— Kochanie, odłożymy zakup łóżeczka dla dziecka. Za zaoszczędzone pieniądze wysłałem moją mamę nad morze — oznajmił mąż.

Mały Artemka spokojnie spał w swoim łóżeczku, podkładając malutką rączkę pod różową policzek, a ja patrzyłam na niego, myśląc o tym, jak niewiele czasem potrzeba, by życie zmieniło całkowicie swój bieg. Jedno zdanie może zniszczyć pozornie trwały związek i otworzyć oczy na prawdziwą naturę człowieka.

Kto by pomyślał, że dziecięce łóżeczko stanie się tą ostatnią kroplą, która przepełni czarę cierpliwości? Ale czasem najbardziej zwyczajne rzeczy stają się symbolem zdrady, a miłość okazuje się nie tak bezwarunkowa, jak się wydawało.

W mojej praktyce psychologicznej spotykam wiele zaskakujących przypadków, którymi uważam za istotne się podzielić. Ta konkretna historia przydarzyła się jednej z moich podopiecznych kilka tygodni temu i wydała mi się warta uwagi.

Swiatłana i Denis znali się jeszcze ze szkolnych lat. W siódmej klasie do ich klasy przeniesiono kręconego, figlarnego chłopca o brązowych oczach, którego posadzono z nią przy jednej ławce. Nosił za dziewczynką plecak, częstował w stołówce swoimi pierożkami i sokiem, robił wszystko, by przyciągnąć jej uwagę. W starszych klasach było już oczywiste, że dziecięca sympatia może przerodzić się w coś poważniejszego.

Po ukończeniu szkoły Swiatłana w ciągu pół roku zdobyła zawód mistrza fryzjerstwa. Matka nalegała na studia, ale wspierał ją ojciec.

— Ludzie zawsze się strzygą i malują. Pracy ci nie zabraknie! Śmiało, córeczko!

Swiatłana była wdzięczna ojcu za zrozumienie.

Denis w ogóle nie poszedł na żadne studia. Zawsze fascynowała go budowa samochodów. Zatrudnił się w warsztacie samochodowym i od razu pokazał się jako zdolny specjalista, mimo braku formalnego wykształcenia. Gdy tylko Swiatłana otrzymała dyplom fryzjera, pobrali się.

Denis był jedynakiem. Galina Pietrowna wcześnie straciła męża — taki był bieg losu. Całą swoją miłość, energię i troskę kierowała na syna. Ciężko pracowała, by chłopiec miał wszystko, co najlepsze — dobrze go karmiła, uczyła, ubierała. Naturalnie, dla niej Denis był sensem życia. Na ich ślubie Galina Pietrowna płakała. Potem matka Swiatłany wyznała, że swatka powiedziała jej: „Nie jestem w stanie go puścić!”

Oczywiście teściowa nie była zobowiązana do oddania syna. Swiatłana nigdy nie naruszała ich więzi, wręcz przeciwnie, przypominała, aby Denis dzwonił do matki i ją odwiedzał. Sama Galina Pietrowna też czasem w weekendy wpadała do nich. Wciąż pracowała, ale w miejskiej bibliotece zarabiała grosze, stale narzekała na brak środków. Denis, oczywiście, pomagał. Wiedział, że matka chce dobrze jeść i ładnie się ubierać. Tym bardziej że on i żona oboje całkiem nieźle zarabiali.

Warsztat samochodowy, w którym pracował mąż, należał do doświadczonego mężczyzny, który zajmował się samochodami ponad dwadzieścia lat. Baza klientów była imponująca, pracy nie brakowało. A Swiatłana została przyjęta do dość prestiżowego salonu piękności, co było niezwykle korzystne, ponieważ samodzielny zakup narzędzi i wynajem lokalu na start byłby poza jej możliwościami. Pracowała spokojnie, a wkrótce zdobyła wielu klientek, które chciały strzyc się i malować właśnie u niej.

W drugim miesiącu małżeństwa Swiatłana odkryła, że jest w ciąży. Wtedy jej rodzice dali im pieniądze na wkład własny do własnego mieszkania, pod warunkiem, że wszystko zostanie zarejestrowane na córkę.

Galina Pietrowna próbowała wtedy protestować:

— Jak to, Swieteczko! Trzeba od razu rejestrować mieszkanie na oboje. Co się stanie, mój syn zostanie bez dachu nad głową.

Wtedy odpowiedział jej ojciec Swiatłany:

— A co wy z waszym synem tu włożyliście, żeby rejestrować nieruchomość na Denisa? Niech mieszkają, pomożemy. Później jeśli będą chcieli powiększyć mieszkanie, sprzedadzą to i kupią wspólne.

Teściowa niezadowolona zacisnęła usta, ale nie ośmieliła się dalej sprzeciwiać.

Ciąża była dla młodej pary niespodzianką — planowali poczekać, nawet stosowali zabezpieczenia. Ale los zdecydował inaczej. Teraz byli już prawie rodzicami, co oznaczało, że trzeba przygotować się na przyjście dziecka. Szybko położyli tapety w pokoju dziecięcym, zmienili podłogę. Na szczęście zakupione mieszkanie było częściowo umeblowane w przyzwoite meble. Poprzedni właściciele spieszyli się ze sprzedażą, ponieważ starszy syn wyjechał do Niemiec. Rodzice chcieli szybko przeprowadzić się do wnuków, pomagać im. Dlatego ustąpili w cenie i oddali meble praktycznie za darmo — byle szybciej zakończyć transakcję.

Swiatłana i Denis wykonali tam minimalny remont i zaczęli dobierać pozostałe potrzebne rzeczy dla niemowlaka. Szukali wózka, łóżeczka, stopniowo kupowali śpioszki i kaftaniki, zabawki i gryzaki. Znaleźli urocze miękkie ochraniacze do łóżeczka i karuzelę z motylkami. Mąż szczególnie nie angażował się w wybór, interesowały go tylko łóżko i wózek, bo kosztowały najwięcej.

Wydatków było mnóstwo – przepisano jej ogromną ilość witamin, a dziecięce ubranka wcale nie były tanie. Poza tym, mimo ciąży, właścicielka salonu, w którym pracowała Swiatłana, nalegała, by przeszła kursy nowych technik koloryzacji. Zajęło jej to prawie miesiąc – wychodziła o dziesiątej rano, wracała do domu o dziesiątej wieczorem. Mąż marudził, że się przemęcza.

Ale jeszcze za to dodatkowo płacono, więc nie narzekała. W ogóle planowała pracować do siedmiu i pół miesiąca. Na szczęście ciąża przebiegała łatwo. Tylko na początku czasem mdliło ją i ciągle chciało się spać, potem to minęło. Następnie pojawił się okres nieustannego głodu. Nawet w nocy wstawała, żeby coś zjeść. Przy tym szczególnie nie przybierała na wadze – najwyraźniej dziecko wymagało, by mama jadła pełnowartościowo i dużo dla prawidłowego rozwoju.

Teściowa, dowiedziawszy się o ciąży, szczerze się zasmuciła:

— Teraz w ogóle nie będę już widywać Denisia! Będzie kręcił się wokół ciebie i dziecka — powiedziała Swiatłanie.

— Co pani, on na pewno będzie pani odwiedzać! — próbowała uspokoić Galinę Pietrowną dziewczyna. — I proszę przychodzić do nas, pobyć trochę z maluszkiem.

Ostatnie mówiła wyłącznie z grzeczności. W zasadzie, odkąd dowiedziała się o ciąży, Galina Pietrowna zaczęła zachowywać się dość nachalnie. Ciągle dzwoniła do syna, nawet późnymi wieczorami, domagała się uwagi, jakby była kapryśnym dzieckiem. Poza tym ciągle wyłudzała pieniądze od zięcia. To ostatnie było teraz zupełnie nie na miejscu, bo młodzi oszczędzali na łóżeczko.

Kosztowało ono niemało, a do tego potrzebne były miękkie ochraniacze, zawieszki z zabawkami, karuzela, porządny materac, pościel, dobra poduszka. Matka Swiatłany zgodziła się z córką, że miejsce do spania dla malucha musi być doskonałe.

— Noworodki przecież śpią bardzo dużo, wszystko musi być na najwyższym poziomie! Ale my z tatą chętnie pomożemy pieniędzmi. Wózek na pewno pokryjemy my. A łóżeczko dacie radę sami?

— Mamo, wy i tak bardzo nam pomogliście. Z łóżeczkiem sobie jakoś poradzimy sami — odpowiedziała Swiatłana.

Naprawdę było jej niezręcznie prosić matkę o coś jeszcze. W końcu to rodzice — to oni powinni planować, jak i na co wychowywać dziecko. Pracowała do ostatniej chwili, starając się przyjmować jak najwięcej klientek dziennie. Maluch rósł, ona już chodziła, kołysząc się jak kaczuszka, a stanie przy fotelu, gdzie siedziała klientka, stawało się coraz trudniejsze. Starała się nie narzekać – mąż i rodzice i tak się martwili.

Trzymała się dzielnie, bo szczerze mówiąc, bardzo lubiła swoją pracę. Na szczęście właścicielka salonu od razu zapewniła, że gdy dziecko pójdzie do przedszkola, chętnie ją przyjmą z powrotem.

W siedmiu i pół miesiąca postanowiła, że dość! Brzuch był już ogromny, wielogodzinne stanie w pracy stawało się nie do zniesienia. Nawet przy normalnej ciąży w tym terminie należy zmniejszyć obciążenia.

Teraz dużo spacerowała, starając się ruszać i oddychać świeżym powietrzem, ale nie stać w jednym miejscu. Stopniowo porządkowała dom. Najadła się chęci do sprzątania i całymi dniami krzątała się, ścierając kurz, przeglądając rzeczy w szafach, myjąc łazienkę i podłogi. Mówią, że to normalne, gdy kobieta ma wkrótce zostać matką. Taka krzątanina przy przygotowaniu domu jest wpisana w naturę i nazywa się „syndromem gniazdowania”. I tak urządzała swoje gniazdko, starając się cieszyć męża apetycznymi śniadaniami i kolacjami.

Gdy Denis powiedział, że po pracy pojedzie do matki, Swiatłana szczerze się zdenerwowała. Planowali przecież iść do sklepu, oglądać łóżeczko. Pieniędzy na nie już wystarczyło, więc pozostawało tylko je kupić, ustawić w pokoju dziecięcym i wieczorami spokojnie czytać literaturę o pielęgnacji noworodków.

— Swieta, po pracy wpadnę do mamy, nie nudź się — powiedział mąż.

— Przecież planowaliśmy obejrzeć łóżeczka dziecięce — odparła zdezorientowana. — No dobrze, nie tragedia, zdążymy.

Denis pocałował ją w policzek i pośpiesznie wyszedł, narzucając kurtkę, w ciemność klatki.

Ale smutne myśli odgoniła. Przecież dziś piątek, niech po pracy jedzie do Galiny Pietrownej, a jutro, w sobotę, pojadą po zakupy. Postanowiła, że tak zrobią, i poszła myć kuchenkę i prać ręczniki kuchenne…

Wieczorem mąż wyglądał na bardzo zmęczonego, niemal od razu poszedł spać. Od kolacji odmówił, mówiąc, że jadł u matki. Rano oboje zasnęli do połowy jedenastej. Swiatłana przygotowała aromatyczne jajecznicę z ziołami i pomidorami, chrupiące tosty z pełnoziarnistego chleba oraz kawę. Jedli śniadanie, a ona opowiadała, jakie łóżeczko chce kupić.

— I żeby pościel koniecznie była z króliczkami. I jeszcze kilka kompletów jednokolorowych, bo przecież często trzeba będzie prać. A na pieluszki mama kupiła już dawno bawełnę, więc o to nie trzeba się martwić – wystarczy na dziesięć kompletów. Denis, a ty co, milczysz? — zorientowała się, widząc, że mąż ani słowa nie powiedział i odwraca wzrok.

— Kochanie, odłożymy zakup łóżeczka dla dziecka. Za zaoszczędzone pieniądze wysłałem moją mamę nad morze — oznajmił mąż.

— Jak to „odłożyć”? Na jakie morze? Mam już prawie osiem miesięcy! Wkrótce urodzi się dziecko. Łóżeczko jest potrzebne i to natychmiast, przecież na nie odkładaliśmy — dziwiła się, pytając męża.

— Mama nie odpoczywała od wielu lat. Czyż nie zasłużyła na wyjazd? — mówił spokojnie Denis.

— Teraz?

— A kiedy? Gdy ten pasożyt się urodzi, wszystkie pieniądze pójdą na niego, jak do bezdennej studni?

— Pasożyt? Studnia? — wyszeptała prawie niezauważalnie, bo gardło zaciśnięte od gniewu i napływających łez.

— No tak. Rozumiesz przecież, że z narodzinami tego, wszystkie plany i wydatki na siebie się skończą…

— Wiesz co, Denis, pakuj swoje rzeczy i jedź do matki. Teraz po prostu przekroczyłeś wszelkie granice! — krzyknęła, wstając od stołu.

Stała tak naprzeciw męża z ogromnym brzuchem, obejmując go obiema rękami. Denis przewrócił oczami, ale nie wdawał się w kłótnię, tylko poszedł zbierać swoje rzeczy.

Wyszedł, uderzając demonstracyjnie drzwiami, a ona usiadła i zapłakała. W tym momencie zadzwoniła jej mama. Gdy usłyszała, co się wydarzyło, od razu przyjechała do córki.

— Dobra, nie będziemy się smucić. Tym bardziej, że nie możesz się teraz złościć, myśl o maluszku. Wnuk wszystko wyczuwa. Weź się w garść, szykuj się, i pójdziemy kupić łóżeczko.

Z mamą nie było sensu dyskutować. Gdy mówiła takim tonem, nawet ojciec nie oponował. Swiatłana uśmiechnęła się przez łzy, poszła umyć się i przygotować. Przez pół dnia chodzili po ogromnym centrum handlowym z artykułami dla dzieci. Co tam tylko nie było! Od razu wybrali wygodny, niebieski wózek typu „transformer” – przewidziano zarówno pozycję leżącą dla niemowląt, jak i siedzącą dla starszych dzieci.

Znalezli łóżeczko, które oboje im się spodobało. Mama natychmiast odradziła córce kołyskę:

— Na razie, gdy jest malutki, na płozach można go kołysać. Ale gdy trochę podrośnie, złapie się za barierkę i wypadnie. Nawet nie myśl. Weź zwykłe, stacjonarne. Ty w takim spałaś do pięciu lat, gdy podrośnie, kilka prętów na przedniej ściance usuniemy i po problemie.

Pościel wybrali aż osiem kompletów – zarówno z króliczkami, jak chciała Swiatłana, jak i jednokolorowych. Znaleźli ją z doskonałego popeliny i satyny. Karuzela z motylkami kosztowała dość drogo, ale ojciec powiedział, że to będzie jego osobisty prezent dla wnuka.

Do domu wracała całkowicie szczęśliwa z zakupów. Teraz wszystko było gotowe na narodziny maluszka.

Denis milczał przez dwa tygodnie, a potem pojawił się z bukietem i czekoladą, prosząc o wybaczenie. Ona wciąż była bardzo urażona i rozgniewana, szczególnie gdy dowiedziała się, że jego matka wciąż odpoczywa nad morzem. Z powodu kaprysu babci jej dziecko prawie miałoby spać na podłodze!

Na wypis z nimi i Artemką przyszli tylko jej rodzice. Ani męża, ani teściowej nie było widać na horyzoncie. Wrócili z synkiem do domu, a półtora miesiąca później złożyła dokumenty o rozwód. Tym samym jej relacje z Denisem ostatecznie się zakończyły.

Mama i tata bardzo pomagali jej przy małym. Artemka rósł zdrowy, dobrze jadł i prawie cały czas spał, nie sprawiając kłopotów. Ojciec nie dzwonił ani nie pisał, jakby wykreślił ich z życia. Nie wie, jak do tego doszło. Przecież znali się jeszcze ze szkoły średniej, a w efekcie… W efekcie Denis okazał się nieznajomym i całkowicie obcym człowiekiem. Jedyną naprawdę cenną rzeczą, jaka pozostała po byłym mężu, był Artemka. Syn dawał jej siłę do życia, uśmiechu, ruszania naprzód. Ona i babcia z dziadkiem uwielbiali swojego słodkiego maluszka. Wszystko było w porządku, a mama pewnego dnia zapytała, czy samotność jej nie doskwiera.

— Gdy masz dziecko, samotność nie istnieje, mamuś.

Uśmiechnęła się ze zrozumieniem i mocno przytuliła córkę. Artemka spał w swoim łóżeczku, podkładając rączkę pod pulchną policzek, śmiesznie dysząc.

Do dziś pracuję z klientką nad przeżytymi wydarzeniami, zostało jej wiele psychologicznych blokad i kompleksów, nad którymi musimy jeszcze poważnie popracować. Bohaterka nadal uczęszcza na sesje.