— Jeszcze się nie wyprowadziłaś? — zimno zapytał mąż żonę. — Jesteś sama, dzieci nie masz. Zwolnij mieszkanie dla mnie i dla niej…
— Och, już nie mam siły… — westchnęła piękność.

Cały dzień Anfisa spędziła u brata Tarasa. Jego żona, Łarisa, niedawno urodziła prześliczną córeczkę Alinę, ale sama osłabła. Troskliwa szwagierka wzięła na siebie opiekę nad maleństwem.
Trzymiesięczna siostrzenica natychmiast podbiła serce ciotki. Cieniutkie paluszki, pulchne policzki, figlarne spojrzenie budziły rozczulenie. Anfisa traktowała dziewczynkę jak własne dziecko.
— Trzeba kupić nową grzechotkę — przemknęło jej przez myśl.
W domu przywitał ją przyjemny chłód. Anfisa rzuciła torbę na kanapę i opadła zmęczona w fotel. Myśli znów wróciły do Aliny.
Spojrzała na zegar i zauważyła: już szósta, czas szykować kolację.
— Mąż znowu się spóźni — stwierdziła głośno i wstała.
Po szybkim prysznicu Anfisa spojrzała w lustro i z goryczą dostrzegła pierwsze ślady starzenia.
Przebrała się w domowe ubranie (szlafroków nie znosiła), wyszła do salonu i o mało się nie przewróciła, potykając się o zabawki porozrzucane przez łobuziaka Wovę — syna szwagierki.
— Cholerny dzieciak — mruknęła, zbierając plastikowe graty.
Pięcioletni bratanek męża często bywał w gościach. Artiom go uwielbiał i zajmował się nim jak własnym dzieckiem.
W kuchni zabrzęczały naczynia. Anfisa zaczęła gotować, gdy nagle trzasnęły drzwi wejściowe. Gospodyni zdziwiona uniosła brwi — mąż wrócił niezwykle wcześnie.
— Kochany, właśnie wróciłam od brata — zawołała z kuchni. — Jeszcze nic nie gotowe, jeśli jesteś głodny, pójdziemy do pizzerii?
— Musimy poważnie porozmawiać — usłyszała w odpowiedzi.
Słowo „poważnie” rzadko wróżyło coś dobrego. Wytarła ręce i wyszła do salonu. Mąż siedział na kanapie i patrzył na nią dziwnie. Ona usiadła naprzeciwko, unosząc brwi — znak gotowości do słuchania.
— Mam inną — spokojnie powiedział mężczyzna.
Wiadomość nie zaskoczyła Anfisy, od dawna coś przeczuwała.
— Rozwód? — od razu spytała, próbując odgadnąć ciąg dalszy.
— Ma na imię Mirosława. Jest w ciąży.
— Gratuluję! — z trudem powstrzymując ostre słowa. — W końcu dopiąłeś swego, teraz będzie prawowity dziedzic. Mam nadzieję, że tym razem się uda — dodała lodowatą uprzejmością.
Anfisa nie mogła mieć dzieci, a ten temat wielokrotnie rozdzierał ich rodzinę. Sam Artiom wydawał się dobrym człowiekiem, uważała się za szczęściarę, że zakochała się w mądrym, troskliwym mężczyźnie. Wszyscy im zazdrościli, nie znając ceny tego szczęścia.
— Będziesz musiała się wyprowadzić — powiedział dalej równym tonem. — Jesteś sama, dzieci nie masz, takie duże mieszkanie nie jest ci potrzebne. Zwolnij je dla mnie i dziecka.
— I dla kochanki — dodała Anfisa.
— Dla Mirosławy — doprecyzował Artiom, unosząc wzrok na żonę, czekając na jej reakcję.
Po policzkach Anfisy spłynęły łzy. Tak marzyła, by podarować mężczyźnie, którego kiedyś szalenie kochała, dziecko, dwoje, troje… Ale surowy wyrok lekarzy przekreślił nadzieje.
— To nie moja wina, że jestem bezpłodna! — krzyknęła, zrywając się i ocierając łzy.
— Wiedziałaś, że prędzej czy później tak będzie — odparł mąż, jego głos przeszedł w krzyk. — Potrzebuję własnego dziecka. Własnego, a nie z sierocińca!
Anfisa rozumiała go. Przypomniała sobie, jak czule Artiom zajmował się bratankiem. Uwielbiał dzieci, ale swoich nie miał.
— Więc rozwód? — zapytała kobieta, ledwo powstrzymując szloch.
— Tak. Ale teraz musisz zwolnić mieszkanie — powtórzył bez emocji.
— Kiedy? — zapytała cicho, spuszczając oczy.
— Choćby teraz — wzruszył ramionami. — Możesz przenieść się do mojej kawalerki.
Tego mieszkania na parterze nienawidziła całym sercem, przez zasłonięte na stałe okna — pod nimi biegła ścieżka dla pieszych. Ale właśnie tam spędzili pierwsze trzy lata po ślubie, zanim przenieśli się do przestronnego lokum, a kawalerka pozostała pusta.
„No cóż, naprawdę wiedziałam. Po prostu nie wierzyłam, ale wiedziałam” — myślała Anfisa, wchodząc do sypialni. Serce bolało. „Dzieci… Czy to moja wina?” — żal do własnej niedoskonałości przeszył ją ostro. „Dlaczego ja?” — spytała samą siebie, wyciągając walizkę podróżną. „Tak, im potrzebne jest przestronne mieszkanie, a mnie wystarczy kawalerka. Szkoda…”

Dwadzieścia minut później Anfisa wyszła z sypialni. Na twarzy nie było już łez. Odwróciła się od męża, nie chcąc na niego patrzeć, i cicho powiedziała:
— Po resztę rzeczy przyjdę później — i dodała już w korytarzu: — kiedy was nie będzie.
— Pomóc? — niechętnie podszedł Artiom.
— Sama dam radę — ucięła ostro.
Siedem lat małżeństwa — i oto finał, przemknęło jej bezwładnie przez myśl. „Może jemu się poszczęści z tą…” — Anfisa nie chciała wymówić imienia — „kochanką”. Gorzkim uśmiechem opuściła kiedyś rodzinne mury.
Zimny wiatr smagał twarz, gdy podeszła do samochodu, otworzyła bagażnik i wrzuciła do środka walizkę.
Siadając za kierownicą, zauważyła, jak drobno drżą jej palce. Po policzkach znów popłynęły łzy.
— To nie moja wina… — szeptała przez szloch. — Nie moja…
Myśli plątały się. Jeszcze wczoraj życie wydawało się poukładane, dziś — runęło. Artiom, ukochany mąż, tak po prostu, bez przeprosin, wyrzucił ją z domu.
— I dla kogo? Dla kochanki! — palce zacisnęły się na kierownicy. — Bałeś się powiedzieć wcześniej, wiedziałeś, że odmówię. Ale ciężarna… No cóż, szczęścia wam… Choć, biorąc pod uwagę twoją szczodrość w kwestii mieszkań, wątpię, by było ono długie — wysyczała złośliwie.
Przekręciła kluczyk, stara „Łada” zaryczała. Nacisnęła gaz i ruszyła. Przed nią majaczyło wynajmowane mieszkanie, w którym kiedyś była tak szczęśliwa z mężem.
Wspomnienia napłynęły jak fala. Oto oni z Artiomem, młodzi, beztroscy, wprowadzają się do tej „kawalerki”. Śmieją się, rozpakowując pudełka z prostym dobytkiem. Droga wiodła w nieznane.
— Będziemy mieli dużą rodzinę — powiedziała wtedy Anfisa, patrząc w dal.
— Oczywiście, słoneczko — uśmiechnął się Artiom. — Cała drużyna piłkarska!
Ale rzeczywistość okazała się surowa. Diagnoza lekarska zabrzmiała jak wyrok. „Bezpłodność” — to słowo pozostawiło głęboki ślad w jej duszy.
Wtedy młodej kobiecie wydawało się, że wszystko skończone. Jednak znalazły się osoby, które podały jej rękę. Artiom jej nie opuszczał, powtarzał, że brak dzieci to nie koniec świata, wielu tak żyje i oni też dadzą radę.
Ciotka Nadieżda stała się prawdziwą podporą. Sama bezdzietna, potrafiła adoptować dziewczynkę z sierocińca.
— Nie poddawaj się, kochana — mówiła ciotka. — Życie toczy się dalej. Miłość nie mierzy się wspólnymi genami. Spójrz na mnie i Lizę.
— Ale Artiom… on tak bardzo pragnie swojego — wątpiła Anfisa.
— To mówi jego strach, a nie rozsądek — pokręciła głową ciotka. — Własne dziecko to to, które kochasz i wychowujesz. Krew to tylko biologia. Prawdziwe ojcostwo jest w sercu.
Jej wiara okazała się zaraźliwa. Stopniowo Anfisa zaczęła wychodzić z mroku. W głowie pojawiła się myśl: a może i oni mogliby adoptować?
Ale gdy Artiom usłyszał tę propozycję, wybuchł. Jego słowa na zawsze wryły się w pamięć:
— Potrzebuję tylko swojego dziecka! Obcego w domu nie zniosę! To nie to samo!
Po tej rozmowie temat adopcji został zamknięty. Jednak w duszy Anfisy zrodziło się zwątpienie. „A jeśli lekarze się mylą? Może to nie moja wina? Ale Artiom nawet nie chce słyszeć o wizycie u lekarza. Co robić?” — dręczyła się.
Minęły dwa lata od ślubu, żar miłości jeszcze nie wygasł, ale pragnienie macierzyństwa przysłoniło rozsądek. Robak podejrzenia o męską bezpłodność toczył ją od środka. Tak do życia Anfisy powrócił Mark — człowiek z przeszłości.
Ich tajne spotkania trwały kilka miesięcy. Cudu nie było — ciąża nie nastąpiła. Potem Marka zastąpił Denis. Historia się powtórzyła.
Anfisa zaczęła już myśleć o trzecim, lecz w porę się opamiętała, uświadamiając sobie bezsens. Zrobiło jej się wstyd przed samą sobą. Po co? Dla iluzorycznej szansy na dziecko?! Zatrzymała się, nie pozwalając sobie ostatecznie utracić godności.
W samochodzie myśli znowu wróciły do Artioma. Kiedyś go ubóstwiała. Ceniła jego rozum, czułość, dobroć. Kto by pomyślał, że tak postąpi?
Ale nawet teraz Anfisa znajdowała usprawiedliwienie dla jego czynu. Rozumiała, dlaczego znalazł kochankę. I dlaczego ta spodziewa się jego dziecka.
— Chciałeś dziecka, będziesz je miał. Ale czemu nie powiedziałeś wcześniej? Nie przeszkadzałabym w rozwodzie… — wyszeptała, patrząc na mokry asfalt. — Tchórz. Zwykły tchórz.
W głębi duszy kobieta zachowywała wdzięczność mężowi za jasne chwile przeszłości, lecz teraz tonęła ona w morzu bólu i zdrady.
Wieczór otulił miasto, zapłonęły światła.

Ciszę przerywał tylko szum opon na asfalcie. Samochód gładko podjechał pod starą pięciopiętrową kamienicę. Zaparkowawszy, Anfisa wpatrzyła się w dom, w którym miała zamieszkać.
— Dziwne… — w oknach mieszkania paliło się światło.
Walizkę zostawiła w samochodzie. Zmarszczyła brwi i ruszyła do klatki. Odrapane ściany pachniały wilgocią i starą zaprawą.
Przy swoich drzwiach nacisnęła dzwonek. Za drzwiami rozległy się szybkie kroki, zaskrzypiał zamek. W progu stanęła urodziwa blondynka w puszystym szlafroku.
— Dzień dobry, w czym mogę pomóc? — uśmiechnęła się nieznajoma z przesadną uprzejmością…
Anfisa osłupiała.
— Przepraszam, a pani… kim jest? — wydusiła, czując, jak końcówki palców robią się lodowate.
Blondynka ze zdziwieniem uniosła brwi, jakby to pytanie było szczytem niedorzeczności:
— Ja tu mieszkam. A pani?
— Jestem Anfisa. Żona właściciela tego mieszkania. A pani? — głos Anfisy nabrał stalowej twardości.
— Ach, to tak! — blondynka zawahała się, a uśmiech stał się napięty. — Proszę, proszę, niech pani wejdzie…
W ciasnym przedpokoju panował porządek: w szafce wisiały obce ubrania, na podłodze stały równo ustawione nieznane buty. Anfisa omiatała wzrokiem przestrzeń, zatrzymując się na każdym szczególe.
— My z mężem wynajęliśmy to mieszkanie parę miesięcy temu — pospiesznie wyjaśniła blondynka, chwytając jej spojrzenie. — Oto umowa najmu na dwa lata.
Dziewczyna podała dokument. Anfisa przebiegła wzrokiem główne punkty, rozpoznając podpis męża. Na jej twarzy pojawiła się powściągliwa złość.
— Niech go diabli! — syknęła przez zaciśnięte zęby.
Blondynka cofnęła się przestraszona:
— Coś nie tak?
— To nie pani wina. Mówię o moim „małżonku” — wyjaśniła Anfisa, gwałtownie oddając papiery.
— Herbaty? — dziewczyna zrobiła krok w stronę kuchni, wyraźnie chcąc złagodzić sytuację.
— Dziękuję, nie trzeba. Pójdę już — Anfisa obróciła się do drzwi, nie patrząc na gospodynię.
Chmury zwarły się gęsto, a duże krople zaczęły bębnić o dach jej samochodu.
Kobieta ciężko westchnęła, opierając czoło o chłodną szybę. Dzień ostatecznie runął. „Co teraz? — przemknęło jej przez głowę. — Wrócić do domu i urządzić awanturę?” Ale krzyczeć nigdy nie potrafiła, za co jeszcze w młodości dostała przezwisko „ciasto” — nie z powodu figury (była szczupła), lecz przez pozorną miękkość i uległość.
— Jeszcze pożałujesz — usta Anfisy wykrzywił zimny uśmiech.
Deszcz bił coraz mocniej, spływając strumieniami po przedniej szybie. Myśli plątały się, ale stopniowo układały w jasny plan.
Anfisa przypomniała sobie, jak ojciec, z trudem kryjąc emocje, wręczał jej klucze do tego mieszkania, w którym spędzili z mężem cztery lata. Był to hojny dar, ostatnia duża inwestycja w jej szczęście. Wiedziała, jak bardzo cenił rodzinny dom, ale dziadków już nie było, a na daczę rodzice jeździli rzadko. Więc sprzedał nieruchomość i kupił córce trzypokojowe mieszkanie w centrum.
Nagle ją olśniło. Uruchomiła silnik i ruszyła nocnymi ulicami, dokładnie znając adres.
Wkrótce smukła sylwetka wysiadła z samochodu, trzymając w rękach jaskrawą pudełko z tortem. Weszła na trzecie piętro znajomego domu i nacisnęła dzwonek.
— Kto tam znowu? — rozległ się zły głos zza drzwi.
Drzwi się otworzyły. W progu, w rozciągniętym swetrze, stała rudowłosa Julia.
— Anfisa?! Co za niespodzianka! — zawołała z szerokim uśmiechem.
— Cześć, Julka. Wpuścisz mnie na noc? — w głosie Anfisy zabrzmiała zmęczona prośba.
Przyjaciółka od razu cofnęła się, zapraszając gestem:
— Wchodź, oczywiście. Co się stało? Spójrz tylko na swoje oczy…
Już w korytarzu Anfisa poczuła ciepły aromat świeżej herbaty i czegoś domowego.
— Ciocia Anfisa! — zapiszczał radosny dziecięcy głosik.
Mała, kędzierzawa Polina rzuciła się objąć gościa. Ta pogłaskała dziewczynkę po głowie.
— Witaj, moja ważko. Jak się masz?
Dziewczynka zaklaskała w dłonie, zauważywszy pudełko:
— Och, torcik! Mogę kawałek? Teraz od razu?
Julia pokręciła głową surowo, ale z miłością:
— Najpierw kolacja, wiercipięta. Potem słodkie. Zgoda?
Kilka minut później kobiety siedziały w kuchni. Anfisa westchnęła, upijając gorącej herbaty:
— Artiom, ten genialny strateg, wynajął swoją kawalerkę, nawet nie racząc mnie uprzedzić. Cyniczny drań!
Przyjaciółka zagwizdała, odkładając łyżkę:
— Ooo… taki żar z ust naszej „ciasto”! A ty jak się trzymasz?
Anfisa uśmiechnęła się gorzko:
— A ja, jak się okazuje, jestem teraz osobą bez stałego miejsca zamieszkania.

Ruda wnikliwie spojrzała przyjaciółce w oczy:
— Mieszkaj, ile chcesz. Miejsca wystarczy, mój zwiał i dobrze, bez niego oddycha się swobodniej.
Anfisa skinęła wdzięcznie głową, a nagle jej twarz rozjaśniła myśl:
— Słuchaj, a mogę dziś zabrać Polinę? Na noc?
Na te słowa dziewczynka, zajadająca zupę, podskoczyła radośnie na krześle:
— Hurra! Do cioci Anfisy! Mamo, mogę? No proszęęę… — już zeskakiwała z krzesła, by biec pakować rzeczy.
Gospodyni zadumała się, drapiąc nos z uśmiechem:
— Nie mam nic przeciwko, wreszcie się wyśpię jak człowiek.
— Świetnie! — Anfisa wstała, energia wróciła. — To jedziemy, księżniczko! Prawdziwe przygody dopiero się zaczynają!
Z radosnym piskiem Polina pognała do pokoju.
— Dziękuję ci, słoneczko. Wyjaśnię później — Anfisa pochyliła się i pocałowała przyjaciółkę w czubek głowy.
Dziesięć minut później podekscytowana dziewczynka wskoczyła do samochodu i usadowiła się w foteliku. Anfisa starannie zapięła pasy, przesuwając bliżej torbę z rzeczami małej.
— Pamiętasz zasady? — zapytała kobieta surowo, ale z ciepłem, patrząc w lusterko wsteczne.
Dziewczynka poważnie kiwnęła głową, otwierając szeroko oczy:
— Tak, ciociu Anfiso! Siedzieć spokojnie, nie odpinać się i nie przeszkadzać kierowcy. Będę grzeczna!
— Mądrala — uśmiechnęła się Anfisa. — To w drogę!
Pół godziny później podjechały pod dom. Zaparkowawszy, Anfisa szybko pomogła dziecku odpiąć pasy i, uciekając przed ulewą, wbiegły do klatki.
Na właściwym piętrze Anfisa pewną ręką wyjęła klucz i otworzyła drzwi.
Jak na sygnał, w przedpokoju pojawił się Artiom. Potargane włosy, pognieciona koszula i bose stopy mówiły same za siebie — niedawno drzemał.
— O co chodzi? Czemu wróciłaś? — wyrzucił z siebie przestraszony, rzucając podejrzliwe spojrzenie na dziewczynkę, która przytuliła się do nogi ciotki Anfisy, zrzuciwszy sandałki.
— Przyjechałam do siebie, kochanieńki — odparła chłodno, z ostentacyjną obojętnością, zdejmując mokry płaszcz. — Czy to naprawdę wymaga wyjaśnień?
Mała Polina, błyskając przestraszonymi oczkami, przemknęła do znajomego pokoju pełnego zabawek.
— Co za cholera! — oburzył się mężczyzna, robiąc krok do przodu. — Nie ma tu dla ciebie miejsca! Jasne? Wynoś się!
Anfisa zignorowała jego słowa jak natrętny szum. Z dumnie uniesioną głową skierowała się do kuchni, skąd biło światło i dochodził zapach jedzenia.
Tam, wśród brudnych naczyń, siedziała ta sama Mirosława, która postanowiła zająć jej miejsce. Jaskrawo umalowana kobieta udawała, że nie zauważa gospodyni, zajadając się kanapką z kawiorem — najwyraźniej z zapasów Anfisy.
— Jakże wzruszające — głos Anfisy zabrzmiał jak lodowy dzwoneczek. — Ucztujecie na mój rachunek? Kawior smakuje? Drogie to fanaberie dla… tymczasowego gościa.
Mirosława na moment zesztywniała, po czym demonstracyjnie odgryzła jeszcze większy kęs.
— Na długo? — wtrącił wreszcie Artiom, nerwowo wiercąc się na krześle. — Po rzeczy? Pomóc spakować? — Ton miał rzeczowy, lecz głos mu drżał.
Anfisa powoli obróciła się do niego, jej spojrzenie cięło jak skalpel:
— Urocze. Zapomniałeś, czyja to mieszkanie? Moje. Kupione za moje pieniądze, podczas gdy ty… czym się wtedy zajmowałeś? Ach tak, „perspektywicznymi projektami”.
— I co z tego? — Artiom nabrał powietrza. — Nie masz dzieci, a Mirosława… — skinął na jej brzuch, — piąty miesiąc. Ciężko jej!
— Tak? — Anfisa z przesadnym zainteresowaniem nachyliła się ku Mirosławie. — Gratuluję. Chociaż, szczerze? Bardziej wygląda, jakby się po prostu przejadła. Ale cóż, — machnęła ręką, — mnie to już nic nie obchodzi. Wasze reprodukcyjne wyczyny mnie nie dotyczą.
Artiom nerwowo zakaszlał. Mirosława prychnęła, rozsypując okruszki na stół.

— Posłuchaj, bądź rozsądna — zaczął się jąkać Artiom. — Tobie wystarczy jeden pokój, a nam zaraz będzie potrzebne więcej miejsca… na łóżeczko…
— Zamilcz — ucięła Anfisa tonem tak ostrym, że Artiom odruchowo się cofnął. Podeszła do niego blisko, jej dłoń spoczęła na jego policzku — gest pełen fałszywej czułości. — Jakżeś mnie zawsze wyrzucał, że nie dałam ci dziedzica. Pamiętasz? „Niepełna rodzina”, „egoistka”… — Jej głos stał się słodki jak syrop. — No cóż… gratuluję pełni. — I słodko, długo pocałowała go prosto w usta. Mirosława zakrztusiła się kanapką i zaczęła kaszleć.
— Ja… ja pomogę spakować rzeczy! — wysapał oszołomiony Artiom, wyrywając się.
— Zawsze dzieciami mnie pomiatałeś — Anfisa już na niego nie patrzyła, wyciągając klucze. — Guzik mnie obchodzi, co teraz o mnie myślisz. Proszę bardzo, — rzuciła mu pod nogi klucze, które zadźwięczały o podłogę. — Klucze od twojej starej kawalerki. Opróżniaj moją przestrzeń. Natychmiast.
— Ona… ona zajęta — wymamrotał Artiom, spuszczając wzrok. — Wynajęta… Kontrakt…
Oczy Anfisy zwęziły się do szczelin. Głośny policzek zatrząsł przedpokojem.
— Drań! — jej głos, dotąd opanowany, wybuchnął gromem. — Czyli wysłałeś mnie do mieszkania, wiedząc, że jest wynajęte? Celowo mnie wystawiłeś? Żebym wyszła na idiotkę, wyrzucając obcych ludzi?!
— Anfiso, uspokój się… — zaczął Artiom, zasłaniając policzek.
— Mam gdzieś, dokąd się udacie! — przerwała mu. — Wynajmijcie norę na dobę, potem szukajcie lokum. Albo od razu do porodówki. Tam, mówią, łóżka rozdają.
Mirosława uśmiechnęła się złośliwie i w końcu odezwała:
— A lokatorów przecież nie wyrzucisz, jest kontrakt. Tak kochasz kontrakty, Artiomku? Wyrzucisz — zapłacisz karę. Za trzy miesiące. Ładna sumka, co?
Twarz Artioma poczerwieniała. Mirosława natychmiast wymknęła się do pokoju, udając zajętą.
— Słyszysz swoją… kochankę? — Anfisa stała przed nim jak napięta sprężyna. — Pakuj manatki. Dziś. Teraz. Po resztę przyjedziesz w piątek. Bez spóźnień.
Pchnęła go w pierś. Ledwo utrzymał równowagę, odskoczył do ściany.

— Nie przyjedziesz — wszystko twoje graty, cała ta twoja „pamiątka” po naszym życiu pójdzie na śmietnik. Nie jesteś tu zameldowany. Dla mnie jesteś nikim. Powietrzem. Wynoś się!
Artiom, zgarbiony, powlókł się do sypialni. Mirosława zaraz wyskoczyła z pokoju i usadowiła się w kuchni, głośno oburzona:
— Całkiem jej odbiło! I jak ty z nią żyłeś, biedactwo? Taka histeryczka! I ten ton! „Moje mieszkanie”… My tu wkrótce będziemy gospodarzami! — gdakała jak kwoka, obserwując Artioma taszczącego walizki.
— Miro, pomóż choć trochę, a nie tylko jęzorem! — warknął, wrzucając koszule do torby. — To przez ciebie wszystko!
— Przeze mnie?! — zapiszczała Mirosława. — To ty sam mnie tu przyprowadziłeś, kochanie! „Odpoczniemy, póki ona wyjechała”! A teraz na mnie zwalasz? Kawior też niby sama zjadłam?!
Po pół godzinie nerwowego pakowania i kłótni para wreszcie zniknęła.
Zapadła cisza. Anfisa, opierając się o framugę, głęboko odetchnęła, próbując opanować drżenie rąk. Powoli przeszła do kuchni. Bezmyślnie odkręciła wodę i zaczęła zmywać tłuszcz z talerzy — mechaniczne ruchy pomagały się uspokoić. Brud pozostawiony przez nieproszonych gości irytował, ale jednocześnie dawał punkt zaczepienia.
Po kilku minutach po mieszkaniu rozległ się lekki tupot małych stóp.
Z pokoju wybiegła Polina, ściskając w dłoniach kolorową kartkę.
— Ciociu Fizo! Zobacz, co narysowałam! — zawołała, wskakując na krzesło i z dumą podając rysunek.
Niebieskie oczka błyszczały prawdziwą dumą.
Anfisa drgnęła, wyrywając się z ponurych myśli. Widok szczęśliwego dziecka, jego ufności, stopił lód w jej wnętrzu. Na jej ustach pojawił się ciepły, szczery uśmiech:
— Och, jakie cudo! Pokaż prędko, słoneczko! Kogo tu narysowałaś?

— To mama — Polina wskazała paluszkiem postać z żółtymi loczkami, — to ja! — pokazała na małą figurkę obok, — a to TY! — zatrzymała się na największej postaci z uśmiechem od ucha do ucha. — To moja rodzina! NajLEPsza!
Anfisa znieruchomiała. Słowa „moja rodzina”, wypowiedziane z taką szczerą czułością, zabrzmiały jak balsam. Coś drgnęło głęboko w środku, coś ważnego i kruchego. Pomimo całej goryczy zdrady, ogarnęła ją fala niespodziewanego, czystego szczęścia. Mocno objęła dziewczynkę, przyciskając ją do siebie.
— Chodź się kąpać? — zapytała Anfisa, a jej głos zabrzmiał niezwykle miękko. — Z pianą i statkami?
Polina zapiszczała z radości:
— Tak! Tak! Tak! Z różową pianą!
Jej dźwięczny śmiech rozbrzmiał w opustoszałym, lecz już nie obcym mieszkaniu. Anfisa roześmiała się w odpowiedzi, lekko unosząc dziewczynkę na ręce.
— To chodźmy wybrać najbardziej pachnącą pianę! A statek dostaniesz — najszybszy ze wszystkich!
Weszły razem do łazienki, zostawiając za sobą lęki i gniew. Za oknem, jakby w rytm zmiany nastroju, chmury zaczęły się rozchodzić, a ostatnie promienie słońca nieśmiało przesunęły się po ścianie, barwiąc ją ciepłym światłem.
Radosny śmiech i plusk wody wypełniły przestrzeń, rozwiewając ciężkie napięcie. Patrząc na szczęśliwą, ufnie wpatrzoną w nią twarz Poliny, Anfisa nagle jasno zrozumiała: wszystko będzie dobrze. Dadzą sobie radę. We troje. Bo teraz naprawdę miała rodzinę. Najprawdziwszą.