złocistych naleśników, miskę gęstych konfitur i parujące filiżanki herbaty.

Dziesięcioletni chłopiec, jak zwykle w ponurym nastroju, powoli wszedł do kuchni, usiadł na krześle i spojrzał na matkę z ponurą miną:”
– Mamo, czy mogę dziś nie iść do szkoły? – powiedział cicho.

Takie rozmowy stały się przez ostatni miesiąc codziennym początkiem każdego poranka w ich domu.

– Synku, jak to możliwe? Musisz się uczyć. Powiedz mi szczerze — czy ktoś cię w szkole niepokoi? – Ekaterina delikatnie pogłaskała go po głowie.

– Nie, wszystko w porządku – mamrotał Dima. – Po prostu nie chcę iść. I tyle.

– Powiedz, co się dzieje? Kiedyś lubiłeś szkołę, nauczyciele byli mili, zawsze wracałeś do domu uśmiechnięty. Co się zmieniło? – nalegała.

– Nic się nie zmieniło! Zostaw mnie w spokoju! – krzyknął chłopiec i nagle zerwał się od stołu.

Katya wyszła do przedpokoju i zobaczyła, jak jej syn pośpiesznie zakłada kurtkę i wiąże buty.

– Zaczekaj, nawet nie zjadłeś! Przynajmniej zjedzmy śniadanie, odprowadzę cię do szkoły – zaproponowała.

– Nie trzeba, sam tam dotrę – odparł Dima, chwycił plecak i wybiegł z mieszkania.
Kobieta podeszła do okna i patrzyła, jak chłopiec wybiegł z wejścia do budynku i szybko skierował się w stronę szkoły. Szkoła znajdowała się tuż na ich podwórku — ogromna zaleta: żadnych ruchliwych ulic do przejścia, a droga zajmowała tylko kilka minut.

Dima kiedyś był pogodny, towarzyski, miał świetne oceny i wielu przyjaciół. Ale przez ostatni miesiąc wydawał się innym dzieckiem — coraz częściej odmawiał pójścia na lekcje, nie spotykał się z innymi dziećmi po szkole i przynosił do domu coraz więcej słabych ocen.

Katya próbowała z nim rozmawiać, ale jej syn się zamknął, wycofał w sobie i nie chciał dzielić się swoimi uczuciami.

Rozumiała, że wszystko to jest konsekwencją rozwodu. Dima prawdopodobnie miał trudności z pogodzeniem się z odejściem ojca. Minęły już dwa miesiące od czasu, gdy Oleg opuścił rodzinę.

Ekaterina czuła się winna — była zbyt zajęta pracą i obowiązkami domowymi, poświęcając mało uwagi mężowi. Obraz tamtego wieczoru wciąż był świeży w jej pamięci — kiedy on w końcu postanowił powiedzieć prawdę.

Milczał długo, zbierając myśli, a potem, patrząc jej prosto w oczy, oznajmił, że zakochał się w innej kobiecie i odchodzi od niej dla niej. Nie mogła w to uwierzyć, płakała, błagała, by przemyślał swoją decyzję, obiecywała, że się zmieni, zrobi wszystko, by ich rodzina znów była szczęśliwa. Ale mąż pozostał nieugięty — w milczeniu spakował rzeczy, przeczesał włosy syna, powiedział, że będzie zapewniał wsparcie finansowe i zabierał go w weekendy, po czym wyszedł.

— Mamo, nie płacz. To zdrajca. Poradzimy sobie sami.
Wciąż nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, że nie zauważyła zmian w Olegu: coraz częściej zostawał w pracy do późna, podobno brał nocne zmiany, żeby więcej zarobić, ale przynosił do domu coraz mniej pieniędzy. A w ciągu ostatnich kilku miesięcy przestał w ogóle przynosić wypłatę. Po jego odejściu Katya odkryła, że ich oszczędności — pieniądze na remont i wakacje — zniknęły bez śladu.

Ich dochody były skromne: ona pracowała jako pielęgniarka na onkologii, a on był elektrykiem w fabryce. Ale dwie pensje wystarczały na przyzwoite życie, a nawet na drobne oszczędności. Teraz było trudno — bez pomocy Olega, a jej pensja ledwo wystarczała na jedzenie i rachunki.

Z ciężkim westchnieniem Katya sięgnęła po telefon i wybrała jego numer:

— Oleg, cześć. Musimy porozmawiać.

— Co się stało? A może nie możesz mnie po prostu zostawić w spokoju? — odpowiedział zirytowany.

— Dzwonię w sprawie Dimy — jąkała się Katya.

— Czy on jest chory? — zapytał mąż gniewnie.

— Nie, ale myślę, że albo jest w szkole prześladowany, albo bardzo cierpi, bo odszedłeś — odpowiedziała niepewnie.

— Przestań gadać bzdury. Przestań mnie męczyć. Już mówiłem — nie wracam. Jeśli ktoś go dręczy — niech sam sobie poradzi — powiedział szorstko i rozłączył się.

Nagle fala złości ogarnęła Katyę. Znowu wybrała jego numer:

— Słuchaj uważnie: jutro składam pozew o rozwód i alimenty. Jeśli myślisz, że odchodząc od rodziny nic już nie jesteś winien — mylisz się. Jesteś w błędzie — warknęła do telefonu.
– Świetnie! Składaj pozew! I udowodnię przed sądem, ile własnych pieniędzy włożyłem w remont twojej rudery. Więc nie dostaniesz całego mieszkania — odparł Oleg ostro i rozłączył się.

Ekaterina wybuchnęła płaczem. Wciąż nie mogła pogodzić się z odejściem męża, ciągle mając nadzieję, że wróci. Nawet dokonywała poświęceń: zmieniła fryzurę, przez dwa miesiące trzymała dietę, starannie nakładała makijaż. Ale to wszystko na nic. Patrząc w lustro na swoją spuchniętą, zapłakaną twarz, zdecydowała stanowczo: już więcej się nie poniży, nie zaufa żadnemu mężczyźnie.

Z wściekłością wyrzuciła kosmetyczkę do kosza, wciągnęła na siebie znoszony sweter i stare dżinsy i poszła do pracy. W drodze nie mogła przestać myśleć o słowach męża na temat mieszkania i o niepokojącym zachowaniu Dimy.

Po przybyciu do szpitala Katya założyła płaszcz i wyszła na poranne obchody z kierowniczką oddziału, Rimmą Pawłowną. Lekarka była surowa, zwłaszcza wobec młodszego personelu, a wszystkie pielęgniarki i salowe nazywały ją za plecami „czarownicą”. Oglądała pacjentów, wydając jasne polecenia Katyi i dwóm stażystkom. Zauważywszy kurz na parapecie, ostro zrugała jedną z pielęgniarek i kazała jej zgłosić się po obchodzi.

Katya obawiała się, że może zostać zwolniona. Przy jednym z pokoi lekarka zatrzymała się i oznajmiła, że w nocy przyjęto pacjenta z silnym bólem brzucha i podejrzeniem raka.

– To nie byle kto, ale właściciel kilku kancelarii prawnych w mieście. Powinien czuć się tutaj jak w hotelu pięciogwiazdkowym! Zadaniem jest zapewnienie mu maksymalnego komfortu. Za to będzie odpowiedzialna Ekaterina, a wy, młode lekarki, będziecie jej pomagać. Tak, dokładnie — jako asystentki! Kiedy nabierzecie tyle doświadczenia co ona, wtedy dam wam takie obowiązki — przerwała niezadowolone spojrzenia stażystek.

Usłyszawszy to, Katya z ulgą westchnęła — to znaczy, że nie będzie zwolniona. Weszły razem do pokoju, a po przywitaniu się z pacjentem, kierowniczka pielęgniarek nagle podniosła głos:

– To jest oddział onkologiczny, a nie sanatorium! Co sobie myśli główny lekarz? Teraz będą tu przyjmować wszystkich bogatych, bo nie ma miejsca na terapii? Czy my teraz też mamy robić za terapeutów?

Leżący na łóżku starszy mężczyzna, cierpiący z bólu, wyglądał na zdezorientowanego i milcząco na nią patrzył.

– No więc, Valentin Wiktorowicz — kontynuowała Rimma Pawłowna, przeglądając kartę medyczną — 67 lat. Ból brzucha. Może w tym wieku powinien pan trzymać się diety?

– Nie wiem… to po prostu piekielny ból — odpowiedział niepewnie pacjent.

Po wydaniu instrukcji skinęła Katyi, zapraszając ją do gabinetu. Zamykając drzwi, Rimma Pawłowna złagodziła ton:

– Nie dziw się mojemu zachowaniu. On wyraźnie ma raka, i wszystko wskazuje na zaawansowany. Nie jest głupi — wie, że na onkologię nie przyjmują z zapaleniem żołądka. Dlatego robię to przedstawienie. Twoim zadaniem jest przekonać go, że to tylko zaburzenia trawienne. Dziś pobierzemy markery nowotworowe, ale najprawdopodobniej będzie potrzebna poważna operacja.

– Zrozumiałam, Rimmo Pawłowno. To genialne — odpowiedziała cicho Katya.

– Teraz powiedz szczerze — co się z tobą dzieje? Kiedyś byłaś taka żywa, a teraz jakby dusza cię opuściła. Czy ktoś umarł?

– Nie… Problemy rodzinne. Mąż odszedł. Byliśmy razem jedenaście lat.

– I dlatego masz chodzić jak pobity pies? Jakie to były lata! On odszedł — i dobrze! Niech teraz ktoś inny się z nim męczy. Najważniejsze — nie bierz go z powrotem. Poczekaj — może przyjdzie ktoś lepszy — Rimma Pawłowna uśmiechnęła się. — A tak w ogóle, postanowiłam awansować cię na kierowniczkę pielęgniarek. Więcej obowiązków, ale pensja będzie półtora raza wyższa. Weź się w garść, zapomnij o tym łajdaku. I proszę, przestań chodzić jak szara myszka. Nałóż trochę makijażu na oczy, pomaluj usta, załóż krótką spódniczkę i wyjdź — podbijaj serca!

– Dziękuję, Rimmo Pawłowno — zaśmiała się Katya.
— Gdybym tylko miała tyle lat co ty, kochanie! Błyszczałabym tak jak ty! A mój mąż? Tego nawet nie można wyrzucić z domu! — zażartowała kierowniczka pielęgniarek.

Katya wyszła z gabinetu z nową energią. Była szczerze wdzięczna Rimmie Pawłownej za ten kobiecy „kop w tyłek” i stanowczo postanowiła, że już nigdy nie nazwie jej „harpią”.

Zbliżając się do pokoju pacjenta, weszła z ciepłym uśmiechem:

— Witam ponownie. Jestem Katya. Teraz pobiorę od pana trochę próbek do badań.

— Witam, piękna pani — uśmiechnął się mężczyzna. Po zastrzyku ewidentnie poczuł się lepiej.

— No, prawdziwa królewna — zażartowała Katya.

— Królowe to dla pań po czterdziestce. Ty jesteś księżniczką — odpowiedział Valentin Wiktorowicz.

— Badania gotowe. Czy chce pan, żebym włączyła telewizor?

— Nie, nie lubię tego pudła. Lepiej daj mi coś do czytania. Na przykład kryminał o morderstwie.

— Postaram się coś znaleźć, ale nie obiecuję. Głównie mamy tu romanse.

— Nie, takie historie mi nie odpowiadają. Wolę kodeks karny — zaśmiał się pacjent.

— Słyszałam, że jest pan prawnikiem. Czy nie męczy się pan czytaniem kodeksów w pracy? — zapytała Katya z lekkim uśmiechem.

— To mój zwyczajny świat — odpowiedział zamyślony. — Ostatnio zajmuję się pracą notarialną, ale czasem wspominam lata w śledztwach kryminalnych i jednostkach specjalnych. To było zupełnie inne życie.

— Musiało być bardzo intensywne — szczerze podziwiała Katya. — Czy mogę zapytać o coś związanego z pana zawodem?

— Oczywiście, nie ma problemu — chętnie odpowiedział Valentin Wiktorowicz.

— To pójdę teraz do laboratorium z próbkami i zaraz wrócę do pana, dobrze? — zaproponowała.

Skinął głową, a Katya szybko złożyła próbki i natychmiast wróciła do pokoju.

— Wie pan, mój mąż i ja się rozwodzimy — zaczęła. — Mieszkaliśmy w mieszkaniu, które dostałam od rodziców przed ślubem. Oni przeprowadzili się na wieś, a teraz on twierdzi, że zainwestował własne pieniądze w remont i utrzymanie i domaga się części mieszkania w sądzie.

— Czy miał oszczędności przed ślubem? — zapytał prawnik.

Katya pokręciła głową.

— W takim razie jego roszczenia są bezpodstawne — powiedział pewnie. — Wszystkie środki zarobione w trakcie małżeństwa są wspólną własnością. To, co wydał na remont, jest jego obowiązkiem jako członka rodziny, a nie podstawą roszczeń do pańskiego mieszkania.

— Dziękuję! Naprawdę mnie pan uspokoił! — ucieszyła się Katya.

— Cóż, to pan mnie zasmuciła — uśmiechnął się z wyrzutem. — Nieznajomość takich podstaw jest niewybaczalna. Ale nie martw się, oświecę cię.

Rozmawiali jeszcze chwilę, a Katya, czując ciepłą sympatię i zaufanie do tego starszego pana, opowiedziała mu o Dimie i jego dziwnym zachowaniu.

— Są dwie możliwości, Katya — powiedział zamyślony Valentin Wiktorowicz. — Albo chłopiec potrzebuje pomocy psychologicznej z powodu odejścia ojca, choć w jego wieku dzieci zazwyczaj łatwiej radzą sobie z takimi zmianami. Albo, co bardziej prawdopodobne, jest prześladowany w szkole.

— Chciałam porozmawiać z wychowawcą, ale mój syn dosłownie błagał mnie na kolanach, żebym nie szła — powiedziała smutno Katya, a w jej oczach zabłysły łzy.

— W takim razie przeprowadzimy własne śledztwo — zaproponował z żywym zainteresowaniem. — Zadzwonię do mojego asystenta, a dziś wieczorem przyniesie miniaturowe urządzenie podsłuchowe. Dyskretnie włożysz je do plecaka syna — i dowiemy się, co tam się dzieje.

— Bardzo dziękuję — powiedziała szczerze.

Dzień minął w zwykłym zgiełku, ale Katya czuła się lżej i pewniej niż przez ostatnie dwa miesiące. Dodawało jej otuchy wsparcie Rimmę Pawłownę, która, spotykając ją na korytarzu, kilka razy z przymrużonymi oczami i gestem zachęty do pomalowania ust przypominała jej, by nie zapominała o kobiecości, lekko kiwając biodrami, jakby mówiła: „Jesteś kobietą, a nie zakonnicą.” Wieczorem, odwiedzając Valentyna Wiktorowicza, Katya otrzymała małe pudełko z mikrofonem i odbiornikiem i poszła do domu.

Dima siedział przy komputerze, głęboko wciągnięty w grę. Katya pocałowała go w czubek głowy i poszła przygotować obiad.

— Jak w szkole? — zapytała, gdy usiadł do stołu.

Chłopiec spojrzał na nią — przez chwilę zdawało się, że chce coś powiedzieć, ale tylko wzruszył ramionami i mruknął: „W porządku.” Po szybkim jedzeniu pobiegł do swojego pokoju. Katya westchnęła ciężko, mając nadzieję, że urządzenie podsłuchowe pomoże odkryć prawdę.

Sprzątając stół, otworzyła kosz na śmieci, wyjęła kosmetyczkę, którą rano wyrzuciła, uśmiechnęła się i położyła ją na szafce nocnej — zdecydowana, że następnego ranka znów się pomaluje.

W nocy cicho weszła do dziecięcego pokoju i ostrożnie schowała mikrofon do kieszeni plecaka Dimy.

Rano, odprowadzając syna, Katya wróciła do szpitala i od razu poszła do Valentin Wiktorowicza. On wziął od niej odbiornik, wyjął laptopa i powiedział, że zajmie się nagraniem, a ona może zająć się swoimi sprawami.

Po obiedzie zadzwonił do niej i ponuro oznajmił: nagranie wyraźnie uchwyciło kilku szóstoklasistów wymuszających pieniądze od młodszych dzieci, obrażających je i bijących w łazience. Co więcej, prześladowcy grozili dzieciom przemocą wobec ich rodziców, twierdząc, że ich ojcowie to wpływowi ludzie i szkoła nic nie zrobi.

Katya była zszokowana. Pobrała nagranie i postanowiła działać. Najpierw — rozmowa z dyrektorem, a jeśli nie będzie reakcji — zwrócenie się do mediów i prokuratury.

Po powrocie do domu była zdziwiona, gdy Dima powiedział, że został wezwany do szkoły. Chłopiec patrzył na nią przestraszony, nalegał, że nic złego nie zrobił i nie rozumiał, dlaczego chcą go zobaczyć. Katya objęła syna i stanowczo powiedziała:

— Wierzę ci. I nikt już nigdy nie odważy się cię skrzywdzić.

Natychmiast zadzwoniła do Valentin Wiktorowicza i opowiedziała mu o wezwaniu. Poradził, żeby koniecznie nagrywać rozmowę i nie ulegać naciskom ze strony administracji, szczególnie jeśli chronią dzieci bogatych rodziców.

Następnego ranka Katya, zdeterminowana i opanowana, stała przed gabinetem dyrektora. Na tabliczce widniało: „Michaił Jurjewicz Procenko.” Imię „Michaił” natychmiast ją zdenerwowało — jeszcze w szkole nienawidzi

— W naszej szkole pojawił się poważny problem: niektórzy uczniowie zaczęli zastraszać młodszych — wymuszają od nich pieniądze, grożą im, biją ich. To oczywiście niedopuszczalne. Pierwszą naszą myślą było wyrzucenie tych prześladowców ze szkoły. Jednak dzieci naśladują zachowanie swoich rodziców, dlatego mamy szansę ich wychować, a nie tylko wyrzucić. Poza tym życie i tak rzuci im trudnych ludzi na drodze. Chcę więc zaproponować Dimie zajęcia z sambo. Nauczą się tam, jak się bronić — ale co ważniejsze, zyskają pewność siebie. Sport kształtuje silny charakter. Sam kiedyś byłem ofiarą prześladowań, ale gdy zacząłem trenować, wystarczył jeden zdecydowany wzrok — a agresorzy od razu się wycofywali.

Katya spojrzała na niego, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Nie tłumaczył bogatych rodziców, nie wywierał na niej presji, nie próbował zatuszować problemu. Wręcz przeciwnie — zaproponował prawdziwe rozwiązanie. Poczuła wobec niego szczerą wdzięczność.

— Dziękuję, Michaił Jurjewicz. Mam nagranie audio potwierdzające wszystko, co pan mówi — powiedziała. — Ale ma pan rację — dzieci muszą wiedzieć, jak się bronić. Gdzie odbywają się te zajęcia i ile kosztują?

— Będziemy trenować tutaj, na naszej sali gimnastycznej, po lekcjach. Sam będę trenerem. Bez opłat. Kiedyś byłem kandydatem na mistrza sportu w sambo, ale wybrałem zawód nauczyciela. A swoją drogą, cała moja rodzina to pedagodzy: babcia, mama, tata, siostra… Kontynuuję więc tradycję — uśmiechnął się.

— Bardzo dziękuję — powiedziała Katya szczerze. — Porozmawiam z Dimą i dopilnuję, żeby uczęszczał na zajęcia.

— Już rozmawiałem z Dimą — przyznał dyrektor. — Potrzebowałem tylko twojej zgody.

Katya serdecznie się pożegnała, ściskając mu rękę, a wychodząc, poczuła nagle nieśmiałość, zauważając, jak ciepłe i wyraziste były jego oczy. „Misha, jak się okazuje, to całkiem normalne imię,” pomyślała cicho i uśmiechnęła się.
— Czy moja księżniczka przypadkiem się zakochała? — zapytał z figlarnym uśmiechem Valentin Wiktorowicz. — Szybko dowiedz się, czy on jest żonaty!

— Oj, daj spokój! To bzdura — zarumieniła się Katya, ale po cichu miała nadzieję, że Michaił jest wolny. W końcu nie nosił obrączki. Prawnik, jakby czytając jej myśli, zaśmiał się:

— Kochana, najpierw zdejmij swoją obrączkę — nie odstraszaj dobrych mężczyzn.

Katya żartobliwie pomachała ręką i wyszła na korytarz. Długo patrzyła na swoją obrączkę, przypominając sobie, jak zaraz po ślubie z Olegiem wyjechali nad morze, gdzie pierścionek zsunął się z palca i zniknął w falach. Mąż tego nie zauważył, a kiedy wrócili, Katya ze łzami wyznała to teściowej. Kira Anatoljewna kupiła jej nowy pierścionek bez słowa — i stał się ich ciepłym sekretem. Zawsze były blisko, jak rodzina. Przed odejściem Olega jego matka była poważnie chora przez sześć miesięcy, a Katya ledwo schodziła od jej łóżka, wiedząc, że koniec jest nieunikniony. W ostatnim dniu, walcząc z mową, teściowa powiedziała:

— Błogosławię cię, kochana. Dziękuję za twoją miłość i troskę. Będę cię chronić z zaświatów. Niezależnie od wszystkiego — nie bój się. Będziesz szczęśliwa.

Dla Katyi pierścionek nie był już symbolem małżeństwa, lecz przypomnieniem o kobiecie, którą naprawdę kochała. Cicho westchnęła, zdjęła pierścionek, ostrożnie zawiesiła go na cienkim łańcuszku i założyła na szyję — jako talizman.

Tej nocy, podczas obchodu, znalazła Valentin Wiktorowicza pogrążonego w myślach. Leżał, wpatrując się w sufit, wyglądał na przygnębionego.

— Co się stało? — zapytała łagodnie.
— Moja księżniczko, wiem, że mam raka — powiedział cicho, ale wyraźnie. — I wiem, że to ostatni etap. Moje dni są policzone.

— O nie! Rimma Pawłowna jasno wyjaśniła: przyjęto cię tutaj, bo nie ma miejsca na oddziale terapii! — zawołała.

— Tak, pamiętam to przedstawienie — smutno się uśmiechnął. — I jestem za nie wdzięczny. Nawiasem mówiąc, ból rzeczywiście zelżał na kilka dni. Jeszcze raz przekonałem się, że siła ducha i autosugestia to poważne rzeczy.

Okazało się, że jeden z asystentów, myśląc, że pacjent nie zrozumie medycznych terminów, pokazał mu wyniki badań, gdzie były zapisane „markery nowotworowe” i „biopsja”. Ale Walentin Wiktorowicz, były prawnik o analitycznym umyśle, wszystko zrozumiał od razu.

Katya, obiecując wrócić, wybiegła na korytarz i zobaczyła, jak Rimma Pawłowna surowo gani młodego lekarza za nieprofesjonalne zachowanie.

— Co zrobimy, Rimma Pawłowna? — zapytała.

— To samo, co zaplanowałyśmy — odpowiedziała chłodno pielęgniarka oddziałowa. — Przygotujemy go do operacji. A ty — nie pozwól mu tracić ducha.

Katya wróciła na oddział, usiadła obok niego i patrząc mu prosto w oczy, pewnym głosem powiedziała:

— Przed tobą operacja i na pewno wyzdrowiejesz. Takie zabiegi wykonujemy tu regularnie i zazwyczaj kończą się sukcesem. Mamy świetnych chirurgów.

Celowo ubarwiła prawdę — rozumiejąc, że szanse są nikłe, ale wierząc, że nadzieja potrafi czynić cuda.

Przez długi czas był cicho, potem cicho powiedział:

— Katya, posłuchaj mnie. Jestem bogatym człowiekiem. Mam córkę, ale w ostatnich latach komunikuje się ze mną tylko dla pieniędzy. Postanowiłem — zostawię ci mój dom, mieszkania, wszystko, co posiadam, w testamencie.

— Po pierwsze, nie umierasz, więc dość tych rozmów — uśmiechnęła się. — Po drugie, najpierw muszę zapłacić rachunki za swoje mieszkanie, a ty mi proponujesz dom!

Walentin Wiktorowicz zaśmiał się:

— Masz talent, dziewczyno, by wszystko obrócić w żart. Ale, jak mówią, nie można wyciągnąć słów z piosenki… Mój czas dobiega końca. Żona na mnie tam czeka. Żałuję tylko, że nie mogłem się pogodzić z córką.

— Czy ona cię nigdy nie odwiedziła? — zapytała cicho Katya.
— Dzwoniła wczoraj. Pytała, kiedy pieniądze wpłyną na jej konto. Pewnie jutro się zjawi — odpowiedział znużonym ironią głosem. — Bardzo ją skrzywdziłem. Dużo. Nie może mi wybaczyć śmierci jednej matki… i losu drugiej.

Wziął głęboki oddech i zaczął opowiadać:

— Moja żona Larisa i ja poznaliśmy się, gdy mieliśmy szesnaście lat. Była pięknością, a ja wchodziłem w każdą bójkę na osiedlu dla niej. Po szkole ona poszła na pedagogikę, ja na prawo. Pobraliśmy się w wieku dziewiętnastu lat. Rok później Larisa zaszła w ciążę. Zaproponowano mi kontrakt w wydziale wojskowym — dwa lata w Afryce, gdzie trwała wojna. Tam można było zdobyć stopień wojskowy i dobre pieniądze. Przekonałem ją do aborcji. Mówiłem: „Jak sobie sama poradzisz? Ja zarobię, kupimy mieszkanie, a później będziemy mieli całą gromadkę dzieci.” Płakała długo, ale zgodziła się.

Po operacji lekarz zalecił zostać w szpitalu, ale tak błagała, żeby ją wypuścić do domu, że wziąłem ją. Mieszkaliśmy wtedy w akademiku. Poszedłem do kuchni gotować, ona została leżeć. Wracam — ma gorączkę bliską 40°C. Zadzwoniłem po karetkę — przyjechali wieki. W końcu — poważne zapalenie, operacja ratunkowa… i po tym już nie mogła mieć dzieci.

Wydawała się jakby skamieniała. Namawiałem ją, by jadła, żyła, ruszała się… Miesiąc później wyjechałem do Afryki. Służyłem dwa lata, wróciłem, kupiłem trzypokojowe mieszkanie, zasypywałem ją prezentami. Ale Larisa się zmieniła. Uśmiechała się, kochała mnie, ale w jej oczach brakowało dawnego ognia — tego, w którym się zakochałem. Kilka razy proponowałem adopcję dziecka — odmówiła: „Pracuję w szkole, mamy dość dzieci.”

Po ukończeniu studiów pracowałem w śledztwach kryminalnych, potem w jednostce specjalnej, dobrze zarabiając. Razem z żoną otworzyliśmy poradnię prawną, potem drugą. Larisa zrobiła drugi stopień naukowy i została prawnikiem. Biznes się rozwijał, życie poprawiało.

Mieliśmy czterdzieści dwa lata, gdy w komisariacie zobaczyłem dwuletnią dziewczynkę. Siedziała w pokoju śledczego — czekała, aż odbierze ją opieka społeczna. Okazało się, że matka próbowała ją sprzedać, ale została złapana przez operacyjnych. Spojrzałem w oczy tej małej i zamarłem. Była tak podobna do Larisy, że zaparło mi dech.

W domu ponownie poruszyłem temat adopcji. Żona odmówiła. Ale ja nadal chodziłem do sierocińca, załatwiłem przygotowanie do opieki prawnej, zacząłem przyprowadzać dziewczynkę do domu. Gdy ją przyniosłem, Larisa zamarła. Zaadoptowaliśmy Dashę. I ogień zapłonął w oczach mojej żony, który zgasł dwadzieścia lat temu. Uwielbialiśmy naszą córkę. Dorastała mądra, piękna, dobra.

Długo zastanawialiśmy się, czy powiedzieć jej prawdę. Postanowiliśmy — gdy skończy osiemnaście lat. Byłem przeciwny, ale Larisa nalegała: „Ma prawo wiedzieć, kim jest.”
Gdy Dasha miała siedemnaście lat, zostaliśmy zaproszeni do mojego byłego towarzysza. Pamiętam tamten wieczór: lodowaty deszcz, zimno. Przyszła do nas przemoczona przyjaciółka Dashy — Larisa ją ochrzaniła, ale szybko przebrała w ciepły szlafrok i włożyła wełniane skarpety. Dziewczyny planowały oglądać filmy i zamówiły pizzę. Żona i ja zostaliśmy do późna. Ona spieszyła się do domu. Ja, wypity, zirytowany powiedziałem: „Zamów taksówkę, przyjdę później.”

Zgodziła się. Kierowca chyba zasnął lub postanowił przejechać na czerwonym — nie wiem…” Jego głos zadrżał, łzy spłynęły po policzkach. „Godzinę później powiedzieli mi: Larisy już nie ma.”

Dla Dashy to był szok. Zamknęła się w sobie. Ale z jej oczu widziałem — obwinia mnie. Próbowałem z nią rozmawiać — odwracała się ode mnie. Nie chciała iść na studia, wciągnęła się w złe towarzystwo. Trafiła do aresztu za narkotyki. Wyciągnąłem ją stamtąd, próbowałem tłumaczyć, że takie życie to droga donikąd. A ona krzyczała: „Zabiłeś moją matkę!”

Wtedy eksplodowałem. Powiedziałem: „Ona nie jest twoją matką! Ja nie jestem twoim ojcem!” Właśnie skończyła osiemnaście lat. Myślałem, że robię dobrze. Daję jej wolność. Ale od tamtej pory nie dzwoni. Tylko wtedy, gdy potrzebuje pieniędzy.

Jakby polano ją lodowatą wodą. Zamykała się na dni, jakby była odrętwiała. A potem nagle poprosiła, żebym odnalazł jej prawdziwą matkę. Co tam było do szukania? Wiedziałem dokładnie, gdzie mieszka — byłem zaangażowany w jej sprawę jako prawnik, gdy próbowała sprzedać dziecko. Groziło jej osiem lat więzienia, ale wyszła za porozumieniem — oddała córkę.

Zabrałem Dashę do jej biologicznej matki. Rozmawiały długo. A potem wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałem. Kobieta miała siedmioro innych dzieci, każde z innym ojcem. Nikt nie pracował, partnerzy przychodzili i odchodzili, dom pełen był picia, biedy i totalnego chaosu. Poruszona tym życiem, Dasha zaczęła współczuć matce, braciom i siostrom, i zaczęła prosić mnie o pieniądze, by im pomóc. Tłumaczyłem, że cała pomoc natychmiast pójdzie do najbliższego sklepu po wódkę, ale ona nie słuchała. Postanowiła nawet przyjąć nazwisko swojej biologicznej matki.
Moja żona i ja mieliśmy konto bankowe, na którym oszczędzaliśmy na przyszłość naszej córki — by zapewnić jej bezpieczeństwo i niezależność. Ostatnio sprawdziłem — konto było puste. Ani grosza. Zadzwoniłem do Dashy na rozmowę, a ona odpowiedziała ostro, oskarżając mnie o „porwanie” jej od prawdziwej matki, przez co „załamała się i zaczęła pić”.

— Dlaczego nie powiedziałeś jej, w jakich okolicznościach trafiła do was? — zapytała wstrząśnięta Katya.

— Dlaczego? — odpowiedział cicho Walentin Wiktorowicz. — Niech wierzy, że jest częścią jakiejś rodziny. Jeśli się dowie, że została sprzedana, obawiam się, że straci sens życia. Nie chcę, by nienawidziła swojej matki. Lepiej, jeśli myśli, że matka po prostu sobie nie poradziła.

Katya opuściła salę z ciężkim sercem i udała się do gabinetu Rimmy Pawłowny.

— Proszę, powiedzcie mi, czy jest szansa, że Walentin Wiktorowicz wyzdrowieje? — zapytała cicho.

— Szansa zawsze jest. Nawet dla ciebie — kiedy w końcu założysz sukienkę i pomalujesz oczy — zażartowała lekarka, ale widząc poważną twarz Katyi, złagodniała: — Nie martw się. W procentach — dziewięćdziesiąt pięć procent powodzenia. Te operacje robiłam wiele razy. Wiem, co mówię.

Katya wyszła z gabinetu głównego lekarza z ulgą. Zatrzymała się przy pokoju Walentina Wiktorowicza i z celową powagą oznajmiła:

— Operacja jest pojutrze. Przygotuj się. Testament jest anulowany — masz sto procent szans na pełne wyzdrowienie.

Popatrzył na nią smutno, ale Katya zauważyła w jego oczach słaby, lecz żywy płomyk nadziei.

W drodze do domu zauważyła, że okna mieszkania są ciemne — to znaczy, że Dima jeszcze nie wrócił. Serce zabiło jej mocniej. Wybrała jego numer — telefon milczał. Bez zastanowienia pobiegła do szkoły. Hol był ciemny, ale ochroniarz, rozpoznając, kogo szuka, skinął głową w stronę sali gimnastycznej.

Katya weszła cicho i zamarła. Jej syn razem z innym chłopcem ćwiczył ruchy pod okiem Michaiła Jurjewicza. Dyrektor poruszał się pewnie i jasno, poprawiając pozycje uczniów z lekkim uśmiechem. Katya usiadła na ławce, starając się nie przeszkadzać. Dima był tak pochłonięty, że nie zauważył matki. Po treningu odwrócił się, zobaczył ją i pobiegł z radosnym okrzykiem, chwaląc się, jak nauczył się rzucać i trzymać przeciwnika.

— Mamo, teraz mogę pobić każdego! — powiedział dumnie.

Katya spojrzała na szczęśliwą twarz syna i wdzięcznie skinęła na Michaiła Jurjewicza.

Podszedł, zaproponował herbatę, podczas gdy chłopcy się przebierali. W swoim gabinecie powiedział, że Dima ma duży potencjał.

— Chciałbym prowadzić zajęcia także w weekendy — powiedział, nieco wahając się, po czym dodał: — Będziesz mogła go przywozić ty albo twój mąż?

— Ja tak. Mój mąż — nie. Jesteśmy prawie po rozwodzie — odpowiedziała Katya.

— Ja też — niespodziewanie powiedział, patrząc na nią nieco zbyt długo.

Katya poczuła, jak rumieniec spływa na policzki. Pośpiesznie powiedziała, że chłopcy pewnie już się przebrali. Wyszły ze szkoły, a w drodze Dima nie przestawał mówić — opowiadał o każdym ruchu, trenerze, nowych przyjaciołach. A Katya ciągle myślała o tamtym spojrzeniu. O tym, jak ciepło i spokojnie czuła się przy tym człowieku.
Następnego ranka Dima z zapałem skończył naleśnika i po raz pierwszy od dawna sam zaczął opowiadać o szkole:

— Mamo, dzieci z bogatych rodzin kiedyś mnie tam prześladowały. Ale teraz się nie boję. Michaił Jurjewicz nauczył mnie takiego super ruchu!

— Tylko uważaj, żeby nikomu nie zrobić krzywdy — uśmiechnęła się Katya.

— No co ty, mamo! Jesteśmy sportowcami. Kontrolujemy swoją siłę — odpowiedział z ważną miną jej syn.

Uśmiechnęła się. Po zaledwie dwóch zajęciach jej syn znów był sobą: pewny siebie, radosny, gotowy iść do szkoły.

W pracy Katya poszła odwiedzić Walentina Wiktorowicza:

— Rozpoczyna się przygotowanie do operacji.

— Wiem — odpowiedział cicho. — Dziś przyjdzie mój kolega. Sporządzimy testament.

— Testamentów nie będzie! — powiedziała stanowczo. — Wyzdrowiejesz.

Odwracając się, zobaczyła młodą kobietę zmierzającą do sali chorych.

— Czy tutaj jest Walentin Wiktorowicz? — zapytała kobieta.

— Tak. Czy pani jest jego córką? — upewniła się Katya.

— Coś w tym stylu — dziewczyna uśmiechnęła się chłodno i weszła do środka.

Kilka minut później wybiegła, zmierzając do gabinetu głównego lekarza.

— Słyszałam, że mojego ojca przygotowują do operacji — zaczęła.

— Tak, to prawda. Proszę się nie martwić, wszystko pójdzie dobrze — odpowiedziała spokojnie Rimma Pawłowna.

— Czy mogę, jako najbliższa rodzina, podpisać odmowę operacji? — nagle zapytała Daria.

— Dlaczego? — zdziwiła się lekarka.

— Nie torturujcie starego. Po co go rozcinać, skoro rak i tak go pożre? — dziewczyna powiedziała obojętnie.

— Odmowę może podpisać tylko pacjent będący w śpiączce lub prawnie ubezwłasnowolniony. Na razie sam podejmuje decyzje. Więc proszę wyjść i nie udawać opiekuna — odpowiedziała stanowczo Rimma Pawłowna, wskazując na drzwi.

Wściekła Daria wpadła do korytarza. Chwilę się zatrzymała, po czym wróciła do sali ojca.

— Mam nadzieję, że ci złamani kości rozczłonkowują cię na kawałki — syknęła, mijając Katyę, która zamarła ze zdumienia.

— Poczekaj! — zawołała Katya, wybiegając za nią.

Dziewczyna zatrzymała się i z dumą rzuciła za siebie spojrzenie.

— Jak możesz tak mówić do swojego ojca? On teraz potrzebuje wsparcia, nie twojej nienawiści! — protestowała Katya.

— Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że nie przeżyje — powiedziała spokojnie Daria, patrząc Katyi prosto w oczy. — Nie wiesz, kim on naprawdę jest. Uwierz mi — zasługuje na śmierć.

— Dario — powiedziała cicho Katya — powinnaś zapoznać się z sprawą kryminalną sprzed dwudziestu pięciu lat dotyczącą twojej matki.

Nie czekając na odpowiedź, odeszła.

— Jaka sprawa? — krzyknęła dziewczyna, ale pielęgniarka zniknęła już za drzwiami.

Tego wieczoru, gdy Katya żegnała się z Michaiłem Jurjewiczem pod szkołą, spotkała jedną z matek z rady rodziców — miłą kobietę, która pracowała w pobliskim sklepie.

— Katyo, wiesz co się stało? — zapytała z troską.

— Nie. Co się stało?

— Twój Dima naprawdę dziś „spotkał” szkolnego dręczyciela z szóstej klasy. Jego rodzice pognali do szkoły, krzycząc. Dyrektor powiedział im, że źle wychowują dziecko i jeśli wymuszanie i bicie młodszych dzieci się nie skończy, zaangażuje policję. Był ogromny skandal. Ci rodzice grożą, że jutro przyjdzie kontrola z wydziału — i Michaił Jurjewicz zostanie zwolniony.

Katya wbiegła do szkoły i, widząc oświetloną salę gimnastyczną, odetchnęła z ulgą. Michaił Jurjewicz trenował chłopców, zauważył ją, odłożył matę treningową i podszedł z ciepłym uśmiechem.

— Miło cię widzieć — powiedział.

— Tak się cieszę, nawet nie wiesz — westchnęła Katya. — Słyszałam, że chcą cię zwolnić…

— To prawda — skinął poważnie. — Od jutra jestem zawieszony. Nie sądzę, że mnie tu zatrzymają, ale się nie poddam. Spróbuję ujawnić urzędników, którzy tak mocno kryją dręczycieli z bogatych rodzin, że nie będą mieli czasu na PR.

Uśmiechnął się smutno, ale szybko dodał:

— Ale będę dalej trenował Dimę. Mieszkam niedaleko — jeśli nie masz nic przeciwko, może przychodzić do mnie. Ma wielki potencjał.

— Oczywiście, bardzo byśmy chcieli! — zawołała Katya, a potem z bólem w głosie zapytała: — Ale… tracisz przez mojego syna pracę?

— Wcale nie! — odpowiedział stanowczo. — Nawet o tym nie myśl. Walczę nie tylko o Dimę, ale o wszystkie dzieci. Jeśli wychowamy pokolenie, które uwierzy, że pieniądze rozwiązują wszystko — kraj zginie. Po prostu zrobiłem to, co musiałem.

Nagle niespodziewanie pocałował ją w policzek. Widząc jej zdziwioną minę, zaczerwienił się:

— To… teraz jesteśmy przyjaciółmi, prawda?

Katya się uśmiechnęła, a potem bez wahania odwzajemniła pocałunek. W tej chwili pomyślała: „Dlaczego obiecałam sobie, że już nigdy nie otworzę się przed mężczyznami? Ten zdecydowanie na to zasługuje.”

Operacja Walentina Wiktorowicza zakończyła się sukcesem, a on stopniowo wracał do zdrowia. Michaił w końcu został przywrócony do pracy, ale się nie poddał. Razem z Katyą zaczęli zbierać dowody, a kiedy Walentin Wiktorowicz się o tym dowiedział, natychmiast zaangażował swoich dawnych kolegów prawników. Nagrany podsłuch stał się podstawą głośnej sprawy. Dima kontynuował treningi — teraz w domu Michaiła. A Katya, przychodząc po syna, zostawała coraz dłużej. Ukrywali się w starym altanku w ogrodzie, całowali się jak nastoletni zakochani i śmiali, jakby cały świat należał tylko do nich.

Pewnego ranka w szpitalu wybuchł zamęt — przyjechała komisja z Warszawy. Cały personel biegał, porządkując sale, korytarze i gabinety do perfekcyjnego porządku. Katya sprawdziła Walentina Wiktorowicza — był przytomny. Po operacji utrzymywano go w śpiączce farmakologicznej i dopiero co odzyskał świadomość.

— Co to za hałas? — uśmiechnął się słabo. — Kolejna ważna osoba?

— Komisja. Pewnie kolejny poseł, który chce się pokazać przed kamerami — odpowiedziała Katya.

— Tak, ta rutyna z popisywaniem się jest już nudna — mruknął. — A co z dyrektorem? Mówią, że go zwolnili?

— Tak — pokiwała smutno głową. — Bo nie uginał się przed bogatymi rodzicami i urzędnikami.

— Co?! — Walentin Wiktorowicz nagle się ożywił. — Tego nie można tak zostawić! My z chłopakami zrobimy taki skandal, że będą pamiętać go przez dziesięć lat! Podaj numer do swojego chłopaka!

— Jaki chłopak? — zarumieniła się Katya.

— Nie udawaj! Twoje oczy się rozświetlają, gdy o nim mówisz — zaśmiał się. — Podaj numer, uratujemy bohatera.

W tym momencie w drzwiach pojawiła się Daria. Stała niezręcznie, ściskając torebkę i cicho powiedziała:

— Tato… cześć.

Spojrzał na nią, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. Dziewczyna zrobiła krok naprzód, wybuchnęła płaczem i rzuciła się do niego:

— Wybacz mi, tato… Wiem już wszystko. Katya mi powiedziała. Dowiedziałam się, że mama próbowała mnie sprzedać… Dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy? Kiedy powiedziałam jej, że zamknąłeś moje konto, skrzywiła się… I zrozumiałam: dopóki były pieniądze, byłam potrzebna.

Walentin Wiktorowicz mocno ją objął, głaskał po głowie, szepcząc:

— Moja dziewczynko… Wszystko będzie dobrze. Nie płacz.

— Tato… ona ma troje dzieci: dwanaście, dziewięć i sześć lat — powiedziała cicho Daria.

— Chcesz, żeby z nami zamieszkali? — zapytał. — To nie tylko krew tworzy rodzinę, ale też wybór.

Tydzień później Michaił Jurjewicz został przywrócony do pracy. Komisja badająca skargi wykryła systemowe naruszenia, naciski na dyrektora i dowody wymuszeń. Nagrany podsłuch był kluczowym dowodem. W szkole zaczęły się reformy, a byli dręczyciele nauczyli się szacunku dla innych.

Minęły lata.

Daria wyszła za mąż i teraz spodziewa się pierwszego dziecka. Jej dwie młodsze siostry i brat mieszkają z nią i ich ojcem — teraz są prawdziwą rodziną.

Katya i Michaił pobrali się. Mają syna — Miszę. Gdy Katya mówi jego pełne imię, uśmiecha się: „Michaił” — teraz to nie tylko imię. To symbol nowego początku, siły, miłości i wiary, że nawet po najciemniejszej zimie na pewno nadejdzie wiosna.