— Co znaczy „kup jedzenie dla twoich krewnych”? — zapytała mąż zimno, patrząc na pustą lodówkę.

— Rzeczy za drzwiami, klucze na stole i nie chcę tu widzieć ani cienia twojej obecności! — głos Eweliny drżał ze złości, gdy rzuciła w przedpokój kolejną torbę z rzeczami nieproszonych gości.
— Ewa, czy ty całkiem oszalałaś? To w końcu moi krewni! — Ignat próbował zablokować jej drogę, ale żona odepchnęła go ramieniem.
— Dokładnie! TWOI krewni! A kim ja tu jestem? Darmową służącą?
— Ewelina, opamiętaj się! Co sąsiedzi pomyślą?
— A mnie sąsiedzi nie obchodzą! Trzeba było myśleć wcześniej, kiedy pozwalałeś im tu robić bałagan!
Ignat patrzył z zakłopotaniem, jak żona metodycznie pakuje rzeczy jego rodziny do toreb i worków. Za drzwiami słychać było oburzone głosy Tamary i Piotra.
— Ewa, może usiądziemy i spokojnie porozmawiamy?
— Rozmawiać? O czym? O tym, jak przez trzy tygodnie mnie poniżali pod twoim czujnym okiem?
Trzy tygodnie przed tym skandalem w mieszkaniu Kozemjaków panował zwyczajny wieczorny spokój. Ewelina przygotowywała kolację, krojąc warzywa do sałatki i rozmyślając o planach na weekend. Do kuchni wszedł Ignat z winnym wyrazem twarzy — od razu zrozumiała, że wydarzyło się coś niemiłego.
— Ewka, sprawa wygląda tak… Ciocia Tamara zadzwoniła. Remont się przedłużył, nie mają gdzie mieszkać. Powiedziałem, że mogą u nas zostać tydzień, dwa.
Ewelina zamarła z nożem w ręku, powoli odwracając się do męża:
— Co powiedziałeś? Decydowałeś bez mnie?
— No daj spokój, to przecież rodzina! Ciocia Tamara, wujek Piotr i Marinka. Są cicho, nawet ich nie zauważysz.
— Ignat, pozwól przypomnieć — mamy dwupokojowe mieszkanie! Gdzie planujesz ulokować trzech dorosłych ludzi?
— No, Marinka rozłoży się na rozkładanej sofie w salonie, a ciocia z wujkiem… — zawahał się, unikając spojrzenia żony, — może damy im naszą sypialnię? My, młodzi, przenocujemy na kanapie.
Ewelina odłożyła nóż, powoli wytrzeć ręce ręcznikiem:
— Serio proponujesz mi spać na kanapie w własnym mieszkaniu? Może jeszcze w kuchni?
— Ewa, no co ty od razu w kontrę! Maksymalnie dwa tygodnie! Ludzie w potrzebie, a my co — odmówimy?
— A nie można było mnie zapytać wcześniej?
— A po co pytać? Oczywiście, że byś się zgodziła! Przecież jesteś dobra.
— Więc decyzja zapadła. Wspaniale.
— No to świetnie! Jutro przyjadą.
Następnego dnia, ledwo Ewelina wróciła z pracy, zadzwonił dzwonek. Otworzyła drzwi i zobaczyła trójkę z ogromnymi walizkami i torbami, jakby przyjechali na miesiąc, a nie na dwa tygodnie.
— Ewoczka! — rozpromieniła się ciocia Tamara Kozemjakina, korpulentna kobieta około pięćdziesiątki z mocno pomalowanymi ustami i złotymi zębami, które błyszczały przy każdym słowie. — Ojej, aleś schudła! Ignat źle cię karmi, czy co?
— Dzień dobry, ciociu Tamaro — Ewelina próbowała okazać uprzejmość. — Witam serdecznie.
— Słuchaj, a gdzie toaleta? — bez wstępu zapytał Piotr, mężczyzna z czerwonymi policzkami i charakterystycznym zapachem alkoholu, mimo wczesnej pory.
— Tato, nie ociągaj się! — prychnęła Marinka, dziewczyna około dwudziestu pięciu lat w jaskrawych legginsach w panterkę i z wyzywającym makijażem. — Oczywiste, że drzwi są w korytarzu. A gdzie nasz pokój, ciociu Ewo? Nasza będzie sypialnia gospodarzy, prawda?
— Właściwie myśleliśmy… — zaczęła Ewelina, ale Tamara już przeszła do wnętrza mieszkania, oglądając posiadłość.
— Ignatku, synku! — wrzasnęła przez całe mieszkanie. — Wyjdź i przywitaj rodzinę!
Ignat wybiegł z salonu, rozpromienił się uśmiechem:

— Ciocia Toma! Wujek Piotr! Marinka! Jak podróż?
— W porządku, tylko strasznie zmęczeni — przeciągnęła Marinka. — Gdzie można się położyć?
— O, ale cudownie! — Tamara już oglądała sypialnię. — Prawda, że tapety są nieco ponure, ale na dwa tygodnie wystarczy. Piotrusiu, wnoś walizki!
— Ciociu Tamaro, może najpierw ustalimy, kto gdzie będzie spać? — nieśmiało zaproponowała Ewelina.
— A co tu ustalać? Jesteśmy dorośli, potrzebujemy normalnego łóżka. Mam rwę kulszową, na kanapie nie leżę. Prawda, Ignatku?
— Oczywiście, ciociu Toma! Ewa, my z tobą urządzimy się w salonie. Prawda, kochanie?
Ewelina milcząco kiwnęła głową, rozumiejąc, że protestowanie jest bezcelowe.
Pierwszy tydzień zamienił się w prawdziwy koszmar. Tamara objęła rolę pełnoprawnej gospodyni, przetrzepała wszystkie szafki kuchenne, poukładała naczynia według własnego uznania i całkowicie pochłonęła strategiczne zapasy konserw i kasz.
— Ewoczko, kochanie, co to za tak skromne zapasy? — oburzała się o siódmej rano, hałasując garnkami i miskami. — Tylko gryka i ryż! A gdzie kasza jęczmienna? Gdzie groch? Gdzie porządna konserwa?
— Ciociu Tamaro, kupujemy to, co jemy… I może trochę ciszej? Dziś sobota…
— A co w tym złego? Normalni ludzie wstają wcześnie, a nie leżą do obiadu! Piotrusiu, wstawaj, pora na śniadanie!
Piotr wyszedł z sypialni w samych majtkach, z gołym, owłosionym brzuchem, drapiąc się i ziewając:
— Po co wy tak krzyczycie z samego rana? Głowa mi pęka, dajcie pospać.
— Wujku Piotrze, może by się pan ubrał? — poprosiła Ewelina, odwracając wzrok od nieapetycznego widoku.
— A po co? W domu chodzę, jak chcę! Gorąco przecież!
— Ale to nie wasz dom!
— Ewa, co za ton! — natychmiast wtrącił się pojawiający się Ignat. — Przepraszam, wujku Piotrze, ona po prostu nie wyspała się na sofie.
— No, przyzwyczai się — machnął ręką Piotr z wielkodusznością. — A co jest do jedzenia?
Pod koniec pierwszego tygodnia Ewelina poczuła, że nie mieszka już w swoim mieszkaniu, lecz w jakimś akademiku. Marinka okupowała łazienkę, rozwieszając tam swoją bieliznę, Piotr palił na balkonie, mimo protestów, a Tamara przestawiła meble w salonie według własnego gustu.
— Ciociu Tamaro, czy można by nie przestawiać? — ostrożnie poprosiła Ewelina.
— Co ty, kochanie! Przecież tak było niewygodnie! Teraz telewizor widać lepiej, a kanapę ustawiłam jak trzeba.
— Ale mi było wygodnie po staremu…
— Przyzwyczaisz się! Młodzi szybko się przyzwyczajają. A my, starsi, mamy trudniej się dostosować.
Ósmego dnia Ewelina wróciła z pracy i odkryła, że cała jej kosmetyka zniknęła z łazienki.
— Marinka, nie widziałaś mojej kosmetyki?
— A, to! — machnęła beztrosko dziewczyna. — Spróbowałam twojej maskary, świetna! I krem też dobry, szkoda, że się kończy.
— Kończy się? Był prawie pełny!
— No tak, dałam koleżankom spróbować. Nie bądź skąpa, ciociu Ewo, uroda wymaga poświęceń!
— To była droga kosmetyka!

— To dobrze, że ją doceniłam — zaśmiała się Marinka. — Kupicie jeszcze, skoro taka dobra.
Dziesiątego dnia Marinka przyprowadziła koleżankę, Świetlanę — farbowaną blondynkę w mini-spódniczce, z kilogramem makijażu na twarzy. Rozłożyły się w salonie i do trzeciej w nocy słuchały muzyki, chichotały i coś sobie opowiadały.
— Marinka, dziewczyny, proszę, ściszcie się trochę — poprosiła Ewelina, wychodząc do nich w szlafroku. — Jutro wcześnie do pracy.
— Ciociu Ewo, nie bądź nudna! — zachichotała Świetlana, oceniając właścicielkę mieszkania spojrzeniem. — Przecież jesteśmy młode, trzeba się bawić! Życie jest jedno!
— Ona po prostu zazdrości, że jesteśmy piękne i młode, a ona już… — szeptem powiedziała Marinka, wskazując palcem na skronie.
— Mam tylko trzydzieści dwa lata!
— No właśnie, mówię — już po terminie! — zaśmiała się Marinka. — Kobieta w trzydziestce się kończy. Świetka, chodźmy lepiej do Boryka, sąsiada. Mieszka na dole, tam weselej i ciocia nie marudzi.
— A on jest przystojny? — zainteresowała się Świetlana.
— Normalny, rozwiedziony. I najważniejsze — bez nudnych krewnych!
Odeszły, trzaskając drzwiami, a o trzeciej nad ranem wróciły, budząc cały blok pijanym śpiewem i stukotem obcasów.
— Ignat, tak dalej być nie może! — Ewelina złapała męża w korytarzu rano, gdy szykował się do pracy. — Przemienili nasze mieszkanie w przejściowy dziedziniec!
— Poczekaj jeszcze trochę. Co mam im powiedzieć? Wynocha? To byłoby niegrzeczne wobec rodziny!
— A to, co się u nas dzieje, jest grzeczne? Wczoraj twoja ciocia zjadła tort, który kupiłam koledze na urodziny! Musiałam o ósmej wieczorem biegać szukać cukierni!
— No i co z tego? Kupiłyśmy nowy. Jaki problem?
— Problem w tym, że ty ich ciągle bronisz! A ja tu w ogóle nie istnieję! Obca we własnym domu!
— Ewa, no co się wściekać? Przecież to rodzina! Wczoraj mama dzwoniła, pytała, jak ciocia Tamara się urządziła. Co mam jej powiedzieć — że wyrzuciłam ich na ulicę?…
W tym momencie z kuchni dobiegł ogłuszający łomot i przekleństwa. Wbiegły tam i zobaczyły Piotra, który upuścił duży garnek z barszczem. Czerwona ciecz rozlała się po całej podłodze, a kawałki talerza leżały wszędzie.
— Ups — odburknął, trzymając się framugi. — Ewka, szybko posprzątaj. Spóźnię się do pracy.
— Sprzątajcie sami swój bałagan!
— Jak możesz tak rozmawiać ze starszymi? — oburzyła się pojawiająca się Tamara w niechlujnym szlafroku. — Ignat, twoja żona kompletnie nie zna granic!
— Ewa, przeproś wujka — powiedział cicho, ale stanowczo Ignat.
— Co?! Za co mam przepraszać?
— Za niegrzeczność. Nie komplikuj sytuacji.
Ewelina w milczeniu chwyciła mop i zaczęła sprzątać cudzy bałagan, kipiąc ze złości.

Dwa dni później przyjechała Klawdia, matka Ignata. Ewelina szczerze liczyła na wsparcie teściowej — kobieta zawsze słynęła z rozsądku i sprawiedliwości. Jednak ledwo przekroczyła próg, natychmiast stanęła po stronie rodziny.
— Ewelina, co sobie pozwalasz? — zaczęła. — Tamara dzwoniła do mnie cała we łzach! Opowiedziała, że wyganiasz ich z domu!
— Klawdia Pietrowna, oni są tu już dwa i pół tygodnia — próbowała tłumaczyć Ewelina, pomagając teściowej zdjąć płaszcz. — Proszę pani, początkowo miało chodzić tylko o kilka dni…
— I co z tego? To przecież rodzina! — przerwała, krytycznie oceniając przedpokój. — Kiedy wychodziłaś za Ignata, wiedziałaś doskonale, że ma dużą rodzinę! A teraz kręcisz nosem na krewnych?
— Nie wyganiam nikogo! — zaprotestowała Ewelina, prowadząc teściową do kuchni. — Po prostu chcę mieszkać w swoim własnym mieszkaniu spokojnie, mieć możliwość odpocząć po pracy…
— Spokojnie to wtedy, gdy rodzina stoi na pierwszym miejscu! — ostro przerwała Klawdia. — A nie jakieś tam osobiste kaprysy! Ignat, synku, chodź tutaj!
Ignat pojawił się w pokoju, wyraźnie przewidując nieprzyjemną rozmowę.
— Słuchaj mnie uważnie — kontynuowała matka, wlepiając w niego surowe spojrzenie. — Może powinieneś zmienić żonę? Na bardziej uległą i rodzinną?
— Mamo, po co tak mówisz… — zaczął Ignat, ale przerwała mu.
— A co w tym złego? Spójrz, jak Marinka wspaniale gotuje! Prowadzi dom i ma złoty, uległy charakter!
W tym momencie z sypialni wyłoniła się sama Marinka w jedwabnym szlafroku Eweliny — drogim prezencie od męża na ostatnie urodziny.
— O, baba Klawa! — radośnie zawołała dziewczyna, całując starszą kobietę w oba policzki. — Ale się cieszę, że was widzę! Zaraz zrobię świeżą herbatę. Ciociu Ewo, nie zostało przypadkiem ciastko? A, racja, wczoraj zjadłam ostatnie przy oglądaniu serialu.
Ewelina milcząco obserwowała scenę, zdając sobie sprawę, że nie ma co liczyć na wsparcie.
— Widzisz? — triumfalnie odezwała się Klawdia. — To jest prawdziwa kobieta! Gościnna, troskliwa!
— No dajcie spokój, baba Klawa! — zawstydzona zaśmiała się Marinka, przystępując do zabawy przy czajniku. — Ja tu nie jestem gospodynią, tylko staram się pomóc cioci Ewie. Choć, oczywiście, gdyby to był mój dom, wiele bym zmieniła. Na przykład te zasłony — za ponure. I kolor ścian…
— To mój dom — powiedziała cicho, ale wyraźnie Ewelina.
— Na razie twój — wymownie zauważyła Klawdia.
Dwudziestego dnia pobytu „gości” Ewelina wróciła z pracy wcześniej niż zwykle — zwolnili ją z powodu awarii wodociągowej. Wchodząc po schodach, już na drugim piętrze usłyszała głośną muzykę i śmiech dochodzące z ich mieszkania.

Otwierając drzwi, kobieta zamarła w szoku. W salonie panował totalny chaos: wszędzie leżały puste butelki po winie i piwie, na jej ulubionym perskim dywanie, przywiezionym z podróży poślubnej do Iranu, lśniła ogromna ciemna plama. Stolik kawowy był zawalony niedopałkami i resztkami jedzenia.
Wchodząc do sypialni, Ewelina odkryła tam nieznajomego młodego mężczyznę, który rozłożył się na jej łóżku w brudnych butach, przeglądając jej osobisty dziennik.
— Przepraszam, kim pan jest? — zapytała zszokowana.
— Jestem Vadik, ziomek Marinki — burknął nie odrywając wzroku od lektury. — A ty czemu taka spięta?
— Jestem właścicielką tego mieszkania! I żądam, żebyście natychmiast opuścili mój dom!
— Nie wkurzaj się, ciotka! — chichnął Vadik, w końcu obdarzając ją spojrzeniem. — Marinka pozwoliła tu posiedzieć. Ona jest gospodynią, nie?
— NIE! Ja jestem gospodynią! I natychmiast się wynoście!
— WYPIERDALAĆ Z MOJEGO DOMU! — krzyknęła Ewelina z całej siły.
Na krzyk natychmiast wpadła Tamara w towarzystwie Piotra i Marinki.
— Co to za histeria? — oburzyła się ciotka męża. — Ewelina, całkiem straciłaś ludzką twarz? To gość naszej drogiej Marinki!
— Mam to w nosie! Chcę, żeby wszyscy wyszli z mojego mieszkania!
— Ciociu Ewo, reagujesz zbyt gwałtownie — wtrąciła się Marinka, przyjmując protekcjonalny ton. — Vadik po prostu przyjechał poznać rodziców. Spotykamy się już pół roku.
— W mojej sypialni? Na moim łóżku?
— Ignat! — zawyła Tamara. — Natychmiast chodź tutaj! Twoja nieodpowiedzialna żona znowu robi cyrk!
Ignat powoli wyszedł z kuchni, żując kanapkę z czerwonym kawiorem — tym samym, który Ewelina oszczędzała na romantyczną kolację z mężem.
— Ewa, o co chodzi? — leniwie zapytał Ignat.
— O co chodzi?! O CO CHODZI?! — głos kobiety przerwał w pisk. — W naszej sypialni leży pijany nieznajomy, mieszkanie zmienione w śmietnik, a mój mąż pyta, o co chodzi!
— Vadik to fajny chłopak — wtrąciła się Marinka w obronie przyjaciela. — Po prostu był zestresowany przed spotkaniem, napił się trochę na odwagę. A teraz odpoczywa.
— W MOIM ŁÓŻKU! W brudnych butach! Czyta MÓJ osobisty dziennik!

— No i co z tego! — lekceważąco prychnęła dziewczyna. — Pościel można wyprać. A dziennik… kto teraz prowadzi dzienniki? To takie dziecinne!
Ewelina poczuła, że coś w niej pęka — coś ważnego, co przez ostatnie trzy tygodnie powstrzymywało ją w granicach przyzwoitości.
— KONIEC! Dosyć! Spektakl się skończył! — Ewelina szeroko otworzyła wszystkie okna w mieszkaniu. — Wietrzymy! WSZYSCY WYCHODZĄ! Natychmiast!
Postanowiła stanowczo udać się do pokoju gościnnego i zaczęła wrzucać rzeczy nieproszonych gości do dużej torby podróżnej.
— Co ty robisz, szalona?! — krzyknął Piotr, próbując odebrać jej własną koszulę.
— Robię to, co powinnam była zrobić trzy tygodnie temu! WYNOSIĆ SIĘ! Każdy do jednego!
— Ewelina! — groźnie zawołała Klawdia, pojawiając się w drzwiach. — Natychmiast przestań z tym bezprawiem!
— Klawdia Pietrowna, z ogromnym szacunkiem do pani, ale i pani też może się WYNOSIĆ — odpowiedziała Ewelina, nie przerywając, wrzucając do torby kosmetyki Marinki.
— Ignat! — wrzasnęła Tamara. — Uspokój swoją wariatkę!
— Ewa, przestań! To przecież moi krewni! — próbował interweniować mąż.
— Świetnie! — Ewelina odwróciła się do niego, trzymając w rękach walizkę Tamary. — Zabierz swoich drogocennych krewnych i idź ZA NIMI!
— Chcesz mi powiedzieć, żebym wyszedł ze swojego własnego domu?
— Proponuję dokonanie wyboru! — Ewelina wystawiła kolejną torbę do przedpokoju. — Albo jesteś MĘŻCZYZNĄ i gospodarzem w tym domu, albo posłusznym BĘCWAŁEM, który pozwala zmienić swoją rodzinę w przejściowy dwór! Masz dokładnie siedem dni na przemyślenia!
— Ciociu Ewo, nie możecie nas wyrzucić! — oburzyła się Marinka. — Mamy bilety dopiero na przyszły tydzień!
— ZMIENIAJCIE! — odcięła Ewelina, wystawiając ostatnią walizkę za próg. — Albo jedźcie autobusem. Albo idźcie pieszo. Nie obchodzi mnie to!
Stanęła zdecydowanie przy drzwiach i dwukrotnie przekręciła klucz.
— Ewelina! Otwórz natychmiast! — stukał w drzwi Ignat. — Nie masz prawa!
— Mam! To MOJE mieszkanie, kupiłam je przed ślubem! — krzyknęła przez drzwi. — Siedem dni, Ignat! Dokładnie tydzień, żeby ustalić priorytety!
— Szalona! — wrzeszczała Tamara za drzwiami. — Jeszcze z tobą nie skończyliśmy!
— O tak, skończyliśmy! I żeby waszej nogi tu więcej nie było! — odpowiedziała Ewelina i demonstracyjnie podgłośniła muzykę.
Następne trzy dni były najspokojniejsze od ostatniego miesiąca. Ewelina powoli sprzątała mieszkanie, ciesząc się ciszą i możliwością jedzenia tego, na co ma ochotę, oglądania ulubionych filmów i nie słyszenia ciągłych komentarzy o swojej „niewiejskości” i „egoizmie”.
Czwartego dnia zadzwonił sąsiad Borys.
— Ewelina, u was wszystko w porządku? — zapytał zaniepokojony. — Kozemjakowie już od dwóch godzin pod drzwiami wyjaśniają sobie sprawy. Klawdia Pietrowna opowiada całej klatce, jaka to niewdzięczna jesteś synowa.
— Niech opowiada, gdzie chce, Borys — spokojnie odpowiedziała Ewelina, popijając herbatę z ulubionym cytrynowym ciastkiem. — Tylko nie w moim domu.

— A gdzie Ignat? Przecież z nimi jest?
— Przypuszczam, że tak. Dokonał wyboru.
— No cóż… — westchnął sąsiad. — Nigdy bym nie pomyślał, że u was sprawy są aż tak złe.
— Nie są złe, Borys. Po prostu się zakończyły.
Tydzień później, dokładnie tego samego dnia, Ewelina otrzymała wiadomość od Ignata: „Ewa, miałaś rację. Oni naprawdę są nie do zniesienia. Tamara już pokłóciła się z mamą, Marinka rozbiła ulubioną wazę mamy i była niegrzeczna wobec sąsiadki. Mogę wrócić do domu?”
„Nie” — odpowiedziała krótko.
„Ale ja jestem twoim mężem! Mamy rodzinę!”
„Była rodzina. Dokumenty rozwodowe już u prawnika. Jutro złożę wniosek.”
„Ewa, nie rób głupstw! Możemy wszystko omówić, znaleźć kompromis!”
„Trzy tygodnie temu można było. Teraz za późno.”
„Nie znajdziesz takiego męża jak ja!”
„Wspaniała wiadomość. Takiej szmaty jak ty nie znajdę.”
Półtora miesiąca później Borys wpadł na kawę i opowiedział najnowsze wieści.
— Wiesz, co się stało z twoimi byłymi krewnymi? — uśmiechnął się, rozsiadając w fotelu. — Tamara z rodziną pozwali Ignata. Okazało się, że czasowo zameldował ich wszystkich u matki, żeby pokazać „troskę o rodzinę”. Teraz nie może ich wymeldować — żądają równorzędnego mieszkania.
— Serio? — zdziwiła się Ewelina.
— Jeszcze jak! Klawdia Pietrowna codziennie robi awantury, domaga się, by się wyprowadzili. A oni nawet nie myślą. Marinka już swojego chłopaka tam wprowadziła, cała paczka mieszka w dwupokojowym mieszkaniu.
— Karma is a bitch — uśmiechnęła się Ewelina, popijając kawę w swoim cichym, czystym mieszkaniu.
— Co? — nie zrozumiał Borys.
— Nic. Po prostu czasem sprawiedliwość istnieje.