— Wychodzę za twojego byłego. Więc, kochanie, najwyższy czas, żebyś opuściła mieszkanie — oznajmiła kochanka.

— Wychodzę za twojego byłego. Więc, kochanie, najwyższy czas, żebyś opuściła mieszkanie — oznajmiła kochanka.

Lidia dopiero co położyła do łóżka swoją córkę Elzę. Sama chciała już chwilę odpocząć, ciesząc się ciszą przytulnego mieszkania.

W tym momencie zadzwonił dzwonek do drzwi. Melodyjny dźwięk oznajmił czyjąś wizytę.

— No cóż, nie udało się — powiedziała dziewczyna z ironią w głosie i ruszyła otworzyć drzwi.

W progu stała niewysoka dziewczyna o krótkich jasnych włosach i dużych brązowych oczach. Uważnie przyglądała się gospodyni, wyraźnie nad czymś myśląc.

— Słucham? — zapytała Lidia, lekko się marszcząc.

— Och, przepraszam — ożywiła się dziewczyna, wychodząc z zadumy. — Nazywam się Snezana.

— Miło mi — odpowiedziała Lidia, krzyżując ręce. — W czym mogę pomóc?

— Tak, tak — powtórzyła kilkakrotnie gość. — Nazywam się Snezana.

— Fakt odnotowany — stwierdziła sucho Lidia, w głosie zabrzmiały nuty irytacji. — No dobrze, do rzeczy?

— A ty, Lidio? — niepewnie zapytała dziewczyna.

— Zgadza się. Czego chciałaś?

— Och, rozumiesz — zaczęła wesoło — jestem narzeczoną Artema!

Lidia uniosła brwi ze zdziwieniem, oczy szeroko otwarte.

„No proszę, mój kochanek zdobył nowy eksponat” — przemknęło przez myśl Lidii, która oceniająco spojrzała na Snezanę. — „Choć, szczerze mówiąc, co mnie obchodzą jego kolekcje?”

— Chciałabym z tobą porozmawiać o moim mężu… znaczy, o moim narzeczonym — kontynuowała Snezana, nerwowo się uśmiechając.

— Wątpię, żeby moje wspomnienia były ci przydatne, rozstaliśmy się — odcięła Lidia.

— Tak, wiem. Artem mi mówił. Nie przyszłam się kłócić!

Lidia prychnęła w myślach: „A po co się kłócić? Nie jestem jego żoną, a ty, cóż, całkowicie mi obojętna”.

— Chciałabym usłyszeć od ciebie, jaki jest mój Artem — powiedziała Snezana z westchnieniem.

„Mój?” — myśl ukłuła Lidii w świadomość. — „On kiedyś był też mój…”

— Dobrze, proszę, wejdź — westchnęła Lidia.

Wpuściła nieproszonego gościa do korytarza. Sama też chciała dowiedzieć się, jak się miewa jej były. Ostatnio w ogóle przestał dzwonić, chyba że regularnie przesyłał alimenty.

Lidia podgrzała czajnik, zaparzyła w przezroczystym zaparzaczu płatki róży, postawiła na tacy dwie filiżanki, ciasteczka i zaniosła do salonu.

Snezana energicznie chodziła wzdłuż ścian, oglądając obrazy, regały z książkami, dotykając grzbietów książek. Wszystko ją ciekawiło.

— Pięknie tu macie! Przestronnie, wysokie sufity… Ogromne okna i park! Od dawna marzyłam o takim domu — zachwyciła się.

— No dobrze, czego chciałaś się dowiedzieć? — zapytała Lidia, kładąc tacę na stoliku.

— Właściwie wszystkiego — odpowiedziała Snezana, rozglądając się i podchodząc do jednych z drzwi. — A co tam?

— Nie otwieraj! — ostro ostrzegła Lidia. — Śpi tam moja córka.

— Ach tak, Artem wspominał, że ma córkę. Jak się nazywa?

— Elza — padła lakoniczna odpowiedź.

— Dokładnie, Elza! — Snezana odwróciła się i ruszyła do kolejnych drzwi. Nie pytając o pozwolenie, otworzyła je i weszła do środka.

— Hej, dokąd idziesz?! — oburzyła się gospodyni, biegnąc za nią.

— Chcę obejrzeć każdy pokój — rzuciła beztrosko gość.

— Proszę, zamknij drzwi i wyjdź!

— Dlaczego? — oburzyła się Snezana. — Przecież to mój dom!

— Co?! — nie mogła uwierzyć Lidia.

— Tak, mój dom. Wychodzę za Artema, a on mi go podarowuje. Więc ja… — Snezana obróciła się, rzucając Lidii przenikliwe spojrzenie. — Więc, kochanie, czas, żebyś opuściła to miejsce.

— Jesteś normalna? — ledwo powstrzymując się, wysyczała Lidia.

— Nie obchodzi mnie, co myślisz! Przyszłam ocenić prezent od narzeczonego. Nie chcę potem skończyć w jakiejś slumsach. A tu będzie w sam raz… — zaczęła Snezana.

— Dość! Twój cyrk się skończył, natychmiast opuść mój dom! — głos Lidii zabrzmiał dzwonkiem.

— Nie będziesz mi rozkazywać! — odburknęła Snezana i sięgnęła po klamkę kolejnych drzwi.

Lidia podskoczyła, gwałtownie chwyciła kobietę za rękaw. Ta zachwiała się, ledwo utrzymując równowagę, odskoczyła w bok. Gospodyni ostrożnie zamknęła drzwi.

— Wynoś się! — warknęła Lidia, czując, jak gniew wrze w środku.

— Oj, oj, oj, jakie jesteśmy ostre! Słuchaj, kochanie: daję ci dokładnie dwa tygodnie, po których się tu wprowadzę. Zrozumiałaś?

Od takiego bezczelnego chamstwa Lidia zaniemówiła. Takich egzemplarzy dawno nie spotkała w swoim życiu.

— Wynoś się — powiedziała cicho, ale z lodowatą stanowczością.

— Już idę. Zdjęć nie skończyłam, ale nieważne. Mam adres. Pa!

Snezana rzuciła się do swoich butów, w pośpiechu je założyła i, nie czekając na fizyczne działanie, wybiegła na klatkę schodową.

— Dwa tygodnie! — krzyknęła jeszcze raz i szybko zbiegła po schodach.

Lidia zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie plecami, kolana zdradziecko jej drżały.

„I co to było?” — dręczyła się w myślach. — „Artem nie może tak postąpić, przecież obiecał… Albo to po prostu głupi wybryk którejś z jego fanek?”

Spojrzała na zegarek. Była późna pora, ale sen jak ręką odjął. Trzeba było zadzwonić do Artema. Najpierw jednak Lidia zajrzała do Elzy. Maleńka spała spokojnie, obejmując pluszowego misia. Nie pozwoli nikomu zburzyć ich spokoju, zwłaszcza jakiejś młodej awanturnicy, która wmówiła sobie, że jest właścicielką mieszkania.

Okna wieżowców świeciły żółtymi światełkami, latarnie zapalały się na ulicy, rzucając długie cienie.

Lidia biegała po salonie. Smukłe dłonie nerwowo wygładzały wypadające kosmyki włosów. Myśli plątały się, serce biło jak szalone. Słowa Snezany — nowej fanki jej byłego — odbijały się echem w głowie.

Mieszkanie, w którym mieszkały Lidia i Elza, tętniło przytulnością. Miękka kanapa z kolorowymi poduszkami, półki z ulubionymi książkami, fotografie na ścianach — wszystko tworzyło poczucie domu. Teraz jednak ta sielanka wydawała się kruche, zawodna.

Pamiętała umowę z Artemem: dopóki Elza nie skończy szkoły, zostają tu. Oświadczenie jego „narzeczonej” było ciosem w samo serce.

Nie mogąc dłużej wytrzymać, Lidia chwyciła telefon, wybrała numer byłego i przycisnęła słuchawkę do ucha. Po kilku sygnałach — znajomy głos:

— Co? — mruknął Artem bez przywitania.

— Jak to rozumieć? — wyrzuciła Lidia, starając się mówić ciszej, by nie obudzić Elzy. — Do mnie przyszła jakaś twoja kolejna furia i kazała natychmiast opuścić mieszkanie. To jakiś twój tani żart, czy nowy poziom podłości?…

— Dobrze, rozumiem — odezwał się Artem. — Najważniejsze, żebyś się nie unosiła.

Lidia przeszła do kuchni. Małe pomieszczenie ze starą, ale zadbaną meblościanką zawsze było jej azylem. Teraz wydawało się przytłaczające.

— Nie unosić się? — powtórzyła, z trudem powstrzymując emocje. — Miło z twojej strony, że wysłałeś swoją sforę w pierwszej kolejności, a sam nie raczyłeś zadzwonić. Bardzo taktownie.

— Przecież wiedziałaś, że mieszkanie nie jest twoje — kontynuował Artem, ignorując jej złośliwość. — Matka podarowała mi je przed ślubem. Pamiętasz?

— Doskonale pamiętam — odcięła Lidia. — Twoja matka podarowała je nam na ślub. Ale ty uciekłeś, zostawiając mnie z córką. I jeśli mnie pamięć nie myli, obiecałeś, że nie ruszysz nas, dopóki Elza nie skończy szkoły. Czy twoje obietnice mają datę ważności?

— Och, odpuść sobie te zakurzone przysięgi, czasy się zmieniły — próbował wymigać się Artem.

— Nie kombinuj. Obiecałeś — nalegała Lidia.

— Tak, obiecałem. Ale teraz mieszkanie jest mi potrzebne — padło beznamiętnie.

— Jesteś… bezwzględnym draństwem! — wyrwało się Lidi, lecz od razu się opanowała. — Po prostu obrzydlistwo.

— No to będziemy się kłócić, czy przejdziemy do rzeczy? — spokojnie zapytał Artem.

— Przekaż Snezanie, żeby więcej nie… — zaczęła Lidia, ale on ją przerwał.

— Nie — powiedział surowo. — Mieszkanie jest mi potrzebne. Szkoda, że to ona przyszła do ciebie pierwsza.

— Czyli spanikowałeś i wysłałeś swoją kamerdynerkę? — rzuciła złośliwie Lidia.

— Dość gadania. Proszę, wyprowadź się w ciągu dwóch tygodni — oznajmił Artem równym, bezuczuciowym tonem.

— A dokąd? — oburzyła się Lidia. — Przecież wiesz, nie mam innego lokum!

— Wynajmiesz. Alimenty przesyłam, i to niemałe. Wystarczy na czynsz — odpowiedział pewnie.

— Tak się nie robi, Artem. Dałeś słowo — w jej głosie zabrzmiała prośba, którą od razu znienawidziła.

— Przestań. Nie mam innego mieszkania, przynajmniej takiego. Dwa tygodnie to więcej niż wystarczająco na poszukiwania. Zrozumiałaś?

— Nie, to ty nie zrozumiałeś. Tu mieszka twoja córka. Powtarzam — twoja córka, której nie odwiedzasz, której nie pogratulowałeś urodzin. Czy w ogóle o niej pamiętasz?

W słuchawce — ciężka cisza, przerwana westchnieniem. Artem milczał kilka sekund, po czym zimno rzucił:

— Dwa tygodnie — i odłożył słuchawkę.

Lidia bezradnie usiadła na krześle. Za oknem zapadała ciemność, a w duszy gęstniał mrok.

Noc była ciężka. Lidia prawie nie zmrużyła oka, dręczona myślami. Mieszkanie rzeczywiście nie należało do niej. Artem miał prawo ją eksmitować. Alimenty płacił, ale wynajem pochłonąłby niemal wszystko. Wyjścia nie było widać.

Przez niedomknięte zasłony przebijało się blade światło świtu, wypełniając pokój szarymi cieniami. Lidia automatycznie poruszała się po kuchni, przygotowując śniadanie dla córki. Bladość twarzy i ciemne cienie pod oczami zdradzały bezsenność.

Nakarmiona córka i gotowa do spaceru, Lidia usłyszała dzwonek. Na progu stała Walentyna Władimirowna, matka Artema. Mimo rozwodu syna, teściowa odwiedzała je niemal codziennie. Lubiła zajmować się wnuczką: spacerować, kąpać, uczyć chodzić, a teraz – rysować i czytać.

Walentyna Władimirowna uważnie przyjrzała się synowej.

— Co się z tobą dzieje? — zapytała, wpatrując się w cienie pod oczami Lidi.

Dziewczyna wzięła głęboki oddech, zebrała się na odwagę i cicho odpowiedziała:

— Artem mnie eksmituje.

— No, no, oświeć mnie — Walentyna Władimirowna wzięła wnuczkę na ręce, cmoknęła w policzek i, przechodząc do salonu, usiadła w fotelu. — No to opowiadaj fakty.

Lidia opowiedziała wszystko: pojawienie się Snezany, jej oświadczenie o prawie do mieszkania, telefon do byłego męża i jego lodowate potwierdzenie słów nowej wybranki.

— Dwa tygodnie, tylko dwa tygodnie! Dokąd mam iść? — Lidia rozłożyła ręce, rozglądając się po meblach. — Co zrobić z tym wszystkim? Wyrzucić na śmietnik?

Walentyna Władimirowna spuściła wzrok. Po chwili milczenia wstała, podeszła do okna, obserwując dzieci w parku. Wracając, cicho powiedziała:

— To prawo mojego syna. Jego mieszkanie, może nim dysponować według własnego uznania.

— A co z Elzą? — przypomniała Lidia.

— Nie wiem — odpowiedziała stłumionym głosem. — Nie wiem — powtórzyła, podchodząc do wnuczki i głaszcząc ją po głowie.

— Przecież obiecał — nalegała Lidia, przypominając o słowie byłego męża.

— Kochana, obietnice to taka sama fikcja jak jego rozliczenia podatkowe — usiadła obok Elzy, spojrzała na rysunek dziecka, wzięła kredkę i delikatnie coś poprawiła. — Zróbmy tak: nie nakręcaj się nadmiernie. Co konkretnie postanowił Artem, nie wiem. Od dawna nie informuje mnie o swoich „genialnych” finansowych planach i osobistych intrygach. Ale wiesz, — znów ciepło pogładziła wnuczkę, — porozmawiam z nim.

— Dziękuję — w głosie Lidi zabrzmiała nieśmiała nadzieja.

— Porozmawiam — oznajmiła Walentyna Władimirowna i ruszyła w stronę wyjścia.

— Już wychodzisz? — zdenerwowała się dziewczyna, odprowadzając ją wzrokiem.

— Tak, muszę przygotować argumenty do rozmowy z finansowym geniuszem — odpowiedziała teściowa, zakładając buty. Otwierając drzwi, dodała: — Bez solidnego przygotowania z nim nie wygrasz.

Kobieta wyszła na klatkę schodową, pozostawiając Lidię w mieszaninie nadziei i niepokoju. Ciężkie drzwi zatrzasnęły się, a dziewczyna została sama w mieszkaniu, które być może wkrótce przestanie być jej domem.

Walentyna Władimirowna wyszła na ulicę. Jesienny wiatr natychmiast rozczochrał jej fryzurę, zmuszając do drgnięcia. Zatrzymała się na moment, obserwując opadające liście wirujące w zimnym powietrzu. Przypomniał jej się dzień, w którym zginął jej mąż, Andriej.

Wydarzenia zaczęły się zacierać w pamięci — synowi, Artemowi, wówczas dopiero skończyły się dwa lata. Znowu poczuła zagubienie i bezradność tamtych dni — te same uczucia, które dręczyły teraz jej synową. Kobieta powoli podeszła do samochodu i usiadła za kierownicą. W środku unosił się zapach lawendy — jej ulubionych perfum.

Patrząc na pustą drogę, przypomniała sobie, jak własna matka odwróciła się w trudnym momencie. Jedyną osobą, która wyciągnęła rękę, była Jelenia Ołegowna, jej teściowa. Pozwoliła młodej wdowie z dzieckiem mieszkać w swoim dużym mieszkaniu. Po śmierci starszej kobiety nieruchomość przeszła na Walentynę Władimirownę.

Kobieta zapięła pasy, włożyła kluczyk i uruchomiła silnik.

— Nieładnie, synku, nieładnie — zabrzmiał jej głos skierowany do niewidocznego rozmówcy, z lodowatą nutą wyrzutu. — Nie po męsku chować się za plecami tej… Snezany. Tchórzostwo, Artem. Bardzo.

Płynnie ruszyła z miejsca. Ulice były prawie puste. Walentyna Władimirowna jechała powoli, pogrążona w myślach i wspomnieniach, analizując możliwe ruchy w nadchodzącej rozmowie.

Minęło kilka dni. Walentyna Władimirowna postanowiła odwiedzić wnuczkę, Elzę. Drzwi otworzyły się od razu.

— Cieszę się, że panią widzę — próbowała ukryć wzruszenie gospodyni.

— Witaj, kochana — odpowiedziała powściągliwie teściowa, delikatnie dotykając policzka synowej ustami. — A gdzie nasza księżniczka?

— Tam, w pokoju, układa rzeczy — cicho odpowiedziała Lidia.

— Znowu wszystko porozrzucała? — zapytała Walentyna Władimirowna, zdejmując buty i wchodząc do salonu.

Zaskoczył ją widok pokoju: kilkanaście półpustych pudeł, porozrzucane zabawki i ubrania zamieniły znaną przestrzeń w chaos.

— Dwa tygodnie — bez życia wymamrotała Lidia, biorąc książkę z półki i odruchowo wkładając ją do pudełka.

— Wiesz co — podeszła teściowa, zabrała książkę i stanowczo postawiła ją z powrotem na półce — zwolnijmy tempo na kilka dni, dobrze? Odsuń pudełka w róg. Ja jeszcze nie rozmawiałam z synem. Jego „służbowe” wyjazdy okazały się… nieprzewidywalnie długie.

— M-m-m — mruknęła Lidia, zagubiona, spoglądając na bałagan.

— A teraz gdzie moja mała? Elzuszka! — zawołała babcia, a z sypialni wybiegła mała postać.

— Baba! — krzyknęła dziewczynka, wskakując na ręce.

— Ach ty moja piękności! Ach ty mój skarbie, słoneczko moje bursztynowe! — mówiła Walentyna Władimirowna, mocno przytulając wnuczkę.

— Baba, baba, baba! — bełkotała dziewczynka, przytulając się.

— No to chodźmy do parku? Pokażemy liściom, jaka jesteś artystką? — zaproponowała teściowa, ostrożnie trzymając Elzę.

— A… aaa… — Lidia rozejrzała się po pudełkach, nie znajdując odpowiedzi. Jej wzrok błądził między rzeczami a teściową, pełen milczącego pytania.

— Do końca tygodnia — powiedziała łagodnie, ale z niepodważalną stanowczością Walentyna Władimirowna. — Daj mi te dni.

— Dobrze — odetchnęła z ulgą Lidia i poszła się ubrać. W jej ruchach było widać niepewność, ale pojawiła się też kruche nadzieja.

Minęło kilka dni. Złociste promienie jesiennego słońca miękko oświetlały salę eleganckiej restauracji, gdy Walentyna Władimirowna przekroczyła próg. Elegancka kobieta od razu zauważyła syna, Artema, siedzącego przy stoliku przy oknie. Obok niego siedziała młoda dziewczyna.

Walentyna Władimirowna usiadła, zwracając się do Artema:

— Artem. Liczyłam na prywatną rozmowę — jej głos był cichy. — Wyjaśnij obecność… tej osoby?

— Mamo, to Snezana. Moja narzeczona — odpowiedział syn, lekko się marszcząc.

— Jak uroczo. Jednak moje zaproszenie było skierowane wyłącznie do ciebie — powiedziała niezadowolona matka. — Nie do pokazania chwilowych fascynacji.

Snezana poczuła chłód niechęci.

— Może powinnam wyjść? — zaproponowała cicho dziewczyna.

— Nie — ostro odciął Artem i, patrząc na matkę, dodał z wyzwaniem: — Nie mam przed Snezaną żadnych tajemnic. I tak będzie wiedziała wszystko.

— Rozumiem. Cóż, niech zostanie. Szybciej zobaczysz całą „urodę” swojego wyboru — zimno zauważyła Walentyna Władimirowna, jej wzrok przesunął się po Snezanie, jakby oceniając tani przedmiot.

Powieki Snezany zadrżały. Poczuła, jak krew odpływa jej z twarzy.

— No dobrze, synku — zaczęła Walentyna Władimirowna, poprawiając perłowy naszyjnik precyzyjnym ruchem — przedmiotem naszej rozmowy jest mieszkanie. Twoja… ambitna próba eksmisji Lidii.

— To już sprawa rozwiązana — odchylił się Artem na oparcie krzesła, próbując wyglądać na zrelaksowanego, lecz napięcie było widoczne w każdym mięśniu. — Nie ma czego omawiać.

— Mylisz się, mój drogi — spokojnie ripostowała. — Rozwiązana to jest sprawa, gdy wszystkie strony się zgadzają. A ja — się nie zgadzam.

— Potrzebuję tego mieszkania. Biorę ślub ze Snezaną i będziemy tam mieszkać — nalegał mężczyzna, jego głos zabrzmiał głośniej.

— Nie, nie będziecie. I oto dlaczego — Walentyna Władimirowna płynnie obróciła się w stronę Snezany, jej głos stał się słodko-sarkastyczny. — Może, kochanie, zatykać uszy albo poprawić nosik? Bo ryzykujesz usłyszenie czegoś, co może popsuć twój… naiwne zachwyty.

— Usiądź — powiedział stanowczo Artem, kładąc rękę na ramieniu dziewczyny raczej w geście władczym niż opiekuńczym.

— Ja tylko zaoferowałam troskę o nerwy młodego stworzenia — ripostowała matka z lekkim zdziwieniem w tonie, jakby jej dobroć została niedoceniona.

— Lidia się wyprowadzi — wydechnął Artem, próbując przejąć kontrolę nad sytuacją. — Już jej to powiedziałem.

— Chcę ci przypomnieć, młody człowieku — głos Walentyny Władimirownej stał się stalowy — że mieszkanie, w którym obecnie mieszka Lidia z moją wnuczką, jest prawnie moje. Tak samo jak to, w którym mieszkam ja.

— Mamo, to fikcja! Formalność! — sprzeciwił się syn. — Zarejestrowałem je na ciebie, bo…

— Bo wolałeś unikać podatków. Oto źródło wszystkich twoich obecnych „problemów” — przerwała Walentyna Władimirowna, robiąc powietrzne cudzysłowy eleganckimi palcami. — I to mieszkanie Lidzi też kupiłeś ty. Przepisałeś na mnie, a potem, gdy trzeba było, poprosiłeś o zwrot. A podatki od darowizny? Zapomniałeś zapłacić. Wygodne zapomnienie.

— Mamo, nie wtrącaj się w moje finanse — głos Artema stał się ostry. — To nie twoja sprawa.

— Przypomnę ci, mój drogi synu — powiedziała łagodnie, jakby robiła mu przysługę — że jestem jedynym założycielem twoich dwóch firm. Na papierze. Tym samym papierze, który tak lubisz ignorować, gdy jest niewygodny.

— Mamo, co ty? — oczy Artema rozszerzyły się w szczerym zdumieniu. — To tylko formalność dla…

— Sprawdziłam dokumenty. Dokładnie. Porównałam deklarowane dochody z rzeczywistymi przepływami. Rozbieżność, Artem, — pochyliła się do przodu — co najmniej dwudziestokrotna. Dwudziestokrotna. To nie błąd księgowego. To schemat.

— Liczyłaś? — twarz Artema gwałtownie pobladła.

— Jako założyciel mam pełny dostęp do całej księgowości. Widzę, dokąd idą pieniądze. Nie tyle dziwią mnie kwoty — pokręciła głową jak zawiedziony mentor — ile bezczelność, z jaką fałszujesz moje podpisy na przelewach. Dość topornie, nawiasem mówiąc.

— To, że jesteś założycielem, to wszystko fik… — zaczął, ale kobieta nie wytrzymała i uderzyła dłonią w stolik, powodując drżenie naczyń.

— Zamknij się! — głos zabrzmiał ostro, jak uderzenie batem. — Jeszcze jedno słowo o „fikcji” — i jesteś zwolniony. Od dziś. Rozumiesz? Nie „fikcyjnie”, a całkiem realnie.

— Co?! — twarz Artema zrobiła się karmazynowa, żyły na szyi pulsowały, podczas gdy Snezana skulona stała się jeszcze bledsza.

— Moje firmy cię utrzymują. Znam twój rzeczywisty dochód i tę skromną sumę, którą płacisz Lidii na utrzymanie mojej wnuczki. Moja propozycja — akcentowała każde słowo — jest bardzo prosta: natychmiast przepisujesz mieszkanie na Lidię. I od przyszłego miesiąca czterokrotnie zwiększasz alimenty. Prawdziwe alimenty, odpowiadające twojemu rzeczywistemu dochodowi. W przeciwnym razie…

— W przeciwnym razie co? — zapytał syn, złośliwie przez zęby.

— Pierwsza opcja — odpowiedziała Walentyna Władimirowna z lodowatym spokojem — jako jedyny założyciel zwalniam cię bez odprawy. Ze wszystkimi konsekwencjami dla twojego wizerunku i historii kredytowej. Druga — stos dokumentów z twoimi „tworami” trafia do urzędu skarbowego i policji. Wybieraj. Masz czas… do jutra.

Artem odchylił się na oparcie fotela. Nagle uświadomił sobie pełną głębię pułapki, którą sam zastawił, licząc na wieczną matczyną pobłażliwość. Matka nigdy wcześniej nie sprzeciwiała się otwarcie, wolała subtelne aluzje.

— Artem — wymamrotała Snezana drżącym, prawie niesłyszalnym głosem.

— Milcz — rzucił sucho, odsuwając się.

Walentyna Władimirowna powoli wyciągnęła z torebki zrolowaną teczkę, położyła ją na stole i przykryła dłonią, stukając czerwonymi paznokciami w karton.

— Tutaj jest wystarczająco, by odpowiednie organy zainteresowały się tobą w najwyższym stopniu — powiedziała, patrząc Artemowi prosto w oczy.

Spojrzenie Artema zastygnęło, tracąc wszelką świadomość. Zdrada? Od własnej matki? Tego scenariusza nie uwzględniał w swoich kalkulacjach.

Kobieta schowała teczkę i wstała.

— Dziękuję za wizytę, Artem — powiedziała uprzejmie, jakby kończąc biznesowe spotkanie. — I… powodzenia z nieruchomością.

Odeszła spokojnie.

Minęło kilka dni. Walentyna Władimirowna, jak zwykle, podeszła do znajomych drzwi i nacisnęła dzwonek. Z głębi mieszkania dobiegł radosny krzyk wnuczki.

— Maleństwo! — uśmiech mimowolnie rozlał się po twarzy kobiety.

Drzwi otworzyła synowa, Lidia. Jej twarz była zmęczona, ale próbowała się uśmiechnąć, wpuszczając teściową.

— Baba! Baba! Baba! — mała dziewczynka o złotych loczkach jak wir, rzuciła się na szyję Walentynie Władimirownej.

— Moja kochana, słoneczko! — biorąc Elzę na ręce, Walentyna Władimirowna całowała ją, wdychając słodkawy, czysty zapach dziecięcych włosów. — Och, jak wyrosłaś, całkiem jak mały wojownik!

— Chodzimy na spacer, babciu? — zapytała Elza, już wyrywając się z objęć.

— Oczywiście! Po to tu przyszłam — potwierdziła babcia. — Tylko najpierw ubierzmy się odpowiednio do pogody, a nie jak wczoraj — w sukienkę, gdy wiatr wieje.

— Tak! Tak! Tak! — krzyknęła dziewczynka i, zeskoczywszy na podłogę, pobiegła do przedpokoju.

Walentyna Władimirowna odwróciła się do Lidii. Uważne spojrzenie natychmiast zauważyło głębokie cienie pod oczami synowej, nienaturalną bladość.

— No dobrze, Lidochko, nastrój w górę, czy nadal w trybie „przetrwanie poniedziałku”? — zapytała miękko, z lekką, ledwo wyczuwalną ironią.

— Parszywy — odpowiedziała, rozkładając ręce w geście bezradności. — Szczerze mówiąc, bliżej mi do „dna Rowu Mariańskiego”.

— Oho — przeciągnęła teściowa, podążając za Lidią do salonu. Widok był przygnębiający. Prawie wszystkie szafy stały puste, wzdłuż ścian piętrzyły się pudła i torby, na podłodze – chaotyczne stosy rzeczy. Zakurzone promienie światła, przebijające się przez szczeliny w zasłonach, tylko podkreślały skalę bałaganu. — Ależ rozmach! Mam nadzieję, że to nie kolekcja pustych nadziei na szczęśliwe życie rodzinne? Oczekiwałam bałaganu, ale nie aż takiego.

— Sama jestem w szoku — westchnęła przytłumionym głosem Lidia, przeciągając dłonią po czole. — Jakby nie mieszkała tu siedem lat, a zbierała graty do muzeum absurdu. Każdy kąt świadczy o czyjejś głupocie.

— Czyjej konkretnie głupocie? — doprecyzowała Walentyna Władimirowna, jej głos był spokojny, lecz wyraźnie podtekstowy.

— Och, nie każcie mi wymawiać na głos tego, co oczywiste — machnęła ręką Lidia. — Ale dobrze, że się orientuję? Sama nie wiem. Czuję się jak Syzyf, tylko że kamień to jego stare krawaty i moje iluzje.

— Syzyf, kochana, przynajmniej wiedział, po co toczy — zauważyła teściowa sucho. — Ty przynajmniej robisz miejsce na coś nowego. Albo choć na oddech. To już osiągnięcie.

— Teraz ubiorę Elzę, bo pewnie już na ręce założyła sobie buty — zamieszała Lidia, kierując się do przedpokoju.

— Poczekaj chwilkę, Lido — delikatnie, lecz stanowczo zatrzymała ją Walentyna Władimirowna. Wyjęła z eleganckiej torebki starannie poukładane kartki papieru. — Weź. Myślę, że czas, żebyś to zobaczyła. Aby złudzenia całkowicie wyparowały i zrobiły miejsce dla zdrowego rozsądku.

Podsunęła dokumenty synowej i poszła pomagać wnuczce, zostawiając Lidię samą z papierami.

Lidia mechanicznie wzięła kartki. Najpierw spojrzenie przesunęło się po tekście bez zrozumienia. Potem zatrzymało się. Przeczytała jeszcze raz. Krew odpłynęła jej z twarzy. Palce zacisnęły papier tak mocno, że się pogniótł. Po policzkach, wbrew wszelkim staraniom, popłynęły łzy. Milcząc, jak we śnie, podeszła do Walentyny Władimirownej, która właśnie zapinała kurtkę Elzie. Mocno ją objęła, przyciskając twarz do ramienia teściowej, i przerywanym szeptem wydukała:

— Mamo… dziękuję… Ogromnie dziękuję… Ja… ja nie wiedziałam… Byłam ślepa…

— Mamo? — zdziwione, wielkie brązowe oczy Elzy spoglądały raz na matkę, raz na babcię. — Baba = mama?

— Tak, mój mądralo — odpowiedziała Lidia, wycierając łzy grzbietem dłoni i mocniej przyciskając się do teściowej. — Babcia też jest mamą. Najpewniejszą ze wszystkich.

— Nie dam, by skrzywdzono moją wnuczkę — cicho, lecz bardzo wyraźnie powiedziała Walentyna Władimirowna, delikatnie głaszcząc synową po plecach. — Ani jej mamę — tym bardziej. Nikt nie ma prawa niszczyć waszego życia swoją podłością. Te dokumenty — tylko dowód. Teraz jesteś uzbrojona.

— Dziękuję — Lidia wzięła głęboki oddech, starając się opanować emocje. — Po prostu… dziękuję. Za wszystko.

— No to, ekipo wyzwolenia, gotowa na wyprawę? — zapytała Walentyna Władimirowna radośnie, rozbijając ciężką atmosferę. — Słońce świeci, lekki wietrzyk — idealne warunki na strategiczny spacer i taktyczne lody?

Elza od razu krzyknęła:

— Hurra! Lody!

Lidia uśmiechnęła się przez łzy i skinęła głową. Podeszła do jednego z pudeł, otworzyła je i wyciągnęła sfatygowanego, ale czystego pluszowego misia — wiernego przyjaciela Elzy, który przetrwał wszystkie burze. Spojrzawszy na niego, nagle powiedziała z gorzkawym uśmiechem:

— Wiesz, mamo, ten miś to jedyny „mężczyzna” w domu, który ani razu mnie nie zdradził i nie okłamał. Solidny pluszowy kawaler.

— Cenny okaz — odpowiedziała Walentyna Władimirowna z lekkim sarkazmem. — Trzymaj go mocno. Doświadczenie pokazuje, że pluszowa wierność bywa cenniejsza niż ludzka.

Lidia położyła misia na wolnej półce. Promień słońca, przebijający się przez tiul, padł dokładnie na jego przyjazną buzię, jakby podkreślając: oto symbol prawdziwego, szczerego ciepła.