— Tak, wiem, że Tatiana Pawłowna wszystkim wmawiała, że nic w domu nie robiłam. Ale cały porządek i gotowanie to moja zasługa. Teraz będzie pan musiał jakoś żyć z tą informacją, Igorze Iwanowiczu.

— Tak, wiem, że Tatiana Pawłowna wszystkim wmawiała, że nic w domu nie robiłam. Ale cały porządek i gotowanie to moja zasługa. Teraz będzie pan musiał jakoś żyć z tą informacją, Igorze Iwanowiczu.

Niepojęte, jak jeszcze żyliście, zanim się tu przeprowadziliśmy. Choć… będziecie mieli świetną okazję sobie przypomnieć. Bo ja wyjeżdżam z tego domu wariatów! Razem z córką.

Weronika długo się wahała, ale okoliczności ją przycisnęły — wynajmowane mieszkanie pochłaniało prawie połowę rodzinnego budżetu, a na horyzoncie rysowały się kolejne nieprzewidziane wydatki.

Przeprowadzka do rodziców Maksyma okazała się szybka i… bolesna. Dwupokojowe mieszkanie teściów wydawało się ciasne już przed ich przyjazdem, a teraz gnieździło się w nim pięć osób, w tym mała Liza, która dopiero co nauczyła się biegać, otwierać wszystko, co wpadło jej w ręce, i wyciągać wszystkie babcine zapasy.

Tatiana Pawłowna, kobieta twardych zasad, od razu dała do zrozumienia, że w jej domu wszystko zostaje po staremu. Weronika początkowo próbowała się dostosować: myła podłogi tak, jak wymagała teściowa, gotowała według jej przepisów, starała się nie hałasować wieczorami. Nawet Lizę zamykano w pokoju, kiedy Igor Iwanowicz wracał z pracy.

Ale nawet idealna czystość i cichy głos nie ratowały przed krytyką — raz barszcz nie taki, raz Liza za głośno się śmieje, a to znowu Weronika za późno wstała.

— No przecież prosiłem o ciszę po pracy! — oburzał się teść, gdy słyszał histerię wnuczki, która denerwowała się, że nie może wyjść z pokoju. — Czy w wieku pięćdziesięciu pięciu lat nie zasłużyłem na odpoczynek we własnym mieszkaniu? — gderał dalej na Weronikę.

— Zaraz się uspokoi, proszę dać jej chwilę.

Synowa wyszła z kuchni, a Igor Iwanowicz ciągnął:

— No pomyśl tylko, zwalili się nam na głowę. Jakby i bez nich tu było dużo miejsca.

— Igorusiu, nie złość się. Lepiej, o, jedz — żona postawiła mu pod nosem talerz z kaszą gryczaną i sosem.

Wciągnął aromat i z apetytem zabrał się do jedzenia.

— Pyszne. Nie zauważyłem, że nauczyłaś się tak gotować mięso, że aż rozpada się na włókna. Bardzo dobrze! — pochwalił Igor Iwanowicz, a żona tylko uśmiechnęła się słodko.

Tatiana Pawłowna nie wspomniała o tym, że od chwili, gdy syn z żoną wprowadzili się do ich mieszkania, sama już nie gotowała. A co w tym złego? Chcą tu mieszkać, to niech się starają! Jeszcze miałaby gotować na tę całą gromadę?

Maksym zaś, zamiast bronić żony, coraz częściej zamykał się w sobie. Z pracy wracał zmęczony, jadł kolację i siadał do telefonu albo komputera, unikając rozmów z Weroniką. Gdy żona zaczynała się skarżyć, wzdychał i mówił:

— Wytrzymaj trochę, aż uporam się z pracą. To przecież moi rodzice. Nie tam szukasz wrogów!

A to „trochę” przeciągnęło się na pół roku. Liza rosła i z każdym dniem potrzebowała więcej uwagi i przestrzeni. Weronika starała się w pogodę wychodzić z córką na spacery, zwłaszcza wieczorami. Liza nie tylko nie znosiła siedzenia w czterech ścianach, ale była też niezwykle ruchliwa. Dlatego łatwiej było pójść na dwór.

To najpierw przestało podobać się teściowej, bo Weronice zostawało coraz mniej czasu na gotowanie, skoro spacery zajmowały trzy–cztery godziny dziennie. Potem Igarowi Iwanowiczowi, a w końcu i Maksymowi, któremu teściowa skutecznie szeptała do ucha różne złośliwości o Weronice podczas jej nieobecności.

I pewnego dnia Maksym nie wytrzymał. Gdy tylko Weronika wykąpała córkę po spacerze i posadziła ją do krzesełka, które, nawiasem mówiąc, stało w ich pokoju, mąż zaczął się burzyć.

— Nie rozumiem, gdzie ty się ciągle włóczysz?! — krzyknął Maksym.

— Jak to gdzie? Może zapomniałeś, że mamy dwuletnią córkę, której potrzebne jest świeże powietrze i zabawa. W tym pokoju Liza i je, i załatwia potrzeby. Nigdzie nie może wychodzić. I jeśli kiedyś to było tylko wieczorami, to teraz po prostu bez przerwy.

Twoja matka odgrywa dramat, że od wnuczki dostaje migreny. Mam tylko jedno pytanie — oni w ogóle kochają Lizę?

— Nie gadaj głupot. Oczywiście, że kochają.

 

— Ja nie wiem, co to miłość, bo moi rodzice mnie porzucili. A twoi rodzice to jedyni dziadkowie, którzy mogliby podarować jej odrobinę ciepła i dobroci. Ale, jak widać, nie jest jej to dane.

— Właśnie czuję, że to genetyczne — rzucił Maksym.

— Co masz na myśli?

— Że Liza wcale nie jest do mnie podobna. O to!

— Przecież to kopia twojej matki! — zdziwiła się Weronika.

— Wiesz co? Chcę zrobić test DNA.

— Serio? — żona nie mogła wyjść z podziwu dla słów Maksyma.

— Tak, zupełnie poważnie. Jutro pójdziemy i go zrobimy. Nie martw się, znajdę pieniądze.

— Na to masz pieniądze, a na pieluchy dla dziecka nie? To doprawdy zabawne.

Zrobili test DNA i wydawało się, że wszystko powinno ucichnąć na czas oczekiwania. Ale zamiast ulgi Weronika poczuła, jak między nią a Maksymem wyrasta niewidzialna ściana. W jego spojrzeniu nie było ani wstydu, ani żalu — jakby nie widział nic dziwnego w tym, że podejrzewał własną żonę o zdradę.

Maksym, przeciwnie, zachowywał się tak, jakby to wszystko było zwyczajną domową formalnością. Weronika coraz częściej łapała się na tym, że nie potrafi już otwierać się przed mężem, a o jakiejkolwiek intymności nie mogło być mowy.

Następnego dnia Tatiana Pawłowna od rana poszła do przyjaciółki. Weronika wykorzystała moment, gdy nikogo nie było w domu, żeby posprzątać mieszkanie. A po południu spakowała córeczkę Lizę i poszły razem na spacer do parku.

Pogoda była cudowna, a jej samej bardzo chciało się wyrwać z dusznego mieszkania, gdzie każdy kąt przypominał o presji i wyrzutach.

Kiedy postanowiły pójść w stronę daczy, słońce chyliło się już ku zachodowi. Tymczasem w mieszkaniu zaczynał się prawdziwy dramat. Tatiana Pawłowna wróciła od przyjaciółki w świetnym nastroju.

Zobaczyła lśniąco czyste mieszkanie i uśmiechnęła się z zadowoleniem. Potem zerknęła na kuchenkę — nic na niej nie było. Zajrzała do lodówki — również pusto.

Kobieta już chciała coś szybko przygotować, bo inaczej jej podstęp obróciłby się w skandal, lecz nie zdążyła. Do kuchni wszedł Igor Iwanowicz.

— Ależ cisza! Częściej mogliby wychodzić na spacery o tej porze! Bo już się tego wytrzymać nie dało! No, Taniuszka, nakładaj. Co tam dzisiaj masz?

— A… ja dzisiaj… jajecznicę! — wyrzuciła z siebie Tatiana Pawłowna.

— Jak to, przez cały dzień zdołałaś ugotować tylko jajecznicę?

— No dlaczego tylko? Zobacz, jak mieszkanie lśni czystością. Sprzątałam!

W tym momencie zjawił się Maksym. Prawie jednocześnie wrócił do domu wraz z Weroniką i Lizą. Weronika spokojnie postawiła córkę na podłodze i pomogła jej zdjąć kurtkę. Tymczasem Maksym, jakby zupełnie ignorując żonę, skierował się do kuchni. Dziś wrócił później i był bardzo głodny. Ale tam czekało go rozczarowanie.

— A gdzie kolacja? — warknął Maksym na żonę, która właśnie przechodziła obok z Lizą na rękach…

Weronika spojrzała na Maksyma i, nie podnosząc głosu, powiedziała:

— Kolacji już nie oczekujcie. Nie jestem służącą dla całej twojej rodziny.

Spojrzała na zaskoczone twarze teściów i kontynuowała:

— Tak, wiem, że Tatiana Pawłowna wmawiała wszystkim, że nic w domu nie robiłam. Ale cały porządek i gotowanie — to moja zasługa. Teraz będziecie musieli jakoś żyć z tą informacją, Igorze Iwanowiczu.

Niepojęte, jak wy w ogóle żyliście, zanim się tu wprowadziliśmy. Choć… będziecie mieli świetną okazję sobie przypomnieć. Bo ja wyjeżdżam z tego domu wariatów! Razem z córką.

Maksym był oburzony, ale gdy tylko żona zniknęła za drzwiami pokoju, zdołał tylko wymamrotać:

— Co to teraz było? Dlaczego uznała, że może zabrać dziecko ojcu?

— Wszystko słyszę! — rozległ się głos Weroniki z pokoju. — Niedawno sam podważałeś swoje ojcostwo. A teraz się oburzasz. Rodzina jak z cyrku.

— Co ona powiedziała?! — ryknął Igor Iwanowicz.

Podniósł się i ruszył do pokoju, ale nikt tam nie zajrzał i nie wiedział, że walizki były już wcześniej spakowane. Weronika wyszła naprzeciw teściowi. Dosłownie przeszywała go wzrokiem.

— Teraz wasze ego będzie zaspokojone. Szkoda tylko, że nie będzie już na kim się wyżywać. Bo dwuletniego dziecka, które można było uciszać, w waszym mieszkaniu już nie będzie. Ćwiczcie się na kimś innym. Może wam wyjdzie.

— Jak śmiesz! — zaczął Igor Iwanowicz, ale synowa lekko odepchnęła go walizką i przeszła dalej, do korytarza.

Weronika spokojnie założyła w korytarzu płaszcz i czapkę, pomogła Lizie zapiąć kurtkę. Maksym, siedzący na krześle w kuchni, początkowo tylko z niedowierzaniem obserwował jej działania — wydawało mu się, że to kolejna kobieca demonstracja, która skończy się za pół godziny płaczem i przeprosinami na kolanach.

Ale gdy Weronika rzuciła klucze na półkę przy drzwiach i powiedziała:

— Duplikatu nie robiłam, nie martwcie się — w jego oczach błysnęło zdumienie, szybko zastąpione niepokojem.

— Czekaj… Ty naprawdę? — Maksym zerwał się i rzucił w stronę żony i córki, ale ta, trzymając Lizę za rękę, tylko się odsunęła.

— Za późno — rzuciła krótko.

Dwadzieścia minut później siedziały już w taksówce, a mała walizka z rzeczami leżała starannie w bagażniku. Ich nowym domem stało się jednopokojowe mieszkanie Antoniny Grigoriewny — babci Weroniki ze strony ojca.

Przywitała wnuczkę i prawnuczkę tak, jakby czekała na nie od rana: z gorącą zupą, ciepłym kompotem i bez jednego pytania. Tylko cicho pogładziła Weronikę po ramieniu i powiedziała:

— Skoro przyjechałaś, to znaczy, że inaczej się nie dało. Zostańcie, ile trzeba.

Więcej rodziny Weronika nie miała: ojciec zmarł dziesięć lat temu, a matka wyjechała za granicę z nowym partnerem, gdy dziewczynka miała zaledwie pięć lat.

Tydzień później przyszły wyniki testu DNA: Maksym okazał się ojcem Lizy w 99,99%. Tego samego dnia Weronika, bez wahania, złożyła pozew o rozwód.

Rozprawy ciągnęły się kilka tygodni. Weronika domagała się alimentów i połowy wartości niedawno kupionego w małżeństwie samochodu. Maksym i jego matka, Tatiana Pawłowna, zaciekle się sprzeciwiali.

Teściowa na każdej rozprawie prawie wpadała w histerię, dowodząc, że przez ostatnie dwa i pół roku synowa siedziała w domu i nie wniosła do rodziny ani grosza.

— Skoro była dwa lata na urlopie macierzyńskim, to nie ma prawa do samochodu! — kipiała Tatiana Pawłowna.

Sędzia cierpliwie wysłuchała, a potem spokojnie odpowiedziała:

— Obywatelko, chyba zapomina pani, że pańska była synowa wykonała kolosalną pracę, rodząc i wychowując waszą wnuczkę. To też jest wkład w rodzinę.

Tatiana Pawłowna poczerwieniała, ale nie miała już co odpowiedzieć. Wyrok zapadł na korzyść Weroniki: alimenty i połowa wartości samochodu.

Teściowa kipiała ze złości, Maksym posępniał, a Weronika po raz pierwszy od dawna poczuła lekkość. Miała dach nad głową, obok córkę i babcię, a przed sobą życie, w którym nie była nikomu nic winna.

Tatiana Pawłowna, wracając z Maksymem do domu po ostatniej rozprawie, długo milczała. Twarz miała kamienną, ale w oczach paliła się złość.

— Synku — odezwała się w końcu — chcesz, powiem ci, jak się na niej zemścić?

Maksym podniósł na matkę wzrok:

— Jak?

— Po prostu nie spotykaj się z Lizą. Niech sama się nią zajmuje, bez wolnych dni i przerw. Niech gryzie łokcie. My i tak płacimy alimenty — i to wszystko. Wystarczy im!

Maksym nawet nie próbował dyskutować — tylko skinął głową. I tak też żyli: przez pięć lat nie widział ani Weroniki, ani córki. Przelewy na konto były jedynym przypomnieniem o Lizie.

A potem wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał. Tatiana Pawłowna ciężko zachorowała. Lekarze wydali ostrożną prognozę, ale sedno było jasne: zostało jej najwyżej kilka miesięcy życia. Kobieta dużo rozmyślała, nocami przewracała się bez snu. I pewnego dnia, z trudem podnosząc się z łóżka, zawołała syna:

— Maksym — jej głos był słaby — sprowadź Lizę. Chcę zobaczyć wnuczkę… choć raz, póki jeszcze mogę.

Maksym zawahał się, ale jednak wybrał numer Weroniki. Ku jego zaskoczeniu była żona zgodziła się niemal od razu, tylko dodała:

— Ale najpierw Liza musi poznać ciebie jako ojca. Ona prawie cię nie pamięta. Spotkajmy się w kawiarni.

Maksym uznał, że to rozsądne, i zgodził się na termin, który podała była żona.

Następnego dnia wszedł do przytulnej kawiarni i od razu ich zauważył. Przy stoliku przy oknie siedziała Weronika, obok niej — dziewczynka około ośmiu lat, niezwykle podobna do Tatiany Pawłowny z młodości. Ale jego wzrok natychmiast przykuł trzeci człowiek: wysoki, krzepki mężczyzna około czterdziestki, który obejmował Weronikę w pasie. Jeszcze bardziej nie do zniesienia było to, że wszyscy wyglądali na szczęśliwych.

Maksym zatrzymał się, zacisnął zęby, nie rozumiejąc, kim jest ten człowiek… ale już przeczuwając, że była żona przygotowała mu niespodziankę, która raczej nie będzie przyjemna.

I wtedy Maksym usłyszał dźwięczny dziecięcy głos:

— Tato!

Gwałtownie odwrócił się w stronę dziewczynki, serce mu ścisnęło — przez pięć lat ani razu nie usłyszał, by Liza nazwała go tak. Ale radość trwała tylko chwilę. Liza z promiennym uśmiechem patrzyła nie na niego, lecz na tamtego mężczyznę, który siedział naprzeciwko, i stroiła do niego zabawne miny. Mężczyzna śmiał się w odpowiedzi.

W tym momencie Maksym jakby skamieniał. W piersi narastała fala złości i upokorzenia. Co to ma znaczyć? To przecież jego Liza, jego córka, a teraz nazywa tatą jakiegoś innego faceta. Egzamin z próżności oblał jeszcze zanim zdążył podejść bliżej.

Obrócił się na pięcie i wyszedł z kawiarni, nawet się nie przywitał. Już na ulicy, ściskając telefon w dłoni, zadzwonił do matki:

— Mamo, Weronika już całkiem bezczelna! Zabroniła Lizie widywać się ze mną. A co dopiero mówić o tobie…

Tatiana Pawłowna słuchała w ciszy, a potem cicho powiedziała:

— Widocznie zasłużyliśmy na to, synku…

W rezultacie nigdy nie zobaczyła wnuczki przed śmiercią. Maksym nie próbował więcej — duma była ważniejsza.

Teraz w ich dwupokojowym mieszkaniu mieszkało dwóch upartych facetów — Igor Iwanowicz i Maksym. Uważali się za lepszą połowę całego świata, tylko że od tego życie stawało się coraz bardziej puste.

A Weronika o tym nie wiedziała i wiedzieć nie chciała. Żyła swoim życiem — z ukochanym mężczyzną, z cudowną córką, która uśmiechała się znacznie częściej niż w dzieciństwie. I w głębi duszy marzyła już o tym, że wkrótce zostanie mamą po raz drugi.