Synku, może pojadę z tobą nad morze, póki Daria jest w szpitalu? Szkoda przecież, żeby te wczasy przepadły.
Kiedy Daria wyszła za Artioma, wiele jej koleżanek zazdrościło jej w dobrym tego słowa znaczeniu. Miała spokojnego, pracowitego męża, nie z tych, co lubią włóczyć się po towarzystwie albo trwonić pieniądze.

A przede wszystkim — teściowa przyjęła synową tak serdecznie, że Daria początkowo nie wierzyła we własne szczęście. Wydawało się, że Nina Wiktorowna znalazła w niej prawdziwą córkę.
— No wreszcie w moim domu pojawiła się kobieta — śmiała się, klepiąc Darię po ramieniu. — A to z dwoma facetami tutaj całkiem zdziczałam, wszystko sama i sama. Teraz będziemy razem piec ciasta!
Daria odwzajemniała uśmiech i czuła, jak teściowa naprawdę lgnie do niej z sympatią. Sama była sierotą, wcześnie straciła rodziców, dlatego czułe „córeczko”, które wypowiadała Nina Wiktorowna, grzało ją szczególnie mocno.
Pierwszy rok małżeństwa minął szybko i niemal niezauważenie. Młodzi urządzali swoje dwupokojowe mieszkanie, cieszyli się z każdego nowego mebla, wybierali firanki, spierali się o kolor koca do salonu.
Wieczorami często zaglądali do Niny Wiktorowny na herbatę: mieszkała razem z młodszym synem niedaleko, w sąsiednim kwartale. W domu zawsze pachniało wypiekami, a na stole stał samowar — zwyczaj, który zachowała jeszcze z młodości.
— Artiomka od dziecka pije herbatę litrami — opowiadała z uśmiechem, dolewając wrzątku. — Już dawno myślałam, że w jego żyłach nie krew, a napar płynie.
Artiom parskał, udając obrażonego, ale filiżankę zawsze podstawiał. Daria siedziała obok, słuchała ich rozmów i cieszyła się: w ich rodzinie panowała zgoda, bez tych wiecznych kłótni i urazów, o których tyle słyszała od koleżanek.
Minął rok. Z nadejściem wiosny Daria zaproponowała mężowi:
— Tioma, a może latem pojedziemy nad morze? Przecież ani razu jeszcze naprawdę razem nie odpoczywaliśmy.
Choć propozycja była niespodziewana, Artiom poparł żonę:
— Świetny pomysł! W pracy akurat jeszcze mogę uzgodnić urlop na odpowiedni termin. Poszukajmy jakichś wczasów.
Cały wieczór spędzili przy laptopie, wybierając, dokąd pojechać. To Soczi, to Anapa, to Krym — zdjęcia plaż migały na ekranie jedno po drugim. Daria już wyobrażała sobie, jak siedzi tuż przy brzegu wody, mruży oczy od słońca i czuje pod stopami gorący piasek.
O swoich planach oczywiście opowiedzieli teściowej. Nina Wiktorowna słuchała uważnie, kiwała głową, a potem nagle klasnęła w dłonie i złożyła je teatralnie:
— Ach, gdybym i ja mogła z wami pojechać… Widziałam morze w życiu tylko raz. Byłam wtedy całkiem dziewczyną, miałam może siedemnaście lat. I od tamtej pory wciąż marzę, żeby choć jeszcze raz tam być.
Zapadła cisza. Daria uśmiechnęła się niezręcznie, Artiom się zawahał. Rozumiał, że matka mówi szczerze, ale jednak wyobrażali sobie spędzić urlop we dwoje.
— Mamo — zaczął ostrożnie — zróbmy tak: teraz pojedziemy sami, a tobie osobno kupię wczasy. Później. Na pewno. Obiecuję. Po prostu teraz chcieliśmy odpocząć tylko razem… Rozumiesz?
— Ja wszystko rozumiem — pośpiesznie machnęła ręką Nina Wiktorowna. — Przecież nie jestem dzieckiem. Młodzi muszą spędzać więcej czasu we dwoje. Jedźcie, będę się tylko cieszyć za was.
Powiedziała to niby spokojnie, ale w oczach mignął cień — czy to żalu, czy przykrości. Daria to zauważyła, ale milczała. Uznała, że to naturalne: każdemu jest przykro, kiedy ktoś wyjeżdża na wypoczynek, a ty zostajesz w domu.
Na tym, zdawało się, sprawę zamknięto. Daria z Artiomem kontynuowali przygotowania do podróży. Wieczorami omawiali, jakie wycieczki odwiedzą, gdzie spróbują lokalnej kuchni.
Daria śmiała się, że koniecznie będzie jeść kukurydzę na plaży, choć to banał. Artiom obiecywał, że na pewno przewiezie ją na rowerze wodnym.
Ich małe mieszkanie ożyło w tych dniach na nowo: w przedpokoju stała walizka, na kanapie piętrzyła się góra rzeczy, Daria wciąż coś przekładała, mierzyła, kręciła się przed lustrem. Artiom żartobliwie marudził:
— Jakbyśmy mieli wyprawę na Księżyc, a nie dwutygodniowy urlop nad morzem.
— Nic ty nie rozumiesz — uśmiechała się. — Kobieta nad morzem bez tych drobiazgów jest jak ryba bez wody.
Śmiali się, snuli plany, spierali się o drobiazgi — wszystko to było takie domowe i radosne.
Na kilka dni przed wyjazdem niespodziewanie zadzwoniła Nina Wiktorowna. Jej głos brzmiał uroczyście, nawet trochę wzruszająco.
— Artiom, przyjedźcie z Darią w gości. Mam powód.
— Jaki powód? — zdziwił się.
— Sekret! — zaśmiała się matka. — Potem powiem, tylko koniecznie przyjdźcie.
Wieczorem przyszli. Nina Wiktorowna powitała ich w progu z tak promiennym uśmiechem, że Daria od razu pomyślała: czyżby znalazła sobie mężczyznę? Ale okazało się coś innego: teściowa z dumą oznajmiła, że dostała pracę zdalną.
Teraz nie musi wstawać wcześnie, biec gdzieś, będzie miała znacznie więcej wolnego czasu.
— Od dawna o tym marzyłam — przyznała, nalewając herbaty. — I wreszcie się spełniło. Siedzę przy komputerze, a pieniądze same spływają. Bajka!
Śmiała się, żywo gestykulując, i wyglądała, jakby odmłodniała o kilka lat.
Na stole stał duży, rumiany placek, z którego unosił się słodkawy aromat. Nina Wiktorowna z dumą postawiła go na środku i powiedziała:
— Proszę, sama piekłam, według starego rodzinnego przepisu. Częstujcie się, moi drodzy!
Panowała niezwykle ciepła atmosfera. Pili herbatę, rozmawiali, śmiali się. Artiom co chwilę wtrącał dowcipne uwagi, Daria podtrzymywała rozmowę. Wydawało się, że wszystko układa się wspaniale.
A jednak w pewnym momencie Darii wydało się, że Nina Wiktorowna zbyt uważnie jej się przygląda, jakby na coś czekała. Szybko odgoniła tę myśl — co za bzdury! Teściowa po prostu miała dobry nastrój.

Daria położyła kawałek placka na talerzyk, a słodki zapach stał się jeszcze intensywniejszy. Odgryzła mały kęs, popiła gorącą herbatą i uśmiechnęła się do teściowej:
— Bardzo smaczne, dziękuję!
Artiom również pochwalił matkę:
— Mamo, jak zwykle jesteś w formie.
Placek rzeczywiście był miękki, delikatny i bardzo smaczny. Ale nim Daria zjadła cały kawałek, poczuła dziwne drapanie w gardle. Najpierw pomyślała, że poparzyła się gorącą herbatą, lecz nieprzyjemne uczucie szybko się nasilało.
— Coś… drapie mnie w gardle — wyszeptała i spojrzała na męża.
Artiom zmarszczył brwi:
— Wszystko w porządku? Może wody?
Jednak już po chwili Darii zaczęło brakować tchu. Twarz zbladła, a na skórze pojawiły się czerwone plamy.
— Dasza! — krzyknął Artiom, zrywając się z krzesła.
Próbowała nabrać powietrza, lecz jakby nie mogła go przełknąć. Wargi zaczęły sinieć.
— Boże, co się z nią dzieje?! — zawołała Nina Wiktorowna, chwytając się za głowę…
— Alergia… — wychrypiała Daria, zanim całkiem straciła możliwość mówienia.
Artiom zrozumiał natychmiast. Zerwał się z miejsca, wziął żonę na ręce i niemal biegiem wyniósł ją do samochodu.
W głowie dudniło, serce waliło tak mocno, że zdawało się, iż wyrwie się z piersi. Wiedział: Daria od dzieciństwa miała ciężką alergię na miód. Jeszcze w internacie trafiła przez to do szpitala — wtedy lekarze ledwo ją odratowali.
Później był jeszcze jeden atak, już wtedy, gdy spotykała się z Artiomem, wprawdzie nie tak ciężki, ale Artiom zapamiętał na całe życie: nawet kropla miodu mogła spowodować straszne konsekwencje. Ostrzegali o tym jego matkę.
Z każdą sekundą Darii było gorzej: oczy przewracały się do góry, oddech stawał się coraz bardziej urywany. Artiom trzymał ją za rękę i powtarzał jak zaklęcie:
— Wytrzymaj, kochanie, już, już, jeszcze chwilę…
Deszcz smagał mu twarz, ale Artiom nawet tego nie zauważał. W głowie kołatała jedna myśl: szybciej, tylko zdążyć.
Do najbliższego szpitala musiał jechać dziesięć minut, lecz wydawało się, że minęła wieczność. Daria chrapliwie łapała powietrze ustami, jej ciało wstrząsały dreszcze.
— Nic się nie dzieje, już jesteśmy blisko — uspokajał ją, choć sam był o krok od paniki.
Wpadł do szpitala z Darią na rękach i od progu krzyknął:
— Lekarza! Szybko! Alergia!
Naprzeciw wybiegła pielęgniarka i lekarz w białym fartuchu. Szybko ułożyli Darię na noszach, Artioma odepchnęli na bok.
Docierały do niego tylko urywki zdań: „ciśnienie spada”, „tlen”, „podłączcie kroplówkę”. Serce chciało wyskoczyć mu z piersi. Krążył po korytarzu, nie mogąc znaleźć sobie miejsca, a ręce drżały mu nieposłusznie.
Nagle za plecami usłyszał szybkie kroki — to Nina Wiktorowna dobiegła, dysząc ciężko.
— Artiom! Co z nią? — w oczach matki był prawdziwy strach.
— Mamo — odwrócił się do niej z twarzą wykrzywioną bólem — wiedziałaś! Wiedziałaś, że Daria ma alergię!
Machnęła rękami:
— Artiomka, ja… ja nie pomyślałam! Całkiem wyleciało mi z głowy! — zaczęła się tłumaczyć. — Przepis stary, jeszcze po mojej babci, zawsze dodawałam tam miód!
Syn zacisnął pięści, ale nic nie powiedział. W tym momencie z sali reanimacyjnej wyszedł lekarz.
— Stan jest bardzo ciężki — powiedział surowo. — Ale zrobiliśmy wszystko, co trzeba. Pańskiej żonie dopisało szczęście, że przywiózł ją pan tak szybko. Teraz pozostaje obserwacja i czekanie na stabilizację.
Artiom skinął głową, ledwie powstrzymując łzy.
Zegar w korytarzu tykał głośno i twardo, jak uderzenia młota. Od czasu do czasu przechodzili obok lekarze i pielęgniarki, lecz dla Artioma świat skurczył się do jednej tylko drzwi.
Nina Wiktorowna siedziała obok, szeptała modlitwy. Potem ostrożnie powiedziała:
— Synku… a może, skoro tak się stało, pojadę z tobą nad morze, póki Daria jest w szpitalu? Szkoda, żeby wczasy przepadły…
Artiom spojrzał na nią tak, że aż odebrało jej dech.
— Ty mówisz poważnie? — jego głos był niski i ochrypły. — Daria tam, między życiem a śmiercią, a ty o morzu myślisz?!
Nina Wiktorowna spuściła wzrok i już nic więcej nie powiedziała.
Noc była długa. Artiom nie opuścił szpitala, siedział na krześle, wpatrując się w drzwi. Kiedy wreszcie pozwolono wejść, zobaczył Darię pod kroplówką, bladą, ale żywą.
— Moja kochana — wyszeptał, biorąc ją za rękę. — Słyszysz mnie?
Ledwie dostrzegalnie skinęła głową. Łzy ulgi same popłynęły mu po policzkach.
Stan Darii stopniowo się poprawiał. Obrzęk ustępował, oddech stawał się równy. Artiom cały ten czas był przy niej: to podawał wodę, to poprawiał poduszkę, to po prostu siedział, trzymając jej dłoń.
Nina Wiktorowna również przychodziła. Płakała, prosiła o przebaczenie, przysięgała, że to był przypadek.
— Córeczko, wybacz mi, starej głupiej babie — mówiła, ocierając łzy. — Zupełnie zapomniałam, że nie możesz miodu. Co ja za matka, że nie dopilnowałam! Wina moja, wiem… ale nie ze złości, nie ze złej woli! Uwierz, wrogowi bym takiego nie życzyła…
Słowa płynęły potokiem, szlochała, ocierała oczy chusteczką. Ale między tymi słowami jednak przemknęło coś innego:
— Szkoda, że urlop przepadł… Na darmo Artiom odmówił, by pojechać ze mną.
Daria słuchała w milczeniu, ale w środku ogarniał ją chłód. Już nie mogła wierzyć, że to była zwykła nieuwaga.
Gdy siły zaczęły do niej wracać, Daria po raz pierwszy odważyła się porozmawiać o tym z Artiomem:
— Wiesz, Tio, postanowiłam, że więcej nie pójdę do twojej mamy w gości. I jej poczęstunków też już nie tknę. Nawet jeśli się na mnie obrazisz.
Artiom usiadł obok, ujął jej dłoń.
— Oczywiście. Sam już nie chcę, żebyś tam chodziła.
Skinęła głową, a w jej oczach zabłysły łzy.

— Dziękuję, że jesteś przy mnie.
Artiom ścisnął jej rękę mocniej, jakby przysięgał, że nigdy jej nie puści.
Wczasy oddali. O morzu więcej nie rozmawiali. Wszystkie dni Artiom spędzał przy żonie, zapomniawszy o pracy i o sprawach.
— Najważniejsze, żebyś była żywa i zdrowa — powiedział Darii. — A urlop… na pewno pojedziemy, gdy tylko odzyskasz siły.
Nina Wiktorowna dzwoniła, pytała o zdrowie, przychodziła z owocami i sokami, ale Daria już nie wzięła z jej rąk ani okruszka.
Kiedy Darię wypisano ze szpitala, Artiom dosłownie nosił ją na rękach: gotował, sprzątał, nie pozwalał jej się niepotrzebnie przemęczać.
Daria stopniowo wracała do siebie: spacerowała wieczorami z Artiomem, znów cieszyła się drobiazgami — zapachem lip w parku, zabawnym filmem, nową książką. O morzu Daria nawet się nie zająknęła, lecz pewnego wieczoru Artiom podszedł do niej z telefonem w dłoni:
— Spójrz, co znalazłem. Są dobre oferty wyjazdów na sierpień. Jeszcze zdążymy.
— Naprawdę? — otworzyła szeroko oczy.
— Absolutnie. Nie chcę, żeby to lato zapisało się w pamięci tylko szpitalem i łzami. Zasłużyliśmy na nasz urlop.
I oto już szli wzdłuż gwarnych nadmorskich bulwarów, trzymając się za ręce. Ciepły wietrzyk igrał z włosami, kojący szum fal zagłuszał wszelkie zbędne myśli, wprowadzając w błogą lekkość. Daria zdjęła sandały i poszła boso po gorącym piasku.
— Oto jest szczęście! — powiedziała i roześmiała się.
Nad morzem spędzili tydzień. Kąpali się, opalali, robili zdjęcia. Daria po raz pierwszy od dawna czuła się wolna i naprawdę szczęśliwa.