— Kiedy będziemy dzielić spadek? — zapytała młodsza siostra Lidę, a to samo pytanie zadała i matka.
— To niesprawiedliwe! Ja też jestem córką i mam takie same prawa jak ty! — krzyknęła Ania, machając rękami i tupiąc nogami.

— Trzeba było myśleć o tym wcześniej, siostrzyczko — spokojnie odparła Lida, nie odrywając wzroku od dokumentów. — Idź z tym pytaniem do mamy. Ona ci wyjaśni, dlaczego tak się „poważnie” ułożyło. Choć… wiesz co? Nie trudź się. Obie doskonale wiemy, że sprawiedliwość to pojęcie względne.
— Ty się ze mnie naśmiewasz?! — pisnęła Ania. — Myślisz, że skoro ojciec wszystko tobie zapisał, możesz mnie poniżać?
— Poniżać? — Lida wreszcie podniosła głowę i spojrzała na siostrę z lekkim uśmiechem. — Moja droga, ja po prostu stwierdzam fakty. Kiedy ojciec umierał, powiedziałaś, że on ci „nikim nie jest”. A gdy dowiedziałaś się o spadku — nagle przypomniałaś sobie o więzach krwi. Niezwykła metamorfoza, prawda?
To była ironia. Matka sióstr nie tylko nie zamierzała niczego tłumaczyć, ale również sama tak samo tupała nogami i oburzała się na rażącą niesprawiedliwość, chciwość i przebiegłość Lidy. „Czemu się dziwić? Zawsze była po stronie Ani — myślała Lida. — Tyle że teraz to dla mnie bez znaczenia. Nie jestem już tą małą dziewczynką, którą można było rządzić. Dorosłam. I stałam się niezależna — dzięki ojcu…”
— Zapomniałaś, jak razem dorastałyśmy, jak się bawiłyśmy! — próbowała Ania zagrać na uczuciach.
— Bawiłyśmy się? — Lida odchyliła się na oparcie fotela. — Masz na myśli te zabawy, kiedy podsłuchiwałaś moje rozmowy i donosiłaś matce? Albo gdy niszczyłaś moje rzeczy? Oczywiście, niewinne dziecięce psoty.
Do rozmowy wtrąciła się sąsiadka, ciocia Wala, która przyszła po sól:
— Dziewczynki, co to za krzyki? W całej klatce słychać!
— Ach, ciociu Walo! — ucieszyła się Ania. — Przyszła pani w samą porę. Proszę powiedzieć, czy to sprawiedliwe, że jedna córka dostaje cały spadek, a druga nic?
— No… — zawahała się sąsiadka, — pewnie ojciec najlepiej wiedział, komu co zostawić…
— Właśnie tak — skinęła głową Lida. — Tata był mądrym człowiekiem. Pamiętał, kto odwiedzał go w szpitalu, a kto powiedział: „Na pogrzeb nie pojadę, bo on mi nikim nie jest”.
Wiele lat wcześniej.
— Lida! Podsłuchiwałaś?! Ty mała spryciulo! No chodź tu zaraz! — krzyczała matka, Ludmiła Pietrowna, ściskając w ręku słuchawkę telefonu. — Tylko spróbuj powiedzieć ojcu — głowę ci urwę!
Mała Lida, skulona w korytarzu przy uchylonych drzwiach kuchennych, pędem pobiegła do pokoju dziecięcego i zatrzasnęła za sobą drzwi. Siedząca przy stole młodsza siostrzyczka Ania spojrzała na nią ze zdziwieniem.
U Lidy, przyciśniętej plecami do drzwi, serce waliło jak młot, a kolana drżały ze strachu. Stała chwilę, a gdy zrozumiała, że matka nie zamierza jej gonić, ostrożnie wychyliła się do korytarza i od razu usłyszała słodkie ćwierkanie matki przez telefon. Ta kontynuowała rozmowę.
— Co się stało? — szepnęła Ania.
— Nic ważnego — burknęła Lida. — Mama po prostu… ma ważną rozmowę.
Siostrze Lida nic więcej nie powiedziała, uznając, że ta jest jeszcze zbyt mała na takie sprawy. „Co tam, głupia siedmiolatka — myślała. — Czego ona może rozumieć?” Ale sama Lida rozumiała.
Była o pięć lat starsza od siostry i domyślała się, że mama rozmawia z mężczyzną. I to nie pierwszy raz. A mówiła z nim tak, jakby byli bardzo blisko. Bardzo. Od niektórych zasłyszanych słów aż robiło się jej gorąco na policzkach…
Nagle w drzwiach pojawiła się Ludmiła Pietrowna — najwyraźniej domyśliła się, że ktoś podsłuchuje:
— Lida, podejdź tutaj! Natychmiast!
— Mamo, ja niczego takiego nie słyszałam — szybko powiedziała dziewczynka.
— No właśnie! I zapamiętaj sobie raz na zawsze: co się dzieje w tym domu — zostaje w tym domu. Zrozumiałaś?
— Zrozumiałam — kiwnęła głową Lida, ale w duchu pomyślała: „A dlaczego ojciec nie może o tym wiedzieć?”
Po raz pierwszy była świadkiem takiej rozmowy, gdy pewnego dnia wcześniej wróciła ze spaceru, a matka nie usłyszała, jak otworzyły się drzwi wejściowe. Ania była wtedy na zajęciach plastycznych. Lida nie od razu pojęła, że mama nie rozmawia z ojcem, tylko z obcym mężczyzną.
Lida była poważną dziewczynką, rodzice ufali jej klucze. Sama otwierała i zamykała drzwi, chodziła do sklepu i przyprowadzała ze szkoły młodszą siostrę — pierwszoklasistkę. Lida podgrzewała jedzenie i razem z siostrą jadły obiad. Potem odrabiały lekcje i pomagały w domu.
Ludmiła Pietrowna wracała z pracy wcześnie. Pracowała w szkodliwych warunkach, więc miała skrócony dzień pracy. Ojciec, Walery Iwanowicz, kończył pracę późno, a matka często się skarżyła, że „z nim nigdzie nie można pójść, o niczym porozmawiać, a jego zarobek jest do niczego”.

— Co z niego za pożytek? — mówiła rozdrażniona, kiedy ojca nie było jeszcze w domu. — Przyjdzie styrany, zje, obejrzy telewizję i spać.
A jutro znowu do tej swojej durnej roboty. I przecież nie chce stamtąd odejść — bo mu się podoba, tfu! A ja chcę kulturalnie wypoczywać. Chodzić do kina, do teatru, na wystawy. A on nawet w weekendy nigdzie nie chce. Widzicie, jemu trzeba odpoczywać! Skoro nie chce, to będę się bawić sama!
A tak w ogóle, Ludmiła Pietrowna nie zarabiała więcej od męża. Ale to ona rządziła w domu. Często go wypominała i poniżała, nawet nie wstydząc się dzieci.
— Mamo, a my? My też chcemy do kina — pytały dziewczynki.
— Uczcie się, lekcje róbcie, a potem spać. Co wam po wieczornym seansie? To dla dorosłych — machała ręką matka. — Dzieci powinny mieć swoje sprawy, a nie rozrywki.
I coraz częściej Ludmiła Pietrowna urządzała sobie wypoczynek bez męża. A potem Lida zaczęła słyszeć te „miłe” rozmowy przez telefon. Mama ćwierkała i głośno się śmiała, była zupełnie inna niż z ojcem. A później zaczęła znikać na cały wieczór, niemal codziennie. Ojciec wracał z pracy, w milczeniu jadł kolację i siadał przed telewizorem. Na początku jeszcze pytał, gdzie mama, a potem przestał.
— Tato, a gdzie mama? — zapytała któregoś razu Lida.
— Ma… ważne sprawy — odpowiedział zmęczony Walery Iwanowicz. — Będziecie jeść?
Kilka razy Ludmiła Pietrowna urządziła mu awanturę, sprowadzając wszystko do tego, że nie musi przed nim się spowiadać. I że mieszkanie jest jej, a on przyszedł tu „na garnuszek”, że zarabia za mało, więc niech siedzi cicho „jak mysz pod miotłą”.
— Myślisz, że mam się tobie tłumaczyć, gdzie bywam?! — wrzeszczała. — Mieszkanie jest moje, pieniądze zarabiam ja, a ty tu jesteś tylko lokatorem! Więc siedź cicho!
— Ludmiło, dzieci słyszą — mówił cicho ojciec.
— A niech słyszą! Niech wiedzą, kto tu rządzi!
Mała Ania roześmiała się, słysząc o „szmatce”, a Lida spojrzała na nią gniewnie, nie widząc w tym nic zabawnego. Było jej żal ojca, który nie mógł sprzeciwić się matce. A jako nastolatka rozumiała już, czym mogą się skończyć te kłótnie.
„Rozwód… Tata i mama na pewno się rozwiodą” — myślała Lida i płakała. Było jej żal ojca, siebie, siostry i bardzo się smuciła.
Dziewczynka się nie pomyliła. Pewnego dnia Ludmiła Pietrowna urządziła mężowi kolejną wielką awanturę, przyczepiając się do tego, że kupił w sklepie nie to, o co prosiła.
— Napisałam na kartce, wszystko wytłumaczyłam jak dla głupka, a ty i tak zrobiłeś głupotę! — wrzeszczała. — Jak można z tobą żyć?! Koniec! Składam pozew o rozwód. Jesteś zupełnie bezużytecznym człowiekiem. Nie chcę z tobą mieszkać pod jednym dachem!
— Mamo, nie trzeba — poprosiła Lida.
— Milcz! To nie twoja sprawa! — warknęła Ludmiła Pietrowna. — Twój tatuś całkiem się rozbestwił. Myśli, że skoro się ożenił, to może nic nie robić. Pomylił się!

Wspominając tę rozmowę wiele lat później, Lida rozumiała, że matce po prostu był potrzebny pretekst, żeby wyrzucić ojca. Prawdopodobnie marzyła o tym, żeby związać się z tamtym mężczyzną, z którym ćwierkała przez telefon. Ale nic z tego. Wyglądało na to, że kontakt z nią mu wystarczał, dopóki była mężatką, i nie zamierzał żenić się z kobietą z dwojgiem dzieci.
Ojciec wynajął mieszkanie, później poznał samotną kobietę i zamieszkał z nią. Alimenty na dziewczynki płacił regularnie, tylko relacje z nimi nie układały się dobrze.
Po nieudanej próbie ułożenia sobie życia osobistego i, zapewne, dojściu do wniosku, że z Walerijem było wygodniej, Ludmiła Pietrowna „zmieniła zdanie” i próbowała odzyskać byłego męża, ale na próżno.
Walery Iwanowicz stanowczo odmawiał rozmów z byłą żoną na ten temat. Nie chciał się z nią spotykać ani tym bardziej wracać.
— Waler, pomyśl rozsądnie — namawiała go przez telefon Ludmiła Pietrowna. — Dzieci tęsknią. A ja… zrozumiałam swoje błędy.
— Za późno, Luda — odpowiadał spokojnie. — Mam teraz inne życie.
— Czyli jakaś baba jest dla ciebie ważniejsza niż własne dzieci?!…
— Nie pozwolę, żebyś tak się wyrażała. Rozmowa skończona.
Wtedy Ludmiła Pietrowna rozgniewała się i zaczęła nastawiać dzieci przeciwko niemu.
— Widzicie, dziewczynki, jaki ten wasz tatuś? Zostawił nas dla pierwszej lepszej! — jadowicie mówiła. — A my tu biedujemy, a jemu wszystko jedno!
Tymczasem Lidzie skończyło się piętnaście lat i dziewczyna stała się całkiem samodzielna. Nic nie mogło wpłynąć na jej decyzję, by widywać się z ojcem, w przeciwieństwie do Ani, która łatwo przyjęła stronę matki i obwiniała ojca o wszystko.
— Tato, a dlaczego mama mówi, że nas porzuciłeś? — spytała Lida podczas spotkania.
— Bo tak jej wygodniej, córeczko — smutno odpowiedział Walery Iwanowicz. — Nie porzuciłem was. Po prostu nie mogę już żyć z waszą mamą.
— A mogę do ciebie przyjeżdżać?
— Oczywiście. Zawsze.
A gdy wróciła do domu, matka spytała:
— No i co? Czym cię tam twój tatuś nakarmił? Pustą zupką czy przypaloną kartoflą? On przecież nigdy nie umiał gotować! A może ktoś mu tam teraz gotuje? — często dogadywała Lidzie matka. — Zdrajczyni z ciebie, Lida. Może chcesz się wyprowadzić do ojca? Co? Nie zapraszają? No właśnie! Nie jesteś mu potrzebna. Matka karmi, poi, ubiera, a ty ciągle do niego latasz, niewdzięczna…
— Mamo, ja tylko odwiedzam tatę. To przecież normalne — cicho odpowiadała Lida.
— Normalne? Ja ci mówię, że on nas porzucił! A ty teraz do niego biegasz jak wierny kundelek! — oburzała się Ludmiła Pietrowna. — A co on ci daje? Marne grosze i puste obietnice!
Lida milczała, rozumiejąc, że spierać się nie ma sensu. Matka nastawiła przeciwko niej nawet młodszą siostrę Anię.
— Lida znowu do tatka jeździła — donosiła Ania matce po każdej nieobecności siostry. — Wczoraj widziałam, jak wsiadała do autobusu. A dziś przyszła jakaś taka wesoła.
— O, gadzina! — syczała Ludmiła Pietrowna. — Tam ją zabawiają, a tu krzywi się na wszystko!
Lida zaczęła ukrywać swoje wizyty u ojca, ale młodsza siostra często podsłuchiwała i podglądała, a potem wszystko zdawała matce. Obie złościły się i obgadywały Lidę. Powoli starsza córka stawała się w rodzinie wyrzutkiem. Odnoszono się do niej tak samo jak kiedyś do ojca.
— Lidka, czemu się taka skryta zrobiłaś? — spytała kiedyś Ania, gdy zostały same. — Przecież jesteśmy siostrami.
— Siostry nie donoszą na siebie — spokojnie odpowiedziała Lida.

— Ja tylko mówię mamie to, co widzę.
— Właśnie. A widzisz tylko to, co chcesz widzieć — Lida spojrzała na siostrę ze smutkiem. — Szkoda…
Z ojcem Lida rzeczywiście nie mogła zamieszkać, choć o tym myślała. Ale nowa żona ojca (bo ożenił się oficjalnie) była kategorycznie przeciwna.
— Walera, nie mam nic przeciwko temu, żebyś spotykał się z córką, ale mieszkać z nami nie może — stanowczo oznajmiła nowa żona. — Moje nerwy nie wytrzymają tych rodzinnych dramatów.
— Zina, ona przecież jest jeszcze dzieckiem — próbował łagodzić sytuację Walery Iwanowicz.
— Dziecko z charakterem byłej żony! Nie, dziękuję. Spotykajcie się, gdzie chcesz, ale nie w domu.
Poza tym w jednopokojowym mieszkaniu rzeczywiście było ciasno.
Ojciec obdarowywał Lidę prezentami, które czasem trudno było ukryć przed siostrą i matką. O ile maleńki srebrny pierścionek z ametystem udało się jej jakiś czas ukrywać, o tyle ładnej kurtki, podarowanej na urodziny, nie dało się schować, a i nie chciała — tak bardzo jej się podobała.
— Ooo, patrzcie, jaka elegantka! — jadowicie skomentowała pojawienie się Lidy w nowej kurtce Ludmiła Pietrowna. — Niby na alimenty narzeka, a na prezenciki dla córeczki pieniądze się znajdują!
— Ładna kurtka — przyznała Ania, ale zaraz dodała z zazdrością: — A mnie co, nic się nie należy? Ja też jestem jego córką!
— Jeśli chcesz, możesz też się z nim spotykać — zaproponowała Lida.
— A daj spokój! Mama mi zabroniła — machnęła ręką Ania.
Lida dziwiła się, jak ojcu udało się tak dobrze trafić z rozmiarem, ale kurtka leżała idealnie i bardzo jej pasowała. Matka i siostra zgrzytały zębami na widok nowego ubrania i nie szczędziły złośliwości pod adresem Walerego Iwanowicza. A potem, gdy Lida zaczęła nosić kurtkę, pewnego razu odkryła, że kieszenie w środku zostały podziurawione. Mały, lecz bardzo podły uczynek. Kto to zrobił — matka czy siostra — nie dociekała, po prostu cicho zaszyła podszewkę i miała nadzieję, że to się nie powtórzy.
— A czemu nie nosisz kurtki? — spytał któregoś razu ojciec.
— Noszę, tato. Po prostu dziś ciepło — skłamała Lida, nie chcąc go martwić opowieścią o zniszczeniu.
Mijały lata. Dziewczyny dorosły. Lida zdobyła wykształcenie, znalazła pracę i wyszła za mąż. Przeprowadziła się do męża, wkrótce urodziła się jej córka Masza.
— No wreszcie pozbyłyśmy się tej żmii pod kamieniem! — złośliwie oznajmiła Ludmiła Pietrowna Ani po wyprowadzce starszej córki. — Niech teraz mężowi zawraca głowę swoimi sztuczkami!
— A jakby tak się okazało, że będzie szczęśliwa? — niepewnie spytała Ania.
— Co ty! Z jej charakterem?! Jeszcze się pomęczy, zobaczysz.
Później także Ania wyszła za mąż i opuściła rodzinny dom, ale jej małżeństwo szybko się rozpadło. Ania wróciła do matki z dwójką malutkich synków — rok po roku.
— No widzisz, mówiłam! — powitała ją Ludmiła Pietrowna. — Współcześni faceci to same dranie! A ty mnie nie słuchałaś, śpieszyło ci się za mąż!
— Mamo, a gdzie ja mam teraz mieszkać? — żałośnie spytała Ania, kołysząc na rękach płaczącego synka.
— A gdzie masz się podziać? Mieszkaj. Tylko żeby te orły nie wykańczały mnie wrzaskiem! — Ludmiła Pietrowna nie była zachwycona i często wybuchała.
Sama nigdy nie ułożyła życia osobistego, zmieniając się w wiecznie zrzędliwą i niezadowoloną kobietę. Choć kochała Anię, pod jednym dachem mieszkać z nią nie chciała i przy każdej okazji wypominała jej cokolwiek.
— Znowu te twoje smarkacze całą noc darli się! — oburzała się o poranku. — Do pracy idę niewyspana!
— Mamo, dzieci są jeszcze małe, co mam zrobić? — tłumaczyła się Ania.

— Trzeba było wcześniej myśleć! A nie rodzić, jakby na wsi u babki!
Dzieci Ani hałasowały, rozrabiały, nikt nie chciał się z nimi zajmować: Ludmiła Pietrowna pracowała, a Ania próbowała zarabiać w domu, jednocześnie pilnując maluchów. Atmosfera w domu była ciężka.
Lida od czasu do czasu kontaktowała się z matką i siostrą, wiedząc, jak tam wygląda sytuacja.
— Jak się masz, Aniu? Jak maluchy? — pytała podczas rzadkich rozmów telefonicznych.
— A jak myślisz… Ciężko. Matka wiecznie niezadowolona, dzieci chorują, pieniędzy brakuje — żaliła się Ania.
— Może spróbowałabyś ułożyć relacje z tatą? Przecież on teraz dziadkiem jest.
— Zwariowałaś? Matka mnie zabije i z domu wyrzuci! Lepiej nie proponuj — przestraszyła się Ania.
Wieści Lida przekazywała też ojcu podczas spotkań: wciąż utrzymywali kontakt. Drugą żonę Walerija Iwanowicza zabrała ciężka choroba, został wdowcem i mieszkał zupełnie sam, stając się pełnoprawnym właścicielem swojej już dwupokojowej kawalerki.
— Tato, nie jest ci samotnie? — pytała Lida podczas wizyt.
— Już się przyzwyczaiłem. Za to spokojnie jest — odpowiadał Walery Iwanowicz. — A jak twoja siostra? Pewnie już dorosła całkiem?
— Była zamężna, ale się rozwiodła. Teraz mieszka z mamą, dwójkę synów wychowuje.
— Wnuki… A ja ich ani razu nie widziałem — smutno wzdychał ojciec.
Lida nadal odwiedzała ojca, teraz także przywożąc córkę. Walery Iwanowicz uwielbiał wnuczkę.
— Dziadku, a czemu mam tylko jednego dziadka? — pytała mała Masza. — U Kasi w przedszkolu są dwaj.
— Tak bywa, słoneczko. Za to ja kocham cię za dwóch — odpowiadał Walery Iwanowicz, tuląc wnuczkę.
— A gdzie mieszka ciocia Ania? Czemu do niej nie jeździmy?
— Mieszka daleko — wymijająco odpowiadała mama.
Z mężem Denisem Lida nie przyjeżdżała, bo on nie chciał utrzymywać kontaktu z jej rodziną, pielęgnując więzi tylko ze swoją.
— A po co mi poznawać tego twojego ojca? — mówił rozdrażniony Denis. — Mam swoich krewnych wystarczająco. Poza tym przecież was porzucił w dzieciństwie.
— Nie porzucił, rozwiedli się z mamą — próbowała tłumaczyć Lida.
— Jaka różnica! Nie potrzebuję tego cyrku.
I pewnego razu, przypadkiem, kontakt z krewnymi męża stał się zbyt bliski. Tak bliski, że matka i siostra Denisa wprowadziły się do nich. Spotkało ich nieszczęście: powódź zniszczyła dom. Na czas remontu teściowa i szwagierka Lidy, które mieszkały razem, musiały znaleźć tymczasowe lokum.

— Lida, rozumiesz przecież, że to tymczasowe — oznajmił Denis, zapowiadając przeprowadzkę. — Gdzie miałyby się podziać?
— Oczywiście, rozumiem. Ludzie w biedzie — zgodziła się Lida, nie przewidując, czym skończy się to sąsiedztwo.
Z rodziną męża Lida się nie dogadała. Ciągle wybuchały kłótnie.
— Lida, a dlaczego u was w domu taki bałagan? — od progu rzuciła teściowa Tamara Nikołajewna. — Dziecko małe, a zabawki porozrzucane wszędzie!
— Masza się bawiła, nie zdążyłam jeszcze posprzątać — tłumaczyła się Lida.
— Cały dzień w domu siedzisz! — dorzuciła szwagierka Swieta. — U mnie, kiedy dzieci były małe, w domu zawsze błyszczało!
— A gotować kto będzie? — kontynuowała atak Tamara Nikołajewna. — Denis z pracy wróci głodny, a tu puste garnki!
— Ja też pracuję — cicho zaprotestowała Lida.
— Praca pracą, ale rodzina przede wszystkim! — ucięła teściowa. — Kobieta powinna dbać o dom!
Matka Denisa zarzucała synowej mnóstwo pretensji, a szwagierka jej przytakiwała. Najgorsze było to, że mąż nie bronił Lidy, a przeciwnie — razem z matką zaczynał ją strofować.
— Mama ma rację, Lida — mówił Denis. — Rzeczywiście stałaś się jakaś nieogarnięta. Kiedyś tak nie było.
— Kiedyś w naszym domu nie mieszkały obce osoby! — nie wytrzymała pewnego razu Lida.
— To moja matka i siostra! Jakie obce?! — oburzył się Denis. — Masz ich szanować!
— Szanuję, ale mam prawo do własnego zdania we własnym domu!
— W naszym domu! A tu mieszkają moi krewni, więc uważaj na słowa! — warknął mąż.
Wytrzymać tego się nie dało i Lida z córką uciekły do Walerego Iwanowicza.
— Tato, możemy u ciebie trochę pomieszkać? — zapytała, stając w progu z walizką i zapłakaną Maszą.
— Oczywiście, córeczko! Wchodźcie — ucieszył się Walery Iwanowicz. — Co się stało?
— Potem opowiem. Jestem bardzo zmęczona.
Mąż Lidy nieraz pokazywał się od najgorszej strony podczas małżeństwa. Będąc na urlopie macierzyńskim z nowo narodzoną córeczką Maszą, Lida znosiła jego wyrzuty, że wydaje za dużo, nie gotuje i źle sprząta.
To, że niemowlę wymaga czasu i uwagi przez całą dobę, męża nie przekonywało. Był święcie przekonany, że na macierzyńskim kobiety odpoczywają, jakby były na wakacjach.
— A co ty masz do roboty?! — oburzał się Denis, krążąc po pokoju. — Dziecko małe: zje i śpi. Pośpi — znowu zje. Spacer na dworze — sama przyjemność. Siedzisz sobie na ławce z wózkiem i gapisz się w telefon.
A ty co, maraton biegniesz? Dlaczego niczego nie zdążasz? I gdzie ty wydajesz pieniądze?! Na co je tracisz?!
— Na pampersy, mleko modyfikowane, lekarstwa dla Maszy — cicho odpowiadała Lida, kołysząc marudzącą córeczkę. — Przecież widzisz, ile wszystkiego potrzebuje dziecko…
— Daj spokój! — machnął ręką Denis. — Pieluchy to co, ze złota? A mleko co, z trufli robią? Ty po prostu nie umiesz oszczędzać! Moja matka wychowała dwoje dzieci i nigdy nie narzekała!

— Twoja matka żyła w innych czasach — odważyła się zaprotestować Lida. — Poza tym pomagała jej babcia. A ja jestem sama z dzieckiem…
— Sama?! — wybuchł Denis. — A ja co, duch?! Haruję od rana do nocy, żeby was utrzymać! A ty tu siedzisz jak paniusia i jeszcze się skarżysz!
Lida czuła się dotknięta, płakała, próbowała tłumaczyć, ale nie miała zbyt wielu argumentów. Mieszkała na terenie męża i z małym dzieckiem była całkowicie zależna od jego humoru i portfela.
— Może przeprowadzimy się na jakiś czas do moich rodziców? — zaproponowała kiedyś. — Tata pomógłby przy remoncie pokoju dla dziecka, albo może spróbować u mamy…
— Nie trzeba mi twoich krewniaczków pod nos podsuwać! — uciął Denis. — Mieszkaj tutaj i ciesz się. Nie każdy ma takie szczęście.
Dopóki Lida nie poszła na macierzyński, niemal nie było wyrzutów — miała dobrą pensję i na równi z mężem uczestniczyła w budżecie rodzinnym. Ale gdy tylko Denis stał się jedynym żywicielem, zaczął się prawdziwy terror. Każda kupiona paczka ciastek stawała się powodem do awantury, każda nieposprzątana zabawka — dowodem na jej lenistwo.
— Wiesz, na czym polega twój problem? — oznajmił pewnego wieczoru Denis, patrząc na porozrzucane dziecięce rzeczy. — Jesteś rozpieszczona. Przyzwyczaiłaś się, że wszystko robi się samo. A teraz rzeczywistość pokazuje, kim jesteś naprawdę.
Lida coraz częściej myślała, że pomyliła się w wyborze partnera życiowego. Po macierzyńskim jednak stało się łatwiej. Lida wróciła do pracy, mała Masza poszła do przedszkola i życie rodzinne jakoś się ustabilizowało. Jednak Lida pamiętała wszystkie wyrzuty męża i żal nie mijał. Często się kłócili i od dawna nie spali razem.