— Mąż poradzi sobie z urodzinami i bez ciebie, a ty jedź, odbierzesz moją córkę — bezczelnie oznajmiła teściowa.

Wiktoria powoli podniosła wzrok znad kolorowych pudełek z prezentami, które starannie układała na stole. W progu stała Ewelina Markowna — jej teściowa, odziana w drogi kostium w kolorze burgundowego wina.
— Słucham, CO proszę? — Wiktoria odłożyła atłasową wstążkę, którą miała zamiar przewiązać główny prezent dla Awdieja.
— Głucha jesteś? Moja Milana przylatuje dziś wieczorem z Dubaju. Trzeba ją odebrać na Domodiedowie, zawieźć do domu, pomóc rozpakować rzeczy. Awdiej świetnie sobie poradzi bez twoich głupich niespodzianek.
Wiktoria powoli się wyprostowała. Przez cztery lata małżeństwa przyzwyczaiła się do wybryków Eweliny Markowny, ale czegoś takiego jeszcze nie było.
— Ewelino Markowno, jutro Awdiej kończy trzydzieści pięć lat. Przez pół roku przygotowywałam tę uroczystość. Zarezerwowałam stolik w jego ulubionej restauracji, zaprosiłam przyjaciół, których nie widział od lat…
— ODWOŁASZ — machnęła ręką, na której błyszczały masywne złote pierścienie. — Milana jest ważniejsza od twoich głupot. Nie było jej w domu trzy miesiące, stęskniła się.
— Ale ja nie jestem ani szoferem, ani służącą! Milana ma własnego męża, niech to Rostisław ją odbierze!
Ewelina Markowna zmrużyła oczy, a jej usta, pomalowane bordową szminką, wykrzywiły się w pogardliwym uśmiechu.
— Rostisław jest zajęty. Ma ważną transakcję. A ty niby co robisz pożytecznego? Siedzisz w domu i wydajesz pieniądze mojego syna na byle co. Choć raz w życiu zrób coś pożytecznego dla rodziny!
— Pracuję! — oburzyła się Wiktoria. — Prowadzę własne studio florystyczne, mam dwunastu pracowników!
— Sprzedajesz kwiatuszki — prychnęła teściowa. — To nie praca, tylko rozrywka dla znudzonych gospodyń domowych. Prawdziwa praca to podpisywanie kontraktów na miliony, jak robił mój świętej pamięci mąż. Albo jak teraz Awdiej.
Wiktoria zacisnęła pięści. W jej piersi wezbrała fala oburzenia, gorąca i dławiąca.
— A Awdiej wie o tej „prośbie”?
— Awdiej nie ma czasu na babskie głupoty. Jest na ważnych negocjacjach w Jekaterynburgu, wróci dopiero jutro w południe. Do tego czasu ty już odwieźiesz Milanę do domu i wrócisz. Może nawet zdążysz coś ugotować mężowi na urodziny. Chociaż przy twoich kulinarnych zdolnościach lepiej zamów gotowe.
— NIE POJADĘ — powiedziała stanowczo Wiktoria.
Ewelina Markowna podeszła bliżej. Pachniała drogimi francuskimi perfumami i wyniosłością.
— Posłuchaj mnie uważnie, dziewczyno. Mieszkasz w mieszkaniu, które kupił MÓJ syn. Jeździsz samochodem, który podarował ci MÓJ syn. Nosisz biżuterię, którą…
— DOŚĆ! — Wiktoria gwałtownie wstała. — Nie jestem żadną łowczynią posagów! Mam własny biznes, własne pieniądze! A to mieszkanie kupiliśmy WSPÓLNIE, zapłaciłam połowę!
— Och, nie rozśmieszaj mnie. Twoje grosze ze sprzedaży stokrotek? Awdiej z litości pozwolił ci dorzucić się, żebyś się nie czuła na utrzymaniu. Choć w rzeczywistości właśnie tym jesteś.
Słowa teściowej bolały celnie i dotkliwie. Wiktoria wiedziała, że to nieprawda — jej studio kwiatowe świetnie prosperowało, naprawdę zapłaciła połowę kosztów mieszkania. Ale Ewelina Markowna miała niezwykły talent do przekręcania faktów i przedstawiania wszystkiego w wygodnym dla siebie świetle.
— Wie pani co? Poradzicie sobie beze mnie. Niech Milana weźmie taksówkę. Albo sama ją pani odbierze, skoro jest tak ważną personą.
— Ja? — Ewelina Markowna przyłożyła dłoń do piersi. — Mam chore serce, lekarze zabronili mi się denerwować i jeździć tak daleko. A Domodiedowo to prawdziwa próba dla mojego zdrowia.
— Za to do Monako można latać co dwa miesiące bez problemu — nie powstrzymała się Wiktoria.
Twarz teściowej poczerwieniała.
— Jak śmiesz! Niewdzięczna gówniaro! Przyjęliśmy cię do rodziny, biedaczkę z prowincji, a ty…
— Jestem z Niżnego Nowogrodu, a nie ze wsi! I mam wyższe wykształcenie, własny biznes i…
— MILCZ! — wrzasnęła Ewelina Markowna. — Masz być o siódmej wieczorem przy terminalu trzecim. Milana przylatuje o siódmej trzydzieści, lot z Dubaju. I nie waż się spóźnić!
Tymi słowami teściowa odwróciła się i wyszła z pokoju, głośno trzaskając drzwiami.
Wiktoria opadła na kanapę. Ręce drżały jej z wściekłości i żalu. Wyjęła telefon i wybrała numer męża. Długie sygnały, potem automatyczna sekretarka: „Abonent chwilowo niedostępny”.
Przez następne kilka godzin Wiktoria krążyła po mieszkaniu, próbując podjąć decyzję. Z jednej strony nie chciała ulec manipulacji teściowej. Z drugiej — wiedziała, że odmowa doprowadzi do gigantycznego skandalu, który całkowicie zepsuje Awdiejowi urodziny.
O piątej zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetliło się imię męża.
— Awdiej! Dzięki Bogu, że dzwonisz! U nas tu…
— Wika, cześć. Słuchaj, mama mówiła, że odbierzesz Milanę. Dziękuję, że się zgodziłaś. Wiem, że nie bardzo się dogadujecie, ale to ważne.
Wiktoria oniemiała.
— Czyli… WIEDZIAŁEŚ? I nic mi nie powiedziałeś?
— No, mama zadzwoniła dopiero godzinę temu, powiedziała. Myślałem, że już wszystko z tobą omówiła. W czym problem?
— Problem w tym, że jutro są twoje urodziny! Wszystko zorganizowałam — restaurację, gości…
— Oj, Wik, no przełóżmy to na weekend. Jaka różnica, kiedy świętować? Milana rzadko przyjeżdża, trzeba ją wesprzeć. Coś tam ma problemy z Rostisławem.
— Ona ZAWSZE ma problemy! I dlaczego to ja mam rzucać wszystko i pędzić na lotnisko?
— Bo jesteś moją żoną i częścią rodziny — głos Awdieja stał się twardszy. — Nie rób scen, proszę. Mam jeszcze trzy godziny narady, potem bankiet z partnerami. Odbierz Milanę, zawieź do domu i tyle. To przecież nic trudnego.
— A to, że przez pół roku przygotowywałam twoje przyjęcie, nieważne?
— Wika, NIE ZACZYNAJ. Jestem zmęczony, mam trudne negocjacje. Omówimy wszystko, jak wrócę.
Rozłączył się bez pożegnania.
Wiktoria patrzyła na wygaszony ekran telefonu. W środku narastała taka gorycz, że miała ochotę krzyczeć. Wybrała numer przyjaciółki.
— Alona, cześć. Możesz podjechać? Potrzebuję pomocy.
Po pół godzinie Alona Mokiejewa, jej najlepsza przyjaciółka i współwłaścicielka studia florystycznego, siedziała w kuchni i słuchała chaotycznej relacji Wiktorii.
— Co za idiotka — wypuściła powietrze Alona, gdy przyjaciółka skończyła. — Wybacz określenie, ale twoja teściowa to prawdziwa wiedźma. A Awdiej też niczego sobie! Maminsynek.
— Co ja mam zrobić? Jeśli nie pojadę — będzie awantura na cały dom. Ewelina Markowna zamieni mi życie w piekło.
— A jeśli pojedziesz — zrozumie, że może tobą pomiatać. Wiesz co? Mam pomysł.
Alona wyciągnęła telefon i zaczęła szybko coś pisać.
— Co robisz?
— Piszę do naszego prawnika, Makara. Pamiętasz, mówił, że jego brat ma firmę transportową? Zaraz wszystko załatwimy.
Po godzinie plan był gotowy. Wiktoria z ponurą determinacją spakowała się i pojechała na lotnisko. Ale nie sama — Alona uparła się, by jej towarzyszyć.
Domodiedowo przywitało je zwyczajnym chaosem. Wiktoria stała przy wyjściu ze strefy przylotów, trzymając tabliczkę z napisem „Milana Seczina”.
— Może sobie odpuścimy? — zawahała się w ostatniej chwili.
— ANI MI SIĘ WAŻ! — stanowczo powiedziała Alona. — Plan już działa.
Milana pojawiła się czterdzieści minut po wylądowaniu samolotu. Wysoka, chuda, z długimi rozjaśnionymi włosami i wyniosłym wyrazem twarzy — kopia matki, tylko młodsza.
— Wiktoria? Gdzie samochód? Jestem zmęczona, chcę do domu.
Ani słowa powitania, ani krzty wdzięczności za odbiór.
— Samochód jest na parkingu. Chodźmy.
Milana prychnęła niezadowolona, lustrując Wiktorię wzrokiem od stóp do głów.
— W co ty się ubrałaś? To z sieciówki? Boże, Awdiej mógłby znaleźć sobie żonę z lepszym gustem…
Alona, idąca z tyłu, cicho syknęła z oburzenia. Wiktoria zacisnęła zęby i zamilkła.

Doszły do parkingu. Przy samochodzie Wiktorii stał młody mężczyzna w mundurze kierowcy.
— Dobry wieczór. Jestem Timur, wasz kierowca na dziś.
— Co to za cyrk? — oburzyła się Milana. — Wiktorio, nie potrafisz sama prowadzić?
— Potrafię. Ale nie będę. Timur zawiezie panią do domu. Zna adres. Szczęśliwej drogi.
Wiktoria odwróciła się i poszła w stronę wyjścia. Alona za nią.
— HEJ! STOJ! — wrzasnęła Milana. — Gdzie ty idziesz? A bagaże? A pomóc rozpakować?
— Poradzicie sobie — rzuciła Wiktoria przez ramię.
— NAPISZĘ MAMIE! — krzyknęła Milana. — Ona cię wyrzuci z domu!
Wiktoria zatrzymała się i powoli odwróciła.
— Przekażcie Ewelinie Markownej, że spełniłam jej życzenie — odebrałam panią. O pomocy przy bagażach nie było mowy. I jeszcze powiedzcie, że jutro punktualnie o siódmej wieczorem z Awdiejem będziemy obchodzić jego urodziny w restauracji „Marsel”. Jeśli ona albo wy tam przyjdziecie — ochrona nie wpuści was. Lista gości została zatwierdzona.
— Ty… ty… — Milana łapała dech z wściekłości. — Kim ty się uważasz?
— Żoną twojego brata. Żoną, a nie służącą. Timurze — Wiktoria skinęła na kierowcę — zawieź panią do domu. Oto adres, na wszelki wypadek. I nie słuchajcie jej histerii, za to wam nie dopłacą.
Wsiadły z Aloną do samochodu przyjaciółki i odjechały, zostawiając Milanę stojącą na środku parkingu z otwartymi ustami.
— Byłaś wspaniała! — zachwyciła się Alona. — Gdybyś widziała jej minę!
— Teraz się zacznie — westchnęła Wiktoria. — Ewelina Markowna mi tego nie zapomni.
Telefon zaczął dzwonić jak szalony już po piętnastu minutach. Teściowa, Milana, potem znowu teściowa. Wiktoria wyłączyła dźwięk i schowała telefon do torebki.
W domu czekała ją niespodzianka. Na progu stał Awdiej — rozczochrany, wściekły.
— Co do diabła urządziłaś? Mama w histerii, Milana płacze! Zwariowałaś?
— Przecież miałeś być w Jekaterynburgu — powiedziała Wiktoria z zakłopotaniem.
— Przyleciałem, kiedy zadzwoniła mama! Odwołałem najważniejsze spotkanie! Wiktorio, rozumiesz, co narobiłaś?
— Odbierałam twoją siostrę i zorganizowałam jej dowóz do domu. W czym problem?
— UPOKORZYŁAŚ ją! Zatrudniłaś jakiegoś kierowcę, jakby ona była nikim!
— A ja KIM jestem? — wybuchnęła Wiktoria. — Bezpłatnym szoferem? Służącą?
— Jesteś moją żoną i powinnaś pomagać mojej rodzinie!
— Jestem twoją żoną, a nie niewolnicą twojej matki! I wiesz co? MAM TEGO DOŚĆ! Cztery lata znoszę chamstwo, upokorzenia, obelgi! Twoja matka depcze mnie po głowie, a ty udajesz, że nic się nie dzieje!
— Nie przesadzaj. Mama jest po prostu… osobliwa.
— Osobliwa? OSOBLIWA? Nazwała mnie żebraczką, śmieciem, pasożytem! I to tylko dziś!
— Jest emocjonalna, nie bierz tego do siebie.
Wiktoria spojrzała na męża jak na obcą osobę.
— Awdiej, jutro masz urodziny. Pół roku przygotowywałam przyjęcie. Odnalazłam twojego najlepszego przyjaciela z dzieciństwa, z którym straciłeś kontakt. Zaprosiłam twojego ulubionego wykładowcę z uczelni. Zamówiłam tort według specjalnego przepisu twojej babci, który robią tylko w jednym miejscu w Moskwie. I co? To wszystko nieważne, bo twojej rozkapryszonej siostrzyczce potrzebny był prywatny kierowca?
— Przestań z histerią. Odwołamy restaurację, uczcimy w domu, w rodzinnym gronie.
— Rodzinne grono — z twoją mamą i siostrą?
— Oczywiście. Przecież to rodzina.
— A ja?
— I ty też, oczywiście. Nie zaczynaj zazdrościć.
— Nie zazdroszczę. WYJEŻDŻAM.
Wiktoria przeszła do sypialni i wyciągnęła walizkę.
— Co robisz? Wiki, przestań!
— Jadę do rodziców do Niżnego. Świętuj urodziny z mamusią i siostrzyczką. Jestem pewna, że będą zachwyceni.
— Wiktoria, DOŚĆ! Odłóż walizkę!
— NIE.
Szybko spakowała najpotrzebniejsze rzeczy. Awdiej stał w drzwiach, nie wierząc w to, co się dzieje.
— Na serio? Przez taką błahostkę?
— Jeśli dla ciebie cztery lata upokorzeń to błahostka, to tak — na serio.
— Gdzie pójdziesz? Nawet nie masz porządnych pieniędzy!
Wiktoria zatrzymała się i powoli zwróciła się do męża.
— Mam biznes, który przynosi półtora miliona miesięcznie czystego zysku. Mam własne mieszkanie, które wynajmuję. Mam oszczędności, których nigdy nie łączyłam z budżetem rodzinnym, bo twoja matka ciągle dawała do zrozumienia, że poluję na wasze pieniądze. Więc nie martw się o mnie.
Awdiej poczerwieniał.
— Półtora miliona? Ale ty mówiłaś…
— Mówiłam, że biznes idzie nieźle. Nigdy nie interesowałeś się szczegółami. Tobie i twojej matce było wygodniej uważać mnie za nieudacznicę, sprzedającą «kwiatuszki».
Telefon Awdieja zadzwonił. Na ekranie pojawiło się „Mama”.
— Odbierz — powiedziała Wiktoria zmęczonym głosem. — Nie każ mamusi czekać.
Awdiej mechanicznie przyjął połączenie i włączył głośnik.
— AWDIEJ! Ta zgraja już przyjechała? Żądam, żeby natychmiast przeprosiła Milanę! I mnie! A jeśli nie — niech się wynosi z waszego mieszkania!
— Mamo, oddzwonię…
— NIE WAŻ SIĘ odkładać! Masz postawić tę przybłędę na swoim miejscu! Pokazać, kto tu rządzi! Nie pozwolę na takie traktowanie naszej rodziny!
Wiktoria chwyciła walizkę i ruszyła do wyjścia.
— Wika, poczekaj!
— Przekaż Ewelinie Markownej — osiągnęła to, czego chciała. WYCHODZĘ.
Drzwi zamknęły się za nią cicho, ale dla Awdieja zabrzmiało to jak grom.
— Awdiej? AWDIEJ! Czy ty mnie słyszysz? — darła się matka w słuchawce.
Wyłączył telefon i opadł na kanapę.
Następny dzień — dzień jego urodzin — stał się prawdziwym koszmarem. Wiktoria nie odbierała telefonów. W restauracji „Marsel” przywitała go Alona i chłodno oznajmiła, że uroczystość została odwołana na życzenie solenizanta.
— Ale ja nie prosiłem…
— Pańska mama wczoraj zadzwoniła do administratora i powiedziała, że będziecie świętować w gronie rodzinnym. Zaliczka zostanie zwrócona Wiktorii na konto.
Goście, których zaprosiła żona, dzwonili z życzeniami i pytali zdezorientowani, dlaczego wieczór został odwołany. Przyjaciel z dzieciństwa Pasza, którego Wiktoria odnalazła przez media społecznościowe, był szczególnie rozczarowany — specjalnie przyleciał z Petersburga.
W domu czekała na niego matka z siostrą. Na stole stał tort kupiony w supermarkecie i tanie szampanskoje.
— Wszystkiego najlepszego, synku! Widzisz, zadbałyśmy o ciebie. Nie to, co ta niewdzięczna.
— Mamo, co to jest? — Awdiej wskazał na żałosny tort.
— Uroczysta kolacja! Milana wybierała. Prawda, kochanie? — zaćwierkała Ewelina Markowna, ale w jej głosie słychać było fałsz.
— Gdzie jest Wiktoria? — spytała Milana, rozglądając się.
— Pojechała do rodziców. Przez was.
— I SŁUSZNIE! — ucieszyła się matka. — Nie będziemy tu znosić histeryczki! Znajdziesz sobie lepszą żonę. Z dobrej rodziny, z posagiem.
— Mamo, Wika sama jest z dobrej rodziny. I ma dochodowy biznes.
— Phi! Kwiatuszki! Też mi biznes!
— Jej studio jest jednym z najpopularniejszych w Moskwie. Ma kontrakty z dużymi hotelami i restauracjami. Organizowała ślub zastępcy mera.
Ewelina Markowna zacisnęła usta.
— I tak. Charakter ma okropny. Zawsze zadziera nos.
Awdiej spojrzał na matkę, potem na siostrę. Nagle zobaczył to, czego wcześniej nie dostrzegał — małostkowość, zazdrość, złośliwość.
— Wiecie co? Idźcie do domu. Chcę zostać sam.
— Ale synku! Urodziny!
— DO DOMU!
Matka i siostra wyszły, obrażone.
Awdiej został sam w pustym mieszkaniu. Na stoliku w przedpokoju leżały bilety — Wiktoria kupiła im wycieczkę do Włoch na tydzień jako prezent urodzinowy. Teraz te bilety wydawały się szyderstwem losu.
Minął tydzień. Wiktoria nie wracała i nie odbierała telefonów. Awdiej próbował dowiedzieć się czegoś przez jej przyjaciółki, ale te tylko chłodno informowały, że wszystko z nią w porządku i prosi, by jej nie niepokoić.
W pracy również zaczęły się problemy. Okazało się, że kilku dużych klientów przyszło do jego firmy dzięki rekomendacjom partnerów biznesowych Wiktorii. Teraz ci klienci zaczęli wątpić w wiarygodność firmy — skoro człowiek nie potrafi ułożyć stosunków we własnej rodzinie, jak można mu powierzyć kontrakty warte miliony?
Ewelina Markowna wydzwaniała dziesięć razy dziennie, żądając rozpoczęcia procesu rozwodowego.
— Trzeba uprzedzić tę jędzę! Na pewno chce wyciągnąć połowę majątku!
— Mamo, mieszkanie jest zapisane na nas oboje. Ma prawo do połowy.
— Jakie prawo? Przecież ty wszystko zapłaciłeś!
— Nie. Wpłaciła dokładnie połowę. Mam dokumenty.
Ewelina Markowna zamilkła, po czym zapiszczała:
— ZROBIŁA TO SPECJALNIE! Żeby potem zabrać mieszkanie!
— Mamo, DOŚĆ! To przez ciebie moja żona odeszła! Przez twoje chamstwo i pychę!
— Ja? Ja chciałam dla was tylko dobrze!
— Upokarzałaś ją przy każdym spotkaniu! Nazywałaś nędzarką, choć zarabia więcej niż Milana!
— NIE WAŻ SIĘ porównywać tej pyszałki z twoją siostrą!
Awdiej rzucił słuchawką.
Po dwóch tygodniach zadzwonił nieznany numer.
— Dzień dobry, Awdiej Markowicz. Nazywam się Makar Wołochow, reprezentuję interesy Wiktorii Andriejewny. Musimy się spotkać w sprawie podziału majątku.

— Składa pozew o rozwód?
— Na razie nie. Ale chce podzielić wspólnie nabyte mienie i się wyprowadzić. Jeśli zgodzi się pan na polubowne załatwienie sprawy, rozwodu można uniknąć.
— Ja… muszę z nią porozmawiać.
— Wiktoria Andriejewna nie życzy sobie osobistych spotkań. Wszystkie sprawy przez mnie.
Awdiej zgodził się na spotkanie. W wyznaczonym dniu przyszedł do kancelarii. Wiktorii tam nie było, tylko jej adwokat — młody mężczyzna o bystrym spojrzeniu.
— A więc — moja klientka jest gotowa zostawić panu mieszkanie w całości w zamian za finansową rekompensatę swojej części. Kwota — piętnaście milionów rubli.
— Piętnaście milionów? Przecież mieszkanie jest warte dwadzieścia pięć!
— Zgadza się. Połowa to dwanaście i pół. Plus dwa i pół miliona — odszkodowanie za cztery lata systematycznego poniżania ze strony pańskiej matki, któremu pan nie przeciwdziałał.
— To szantaż!
— To oferta. Może pan odmówić — wtedy spotkamy się w sądzie. Mam nagrania obelg pańskiej matki pod adresem mojej klientki, zeznania świadków, korespondencję. Sąd może zasądzić znacznie więcej.
— Jakie nagrania?
Makar wyjął telefon i włączył plik. Głos Eweliny Markownej, nazywającej Wiktorię „nędzarką”, „szmatą”, „pasożytem”.
— Skąd to?
— Wiktoria Andriejewna nagrywała wszystkie spotkania z pańską matką przez ostatnie dwa lata. Dla własnego bezpieczeństwa. Wiedziała, że prędzej czy później to się przyda.
Awdiej podpisał wszystkie dokumenty. Po miesiącu pieniądze zostały przelane, a Wiktoria oficjalnie zrzekła się udziału w mieszkaniu.
Próbował ją namierzyć, dowiedzieć się, gdzie mieszka. Ale Wiktoria jakby rozpłynęła się w powietrzu. Studio kwiatowe działało, ale właścicielka się tam nie pojawiała — wszystkim zarządzała Alona.
A potem zaczęły się prawdziwe problemy.
Kontrola skarbowa przyszła nagle. Okazało się, że Ewelina Markowna, która od lat „pomagała” synowi z księgowością, przepuszczała przez jego firmę lewe schematy dla swoich koleżanek. Kwoty były ogromne.
— Mamo, co to ma znaczyć? — Awdiej potrząsał papierami przed nosem matki.
— Serce mam słabe, ale rozum zdrowy! — darła się Ewelina Markowna. — Myślałam, że to jakieś drobne przychody twojej firmy!
Grzywna wyniosła osiem milionów rubli. Plus odsetki. Plus groźba sprawy karnej.
Milana, gdy tylko usłyszała o problemach ze skarbówką, natychmiast spakowała walizki i poleciała do koleżanki do Miami, zostawiając Rostisławowi spłatę długów z jej kart kredytowych.
— Mamo, rozumiesz, że mogę pójść do więzienia? — Awdiej trzymał się za głowę.
— Przesadzasz! Zapłacisz karę i po sprawie.
— Jakimi pieniędzmi? Oddałem Wiktorii piętnaście milionów, teraz jeszcze osiem skarbówce!
Pół roku zajęły wyjaśnienia i postępowania. Awdiej sprzedał samochód, wziął kredyty, zastawił swój udział w firmie. Ewelina Markowna nagle zrobiła się o wiele cichsza i rzadziej dzwoniła — najwyraźniej zrozumiała, że synek nie jest już złotą żyłą.
Rok później, gdy główne problemy zostały rozwiązane, Awdiej przypadkiem spotkał Alonę pod centrum handlowym.
— Cześć — powiedział.
— Cześć — odpowiedziała chłodno i ruszyła w stronę wyjścia.

— Alona, zaczekaj! Jak się miewa Wiktoria?
Przyjaciółka jego żony zatrzymała się i zmierzyła go wzrokiem od stóp do głów.
— Świetnie. Jest szczęśliwa.
— Czy możesz jej przekazać, że chciałbym się z nią spotkać? Porozmawiać?
— Dobrze.
Spotkanie odbyło się tydzień później w małej kawiarni. Wiktoria wyglądała wspaniale — wypoczęta, spokojna. Na jej ręce błyszczał nowy pierścionek.
— Dziękuję, że się zgodziłaś — zaczął Awdiej. — Chciałem przeprosić. Za wszystko. Miałaś rację. Mama… naprawdę jest nie do zniesienia.
— Dziękuję za przeprosiny.
— Wika, może spróbujemy jeszcze raz? Dużo zrozumiałem, zmieniłem się…
— Awdiej — przerwała mu łagodnie — jesteśmy różnymi ludźmi. Ty zawsze wybierzesz mamę, ja to wiem. A ja potrzebuję męża, który będzie po mojej stronie.
— Ale ja cię kocham!
— A ja już nie. Przykro mi.
Pokazała pierścionek.
— Rozwodzimy się w zgodzie?
Awdiej skinął głową. Nie miał innego wyjścia.
Dokumenty rozwodowe podpisał miesiąc później. Tego samego wieczoru zadzwoniła Ewelina Markowna z kolejnymi pretensjami do administracji osiedla.
— Mamo — powiedział cicho Awdiej — jestem zmęczony.
A Wiktoria w tym czasie stała w kolejce w urzędzie stanu cywilnego z dokumentami do nowego aktu małżeństwa. Obok trzymał ją za rękę wysoki mężczyzna o dobrych oczach — chirurg Dmitrij, który nigdy nie krzyczał i uważał biznes kwiatowy za poważną sprawę.