Alina postawiła ciężką torbę na podłodze i sięgnęła do zamka. Trzy miesiące na działce minęły niepostrzeżenie. Nadszedł czas wrócić do miejskiego życia — do pracy, do codziennych obowiązków.

Klucz przekręcił się zbyt łatwo. Aż za łatwo.
— Dziwne — mruknęła. — Przecież zamykałam na dwa obroty.
Drzwi otworzyły się i Alina zamarła. W przedpokoju wisiały obce płaszcze. Na podłodze stały nieznane kapcie. Z kuchni dochodził zapach smażonych ziemniaków i głos prowadzącego poranne wiadomości.
— Co tu się dzieje? — Alina weszła do środka i rozejrzała się.
Jej schludny przedpokój zmienił się w składzik. Wszędzie walały się torby, pudełka, paczki z lekami. Na wieszaku wisiały cudze sukienki i swetry.
— Alinko! — z kuchni wypłynęła Wiera Siergiejewna w domowym szlafroku. — A ja myślałam, że jeszcze tydzień na działce posiedzisz!
Alina mrugnęła kilka razy. Nie, to nie była halucynacja. Była teściowa stała pośrodku jej mieszkania z chochelką w ręku i uśmiechała się, jakby witała drogą gościnę.
— Wi… Wiero Siergiejewno? — głos jej zadrżał. — Co pani tu robi?
— Ziemniaczki smażę. Chcesz jeść? — starsza kobieta odwróciła się do kuchenki. — Z grzybkami robię, pyszne wychodzą.
— Nie o ziemniaki pytam! — Alina wzięła głęboki oddech. — Co pani tu robi? W moim mieszkaniu?
— Ach, to… — Wiera Siergiejewna zawahała się. — Jakby ci to powiedzieć… U Pawlika zaczął się remont. Tyle kurzu, tyle hałasu! Z moim ciśnieniem nie mogę tam być. Lekarz kategorycznie zabronił.
Alina przeszła do salonu. Jej ulubiony fotel stał przy oknie. Na stoliku leżały cudze leki, okulary, jakieś czasopisma. Kanapa była przykryta kocem, którego nigdy wcześniej nie widziała.
— Chwileczkę — zwróciła się do teściowej. — Jak długo pani tu mieszka?
— Tak… minął tydzień. Może dwa. — Wiera Siergiejewna spuściła wzrok. — Czas tak szybko leci, nawet nie zauważyłam.
— Dwa tygodnie?! — głos Aliny podniósł się. — Pani od dwóch tygodni mieszka w moim mieszkaniu?!
— Alinko, nie krzycz tak. Sąsiedzi usłyszą — starsza kobieta przymknęła drzwi kuchni. — Myślałam, że nie będziesz miała nic przeciwko. Mieszkanie przecież stało puste.
— Nic przeciwko? — Alina poczuła, że zaczyna ją trząść. — A nie przyszło pani do głowy zapytać o pozwolenie?
— Przecież nie jestem obca! — Wiera Siergiejewna rozłożyła ręce. — Przez piętnaście lat byliśmy jak rodzina. Naprawdę po tym rozwodzie…
— Właśnie po rozwodzie! — Alina zrobiła krok w jej stronę. — Nie jesteśmy już rodziną. To moje mieszkanie, mój dom!
— Boże, jakaś ty się stała okrutna — w głosie Wieri Siergiejewny pojawiły się łzy. — Wygonisz starą kobietę na ulicę? Dokąd ja pójdę?
— Do syna! Do swojego syna proszę iść!
— Przecież u niego remont! Mówiłam już! — teściowa wyjęła chusteczkę i otarła oczy. — Ten przeklęty kurz… Lekarz powiedział, że każdy stres może skończyć się zawałem.
Alina usiadła na kanapie i ukryła twarz w dłoniach. No pięknie! Wróciła do domu, a domu jakby nie było. Za to jest obca kobieta, z własnymi lekami i smażonymi ziemniakami.
— I jak pani się tu dostała? — zapytała ponuro.
— Kluczyk mi został — Wiera Siergiejewna uśmiechnęła się z zakłopotaniem. — Jeszcze z czasów, gdy Pawlik tu mieszkał. Zapomniałam oddać po rozwodzie.
— Jasne — Alina wstała. — W takim razie proszę się spakować i wyjechać.
— Alinko! — starsza kobieta złapała ją za rękaw. — Dokąd ja teraz pójdę? Wieczór już, tyle rzeczy, a i serce mi dokucza.
— To nie mój problem.
— Dobrze, dobrze — Wiera Siergiejewna skinęła głową. — Jutro rano zacznę się pakować. Nie martw się.
Alina spojrzała na nią uważnie. W tej uległości było coś nieszczerego.
— Jutro? — powtórzyła.
— No tak. Dużo rzeczy, nie uporam się w godzinę — teściowa znów się uśmiechnęła. — A teraz chodź, zjemy kolację. Ziemniaczki gotowe.
Rano Alina obudziła się od hałasów w kuchni. Wiera Siergiejewna brzęczała garnkami i coś podśpiewywała.
— Dzień dobry! — zawołała z kuchni. — Gotuję owsiankę! Zdrową, z płatków owsianych!
Alina narzuciła szlafrok i wyszła. W kuchni panował totalny bałagan. Wiera Siergiejewna zachowywała się, jakby mieszkała tu od lat.
— Gdzie są moje kubki? — zapytała Alina.
— Schowałam do szafki. Swoje postawiłam, wygodniejsze. — starsza kobieta zamieszała owsiankę. — Mają specjalne uchwyty, na artretyzm.
— To moja kuchnia! — głos Aliny się załamał. — Moje kubki, moja szafka!
— Alinko, czemu się tak denerwujesz? — Wiera Siergiejewna pokręciła smutno głową. — Przecież nie na zawsze. Tydzień jeszcze, najwyżej dwa.
— Wczoraj mówiła pani, że wyjeżdża jutro!
— Nie pomyślałam… Pawlik dzwonił, mówi, że remont się przedłuży. Robotnicy niechlujni się trafili.
Alina usiadła przy stole i wzięła telefon. Wybrała numer byłego męża.
— Pash, halo?
— O, cześć — głos Pawła był senny. — Jak tam na działce?
— Już wróciłam. Słuchaj, twoja matka tu mieszka. W moim mieszkaniu.
— Aha, coś wspominała — ziewnął. — U mnie remont, nie może tu być.
— Pash, to moje mieszkanie! Moje!
— No i co z tego? Przecież ci nie przeszkadza.
— Jak to nie przeszkadza? Wszystko poprzestawiała, rządzi się jak u siebie!
— Alin, no wytrzymaj trochę. Gdzie ma iść? — w jego głosie pojawiło się zniecierpliwienie. — Jest starszą kobietą.
— Nie obchodzi mnie to! Niech jedzie do ciebie!
— Mówię ci przecież — remont, kurz, hałas. Nie może.

— A ja mogę, tak?!
— Ty jesteś młoda, zdrowa. Przetrwasz jakoś.
Alina rozłączyła się i rzuciła telefon na stół.
— Co, syneczek nie pomógł? — Wiera Siergiejewna westchnęła z udawanym współczuciem. — Mężczyźni już tacy są… Mają swoje sprawy.
— Wynoście się.
— Alinko, bądź człowiekiem! — starsza kobieta usiadła obok. — Nikomu nie przeszkadzam. Gotuję, sprzątam. Nawet twoją łazienkę wyszorowałam…
— Nie prosiłam!
— A w lodówce kupiłam świeże produkty. I kwiatki podlałam — prawie uschły.
Alina wstała i poszła do sypialni. Trzasnęła drzwiami i oparła się o nie plecami. Co za koszmar się dzieje? Wróciła do domu, a tu obca kobieta rządzi jak u siebie.
Po godzinie zadzwonił dzwonek do drzwi.
— To pewnie do ciebie — zawołała Wiera Siergiejewna.
Alina otworzyła. Na progu stały dwie starsze panie z tortem.
— Dzień dobry, kochana! — zaćwierkała jedna z nich. — Przyszłyśmy do Wiery Siergiejewny. Jest w domu?
— Jak to „w domu”? — Alina była zdezorientowana.
— No przecież ona tu teraz mieszka — uśmiechnęła się druga. — Mówiła, że przygarnęła ją siostrzenica.
— Jaka siostrzenica?
— Dziewczynki, wchodźcie! — Wiera Siergiejewna przecisnęła się obok Aliny. — Czemu stoicie w drzwiach? Samowar już postawiłam.
Staruszki weszły do mieszkania. Zaczęło się herbatkowe spotkanie, śmiechy, rozmowy. Alina zamknęła się w sypialni i słuchała, jak za ścianą omawiają jej życie.
— A gdzie mąż tej siostrzenicy? — pytała jedna.
— Rozwiodła się. Zły jej się trafił, pijący.
— Ojej, nie wiedziałam!
— E, co tu wiedzieć… Młodzi teraz łatwo się rozchodzą. A my, starzy, nie mamy gdzie mieszkać.
Alina zacisnęła pięści. „Pijący”? Przecież Paweł w życiu nie wypił więcej niż jedno piwo! A ona niby teraz jego siostrzenica!
Wieczorem goście poszli. Wiera Siergiejewna zmywała naczynia i podśpiewywała.
— Dobre mam koleżanki — powiedziała do Aliny. — Jutro znowu przyjdą. U Klawy wnuczka wychodzi za mąż, trzeba omówić.
— Nikt więcej nie przyjdzie — wycedziła Alina.
— A dlaczego to niby?
— Bo jutro się pani wyprowadza.
— Alinko, ale ja nie mogę teraz… — Wiera Siergiejewna rozłożyła mokre ręce. — Serce boli, ciśnienie skacze. Lekarz kazał unikać stresu.
— To nie mój problem.
— Okrutna się zrobiłaś. Bez serca.
Alina poszła do pokoju i wyjęła laptopa. Zaczęła szukać numerów do prawników.
Minął tydzień koszmaru. Wiera Siergiejewna zadomowiła się na dobre. Przywiozła jeszcze trzy pudła rzeczy, przestawiła wszystkie meble w salonie i powiesiła swoje zdjęcia na ścianach.
— Przytulniej teraz, prawda? — zapytała, gdy Alina wróciła z pracy.
— Gdzie jest moja kanapa?
— Przesunęłam ją do okna. Tam jaśniej, oczy mniej się męczą. — Teściowa zadowolona kiwnęła głową. — I telewizor obróciłam. Teraz z kuchni widać.
Alina bez słowa poszła do sypialni. Na łóżku leżała karteczka:
„Kochana, zabrałam twój odkurzacz do domu, żeby go wyczyścić. Mój się zepsuł. Oddam jutro. — Wiera.”
— Jakiego znowu domu?! — krzyknęła Alina. — To pani dom czy co?!
— No przecież tu teraz mieszkam! — z kuchni dobiegł głos. — Tymczasowo mieszkam!
Alina chwyciła telefon i wybrała numer Pawła.
— Słuchaj uważnie — powiedziała, gdy tylko odebrał. — Zabierasz matkę jutro.
— Alin, nie zaczynaj znowu…
— Byłam u prawnika! — głos przeszedł w krzyk. — To nielegalne zajęcie mieszkania! Samowola!
— Ty chyba zwariowałaś! — oburzył się Paweł. — Chcesz matkę na ulicę wyrzucić?
— Tak! Tego właśnie chcę!
— To radź sobie sama. Nie mam czasu.
Rzucił słuchawką. Alina cisnęła telefonem o ścianę.
— Co to za hałas? — zajrzała Wiera Siergiejewna. — Nie jesteś chora, Alinko?
— Ja już wariuję! — Alina usiadła na łóżku. — Doprowadza mnie pani do szału!
— Alinko, no po co się tak denerwujesz? — staruszka przysiadła obok. — Jestem przecież dobrą lokatorką. Płacę za media, kupuję jedzenie.
— Nie chcę lokatorów! To mój dom!
— Ale przecież mieszkanie duże, miejsca starczy. I raźniej razem.
— Mnie nie jest raźniej!
Rano Alina wstała wcześnie. Wyjęła z szafy dokumenty mieszkania, paszport, akt rozwodu. Pojechała do prawnika.
— Sytuacja nieprzyjemna — pokręcił głową mężczyzna w średnim wieku. — Ale do rozwiązania. Proszę złożyć zawiadomienie na policję.
— I co dalej?
— Przyjdzie dzielnicowy, spisze protokół. Jeśli to nie pomoże — złożyć pozew do sądu.
— Ile to potrwa?
— Miesiąc, dwa minimum.
Alina wyobraziła sobie dwa miesiące z Wierą Siergiejewną i jej koleżankami. Nie, tego nie przeżyje.
Wieczorem wróciła do domu wściekła jak diabli. W mieszkaniu grała muzyka, słychać było śmiechy. W kuchni siedziały już cztery staruszki i grały w domino.
— Alinko! — Wiera Siergiejewna pomachała jej ręką. — Poznaj moje dziewczyny. Urządziłyśmy turniej!
— Jaki turniej?
— W domino! Będziemy spotykać się co wieczór. Nie masz nic przeciwko?

— Owszem, mam! — Alina podeszła do stołu. — Natychmiast się rozejdźcie!
— Ojej, jaka nerwowa — szepnęła jedna ze staruszek.
— Ma stresy w pracy — wytłumaczyła Wiera Siergiejewna. — Teraz ta młodzież cała taka nerwowa.
— Wynocha! — wrzasnęła Alina. — Wszystkie wynocha z mojego mieszkania!
Goście pośpiesznie zebrali domino, pomrukując coś o braku wychowania. Wiera Siergiejewna odprowadziła je do drzwi, przepraszając i obiecując herbatkę z ciastem następnego dnia.
— Po co je tak uraziłaś? — zapytała, wracając do kuchni. — Dobre kobiety, kulturalne.
— Bo to mój dom! — Alina uderzyła pięścią w stół. — Mój!
— Nasz teraz — poprawiła spokojnie teściowa. — Przecież się tu zameldowałam.
— Jak to zameldowała?!
— Byłam w urzędzie meldunkowym. Złożyłam wniosek o meldunek tymczasowy. — Wiera Siergiejewna wyjęła z torebki kartkę. — Proszę, zobacz.
Alina chwyciła dokument. Faktycznie — pieczątka, podpis, wszystko jak należy.
— Jak pani mogła?! — głos Aliny zadrżał.
— A co takiego? Przyniosłam dokumenty, powiedziałam, że siostrzenica pozwoliła mi tu zamieszkać.
— Nie jestem żadną siostrzenicą! I niczego nie pozwalałam!
— No, w urzędzie meldunkowym tego nie wiedzą — uśmiechnęła się Wiera Siergiejewna. — Pracują tam dobre kobiety, współczują starszym.
Alina usiadła na krześle. Ręce jej drżały. To już nie było zwykłe nieporozumienie — zameldowanie to poważna sprawa.
— Jutro składam zawiadomienie na policję — powiedziała cicho.
— Składaj — teściowa wzruszyła ramionami. — Tylko pamiętaj, jestem stara i chora. Kto uwierzy, że siłą się tu wdarłam?
Rano Alina wstała o piątej. Ubrała się, zabrała dokumenty i pojechała na komisariat. Dzielnicowy wysłuchał jej w milczeniu, pokręcił głową.
— Sytuacja trudna — powiedział. — Ale nielegalne zajęcie mieszkania to wciąż nielegalne zajęcie. Pojedziemy to wyjaśnić.
Przyjechali około wpół do ósmej. Wiera Siergiejewna otworzyła drzwi w szlafroku, zaspana.
— Ojej, co się stało? — spojrzała przestraszona na funkcjonariusza.
— Dzień dobry. Starszy lejtnant Pietrow. Można wejść?
— Oczywiście, oczywiście — staruszka zaczęła się krzątać. — Tylko ja nic nie rozumiem…
— Kiedy wprowadziła się pani do tego mieszkania? — policjant wyjął notes.
— No… miesiąc temu. Może trochę wcześniej. — Wiera Siergiejewna usiadła na kanapie. — Mam chore serce, wysokie ciśnienie…
— Ma pani umowę najmu? Zgodę właścicielki?
— Jaką umowę? — staruszka była zdezorientowana. — Przecież to moja krewna. Alinka. Sama pozwoliła.
— Nieprawda! — Alina zrobiła krok do przodu. — Nigdy na to nie pozwalałam!
— Jak to nie pozwalałaś? — Wiera Siergiejewna rozłożyła ręce. — A skąd mam klucze?
— Ukradła je pani! Nie oddała po rozwodzie!
Policjant notował, kiwał głową. Potem zamknął notes.
— Obywatelko — zwrócił się do Wiery Siergiejewny — musi pani opuścić mieszkanie w ciągu doby.
— Jak to opuścić? — staruszka złapała się za serce. — A dokąd ja pójdę?
— To nie nasza sprawa. Ma pani syna, ma pani własne mieszkanie.
— Ale tam jest remont! Kurz! Nie mogę tam mieszkać!
— To proszę wynająć pokój — odpowiedział funkcjonariusz, wstając. — Jutro przyjadę sprawdzić. Jeśli pani tu będzie, sporządzę protokół.
Wyszedł. Wiera Siergiejewna usiadła na kanapie i rozpłakała się.
— Alinko, jak mogłaś? — łkała. — Przecież nie jestem ci obca. Tyle lat razem żyłyśmy.
— Nie razem — powiedziała twardo Alina. — Mieszkałam z pani synem. Z panią — nigdy.
— Ale ja jestem stara! Chora!

— To nie mój problem.
Alina poszła do pracy. Cały dzień myślała, czy po powrocie zastanie puste mieszkanie, czy Wiera Siergiejewna zostanie i będzie dalej przeciągać sprawę.
Kiedy wieczorem otworzyła drzwi, mieszkanie było puste. Meble stały na swoich miejscach. Obce rzeczy zniknęły. Na stole w kuchni leżała kartka:
„Zabrałam tylko swoje. Klucze w szafce. Nie myślałam, że możesz być taka okrutna. — Wiera.”
Alina zmięła kartkę i wrzuciła do kosza. Przeszła po wszystkich pokojach, sprawdzając, czy wszystko jest na miejscu. W łazience czuć było obce mydło. W kuchni widać było ślady po przesuwanych rzeczach. Ale mieszkanie należało do niej. Tylko do niej.
Usiadła w ulubionym fotelu, wzięła telefon. Paweł dzwonił pięć razy, wysłał wiadomości: „Mama płacze”, „Oszalałaś?”, „Nie wstyd ci?”.
Alina usunęła wszystkie wiadomości, nie czytając. Zablokowała jego numer.
Potem wstała i poszła do sklepu gospodarczego. Kupiła farbę, pędzle, wałki. Jutro sobota — będzie mogła zająć się remontem.
Przez dwa tygodnie malowała ściany, zmieniała tapety, kupowała nowe zasłony. Pracowała wieczorami i w weekendy jak w transie. Chciała zetrzeć wszystkie ślady czyjejś obecności.
Kiedy remont się skończył, mieszkanie wyglądało zupełnie inaczej. Nic już nie przypominało o tamtym koszmarze.
Wieczorem Alina siedziała na nowej kanapie z filiżanką herbaty. Za oknem padał deszcz. W mieszkaniu było cicho, przytulnie, spokojnie. Nikt nie rządził w kuchni, nie przestawiał mebli, nie sprowadzał gości.
Wzięła telefon i napisała do przyjaciółki:
„Maszka, przyjedź w gości. Pokażę nowy wystrój.”
Odpowiedź przyszła natychmiast:
„Jadę! Wziąć coś do picia?”
„Weź. Będziemy świętować.”
„A co świętujemy?”
Alina pomyślała chwilę i odpisała:
„Wolność.”
Odłożyła filiżankę na stolik i uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dawna — szczerze, z głębi serca. Dom był jej. Życie było jej. I tylko ona będzie o nich decydować.