— Zbieraj swoje graty i wynoś się stąd! — teściowa przyszła wyrzucić Wikę z jej własnego mieszkania.
Wika wzięła torbę z zakupami i niespiesznie weszła na piąte piętro. Wrześniowy deszcz bębnił w okna klatki schodowej, a w jej duszy panował spokój. Ostatnie pół roku po rozwodzie życie wreszcie się ułożyło. Nikt już nie żądał wyjaśnień, na co wydała pieniądze, nikt nie krytykował domowych posiłków ani nie oburzał się na bałagan, którego — prawdę mówiąc — nigdy nie było.

Mieszkanie Wika dostała od rodziców jeszcze przed ślubem. Mama i tata wydali wszystkie oszczędności, by córka miała własny dach nad głową. Dokumenty były wystawione wyłącznie na jej nazwisko, bo wtedy nawet nie planowała jeszcze narzeczonego. Dwa lata później przypadkowe spotkanie z Andriejem w pracy przerodziło się w związek, a potem w małżeństwo.
Małżeństwo trwało cztery lata. Andriej okazał się człowiekiem trudnym, lubił wypić z kolegami, stale narzekał na brak pieniędzy, a przy tym nie kwapił się do pracy. Pracował jako ślusarz w fabryce, ale połowę zmian opuszczał. Wika pracowała jako inżynier w biurze projektowym, zarabiała więcej od męża, lecz on uważał to za ujmę na honorze.
— Co to za facet, którego żona utrzymuje? — mruczał Andriej, gdy po kolejnym kacu psuł mu się humor.
— Nikt cię nie utrzymuje — odpowiadała Wika. — Po prostu ja pracuję regularnie, a ty się obijasz.
— Moja praca jest ciężka, a nie to, co twoja — papiery przekładać!
Rozwiedli się przez sąd, choć nie było czego dzielić. Andriej upierał się przy podziale mieszkania, ale dokumenty jasno dowodziły, że lokal należy wyłącznie do Wiki. Sąd oddalił roszczenia byłego męża, a on wyjechał na wieś do matki, Kławdii Siemionowny.
Tam Andriej zaczął opowiadać sąsiadom, jaki to wielkoduszny gest wykonał. Mówił, że mógłby wywalczyć połowę mieszkania, ale pożałował byłej żony i zostawił jej wszystko. Kławdii Siemionownie coraz bardziej się burzyło w duszy: jak to, syn poświęcił swoje prawo do lokum dla niewdzięcznej synowej, a ta nawet nie podziękowała?
Gotując powidła z późnych jabłek, kobieta snuła plany. Trzeba było jechać do miasta i wyjaśnić tej Wice, komu zawdzięcza dach nad głową. Syn jest zbyt dobry, nie umie się postawić, ale matka potrafi ustawić bezczelną dziewuchę do pionu.
Wika właśnie wyjmowała klucze, gdy usłyszała kroki na półpiętrze. Odwróciła się i zobaczyła starszą kobietę w wyblakłym płaszczu i zdeptanych butach. Twarz wydała się znajoma, ale nie mogła jej od razu skojarzyć.
— Do kogo pani? — zapytała grzecznie Wika.
— Do ciebie, kochanieńka — odpowiedziała nieznajoma i nagle podniosła głos. — Zbieraj swoje graty i wynoś się stąd! To mieszkanie mojego syna, a nie twoje!
Wika zamarła, klucze wypadły jej z rąk i zadźwięczały o podłogę. Umysł odmawiał przyjęcia tego, co usłyszała. Jakiego syna? O co w ogóle chodzi?
— Przepraszam, kim pani jest? — wymamrotała, schylając się po klucze.
— Twoja teściowa, Kławdija Siemionowna! — oznajmiła z dumą kobieta. — Matka Andrieja! I przyszłam tu nie po przeprosiny, tylko żebyś opuściła cudze mieszkanie!
Krew napłynęła Wi ce do twarzy. Zuchwałość byłej teściowej była tak zdumiewająca, że przez pierwsze sekundy nie znalazła słów. Tymczasem Kławdija Siemionowna przecisnęła się obok osłupiałej synowej i weszła do przedpokoju.
— No i zagraciłaś tu wszystko — syknęła kobieta, oglądając starannie poustawiane buty. — Andriusza mówił, że jesteś bałaganiara, ale żeby aż tak…
Wika ocknęła się z szoku i szybko weszła za nią, zatrzaskując drzwi.
— Kławdijo Siemionowno, proszę natychmiast wyjść z mojego mieszkania!
— Z jakiego znowu twojego? — prychnęła teściowa. — Syn mój wielkodusznie zostawił ci lokum, choć mógł wywalczyć połowę! A ty co? Nawet nie podziękowałaś! Myślisz, że tak można traktować rodzinę?
Teściowa weszła do pokoju i zaczęła oglądać wnętrze. Przesunęła ręką po kanapie, sprawdziła kurz na szafce, zajrzała do szafy.
— Meble, oczywiście, byle jakie, ale mieszkać można — podsumowała kobieta. — Andriuszowi się przydadzą, jak znajdzie nową żonę.
Wika poszła za nieproszonym gościem, wciąż nie wierząc w to, co się dzieje.
— Naprawdę pani sądzi, że to mieszkanie należy do Andrieja?
— A do kogo niby? — zdziwiła się Kławdija Siemionowna. — Przecież mieszkaliście razem cztery lata! Zgodnie z prawem wszystko nabyte w małżeństwie dzieli się po równo!
— Mieszkanie zostało kupione przed ślubem! Za pieniądze moich rodziców! — głos Wiki drżał z oburzenia.
— Pewnie dokumenty sfałszowałaś — machnęła ręką teściowa. — Albo Andriusza z dobroci serca przepisał wszystko na ciebie. Mężczyźni są tacy głupi, wierzą kobiecym łzom.

Kławdija Siemionowna otworzyła lodówkę i zaczęła studiować jej zawartość.
— Dobrze się stołujesz, nie oszczędzasz. A mój syn siedzi na wsi, roboty porządnej nie ma. Czy to sprawiedliwe?
Wika chwyciła teściową za rękaw płaszcza i odciągnęła ją od lodówki.
— Dość! Proszę natychmiast wyjść, albo wezwę policję!
— Och, przestraszyłaś mnie! — zaśmiała się Kławdija Siemionowna. — Policję, proszę bardzo! A co im powiesz? Że teściowa przyszła do synowej w odwiedziny?
— Byłej synowej! My z Andriejem jesteśmy rozwiedzeni!
— Rozwiedzeni, rozwiedzeni, ale długi zostały — mruknęła kobieta, mrużąc chytrze oczy. — Myślisz, że nie wiem, że on jest ci winien pieniądze?
Wika zbaraniała. Andriej nie zostawił jej żadnych długów. Przeciwnie, sam ciągle pożyczał drobne sumy i nigdy nie oddawał. Ale te grosze nie były warte sporów.
— O jakie długi chodzi?
— O tym właśnie porozmawiamy — powiedziała z satysfakcją Kławdija Siemionowna i usiadła na kanapie. — Siadaj, synowo, porozmawiamy po dobroci…
Wika miotała się po pokoju, rozmyślając, jak najszybciej pozbyć się natrętnej gościnni. Wzywanie policji z powodu starszej kobiety wydawało się głupie, ale znosić takie zachowanie też nie miała ochoty.
— Słucham pani, ale krótko — powiedziała chłodno, pozostając w pozycji stojącej.
— Słusznie, czasu mamy mało — skinęła głową teściowa. — Jutro Andriusza przyjedzie po swoje rzeczy. Ty do tego czasu się spakuj i zwolnij mieszkanie.
— Niczego nie będę zwalniać! To jest moje mieszkanie!
— Twoje, mówisz? — Kławdija Siemionowna sięgnęła do torebki i wyjęła zmięty świstek. — A tu jest napisane co innego.
Wika wzięła papier i przebiegła wzrokiem po treści. Była to kserokopia jakiegoś zaświadczenia z banku, ale drobny druk trudno było od razu odczytać.
— Co to takiego?
— Zaświadczenie o kredycie, który twój mąż zaciągnął pod zastaw mieszkania — oznajmiła uroczyście Kławdija Siemionowna. — Dwa miliony rubli! A spłacać nie ma z czego, bo pracy nie ma. Bank wkrótce zacznie odbierać mieszkanie.
Wika przyjrzała się dokumentowi uważniej. Papier wyglądał podejrzanie: krzywe litery, rozmazana pieczątka. Ale w rubryce kredytobiorcy rzeczywiście widniało imię Andrieja.
— Nawet jeśli to prawda, mieszkanie jest zarejestrowane na mnie. Nikt nie mógł go użyć jako zastawu bez mojej zgody.
— A kto powiedział, że bez zgody? — uśmiechnęła się złośliwie teściowa. — Przecież byłaś żoną, podpisywałaś wszystko, o co mąż prosił. To i zgodę na zastaw podpisałaś.
— Nigdy niczego podobnego nie podpisywałam!
— Pamięć kobieca — pokręciła głową Kławdija Siemionowna. — Ile papierów przez cztery lata przerobiliście, wszystkiego nie spamiętasz. A bankierzy to ludzie skrupulatni, ot tak kredytu nie dadzą.
Wika gorączkowo przypominała sobie, jakie dokumenty mogła podpisywać w czasie małżeństwa. Andriej kilka razy prosił, by złożyła podpis na jakichś papierach, mówiąc, że to do pracy potrzebne. Czy możliwe, że wśród nich była zgoda na zastaw?
— Proszę pokazać oryginał dokumentu — zażądała Wika.
— A po co ci oryginał? — zdziwiła się teściowa. — Kserokopia pokazuje to samo.
— Kserokopię można sfałszować.

— Ojej, jaka podejrzliwa! — roześmiała się Kławdija Siemionowna. — Myślisz, że jestem oszustką? Ja takich waszych machinacji nie potrzebuję. Jestem człowiekiem prostym i uczciwym.
Wika chodziła po pokoju, starając się wymyślić, co dalej. Nawet jeśli dokument jest sfałszowany, wyjaśnianie tego zajmie sporo czasu. A tymczasem teściowa czuje się tu jak u siebie i snuje plany wysiedlenia.
— Dobrze, powiedzmy, że kredyt istnieje — powiedziała Wika. — Ale spłacać go powinien ten, kto wziął pieniądze. Czyli Andriej.
— A z czego on ma spłacać, skoro pracy nie ma? — rozłożyła ręce Kławdija Siemionowna. — I wychodzi na to, że bank zabierze mieszkanie. A ty chyba nie chcesz wylądować na ulicy?
— Co pani proponuje?
— A proponuję tak — oznajmiła teściowa z powagą. — Przepisujesz mieszkanie na Andrieja, on je sprzedaje, spłaca długi w banku, a co zostanie, dzielicie po równo. Dostaniesz swoją część i będziesz mogła wynająć sobie lokum.
Wika zatrzymała się i uważnie przyjrzała rozmówczyni. Plan był tak bezczelny, że aż budził podziw.
— Czyli mam oddać mieszkanie kupione za pieniądze rodziców, żeby Andriej spłacił swoje długi?
— No przecież nie za darmo! — oburzyła się Kławdija Siemionowna. — Działkę dostaniesz! Może starczy na pokoik w komunie.
— A jeśli odmówię?
— Wtedy bank sam odbierze mieszkanie i nic nie dostaniesz. Poza tym, dług stanie się też twoim, bo żyliście w małżeństwie.
Wika usiadła w fotelu naprzeciw kanapy. Głowa jej pękała od tej bezczelności. Czy ludzie naprawdę wierzą, że mogą przyjść do obcej osoby i zażądać oddania mieszkania?
— Kławdijo Siemionowno, nawet jeśli założyć, że wszystko jest tak, jak pani mówi, nie jestem zobowiązana rozwiązywać problemów finansowych byłego męża.
— Nie jesteś zobowiązana, mówisz? — teściowa pochyliła się do przodu. — A kto cię cztery lata żywił, ubierał, dach nad głową zapewniał?
— Słucham? — Wika nie mogła uwierzyć własnym uszom. — Kto kogo żywił?
— No przecież Andriej! Mężczyzna w domu musi utrzymywać rodzinę!
— Andriej połowę czasu siedział bez pracy! To ja opłacałam jedzenie, rachunki, ubrania!
— Co za bzdury — machnęła ręką Kławdija Siemionowna. — Mężczyzna nie może żyć na kobiecej szyi. To wbrew naturze.
— Ale może przyjść i domagać się cudzej własności? — rzuciła kąśliwie Wika.
— Nie cudzej, tylko prawowitej! — podniosła głos teściowa. — Mieszkaliście razem, więc wszystko jest wspólne!
Wika wstała i podeszła do okna. Na zewnątrz zapadł zmrok, latarnie odbijały się w kałużach. Chciała wyrzucić natrętną gościnę, ale ta najwyraźniej nie zamierzała wyjść dobrowolnie.
— Wie pani co, Kławdijo Siemionowno — Wika odwróciła się do teściowej — zakończmy ten fars.
Kobieta podeszła do biurka i wyjęła z szuflady teczkę z dokumentami. Kławdija Siemionowna śledziła każdy jej ruch, wyraźnie zaniepokojona.
— Oto akt własności mieszkania — Wika położyła dokument tuż przed teściową. — Data wystawienia: półtora roku przed moim poznaniem Andrieja. Kupujący: ja. Sprzedający: deweloper. Nie było i nie ma żadnych innych właścicieli.
Kławdija Siemionowna wzięła dokument i zaczęła badać pieczęcie. Jej twarz stopniowo posępniała.
— A to jest zaświadczenie, że mieszkanie zostało kupione za środki podarowane przez rodziców — kontynuowała Wika, kładąc następny dokument. — Tu są potwierdzenia z banku o wpływie pieniędzy na moje konto. Wszystko uczciwie, wszystko zgodnie z prawem.
— No i co z tego? — próbowała odburknąć teściowa, ale głos jej zadrżał. — Mógł Andriej potem dopłacać, jakieś ulepszenia robić…
— Przez cztery lata małżeństwa Andriej nie wydał na mieszkanie ani grosza — powiedziała stanowczo Wika. — Wręcz przeciwnie: opłacałam rachunki, remonty, meble. Chce pani zobaczyć kwitki?
Kławdija Siemionowna rozglądała się nerwowo po pokoju, szukając nowego punktu zaczepienia.
— A kredyt? — przypomniała sobie. — Pod zastaw mieszkania przecież był wzięty!
— Proszę pokazać oryginał umowy kredytowej — spokojnie zaproponowała Wika.
— A po co mam go ze sobą nosić? Leży w domu…
— To proszę podać nazwę banku, w którym był zaciągany kredyt.
Teściowa zatrzepotała powiekami, uświadamiając sobie, że wpadła w pułapkę.
— Ja… nie pamiętam dokładnie… Andriej mówił, a ja nie zapamiętałam…
— Numer umowy? Data zawarcia? — naciskała Wika.
— Co ty mnie egzaminujesz?! — wybuchła Kławdija Siemionowna. — Wygoniłaś mojego syna, a teraz mnie chcesz wyrzucić?!
— Andriej sam odszedł po rozwodzie. A panią proszę o opuszczenie mojego mieszkania natychmiast.
— Nie wyjdę! — wrzasnęła teściowa. — Będę tu siedzieć, dopóki sprawiedliwości nie stanie się zadość! Mój syn całe życie pracował, a mieszkanie jakiejś pyskatej dostaje się!
Wika wyjęła telefon i wybrała numer służb interwencyjnych.
— Halo, policja? Do mojego domu wtargnęła obca kobieta, odmawia wyjścia, grozi…

Kławdija Siemionowna natychmiast zamilkła. Słowo „policja” podziałało na nią jak zaklęcie.
— Co ty robisz? — syknęła teściowa. — Po co wzywasz gliny?
— Bo łamie pani prawo — odpowiedziała Wika, nie przerywając rozmowy z dyżurnym. — Tak, jestem w domu, czekam na patrol.
Teściowa zerwała się z kanapy i zaczęła krążyć po pokoju.
— Przecież ja nie jestem żadną złodziejką! Do synowej w gościnę przyszłam!
— Do byłej synowej — sprostowała Wika. — I bez zaproszenia.
— Odwołaj wezwanie! — zażądała Kławdija Siemionowna. — Co ludzie powiedzą, jak mnie z policją zobaczą?
— Trzeba było o tym pomyśleć wcześniej.
Po dwudziestu minutach rozległ się dzwonek do drzwi. Wika otworzyła i zobaczyła dwóch dzielnicowych — mężczyznę w średnim wieku i młodą kobietę.
— To pani wzywała patrol? — upewnił się starszy sierżant.
— Tak, proszę wejść. Ta kobieta wtargnęła do mieszkania bez pozwolenia i odmawia wyjścia.
Kławdija Siemionowna skuliła się na kanapie, patrząc na policjantów przestraszonym wzrokiem.
— Proszę okazać dokumenty na mieszkanie — poprosił sierżant.
Wika podała akt własności. Policjantka dokładnie obejrzała pieczęcie i podpisy.
— A pani kim jest? — zwróciła się do teściowej.
— Ja… matka byłego męża… — mruknęła Kławdija Siemionowna.
— Czy ma pani prawo przebywać w tym lokalu?
— No… jesteśmy rodziną…
— Byliście rodziną — poprawiła Wika. — Po rozwodzie nie mamy żadnych więzów.
— Czy ma pani klucze do tego mieszkania? — zapytał sierżant.
Kobieta z zakłopotaniem pogrzebała w torebce i wyjęła pęk kluczy.
— Skąd ma pani klucze do cudzego mieszkania? — zdziwiła się policjantka.
— Syn dał… kiedy był żonaty…
— Po rozwodzie klucze należało zwrócić — powiedział surowo sierżant. — Proszę je oddać właścicielce.
Kławdija Siemionowna z niechęcią podała klucze Wice. Ta wzięła je i włożyła do kieszeni.
— Teraz proszę opuścić mieszkanie — polecił policjant. — I więcej się tu nie pojawiać bez zgody właścicielki.
— A gdzie sprawiedliwość? — zaszlochała teściowa. — Syn cztery lata na nią pracował, a mieszkanie jej zostaje!
— Twój syn pracował na siebie i swoją rodzinę — chłodno odpowiedziała Wika. — A mieszkanie jest moje, bo kupili je moi rodzice.
— Sprawy rodzinne to nie nasza kompetencja — odezwał się sierżant. — Jeśli są spory majątkowe, proszę kierować sprawę do sądu. A teraz odprowadzimy panią do wyjścia.
Kławdija Siemionowna niechętnie podniosła się z kanapy i skierowała do drzwi, mamrocząc pod nosem przekleństwa pod adresem niewdzięcznej synowej. W przedpokoju kobieta odwróciła się, próbując ostatni raz:
— Andriej jutro przyjedzie, sam wszystko wyjaśni!
— Niech przyjeżdża — odparła spokojnie Wika. — Tylko do mieszkania nie wejdzie. Jutro zmieniam zamki.
— Nie masz prawa! — zapiszczała teściowa.
— Mam. To moja własność.
Policjanci wyprowadzili Kławdiję Siemionownę na klatkę schodową. Wika zatrzasnęła drzwi i przekręciła klucz w zamku. W końcu w domu zapanowała cisza.
Następnego ranka ślusarz wymienił zamek. Wika specjalnie wybrała model z zabezpieczeniem przed otwarciem i włamaniem. Stare klucze już nie pasowały.
W południe zadzwonił telefon komórkowy. Na ekranie pojawiło się imię Andrieja.
— Co to ma znaczyć? — rozległ się oburzony głos byłego męża. — Mama przyjechała do ciebie po dobroci, a ty policję wezwałaś!

— Twoja mama wtargnęła do mojego mieszkania i żądała, żebym się wyniosła — odpowiedziała Wika. — To się nazywa samowola.
— Jaka to twoja własność! Cztery lata razem mieszkaliśmy!
— I co z tego? Lokal jest mój, dokumenty są na mnie — odparła Wika.
— Oszukałaś mnie! Mówiłaś, że rodzice podarowali, a sama, pewnie, wzięłaś na kredyt!
— Andrieju, przecież sam widziałeś te dokumenty, gdy braliśmy ślub. Czy pamięć aż tak cię zawodzi?
— Niczego nie pamiętam! Poza tym, zgodnie z prawem, wszystko nabyte w małżeństwie dzieli się po połowie!
— Mieszkanie zostało kupione przed ślubem. Za pieniądze moich rodziców. Nie masz do niego żadnego prawa.
— Kłamiesz! — krzyknął Andriej. — Wynajmę prawnika, złożę pozew!
— Składaj — zgodziła się obojętnie Wika. — Tylko przygotuj pieniądze na opłatę sądową. Przegrasz sprawę, będziesz musiał pokryć również moje koszty procesowe.
— Jeszcze zobaczymy, kto kogo! — zagroził były mąż i rozłączył się.
Wika odłożyła telefon i uśmiechnęła się. Andriej oczywiście nikogo nie będzie szukał. Po pierwsze, nie ma pieniędzy na prawnika. Po drugie, każdy adwokat od razu mu wyjaśni, że roszczenia są bezpodstawne.
Wieczorem Wika gotowała pilaw i myślała o tym, jak dobrze jest żyć samej. Nikt nie krytykuje jedzenia, nie wymaga, by robić coś po swojemu, nie wszczyna awantur o wydane pieniądze. Można oglądać ulubione filmy, czytać do późna, spotykać się z przyjaciółkami.
Mieszkanie wreszcie znów stało się domem, a nie polem bitwy. Kławdija Siemionowna i Andriej pozostali w przeszłości, razem ze wszystkimi przykrymi wspomnieniami. Już nikt nie ośmieli się przyjść z żądaniami oddania cudzej własności.
Zadzwonił domofon. Wika podeszła do słuchawki, lecz na pytanie „kto tam?” nikt nie odpowiedział. Po minucie dzwonek się powtórzył.
— Kto tam? — spytała Wika ostrzej.
— Otwórzcie, policja — rozległ się znajomy głos sierżanta.
Wika nacisnęła przycisk. Po kilku minutach ktoś zapukał do drzwi. Na progu stał wczorajszy dzielnicowy z koleżanką.
— Dobry wieczór. Możemy wejść?
— Oczywiście — Wika wpuściła policjantów do przedpokoju. — Coś się stało?
— Zgłosiła się do nas Kławdija Siemionowna — wyjaśniła policjantka. — Twierdzi, że bezprawnie zawłaszczyła pani jej mienie.
Wika parsknęła śmiechem.
— Jakie mienie?
— Klucze do mieszkania — poważnie odpowiedział sierżant. — I rzekomo wyrzuciła pani prawowitą właścicielkę.
— Przecież sami widzieliście dokumenty na mieszkanie. I sami nakazaliście jej oddać klucze.
— Widzieliśmy. Ale zgłoszenie musimy rozpatrzyć — rozłożył ręce policjant. — Czy może pani jeszcze raz pokazać akt własności?
Wika przyniosła teczkę z dokumentami. Sierżant starannie przejrzał wszystkie papiery.
— Wszystko jest w porządku — stwierdził policjant. — Lokal faktycznie należy do pani. Zgłoszenie Kławdii Siemionowny jest bezpodstawne.
— A co jej grozi za fałszywe zawiadomienie? — zapytała Wika.
— Najprawdopodobniej upomnienie. Starsza kobieta, mogła nie zrozumieć niuansów prawnych.
Po wyjściu policjantów Wika zamknęła drzwi na wszystkie zamki. Najwyraźniej teściowa postanowiła walczyć do końca. Ale dokumenty mówiły same za siebie i żadne skargi nie mogły zmienić faktów.
Po tygodniu historia niespodziewanie znalazła ciąg dalszy. Wika wracała z pracy i zobaczyła przy wejściu Andrieja. Były mąż wyglądał na zmiętego i nietrzeźwego.

— Czego chcesz? — spytała chłodno Wika.
— Musimy porozmawiać — mruknął Andriej. — Po dobroci.
— O czym mamy rozmawiać? Wszystko jest już dawno rozstrzygnięte.
— Moja matka zupełnie oszalała — poskarżył się Andriej. — Cały dzień o tym mieszkaniu gada. Sąsiedzi już patrzą krzywo.
— To twój problem.
— Słuchaj, może jednak pomożesz? — niespodziewanie poprosił były mąż. — No nie pieniędzmi, tylko… w inny sposób…
— W jaki niby?
— Nie wiem… Daj jakieś zaświadczenie, że mieszkanie jest twoje. Niech matka się uspokoi.
Wika zamyśliła się. Pomysł wydał się rozsądny. Może wtedy Kławdija Siemionowna wreszcie odpuści.
— Dobrze. Jutro dam ci kopię aktu własności. Pokażesz matce, wytłumaczysz sytuację.
— Dzięki — odetchnął z ulgą Andriej. — Bo już naprawdę nie ma życia.
Następnego dnia Wika zrobiła kserokopię dokumentów i przekazała je Andriejowi. Nikt już więcej nie dzwonił, nie pukał do drzwi, nie groził. Kławdija Siemionowna najwyraźniej w końcu zrozumiała, że plan spalił na panewce.
Wika z ulgą wykreśliła byłą rodzinę ze swojego życia. Mieszkanie pozostało tam, gdzie powinno — u prawowitej właścicielki. A próby bezczelnych ludzi, by odebrać cudzą własność, zakończyły się całkowitym fiaskiem.