Jana leżała na poboczu drogi. Właśnie odzyskała przytomność. Cała twarz rozbita i zalana krwią pulsowała bólem, wybite ramię piekło niemiłosiernie. Całe ciało było jedną wielką raną.

Ból zamglił świadomość. Jana co chwilę traciła przytomność i znów wracała do rzeczywistości…
— Chodź, kochana, do domu. Naspacerowałaś się dziś? Nie będziesz grymasić jak wczoraj? Co, Zojka? — stara Siemionowna jak zwykle rozmawiała ze swoją kozą.
Szły z odległej łąki, gdzie trawa była soczystsza, a samochody z ich trującymi spalinami nie docierały.
Nagle w trawie Siemionowna zobaczyła coś, od czego trzęsienie przeszło jej po starych rękach i nogach.
— Święty Boże! Co to… Jak to możliwe…
Starsza kobieta usłyszała jęk dziewczyny leżącej na poboczu drogi.
— Żywa?! O, mój Boże! Trzeba wezwać karetkę! Już, już… gdzie on jest!? A, jest — Siemionowna wyciągnęła spod fartucha stary telefon komórkowy, podarowany jej przez wnuka.
Wezwała lekarzy, a potem próbowała choć trochę pomóc biedaczce. Zobaczyła, że twarz dziewczyny cała była we krwi. Wyjęła chusteczkę i zaczęła delikatnie ocierać krew.
W tym momencie Jana znów jęknęła i zobaczywszy obok siebie staruszkę, wyszeptała: — lekarz… potrzebuję lekarza.
— Już jadą, kochanie. Karetkę wezwałam, wszystko im powiedziałam. Zaraz tu będą, wytrzymaj.
— Dziecko… — Jana znów traciła świadomość. — Moje dziecko…
— Jakie dziecko? — przestraszyła się Siemionowna. — Nikogo z tobą nie było. Sama tu leżałaś.
A potem spojrzenie padło jej na brzuch dziewczyny. — O Boże! Przecież ona jest w ciąży!
Przybyłej ekipie karetki Siemionowna od razu zgłosiła, że poszkodowana jest w ciąży.
— Dziękujemy, babciu, za pomoc. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy…

Pewnego razu Jana, jak zwykle spacerując po korytarzach, natknęła się na pomieszczenie, w którym pod szklaną kopułą leżało maleńkie dziecko. Jana patrzyła przez przezroczyste drzwi na tę kruszynę, i w sercu pojawiło się tak ostre współczucie dla tego bezbronnego stworzenia, że łzy same popłynęły…
— Biedactwo — powiedziała podchodząca pielęgniarka. — Mama zginęła, a ona przeżyła. Na przekór wszystkiemu. Taka maleńka, jeszcze za wcześnie, żeby się rodzić… Teraz ją odchowujemy.
Jana wróciła do swojej sali, ale serce jej zostało tam, przy tej biednej kruszynce. Rozumiała, że dziewczynka najpewniej ma jakichś krewnych. I że pewnie ją zabiorą. Musiała się wszystkiego dowiedzieć…
Jana nie spała całą noc, a rano dosłownie pobiegła do ordynatora oddziału.

— Dzień dobry, panie doktorze. Chciałabym się dowiedzieć czegoś o tej dziewczynce w inkubatorze… Jej mama przecież zginęła. Czy moglibyście mnie poinformować, jeśli nikt po to dziecko się nie zgłosi… Proszę jej nie oddawać do domu dziecka. Wezmę ją do siebie.
Doktor uśmiechnął się.
— Jak się pani czuje? To, że wspomniała pani o tej dziewczynce, pozwala mi sądzić, że jest pani znacznie lepiej. Tak, to dziecko nie ma nikogo. W wypadku zginęli oboje rodzice: ojciec na miejscu, a matka — na stole operacyjnym.
Pozostali krewni już poinformowali, że nie zamierzają zabierać dziecka. Tak więc proszę się doleczyć, nabierać sił — wkrótce bardzo się pani przydadzą!
… Dziś Jana i Angelina świętują — obchodzą urodziny dziewczynki. Minął cały rok, odkąd jej córeczka żyje na tym świecie. Jej radość, jej cud. Prawdziwy Anioł, podarowany z nieba jako pocieszenie dla kobiety pogrążonej w rozpaczy.
Jana stara się już nie wracać myślami do tamtego strasznego okresu swojego życia ani do tego potwora, który był jej mężem. Jego już nie ma. Przerażony zasłużoną karą, popełnił samobójstwo, gdy Jana wciąż była w szpitalu.
Niech takich świąt w tej małej rodzinie będzie jak najwięcej. A kto wie — może z czasem nie będzie już taka mała…