— Jak śmiałaś zajść w ciążę? — oburzony zapytał były mąż żonę.
— Czyli wybierasz swoją dumę zamiast naszej rodziny? — Marina rzuciła na stół zaświadczenie lekarskie.

— Cudownie, teraz będziesz mnie szantażować? — uśmiechnął się kpiąco Wiktor. — Bardzo oryginalne.
— Witia, to przecież tylko procedura! Miliony par tak robią!
— Miliony idiotów skaczą z mostu, mam też skoczyć?
Trzy miesiące temu Marina siedziała w gabinecie lekarza i starała się nie pokazać, jak drżą jej ręce. Z Wiktorem od pół roku próbowali mieć dziecko, a miesiąc po miesiącu test pokazywał jedną kreskę. Do jej duszy zakradał się strach — a co, jeśli coś z nią jest nie tak? Co, jeśli nigdy nie zostanie matką? Rodzina zawsze była jej marzeniem, a myśl o bezdzietności przerażała ją bardziej niż jakakolwiek choroba.
Wiktor bębnił palcami w podłokietnik i po jego twarzy było widać, że również się denerwuje, choć krył to za udawaną obojętnością.
— Azoospermia — oznajmił lekarz. — Całkowity brak plemników. Wada wrodzona.
Marina zamrugała zdezorientowana, nie od razu rozumiejąc sens tych słów. Ale po twarzy męża poznała — wiadomość była zła. Bardzo zła.
Wiktor pobladł i oparł się o oparcie krzesła, jakby dostał cios. W głowie pulsowała tylko jedna myśl: „Niedopełniony. Jesteś niedopełnionym facetem”. Całe te miesiące w skrytości obwiniał żonę, że ciąża nie nadchodzi, a okazało się — problem tkwił w nim. I teraz Marina poznała prawdę. Dowiedziała się, że nie jest jak inni mężczyźni.
— Da się to leczyć? — Marina ścisnęła dłoń męża.
Nie zdawała sobie jeszcze w pełni sprawy ze skali problemu, ale już wyobrażała sobie, jak będzie tłumaczyć rodzicom opóźnienie z wnukami. Jak usprawiedliwiać się przed koleżankami, które jedna po drugiej zachodziły w ciążę i odchodziły na urlop macierzyński.
— Niestety nie — lekarz pokręcił głową. — Kanaliki nasienne nie rozwinęły się prawidłowo. Zdarza się to u około jednego procenta mężczyzn, przyczyny nie są do końca poznane. Rozumiem, jak trudno to przyjąć młodej rodzinie…
Zrobił pauzę, spoglądając na zdezorientowaną twarz Mariny.
— Ale istnieje in vitro z materiałem dawcy. To całkowicie bezpieczna procedura, która daje kobiecie możliwość urodzenia zdrowego dziecka.
Marina uczepiła się tych słów jak koła ratunkowego. Czyli nie wszystko stracone! Czyli jednak może zostać matką!
A Wiktora w tej chwili ogarnął taki napad wściekłości, że ledwo się powstrzymał, by nie wstać i nie wyjść od razu. Ten lekarz spokojnie proponuje jego żonie zajść w ciążę z innym facetem! I mówi o tym tak, jakby to było coś najzwyklejszego!
— Odsetek udanych ciąż przy in vitro sięga czterdziestu procent przy pierwszej próbie — kontynuował lekarz. — Wiele par wybiera właśnie tę drogę. Dziecko będzie genetycznie związane z matką, a wychowywać je będziecie razem…
— Dziękujemy, zastanowimy się — Wiktor gwałtownie wstał.
Słowa lekarza uderzały w samo sedno — w jego męską dumę. Wychodziło na to, że byle obcy facet może dać jego żonie to, czego on sam nie potrafi. A teraz ma się z tym pogodzić i jeszcze cieszyć?
— Witia, poczekaj!
Marina nie rozumiała, dlaczego mąż tak ostro zareagował. Przecież lekarz zaproponował rozwiązanie! Sposób, by jednak urodzić dziecko!
— O czym tu myśleć? Obce dziecko to nie moje dziecko. Kropka.
Lekarz przyglądał się tej scenie z zawodowym współczuciem — takich rozmów odbył już wiele. Mężczyźni niemal zawsze reagowali boleśnie.
— Witia, ale przecież chcieliśmy rodziny! — Marina próbowała zatrzymać go za rękaw. — Chcę urodzić! Z tobą się nie udaje, ale jest inny sposób!
— Inny sposób? — Wiktor odwrócił się do niej. — Chcesz, żebym wychowywał dziecko obcego faceta? Żebym codziennie patrzył na nie i pamiętał, że jestem ułomny?
— Nie! Chcę, żebyśmy mieli rodzinę!
— To idź do tego doktora, niech ci wybierze dawcę! Może przystojnego, mądrego, wysportowanego — wszystko to, czego twój mąż nie ma!
Lekarz dyskretnie odchrząknął:
— Rozumiem, że wiadomość jest szokująca. Dajcie sobie czas na przemyślenie. I pamiętajcie — zwrócił się bezpośrednio do Mariny — decyzja zawsze należy do was. Do obojga.
— Chodźmy stąd! — Wiktor chwycił żonę za rękę i niemal wyciągnął ją z gabinetu.
W drodze do domu Marina próbowała uspokoić męża:
— Witia, rozumiem, to trudne… Ale damy radę! Najważniejsze, że mogę urodzić!
— Nie ze mną.
— Ale dziecko wychowam ja! I ty! Będzie nasze w wychowaniu!
— Zamilcz — Wiktor patrzył w okno samochodu. — Po prostu zamilcz.
I Marina zamilkła, rozumiejąc — teraz każde słowo tylko pogorszyłoby sytuację.
Wieczorem przyjechała do nich Jelena Pawłowna, matka Wiktora. Marina nakrywała do stołu i w myślach dziękowała losowi za to, że jest ktoś, kto może wpłynąć na upartego syna. Godzinę temu zadzwoniła do teściowej i opowiedziała o diagnozie — sam Wiktor pozwolił, mówiąc: „Dzwoń do kogo chcesz, i tak prędzej czy później wszyscy się dowiedzą”.

— Mamo, tylko bez twoich rad, — Wiktor otworzył butelkę wina drżącymi rękami. Nalał sobie pełny kieliszek i wypił duszkiem.
— Synku, Marysia ma rację. Dziecko, które urodzi, będzie twoje w wychowaniu.
Kiedy parę godzin wcześniej Marina zadzwoniła i chaotycznie wyjaśniła sytuację, Jelena Pawłowna opadła na krzesło, nie dowierzając usłyszanemu. Jej chłopiec nigdy nie będzie mógł zostać ojcem! Pierwsze minuty w jej głowie panował tylko chaos i litość wobec syna.
Ale gdy szok minął, zaczęła myśleć trzeźwo. Marina to młoda kobieta, która marzy o dzieciach. Sama Jelena Pawłowna pamiętała, jak w młodości marzyła o macierzyństwie, jak pragnęła tulić niemowlęta i uczyć je pierwszych słów. Jeśli pozbawi się Marinę tej możliwości, mało prawdopodobne, że zostanie w małżeństwie. A to znaczy, że syn straci ukochaną żonę i tak zostanie bez rodziny.
— Wspaniale! Teraz nawet rodzona matka jest przeciwko mnie, — Wiktor odstawił kieliszek tak gwałtownie, że wino rozlało się na obrus. — Może zrobimy głosowanie? A ty jej wszystko opowiedziałaś! Co teraz, całemu miastu ogłosisz moje problemy?
— Witia, przecież spytałam o zgodę! Sam powiedziałeś — dzwoń! — Marina spojrzała na niego zagubiona.
— Witia, przestań się denerwować! — Marina uderzyła dłonią w stół.
Było jej żal męża, ale jego zachowanie ją przerażało. Nigdy wcześniej nie widziała u niego takiej niepohamowanej złości.
— A co mi pozostaje? Sprzysięgliście się!
— Chcemy twojego szczęścia, — Jelena Pawłowna pokręciła głową.
Rozumiała: szczęście syna tkwi w rodzinie. A rodzina bez dzieci jest niemożliwa — przynajmniej dla Mariny. Jeśli synowa zrezygnuje z macierzyństwa, prędzej czy później odejdzie do kogoś, kto będzie w stanie dać jej dziecko.
— Moje szczęście to nie być zmuszanym do wychowywania cudzych dzieci! — Wiktor zerwał się od stołu. — Chcesz dziecka, Marino? Idź, zdradzaj mnie! Zrób ze mnie rogacza i rodź! Po co te wszystkie komplikacje z dawcami i szpitalami?
— Wiktor! — Jelena Pawłowna westchnęła z przerażeniem.
— Mamo, nie udawaj! Sama dobrze rozumiesz — jaka to różnica, in vitro czy zdrada? Rezultat jest ten sam — obce dziecko!
Marina pobladła i odwróciła się. Rozmowa przybierała straszny obrót, a mążowi wyraźnie trzeba było czasu, by oswoić się z ciosem w jego dumę.
— Witia, dzisiaj nie czas na takie rozmowy. Jesteś zdenerwowany…
— Zdenerwowany? — Wiktor roześmiał się. — Ja po prostu szczęśliwy, że się dowiedziałem, iż jestem niedopełniony!
Minęły trzy miesiące. Marina spotkała się z siostrą Anią w kawiarni — rozpaczliwie potrzebowała wsparcia i rady. Rozmowa z mężem i teściową niczego nie zmieniła, a czas płynął.
— On jest po prostu upartym osłem! — Marina gniotła serwetkę.
— A może potrzebuje czasu? — Ania spojrzała na siostrę bezradnie.
Kiedy Marina opowiedziała jej o diagnozie Wiktora, Ania długo milczała, nie wiedząc, co powiedzieć. Sytuacja wydawała się bez wyjścia.
— Minęły trzy miesiące! On nawet nie chce o tym rozmawiać! — Marina zaszlochała. — Każda próba rozmowy to dla niego osobista zniewaga! Już boję się wspominać o dzieciach!
— Zadzwoń do Sieriożki, przecież to jego przyjaciel. Niech z nim porozmawia.
Ania przypomniała sobie, jak rok temu sama miała konflikt z mężem, i to właśnie rozmowa z najlepszą przyjaciółką pomogła jej znaleźć wyjście.
— Myślisz, że to coś da? — Marina wahała się.
Wynosić rodzinne problemy poza próg domu zawsze wydawało się jej niewłaściwe.
— Spróbować nie zaszkodzi. Może męska rozmowa to właśnie to, czego potrzeba. Sierioża będzie mógł go wesprzeć i jednocześnie wyjaśnić, że nie jesteś jego wrogiem.
Marina skinęła głową. W końcu, jeśli przyjaciel zdoła wpłynąć na Wiktora i przekonać go do in vitro, gra była warta świeczki.
Kilka dni później Siergiej przyszedł do Wiktora do pracy. Siedzieli w sali konferencyjnej.
— Witiek, nie gniewaj się ani na mnie, ani na Marinę. Opowiedziała mi o twoim problemie. Rozumiem, jak to trudne, ale trzeba żyć dalej. Spójrz na to rozsądnie.
— Marina nie miała prawa! — Wiktor gwałtownie odwrócił się do przyjaciela. — I od razu mówię — nie będę wychowywać obcego dziecka! Sierioża, zrozum, Marina nie może ode mnie zajść w ciążę. Natura potraktowała mnie okrutnie, ale taka jest rzeczywistość. Nie! — Wiktor uderzył pięścią w stół. — Żadnych cudzych dzieci!
— Ale przecież kochasz żonę. Pomyśl o tym.
— Nie ma nad czym. Moja decyzja jest ostateczna.
— Witiek, jesteś głupi.
— I ty też? Może dać ogłoszenie: „Pomóżcie przekonać idiotę”?

— Marina cię kocha. Chce mieć rodzinę.
— Niech chce. Ja też chcę wielu rzeczy. Na przykład, żeby wszyscy dali mi spokój, — mówił tak, bo miał dość presji otoczenia. Wydawało mu się, że wszyscy próbują narzucić mu cudze zdanie, nie licząc się z jego własnymi przeżyciami i lękami.
— Stracisz ją, — Siergiej widział, że upór przyjaciela doprowadzi do rozpadu małżeństwa. Rozumiał, że Marina nie pogodzi się z rezygnacją z macierzyństwa i to będzie koniec ich związku.
— Wspaniała logika! Albo cudze dzieci, albo rozwód. Brawo! — Wiktor sam doszedł do tego wniosku, analizując sytuację. W jego świadomości nie było kompromisów — widział tylko dwa skrajne warianty rozwoju wydarzeń.
— To twój wybór, a nie jej, — Siergiej bronił Mariny, bo wiedział, że ona jest gotowa na różne sposoby stworzenia rodziny, a Wiktor kategorycznie odmawia pójścia na ustępstwa.
— Nie, Sierioża, to wy wszyscy chcecie dokonać wyboru za mnie! — uważał, że otoczenie próbuje zmusić go do decyzji, która przeczy jego przekonaniom.
Siergiej zrozumiał, że dalsza rozmowa nie ma sensu.
— Dobra, pogadajmy o pracy.
— Wszystko mi jedno. — Wiktor wstał. — Na razie.
Marina nalegała na rodzinne spotkanie — chciała uzyskać wsparcie krewnych męża, licząc, że pomogą mu zmienić zdanie. W głębi duszy przygotowywała grunt pod ostateczne rozwiązanie: jeśli nawet rodzice Wiktora nie zdołają go przekonać, dalsza walka będzie bezsensowna. Przyszli rodzice Wiktora i Ania.
— Synu, opamiętaj się, — ojciec Wiktora, Paweł Nikołajewicz, mówił cicho. — Marina to dobra dziewczyna, — użył słowa „opamiętaj się”, bo uważał decyzję syna za nierozsądną i destrukcyjną.
— Tato, ty też się nie wtrącaj!
— Witia, dlaczego jesteś takim egoistą? — ostrożnie spytała Ania.
— O, siostrzyczka żony też ma swoje zdanie! Może zaprośmy jeszcze sąsiadów! — Wiktor był wściekły, że jego życie prywatne stało się przedmiotem dyskusji. Marina milcząco obserwowała, próbując znaleźć sposób, by złagodzić konflikt, ale rozumiała, że mąż jest nastawiony skrajnie agresywnie.
— WIKTOR! — Marina próbowała powiedzieć łagodnie, lecz nie wytrzymała. — Przestań się znęcać nad wszystkimi! — dla niej „znęcać się” oznaczało jego lekceważący stosunek do ludzi, którzy szczerze starali się mu pomóc.
— Ja się znęcam? To wy urządziliście tu nad mną sąd! — uznał, że to właśnie sąd, a nie poszukiwanie wyjścia, bo wszyscy obecni występowali przeciwko jego stanowisku.
— Próbujemy pomóc! — matka była zdumiona tym, co mówi syn. Patrzyła na niego z bólem i niezrozumieniem, czuła rozczarowanie tym, kim się stał.
— Wiecie co? Idźcie wszyscy do diabła! Moje życie — moje zasady! — Wiktor nie chciał dyskutować o problemie, bo bał się przyznać do własnych lęków. Uważał, że to dotyczy tylko jego, ignorując prawa żony. Obwiniał Marinę o zorganizowanie tego spotkania i planował po prostu przeczekać, aż wszyscy dadzą mu spokój.
Wiktor trzasnął drzwiami. Marina zakryła twarz dłońmi.
— Nie martw się, kochanie — powiedziała teściowa. — On jest po prostu zdezorientowany.
— Syn przeżywa — dodał Paweł Nikołajewicz. — To reakcja na stres.
Kiedy rodzice męża wyszli, Ania objęła siostrę:
— Marina, twój mąż to zacofany egoista. On jest po prostu patologicznie zazdrosny.
Przez dwa dni Marina i Wiktor nie rozmawiali — ona postanowiła nie prowokować kłótni, czekała, że mąż choć coś powie, ale on żył w domu jak obcy człowiek, nawet sam sobie gotował.
W końcu Marina się zdecydowała i zaczęła pakować rzeczy — doszła do wniosku, że wspólne życie stało się nie do zniesienia.
— Dokąd się wybierasz? — Wiktor kątem oka zauważył, co robi żona, ale nawet nie oderwał się od laptopa. W tej chwili gardził żoną, bo uważał ją za słabą. W jego wyobrażeniach Marina na pewno znajdzie teraz mężczyznę, który będzie w stanie dać jej dziecko. Był przekonany, że jako mąż już jej nie wystarcza, i to raniło jego męską dumę.
— Do Ani. Nie mogę już dłużej być przy tobie, — nie mogła, bo atmosfera w domu stała się toksyczna.
— Szantaż wciąż trwa? Uroczo, — uznał, że to szantaż, bo nie był w stanie uwierzyć, że żona naprawdę jest gotowa go opuścić.
— To nie szantaż. To koniec, — Marina mówiła o końcu ich małżeństwa.
— Dramatyzujesz. Oscara za to nie dostaniesz, — próbował ją zranić, by ukryć własny ból.
— Wiesz co? Masz rację. Cudze dzieci — to straszne. Ale życie z tobą jest jeszcze gorsze! — Marina doszła do tego wniosku po nieprzespanych nocach. Wspominała, jak rozważała możliwość rezygnacji z dzieci, ale potem przypominała sobie, że Wiktor oskarżył ją o romans z kolegą Andriejem tylko dlatego, że ten okazał jej współczucie.
Zrozumiała, że jej mąż cierpi na chorobliwą zazdrość, a odmowa posiadania dzieci to tylko próba całkowitej kontroli nad jej życiem. Najważniejsze — pojęła, że on jej nie kocha.
— Drzwi są tam, gdzie były, — Wiktor nie próbował zatrzymać żony, chcąc pokazać, że jest mu wszystko jedno, licząc, że ona pierwsza się podda.
Marina wyszła, cicho zamykając drzwi.
Minęło pół roku. Wiktor siedział w barze z Siergiejem.

— Ona złożyła pozew o rozwód, — Wiktor kręcił szklanką whisky. Myślał o rozwodzie z goryczą, ale wciąż uważał, że ma rację.
— A czego się spodziewałeś?
— Że się opamięta. Zrozumie, że mam rację, — wierzył w swoją rację, bo był przekonany, że mężczyzna nie jest zobowiązany wychowywać cudzych dzieci, to przeczy naturze.
— Witiek, jesteś idiotą.
— Dzięki za wsparcie, przyjacielu!
— Ona jest w ciąży, — powiedział Siergiej, by pokazać, że Marina znalazła sposób, by być szczęśliwą bez Wiktora.
Wiktor zastygł — ogarnęły go szok i wściekłość jednocześnie, pomyślał o zdradzie.
— Co? Jak?
— Zrobiła in vitro. Bez ciebie.
— Nie miała prawa! — tak uznał, bo wciąż traktował Marinę jak swoją własność. Wiktor kipiał ze złości, oskarżał ją o podstęp.
— Miała. Już dawno żyjecie w rozwodzie, — Siergiej w duchu cieszył się za Marinę, bo spełniła swoje marzenie.
— To zdrada! Opuściła mnie w trudnym momencie! Obiecała być zawsze ze mną, a kobiece instynkty okazały się silniejsze! I w ogóle, jakie in vitro — po prostu z kimś spała!
Siergiej patrzył na przyjaciela z obrzydzeniem. Wiktor ostatecznie pokazał swoje prawdziwe oblicze.
Po rozmowie z Siergiejem Wiktor pospieszył do byłej szwagierki — wchodząc po schodach, myślał o tym, jak zażąda wyjaśnień i zmusi Marinę do powrotu.
Marina otworzyła drzwi.
— Jak mogłaś?! — od razu ją oskarżył, bo uważał się za poszkodowanego.
— Odejdź, Wiktorze.
— To także moje dziecko! — tak stwierdził, bo nie mógł pogodzić się z myślą, że Marina potrafi żyć bez niego.
— Skądże znowu? — Marina była szczerze zdziwiona tym oświadczeniem. — Sam mówiłeś, że cudze dzieci cię nie interesują, — nie chciała kontynuować rozmowy, bo bała się uwierzyć w jego nagłą zmianę.
— Ale ty jesteś moją żoną!
— Już nie. I nigdy więcej nie będę.
Za plecami Mariny pojawiła się Jelena Pawłowna. Zobaczywszy matkę, Wiktor pomyślał o zdradzie najbliższych.
— Synku, odejdź. Sam wszystko zniszczyłeś, — była teściowa uważała, że to syn sam doprowadził do takiego finału.
— Mamo? Ty tutaj? — Wiktor był w szoku, że matka stanęła po stronie byłej synowej.
— Będę pomagać Marinie. A ty… dokonałeś swojego wyboru, — tak postanowiła, bo widziała w Marinie córkę, która potrzebuje wsparcia.
— To spisek!
— Nie, Witia. To konsekwencje twojego egoizmu, — Marina zamknęła drzwi.
Stojąc przed zamkniętymi drzwiami, Wiktor myślał, że wszyscy go zdradzili. O sobie myślał jak o ofierze okoliczności.
Jelena Pawłowna nie porzuciła Mariny, bo przez te miesiące zrozumiała: rozwód syna nie unieważnia jej własnych uczuć do dziewczyny, która stała się jej bliska. Poza tym obwiniała siebie, że nie wspierała wystarczająco Mariny w konflikcie z Wiktorem. Zostając matką chrzestną, jakby naprawiała swój błąd.

Paweł Nikołajewicz przyszedł z tego samego powodu — szczerze pokochał Marinę jak córkę i nie zamierzał jej stracić z powodu uporu syna. Dla niego rodzinę określały nie pieczątki w paszporcie, lecz relacje międzyludzkie.
Wiktor stał na korytarzu oddziału położniczego, dokąd przyjechał po telefonie od matki. Dzień wcześniej Jelena Pawłowna poinformowała go o narodzinach córki Mariny, mając nadzieję, że to go odmieni. Nie planował wchodzić do sali — chciał tylko zobaczyć ich z daleka.
Myśląc, że pozostanie za szybą na zawsze, Wiktor miał na myśli własny wybór. Sam odciął sobie drogę powrotu do rodziny, kiedy postawił ultimatum i nie odstąpił od niego nawet po rozwodzie. Teraz jego rodzice wybrali Marinę i jej córkę, a on stał się obcym.
Podejść do Mariny przeszkadzały mu wstyd i duma. Wstyd za to, jak postąpił, i duma, która nie pozwalała mu przyznać się do błędu. Rozumiał, że po wszystkim, co powiedział, nie ma prawa prosić o wybaczenie.
W pustym mieszkaniu Wiktor błąkał się po pokojach, gdzie kiedyś mieszkała Marina. Jej rzeczy dawno zniknęły, ale on w myślach odtwarzał, co gdzie stało. Myślał o tym, że otrzymał dokładnie to, czego chciał — pełną niezależność od „cudzych” problemów. Tylko że teraz rozumiał cenę tej niezależności.
Nie użalał się nad sobą i nie nienawidził siebie — po prostu uświadamiał sobie skalę straty. Zrozumiał, że jego zasadniczość obróciła się w pustkę. Bał się odpowiedzialności za cudze dziecko, a w rezultacie został bez własnej rodziny i stracił szacunek rodziców.
Mała Zofia naprawdę stała się bliska wszystkim Winogradowom, oprócz tego, który tak bardzo bał się, że więzy krwi są ważniejsze od miłości. Teraz siedział sam i rozmyślał o tym, że rodzinę tworzą nie geny.