— A wy, dwie obrzydliwe ropuchy, wynoście się stąd, jeśli nie chcecie wyciągać makaronu z włosów! — synowa wylała talerz gorącego jedzenia na głowę teściowej.
Anna otarła pot z czoła wierzchem dłoni, starając się nie ubrudzić kuchennego ręcznika sosem pomidorowym. Mieszkanie Walentiny Pietrowny tonęło w aromatach czosnku, bazylii i duszonego mięsa. Na kuchence bulgotały jednocześnie trzy garnki: w jednym gotowały się spaghetti, w drugim dusił się farsz z warzywami do bolognese, w trzecim przygotowywała się potrawka z ryżu – na wypadek, gdyby komuś z gości nie smakował makaron.

– Aniu, kochanie, jak ci tam idzie? – dobiegł z salonu głos teściowej. – Może ci pomóc?
– Wszystko w porządku, Walentino Pietrowno! – odpowiedziała Anna, choć pomoc by się przydała. Ale wiedziała: gdy tylko teściowa pojawi się w kuchni, zacznie się krzątać, przestawiać garnki, dosalać już posolone i w efekcie tylko przeszkodzi.
Ania mieszkała z mężem Dimą w mieszkaniu jego matki już od pół roku. Po ślubie młodzi planowali wynająć lokum, lecz Walentina Pietrowna nalegała: po co wydawać pieniądze na czynsz, skoro można odkładać na wkład własny do własnego mieszkania? Logika była nie do podważenia i Anna się zgodziła, choć w głębi duszy rozumiała – życie z teściową nie będzie proste.
Na początku wszystko układało się nieźle. Walentina Pietrowna, kobieta po pięćdziesiątce, z bujną, farbowaną blond czupryną i upodobaniem do jaskrawych strojów, przyjęła synową serdecznie. Bardzo szybko jednak okazało się, że wszystkie domowe obowiązki spadają na barki Anny. Gotowanie, sprzątanie, pranie – to wszystko stało się jej zadaniami. Teściowa tłumaczyła to prosto: „Ty jesteś młoda, masz więcej energii. A ja się już w życiu napracowałam”.
Anna nie protestowała. Po pierwsze, naprawdę chciała przypodobać się matce męża. Po drugie, rozumiała, że Walentina Pietrowna wychowywała syna samotnie, pracując na dwóch etatach, więc teraz, gdy miała możliwość odpoczynku – czemu nie? Poza tym sama Anna lubiła gotować i dbać o porządek w domu.
Dziś był szczególny dzień – urodziny teściowej. Walentina Pietrowna poprosiła Annę o pomoc w zorganizowaniu kolacji dla dwóch swoich przyjaciółek, Ludmiły i Tamary. „Przygotuj coś wyjątkowego – poprosiła. – Chcę się pochwalić dziewczynom, jaką mam wspaniałą synową”.
Anna postanowiła nie oszczędzać na produktach. W sklepie kupiła dobre mięso na farsz, porządne pomidory na sos, drogie spaghetti z pszenicy durum. „Makaron po marynarsku” – ulubione danie teściowej, choć to, co ona gotowała, miało niewiele wspólnego z klasycznym spaghetti bolognese. Ale skoro prosiła właśnie o to, będzie właśnie to.
Na szóstą wieczorem stół był już nakryty. Biały obrus, najlepsza zastawa, świece w eleganckich świecznikach. Anna nawet kupiła kwiaty – białe chryzantemy, które wstawiła do wazonu na środku stołu. W lodówce chłodziło się półsłodkie wino – kolejna słabość solenizantki.
Walentina Pietrowna wyszła z sypialni w nowej sukience – jaskrawo niebieskiej, z głębokim dekoltem i bufiastymi rękawami. Włosy upięła wysoko, obficie spryskując lakierem. Na szyi połyskiwał naszyjnik ze sztucznych pereł.
– Ach, Aniu, jak tu pięknie! – klasnęła w dłonie teściowa. – Po prostu cudownie! Dziewczyny zzielenieją z zazdrości.
Dymitr, który wrócił z pracy, pochwalił stół i żonę, pocałował matkę w policzek i poszedł do swojego pokoju – męskie towarzystwo dziś nie było przewidziane.
Ludmiła i Tamara przyszły punktualnie o siódmej, jak się umówiły. Obie były mniej więcej w wieku Walentiny Pietrowny, lecz jeśli ona wciąż trzymała formę, jej przyjaciółki dawno już machnęły na siebie ręką. Ludmiła, niska i pulchna, przypominała kulkę w kwiecistej sukience. Tamara była wyższa i szczuplejsza, lecz jej twarz o drobnych rysach i wiecznie niezadowolonym wyrazie nie budziła sympatii.
– Waleczko, kochana, wszystkiego najlepszego! – zaszczebiotały gościnie, wręczając prezenty – pudełko czekoladek i flakon tanich perfum.
Przy stole na początku panowała świąteczna atmosfera. Kobiety wychwalały potrawy, szczególnie spaghetti bolognese.
– Aniu, złotko, to jest po prostu boskie! – mlaskała Ludmiła, nawijając makaron na widelec. – Gdzie ty się tak nauczyłaś gotować?

– W domu – odpowiedziała skromnie Anna. – Mama mnie wszystkiego nauczyła.
Walentina Pietrowna rozlała do kieliszków wino. Potem jeszcze raz. I jeszcze. Policzki kobiet zaróżowiły się, głosy stały się głośniejsze, a śmiech dźwięczniejszy.
– Dziewczynki – zaczęła teściowa, już mocno wstawiona – wiecie, jakie ja mam szczęście? Taką synową znaleźć! Ja ją, można powiedzieć, przygarnęłam, ze wsi wyciągnęłam, wszystkiego nauczyłam.
Anna zmarszczyła brwi. Pochodziła z dużego miasta liczącego ponad pół miliona mieszkańców i nazwać je wsią można było tylko z wielką przesadą. I wcale nie teściowa ją „wyciągała” – Anna sama przyjechała do Moskwy po studiach, znalazła pracę i poznała Dymitra.
– Oczywiście, oczywiście – pokiwała głową Ludmiła. – Od razu widać, że dziewczyna dobrze wychowana. A nie to, co niektóre dzisiejsze synowe.
– A ty, Waleczko, sama skąd pochodzisz? – zapytała Tamara.
– Ja to rodowita moskwianka – odparła dumnie Walentina Pietrowna, choć Anna wiedziała, że teściowa przyjechała do stolicy z podmoskiewskiej miejscowości zaraz po szkole.
Wino lało się strumieniami. Kobiety coraz bardziej się upijały, a rozmowa przybierała nieprzyjemny obrót. Walentina Pietrowna, czując się najwyraźniej panią sytuacji, zaczęła sobie pozwalać na coraz więcej.
– No i co tam w tej waszej wsi? – parsknęła, zerkając krzywo na Annę. – Pewnie rodzice w chlewie mieszkają i zajadają się kapuśniakiem z łychą z drewna. Pewnie skończyli ze trzy klasy szkoły cerkiewnej. Albo i nie?
I wszystkie trzy wybuchnęły śmiechem.
Annę zmroziło. Jej ojciec był inżynierem, matka – nauczycielką matematyki. Oboje z wyższym wykształceniem, inteligentni ludzie.
– A twoja mamusia – ciągnęła rozkręcona teściowa – pewnie sprzedała ostatnią krowę, żeby wysłać córeczkę do stolicy. Żeby nie zaszła w ciążę gdzieś na sianie od jakiegoś traktorzysty-pijaka!
Ludmiła i Tamara zachichotały. Ich tłuste boki obrzydliwie falowały od śmiechu.
– Walentino Pietrowno – powiedziała cicho Anna – mylicie się.
– A niby w czym się mylę? – warknęła teściowa. – Od razu poznałam, z jakiej jesteś rodzinki! Po twoich rączkach widać – do pracy nieprzyzwyczajona. Cud, żeście tam wszyscy nie zdechli w tym błocie. A twoja mamusia to pewnie też lubiła sobie pohulać.
Walentina Pietrowna pochyliła się, oparła dekoltem o brzeg stołu i porozumiewawczo mrugnęła do przyjaciółek, jakby coś sugerując.
W tym momencie cierpliwość Anny się skończyła. Jej matka, Nadieżda Iwanowna, całe życie pracowała w szkole, uczyła dzieci, pomagała im dostać się na studia. Była mądrą, dobrą kobietą, która wychowała córkę w miłości i szacunku do ludzi. A teraz słuchać, jak pijana teściowa obrzuca ją błotem…
Anna powoli wstała od stołu. Przed nią stał talerz ze spaghetti bolognese – tymi samymi „makaronami po marynarsku”, które tak starannie przygotowywała.

– Walentino Pietrowno – powiedziała równym głosem – teraz mówicie nie o mojej rodzinie. Opowiadacie o własnym życiu, prawda? Ale obrażać mojej matki wam nie pozwolę.
I zanim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć, Anna podniosła talerz i wylała jego zawartość prosto na głowę teściowej.
Spaghetti bolognese z obrzydliwym mlaśnięciem rozlały się po bujnej fryzurze Walentiny Pietrowny, spłynęły po twarzy, zaplątały się w koralach, wślizgnęły się za dekolt sukienki. Kawałki mięsa i pomidorów przyozdobiły niebieski materiał, a sos rozlał się tłustymi plamami.
Ludmiła i Tamara zapiszczały, a potem wybuchnęły dzikim rechotem. Śmiały się na całe gardło, ich tłuste boki trzęsły się jak galareta.
– A wy, dwie obrzydliwe ropuchy, wynoście się stąd, jeśli też nie chcecie wyciągać makaronu z włosów! – krzyknęła Anna, odwracając się do przyjaciółek teściowej.
Śmiech momentalnie ucichł. Ludmiła i Tamara, chwytając torebki, rzuciły się do wyjścia, nawet nie żegnając się z solenizantką…
Walentyna Pietrowna siedziała oszołomiona tym, co się wydarzyło. Po jej twarzy spływały resztki sosu, a spaghetti zwisały z włosów niczym choinkowa girlanda. Otwierała i zamykała usta jak ryba wyrzucona na brzeg, ale nie potrafiła wydobyć z siebie ani słowa.
Anna w milczeniu zaczęła sprzątać ze stołu. Ręce drżały jej ze złości i jednocześnie ze świadomości tego, co zrobiła. Ale żałować tego, co się stało, nie zamierzała.
Walentyna Pietrowna wstała i, nie mówiąc ani słowa, poszła do łazienki się umyć. Anna dokończyła sprzątanie w kuchni, pozmywała naczynia i wróciła do pokoju, gdzie czekał na nią zdezorientowany Dymitr – słyszał krzyki, ale nie odważył się zainterweniować.
– Co się stało? – zapytał.
Anna opowiedziała mu wszystko. Mąż wysłuchał, pokręcił głową i objął żonę.
– Mama się myliła – powiedział cicho. – Ale ty też przesadziłaś.
– Może i tak – zgodziła się Anna. – Ale więcej tego nie będę znosić.
Następnego ranka Anna wstała wcześnie, jak zwykle, by przygotować śniadanie. W kuchni czekała na nią Walentyna Pietrowna. Włosy teściowej były dokładnie umyte, choć wciąż pachniały sosem pomidorowym. Twarz wyglądała na poszarzałą, a oczy były czerwone – nie od wczorajszego wina, lecz od łez.
– Aniu – powiedziała cicho – wybacz mi. Wczoraj byłam głupia. Za dużo wypiłam, język mi się rozwiązał… mówiłam obrzydliwości.

Anna zatrzymała się, nie dochodząc do kuchenki.
– Masz rację – ciągnęła teściowa. – Opowiadałam o sobie. Rzeczywiście jestem ze wsi, moi rodzice byli prostymi ludźmi. I całe życie bałam się, że ktoś się dowie. Udawałam moskwiankę, wymyślałam różne historie. A wczoraj… wczoraj… ty jesteś taka zaradna, wykształcona, masz gust… zobaczyłam w tobie to, czym sama nigdy nie byłam. Wykształconą dziewczynę z dobrej rodziny. I ogarnęła mnie zazdrość. Dlatego wszystko się ze mnie wylało.
Anna milczała. Gniew jeszcze nie minął, ale serce zaczynało mięknąć.
– Rozumiem, że byłam w błędzie – powiedziała Walentyna Pietrowna. – I rozumiem, że miałaś prawo się postawić. Choć… w taki sposób.
Anna nie wytrzymała i uśmiechnęła się:
– Spaghetti naprawdę dobrze ułożyły się na waszej fryzurze.
Teściowa też się uśmiechnęła:
– Tamara potem dzwoniła. Powiedziała, że dostałam, na co zasłużyłam. A Ludmiła dodała, że mam charakterną synową. Mówi: „i dobrze”.

– Walentyno Pietrowno – powiedziała Anna – zacznijmy od nowa. Ale pod jednym warunkiem: nikt nikogo nie upokarza. I obowiązki domowe dzielimy po równo.
– Dobrze – skinęła głową teściowa. – I jeszcze… może pokażesz mi, jak się gotuje prawdziwe bolognese? Bo moje makaroniki po marynarsku do twoich nie dorastają.
– Z przyjemnością – odparła Anna. – Tylko następnym razem proszę uważać na słowa. Z talerza je się wygodniej niż z dekoltu.
Walentyna Pietrowna roześmiała się – pierwszy raz od dawna szczerze i ciepło.
– Obiecuję. Choć przyznam – spałam źle, ciągle śniło mi się, że próbuję domyć włosy z sosu.
Od tego dnia w domu zapanowała inna atmosfera. Walentyna Pietrowna przestała udawać królową, a Anna – pokorną Kopciuszka. Gotowały razem, sprzątały razem. Teściowa okazała się całkiem niezłą rozmówczynią, gdy nie odgrywała roli rodowitej moskiewskiej damy.
A przepis na prawdziwe bolognese stał się rodzinnym skarbem, choć za każdym razem, gdy Anna je przygotowywała, Walentyna Pietrowna żartowała:
– Tylko proszę, podaj w talerzu. Na głowę nie trzeba.