Założyli kamerę od sąsiadów, ale przypadkiem dowiedzieli się, co teściowa robi pod ich nieobecność, i natychmiast wyrzucili ją z działki.

Kiedy Galina Fiodorowna oznajmiła, że przekazuje ogródek synowi, Anton początkowo nie uwierzył. Przez trzydzieści lat matka doglądała tych sześciu arów, co weekend jeździła tam pociągiem z ciężkimi torbami, nosiła konewki, grzebała w ziemi aż do zmroku. A teraz nagle mówi: „Bierzcie, dzieci. Już mi za ciężko”.
— Mamo, mówisz poważnie? — upewnił się Anton, zerkając na żonę Olę, która siedziała przy kuchennym stole z niedowierzającym uśmiechem.
— Poważnie, synku. Plecy mnie bolą, ciśnienie skacze. A wam z Olą się przyda — świeże powietrze, odpoczynek od miasta.
Ola skinęła głową, ale w jej oczach mignęła ta sama ostrożność, którą Anton nauczył się rozpoznawać przez dziesięć lat małżeństwa. Żona potrafiła cieszyć się prezentami, lecz zawsze spodziewała się jakiegoś haczyka.
— A dokumenty jak załatwimy? — zapytała praktycznie.
— To proste — machnęła ręką teściowa. — Działka jest w ogrodnictwie, przewodniczący nas zna. Przepiszemy na Antona i po sprawie.
Miesiąc później stali się oficjalnymi właścicielami działki w ogrodnictwie „Rasswiet”. Anton pamiętał to miejsce jeszcze z dzieciństwa — przekrzywiony płot, stary domek z werandą, grządki, które matka dzieliła z niemiecką precyzją: marchew, buraki, ziemniaki, pomidory. I rabaty — cała kolekcja kwiatów w starych oponach samochodowych pomalowanych na żółto i czerwono.
— Wiesz — powiedziała Ola, gdy przyjechali tam pierwszy raz jako gospodarze — tutaj można by zrobić coś ładnego.
Anton spojrzał na działkę świeżym okiem. Tak, miejsce było dobre. Obok las, czyste powietrze, godzina drogi od miasta. Można by rzeczywiście urządzić coś porządnego.
— A co masz na myśli?
— No przecież nie będziemy całe życie kopać grządek. Zrobić trawnik, postawić meble ogrodowe, może altanę. Latem przyjeżdżać z przyjaciółmi, grillować.
Anton wyobraził sobie ten obraz i poczuł, że pomysł mu się podoba. W miejskim mieszkaniu ledwo mieścili się, a tu można było się rozwinąć, stworzyć coś swojego.
Sąsiadki — Walentyna Iwanowna z lewej i Klaudia Pietrowna z prawej — przyjęły nowych właścicieli z ledwo skrywaną niechęcią. Obie były rówieśniczkami Galiny Fiodorowny, wszystkie trzy przyjaźniły się i prowadziły niekończące się rozmowy przez płot o rozsadzie, szkodnikach i podlewaniu.
— A gdzie jest Galia? — zapytała Walentyna Iwanowna, gdy Anton z Olą zaczęli porządkować graty w szopie.
— Mama przekazała nam działkę — wyjaśnił Anton. — Ciężko jej już było dojeżdżać.
— No co ty? — powiedziała z niedowierzaniem sąsiadka. — A grządki zostawicie?
— Jeszcze zobaczymy — wymijająco odpowiedziała Ola.
Kobiety wymieniły spojrzenia, jakby usłyszały coś bardzo podejrzanego.
Pod koniec pierwszego miesiąca Anton i Ola zrozumieli, że chcą całkowicie odmienić działkę. Zasiali trawnik na większości terenu, zostawiając tylko mały kącik na zieleninę i parę jabłoni. Domek pomalowali na przyjemny błękitny kolor, wstawili nowe okna, odnowili werandę. Kupili stylowe meble ogrodowe, powiesili girlandy między drzewami, urządzili schludne rabaty z bylinami.
— Ładnie to wychodzi — powiedziała Ola, podziwiając efekt swojej pracy.
Anton przytaknął. Po raz pierwszy od wielu lat miał poczucie, że tworzy coś naprawdę swojego.

Sąsiadki obserwowały przemiany z jawnym przerażeniem. Walentyna Iwanowna co chwila podchodziła do płotu, przyglądała się i kręciła głową. Klaudia Pietrowna była bardziej bezpośrednia — otwarcie krytykowała każde nowo wprowadzone rozwiązanie.
— Po co siać trawnik? Nie ma z tego pożytku — mówiła. — Lepiej byście ziemniaki posadzili. A te wasze lampki to tylko prąd niepotrzebnie żrą.
— Nam się podoba — odpowiadała Ola, starając się zachować uprzejmość.
— A Gali pewnie się nie podoba — ripostowała Klaudia Pietrowna. — Całe życie warzywnik uprawiała, a wy tu trawniki zakładacie.
Anton zorientował się, że sąsiadki regularnie dzwonią do matki i donoszą o wszystkim, co się dzieje. Galina Fiodorowna też zaczęła dzwonić częściej niż zwykle, dopytując, jak idzie na działce, czy nie potrzebują pomocy.
— Mamo, u nas wszystko dobrze — odpowiadał za każdym razem Anton.
— A moje rabaty? Nie zwiędły?
— Mamo, zrobiliśmy inne rabaty. Nowoczesne.
W słuchawce zapadała wymowna cisza.
Problemy zaczęły się po dwóch miesiącach. Najpierw na trawniku pojawiły się żółte plamy — jakby ktoś polał trawę kwasem. Potem znaleźli na działce cudze śmieci: plastikowe butelki, reklamówki, puszki po konserwach.
— Skąd to się wzięło? — dziwiła się Ola, zbierając odpady do worka.
Anton podejrzewał sąsiadki, ale nie miał dowodów. Postanowił porozmawiać z nimi wprost.
— Walentyno Iwanowno, czy przypadkiem nie widziała pani, kto podrzuca nam śmieci?
— A skąd mam wiedzieć? — odparła sąsiadka. — Może wiatr przywiał.
— Wiatrem puszki po konserwach?
— Różnie bywa — wzruszyła ramionami kobieta i demonstracyjnie odwróciła się plecami.
Po tej rozmowie śmieci zaczęło pojawiać się jeszcze więcej. A żółte plamy na trawniku rozchodziły się z przygnębiającą regularnością.
— Trzeba założyć kamery — powiedziała Ola. — Bo inaczej całkiem nas zamęczą.
Anton kupił dwie kamery monitoringu i zamontował je tak, by obejmowały cały teren działki. Teraz mógł na smartfonie obserwować, co dzieje się na daczy pod ich nieobecność.
Przez pierwsze dni kamery nie zarejestrowały nic podejrzanego. Ale trzeciego dnia Anton zobaczył, jak Klaudia Pietrowna podkrada się do płotu i wylewa zawartość jakiejś butelki na skraj trawnika. A godzinę później Walentyna Iwanowna przerzuciła przez ogrodzenie worek ze śmieciami.
— Mamy je! — triumfalnie powiedział Anton, pokazując nagranie żonie.
Jednak rozmowy nie było. Tego samego wieczoru zadzwoniła Galina Fiodorowna. Jej głos brzmiał niespokojnie.
— Synku, jutro do was przyjadę. Walja dzwoniła, mówi, że u was tam jakiś bałagan. Chcę sama zobaczyć.
— Mamo, żadnego bałaganu nie ma — próbował wyjaśnić Anton. — Wszystko uporządkowaliśmy.
— No, zobaczę, zobaczę — matka nie słuchała.
Następnego dnia Galina Fiodorowna przyjechała z rana. Anton i Ola powitali ją, gotowi zaprezentować efekty swojej pracy.
— No i co, mamo, jak ci się podoba?
Matka powoli obeszła działkę, a jej twarz stawała się coraz bardziej zdezorientowana.
— A gdzie moje grządki? — zapytała w końcu.
— Mamo, zasialiśmy trawnik. Ładnie przecież wyszło.
— A pomidory gdzie? A ziemniaki? — głos matki drżał. — Trzydzieści lat ten ogródek pielęgnowałam!…
— Mamo — zaczął cierpliwie Anton — sama przecież powiedziałaś, że darujesz nam działkę. Teraz to my jesteśmy gospodarzami. Postanowiliśmy urządzić tu miejsce do wypoczynku, a nie ogród warzywny.
— Wypoczynku… — powtórzyła Galina Fiodorowna i spojrzała na rabaty z bylinami. — A gdzie moje kwiatuszki? W oponach?

— Mamo, to przecież brzydko. Zrobiliśmy nowoczesne rabaty.
Galina Fiodorowna nic nie odpowiedziała, ale Anton zobaczył w jej oczach wyraz, który dobrze pamiętał z dzieciństwa. Tak matka patrzyła, gdy była bardzo zasmucona, ale starała się tego nie pokazać.
— No dobrze — powiedziała w końcu. — Jesteście gospodarzami, róbcie, jak uważacie.
Ale ton głosu jasno dawał do zrozumienia, że na tym się nie skończy.
Matka została do wieczora, chodziła po działce, dotykała nowoczesnych mebli ogrodowych, przyglądała się girlandom. Sąsiadki także nie przepuściły okazji, by porozmawiać z nią przez płot.
— Galeczka — mówiła współczująco Walentyna Iwanowna — co oni narobili…
— Cała twoja praca na marne — wtórowała Klaudia Pietrowna.
Anton nie słyszał, co odpowiadała matka, ale po twarzach sąsiadek było widać, że rozmowa toczy się w pożądanym przez nie kierunku.
Wieczorem, odprowadzając matkę na stację, Anton spróbował jeszcze raz wytłumaczyć ich stanowisko.
— Mamo, zrozum, my nie chcemy grzebać w ogródku. Chcemy tu odpoczywać, zapraszać przyjaciół. To inny styl życia.
— Rozumiem, synku — kiwała głową matka. — Jesteście młodzi, wiecie lepiej.
Ale coś w jej tonie go zaniepokoiło.
W poniedziałek Anton i Ola, jak zwykle, pojechali do pracy. W połowie dnia żona dostała powiadomienie z kamery monitoringu — na działce wykryto ruch.
— Anton — zadzwoniła zdenerwowana Ola — sprawdź aplikację. Ktoś tam jest.
Anton otworzył aplikację i nie uwierzył własnym oczom. Po działce chodziła jego matka w towarzystwie sąsiadek. Kobiety miały w rękach łopaty, motyki, wiadra.
— Co do diabła… — mruknął, przełączając się między kamerami.
Widok był surrealistyczny. Trzy starsze kobiety metodycznie przekopywały trawnik, wytyczając grządki. Walentyna Iwanowna gdzieś pojechała i przywiozła taczkę starych opon samochodowych. Klaudia Pietrowna targała worki z ziemią. A Galina Fiodorowna rozdzielała front robót, pokazując, co i gdzie robić.
— Co?!
— One tam zakładają ogródek. Prosto na trawniku kopią.
— Jedziemy — powiedziała krótko Ola.
Anton wziął urlop na żądanie, żona też zwolniła się z pracy, i godzinę później byli na miejscu.
Widok był przerażający. Schludny trawnik został zniszczony grządkami. Wszędzie leżały bryły ziemi, stare budowlane wiadra, w których posadzono jakieś kwiaty. Od kupy obornika, którą kobiety przywlekły do nawożenia, unosił się ostry zapach.
— Mamo! — zawołał Anton. — Co ty robisz?!
Galina Fiodorowna wyprostowała się, opierając na łopacie. Jej twarz była zdecydowana.
— A co robię? Ogródek przywracam. Nie można pozwolić, by ziemia się marnowała.

— Mamo, to nasza działka! Sama nam ją podarowałaś!
— Podarowałam, podarowałam. Ale nie po to, żebyście tu głupoty urządzali. Ziemia musi rodzić.
Ola stała pośrodku zrytego trawnika i wyglądała, jakby miała zaraz się rozpłakać.
— Galino Fiodorowno — powiedziała z trudem powstrzymując gniew — przecież się umawialiśmy. To teraz nasza działka. Mamy prawo decydować, co tu będzie.
— A patrzcie ją! — wtrąciła Klaudia Pietrowna. — Prawa pokazuje! A o ziemi-matce pomyślałaś?
— O jakiej matce?! — wybuchła Ola. — To prywatna własność!
— No i co z tego? — podniosła głos Walentyna Iwanowna. — Galia całe życie tu pracowała, a wy przyszliście i wszystko popsuliście.
Anton zrozumiał, że rozmowa zmierza w złą stronę. Matka stała w otoczeniu sprzymierzeńców i czuła się w pełni usprawiedliwiona.
— Mamo — powiedział stanowczo — zbieraj rzeczy. Odwiozę cię na stację.
— Jak to? — zapytała zdezorientowana Galina Fiodorowna.
— Bardzo prosto. Złamałaś nasze ustalenia. Zniszczyłaś naszą pracę. Teraz będziemy musieli wszystko od początku naprawiać.
— Synku, chciałam dobrze…
— Mamo, chciałaś po swojemu. Ale to już nie jest twoja działka.
Galina Fiodorowna spojrzała na syna, potem na synową, potem na sąsiadki. W jej oczach pojawiło się zakłopotanie, ale zaraz potem wzrok stał się uparty.
— Dobrze — powiedziała. — Ale uważam, że źle postępujecie. Ziemia powinna pracować.
— Niech twoja ziemia pracuje, mamo. A to jest nasza ziemia i zrobimy z nią, co chcemy.
W drodze na stację matka milczała. Dopiero przy samej platformie powiedziała:
— Żal mi was, dzieci. Nie wiecie, co tracicie.
— Wiemy, co zyskujemy, mamo. Spokój i piękno.
— Spokój… — powtórzyła Galina Fiodorowna. — A dusza przecież potrzebuje pracy.
Kiedy Anton wrócił na działkę, Ola siedziała na schodkach werandy i patrzyła na rozkopany trawnik.
— No co, zaczynamy od nowa? — zapytał.
— Zaczynamy. A co z sąsiadkami zrobimy?
Anton podszedł do płotu, przy którym wciąż stały Walentyna Iwanowna i Klaudia Pietrowna.
— Posłuchajcie — powiedział — chcę was uprzedzić. Jeśli jeszcze raz wejdziecie na nasz teren albo będziecie niszczyć mienie, sprzedam tę ziemię.

— A komu niby sprzedasz? — uśmiechnęła się drwiąco Klaudia Pietrowna.
— Tutejszym Cyganom. Od dawna się interesowali, kiedy matka się wyprowadzała. Nie mają gdzie trzymać bydła.
Twarze sąsiadek zmieniły się natychmiast.
— Jakim Cyganom? — przestraszyła się Walentyna Iwanowna.
— Waszym — machnął ręką w stronę dobrze znanego w ogrodnictwie domu. — Mają konie, krowy. Te sześć arów bardzo im się przyda.
— Ale przecież… będzie hałas i smród…
— A co mnie to obchodzi? Sprzedam i wyjadę. A wy będziecie tu mieszkać obok zwierząt.
Sąsiadki spojrzały na siebie.
— Ty mówisz serio? — ostrożnie spytała Klaudia Pietrowna.
— Absolutnie. Jeszcze jeden numer z waszej strony — i działka trafia do Cyganów. Już są gotowi wpłacić zaliczkę, a nam z takimi sąsiadkami-szkodniczkami ona już nie jest potrzebna.
— Anton — pojednawczo zaczęła Walentyna Iwanowna — my przecież nie ze złej woli…
— My już nie będziemy — szybko dodała Klaudia Pietrowna. — Słowo honoru.
— No i dobrze. Żyjcie spokojnie, a my też będziemy spokojnie żyć.
Wieczorem, odtwarzając trawnik, Ola zapytała:
— A co z mamą teraz zrobimy?
Anton zamyślił się. Konflikt z matką zabolał go bardziej, niż się spodziewał. Ale ustępować nie można było. Jeśli teraz odpuszczą, nigdy nie staną się prawdziwymi gospodarzami swojej ziemi. Tak to wyszło: założyli kamerę z pomocą sąsiadów, a przypadkiem dowiedzieli się, co teściowa robi pod ich nieobecność — i natychmiast wyrzucili ją z działki.
— Mama zrozumie — powiedział w końcu. — Potrzeba jej tylko czasu, by przywyknąć, że jesteśmy dorosłymi ludźmi i sami podejmujemy decyzje.
— A jeśli nie zrozumie?
— Zrozumie. Kiedy wszystko urządzimy porządnie, zaprosimy ją w gości. Zobaczy, że mamy tu pięknie i przytulnie, pogodzi się z tym.
Ola skinęła głową, ale w jej oczach można było dostrzec wątpliwości.
Minął miesiąc. Anton i Ola odtworzyli trawnik, uporządkowali działkę. Sąsiadki więcej nie psociły — najwyraźniej perspektywa cygańskiego taboru naprawdę je przeraziła. Zaczęły nawet witać się przez płot, choć bez większej serdeczności.
Galina Fiodorowna dzwoniła rzadko i mówiła chłodno. Na zaproszenia, by przyjechać w odwiedziny, odpowiadała, że jest zajęta. Anton rozumiał, że matka jest obrażona, ale nie wiedział, jak naprawić sytuację, nie rezygnując z zasad.
— Może pojedziemy do niej? — zaproponowała Ola.

— Pojedziemy — zgodził się Anton. — Ale ustępować nie będziemy. Działka zostaje taka, jaką ją urządziliśmy.
— A jeśli ona nigdy nie zaakceptuje naszego wyboru?
— Wtedy… to już jej problem. Nie możemy całe życie żyć tak, jak chcą inni ludzie. Nawet jeśli to nasi rodzice.
Ola ujęła męża za rękę.
— Trudno to wszystko wychodzi…
— Tak, trudno. Ale za to uczciwie. I prędzej czy później ona to zrozumie.
Siedzieli na werandzie swojego błękitnego domku, pili herbatę i patrzyli na równy zielony trawnik oświetlony girlandami. Gdzieś za lasem piała kura, brzęczały komary, pachniało skoszoną trawą i wieczornym chłodem.
— Ładnie nam wyszło — powiedziała Ola.
— Ładnie — przyznał Anton. — I najważniejsze — nasze.
W tym słowie brzmiała dla nich nowa nuta — nuta ludzi, którzy wreszcie zrozumieli, co znaczy być gospodarzami własnego życia.