— No dalej, dalej, nie ociągaj się! Walizki w ręce i wynoś się stąd! Teraz mieszkamy tu my — ja, moja żona i dzieci — odważnie oznajmił Nikołaj.

— Jak to wy? Na jakiej podstawie? Ten dom jest mój! Zgodnie z prawem. Testament został sporządzony na moją korzyść i doskonale o tym wiesz — powiedziała spokojnym tonem Łarysa.
— No i co z tego! Mogę go bez problemu podważyć w sądzie, ale nie chce mi się babrać! Ty jesteś sama, Larka, stara samotna baba! Po co ci taki dom dla jednej osoby, zastanów się sama. Idź mieszkać z matką! A my mamy rodzinę, dzieci. No i kto powinien tu mieszkać według sumienia? Oczywiście my z Lidką.
Tego dnia Łarysa wracała późno z miasta do domu. Przypadkiem spotkała tam swoją dawną przyjaciółkę Rajeczkę, z którą dwadzieścia lat temu uczyła się w medycznym koledżu.
Dawne koleżanki rozgadały się, Raisa zaprosiła ją do siebie, pokazała, jak żyje, przedstawiła rodzinę. Łarysa zasiedziała się u przyjaciółki do późna i ledwo zdążyła na ostatni autobus rejsowy odjeżdżający do Rassypnoje.
Prawdę mówiąc, kobiecie nie spieszyło się do domu. W dużym domu, który odziedziczyła po babci Marfie, nikt na Łarysę nie czekał. Mimo poważnego wieku nie miała własnej rodziny.
Tak się złożyło, że w wieku trzydziestu siedmiu lat była bardzo samotna. Nie, Lara nie była starą panną. Po krótkim małżeństwie, trwającym zaledwie kilka miesięcy, Łarysa nie myślała już o żadnych romansach. Swoje małżeństwo uważała za błąd, a po zdradzie Witalija, który zamienił ją na miejską lalę przyjezdną do sąsiadów, dochodziła do siebie długo i boleśnie.
Drugim powodem było to, że w ich niewielkiej wiosce nie było z kim budować nowych relacji, które mogłyby doprowadzić do założenia rodziny. A innych relacji porządna i surowo wychowana Łarysa nie chciała.
Wysiadłszy z autobusu obok miejscowego sklepu spożywczego, który znajdował się obok administracji i poczty, kobieta postanowiła kupić sobie coś na kolację. Tak bardzo chciała sprawić sobie coś smacznego. I choć zmierzch powoli ogarniał ulicę — jesienią wcześnie robiło się ciemno — Łarysa postanowiła się nie spieszyć do domu.
Lekki, orzeźwiający mrozik był przyjemny po dusznym autobusie. Powietrze, wypełnione zapachem nadchodzącej zimy, lekko szumiało w głowie. Chciało się iść i iść znajomą ulicą i wdychać tę świeżość.
W tej chwili Łarysa myślała o tym, że w zasadzie nie może narzekać na swój los. Tak, nie ma męża — tak się złożyło. Ale czy tylko ona jedna taka? Popatrz, ile w Rassypnym żyje kobiet bez mężczyzn. I nic, żyją nieźle. Pracują, wychowują dzieci, radzą sobie jakoś bez mężów.
Najważniejsze, żeby zdrowie było. A w tym Bóg Larkę nie skrzywdził. I zawód ma — pracuje jako felczerka w miejscowym ośrodku zdrowia. A to znaczy, że zawsze ma pensję, stałą, choć niewielką. I dom też teraz ma. Swój, własny. Babcia Marfa zapisała go właśnie jej, Łarysie, swojej ukochanej wnuczce.
A niedawno kobiecie przyszedł do głowy pewien pomysł, wręcz plan, który za wszelką cenę zamierzała wcielić w życie. I ta myśl, która raz zagościła w świadomości samotnej Łarysy, już jej nie opuszczała.
„Tak właśnie zrobię. I wtedy nie będę już samotna. I moje puste życie wreszcie nabierze sensu” — przekonywała się Łarysa o słuszności swojej decyzji.
Dziś pojechała do miasta, by zacząć kompletować dokumenty do adopcji. Niedawno miała okazję być w domu dziecka i stamtąd kobieta wyjechała już z nowym marzeniem rozgrzewającym serce.
Tyle na świecie skrzywdzonych dzieci, a ona żyje sama. Młoda, zdrowa, z taką niewykorzystaną miłością. Czy po tym wszystkim, co zobaczyła w sierocińcu, można dalej żyć tak jak dotąd? Nie, Łarysa koniecznie weźmie na wychowanie chłopca albo dziewczynkę.
Tak, kobieta rozumiała, że to odpowiedzialny krok. Nawet matka przyjęła decyzję córki wrogo.
— Co ty wymyśliłaś, Laro? Po co ci cudze dziecko? Sama jeszcze możesz urodzić, jesteś wystarczająco młoda, teraz nawet po czterdziestce planują dzieci, a ty masz zaledwie trzydzieści siedem. Co mnie przed ludźmi kompromitujesz, przecież to wieś, nie miasto. Nawet o tym nie myśl.
— A czym ja cię kompromituję, mamo? — zdziwiła się córka.
— Ona się jeszcze pyta! Lidka, twoja młodsza siostra, już wszystko zdążyła — drugi raz wyszła za mąż i troje dzieci urodziła. A ty jakbyś nie z tego świata była. Co z ciebie za człowiek, Łaryso! Nie potrafiłaś żyć z mężem…
— Mamo!
— Co mamo?! Co? No, poszedł wtedy twój Witalik na bok. Wielkie rzeczy! Oni prawie wszyscy chodzą na boki. Cóż za sensacja! Po co było od razu przepędzać takiego dobrego chłopa? Gdyby kobiety w naszej wiosce za każdym razem przez to wyrzucały mężów, to już by tu żadnego żonatego nie zostało — cynicznie pouczała córkę matka.
— Mamo, po co o tym mówisz? To moja przeszłość, skończmy z tym, zapomnij — smutno odpowiadała Łarysa.
— Nie wygnałabyś Witalika, już dawno wychowywałabyś swoje dzieci. Kończyłyby teraz szkołę! A ty wymyśliłaś głupoty — dziecko z domu dziecka wziąć! No, w ostateczności zakręciłabyś romans z kimś. Giena Leontjew za tobą szaleje, wiesz o tym, Laro.
I twój dawny kolega z klasy, Pietka Chorochorin ze stolicy czasem wpada w odwiedziny. Pamiętam, że mu się podobałaś wtedy. Co ja cię jak dziecko uczę. Wykorzystaj kobiecą przebiegłość, to swoje się urodzi. Nie będziesz musiała brać cudzego.
— Nie, mamo. Nie chcę tak… Co innego, gdyby to było z miłości, a co innego — jak u psów, byle się tylko połączyć. Tylko po to, żeby dziecko zrobić. To nie dla mnie — tłumaczyła Łarysa.
— A wziąć cudze — to według ciebie dobrze, tak? A skąd wiesz, kim byli jego rodzice? Jakie dziedzictwo niesie to dziecko? — nie ustępowała matka.
— Już zdecydowałam i nie próbuj mnie odwieść — powiedziała stanowczo Łarysa.
Kiedy babcia Marfa odeszła i okazało się, że swój duży drewniany dom, który niegdyś zbudował jej mąż Fiodor, zapisała właśnie Łarysie, cała rodzina była bardzo zdziwiona. I — delikatnie mówiąc — niezadowolona.
— A dlaczego jej? — oburzała się młodsza siostra Lidia. — Czy ona jest jakaś wyjątkowa? Mam troje dzieci, a my z Nikołajem tłoczymy się w jakiejś ruderze, i to jeszcze razem z jego matką. A Łarisce jednej — cały dom! Gdzie tu sprawiedliwość? Nasza babka już pod koniec życia nie miała rozumu, dlatego robiła takie głupoty!

— Trzeba było czasem do babci zaglądać, odwiedzać ją. Ostrzegałam cię, że moja teściowa miała trudny charakter, więc się na nas zemściła — wyrzucała młodszej córce matka Łarysy. — Larka była sprytniejsza od ciebie, kręciła się przy babci cały czas. O innych wnukach nawet nie ma co mówić — nie widzieli staruszki od piętnastu lat, jeśli nie dłużej. To i nic dziwnego, że Łariska została jej ulubioną wnuczką.
— Dobre sobie! A kiedy niby miałam po babkach chodzić? Mam troje małych dzieci! Z nimi tyle zamieszania i roboty — nie ustępowała Lidia. — Ta stara wiedźma! Dobrze, że jej nie lubiłam i do niej nie chodziłam. Nie mogłam jej znieść. Ale nic to, mój Kola wróci z pracy i przywrócimy sprawiedliwość! Obiecuję ci to, mamo.
— Uspokój się już. Brakowało nam jeszcze problemów z policją. Wszystko zgodnie z prawem — dom należy do Łarki, a z prawem nie wygrasz — odparła z irytacją matka Lidii.
Ale młodsza siostra Łarysy wcale nie zamierzała znosić tej rażącej niesprawiedliwości. I rozmowy o tym, że babciny dom należy się im, toczyły się między małżonkami bez przerwy.
— Lidusiu, tylko powiedz słowo, a ja twoją Łariskę w jednej chwili z tego domu wyrzucę — obiecywał pewnym tonem Nikołaj. — Jak wrócę z pracy, grzecznie ją poprosimy, żeby się wyniosła. A jak grzecznie nie zrozumie — to powiemy jej inaczej. A ty się szykuj do przeprowadzki, kochanie.
Od tej pory mąż przy każdej okazji wspominał żonie, że niedługo zamieszkają w dużym babcinym domu, opuszczając ciasny domek teściowej.
Idąc powoli wieczorną ulicą w stronę domu, Łarysa ze smutkiem patrzyła w cudze okna znajomych domów. Myślała o tym, że za każdym z nich mieszka czyjeś szczęście. W przytulnym cieple słychać śmiech dzieci, a małżonkowie omawiają sprawy i snują plany. A jej nikt nie czeka. Nikt — i to takie przykre… Ale wkrótce wszystko miało się zmienić!
Zanurzona w myślach Larysa skręciła w zaułek, przy którym stał jej dom, i zatrzymała się zaskoczona. We wszystkich oknach paliło się światło, co było bardzo dziwne.
„Co teraz robić? Chyba trzeba dzwonić na policję, bo przecież nikogo się nie spodziewałam. I klucza od domu nikomu nie dawałam” — rozważała zdezorientowana kobieta.
Najwyraźniej przeczuwała, że coś takiego może się zdarzyć, dlatego nikomu z rodziny nie zostawiła klucza do domu.
Kiedy podeszła bliżej, zobaczyła w oknie sylwetkę Lidii z najmłodszym synkiem na rękach.
— Niemożliwe! Naprawdę się na to zdecydowali?! — Łarysa nie wierzyła własnym oczom. — Co za wstyd! Co za koszmar!
Ciężko westchnęła, wyobrażając sobie, jaki zaraz wybuchnie skandal. Bo przecież siostra z rodziną nie przyszła do niej w odwiedziny — wcześniej wyłamali zamek. Tak się nie przychodzi w gości. Razem z bezczelnym mężem wtargnęli do jej prawnie należącego domu. I zrobili to tylko w jednym celu — żeby w nim zamieszkać. Z dziećmi, z rzeczami, które pewnie zdążyli tu przenieść, gdy Łarysa była w mieście.
Znając kłótliwy charakter młodszej siostry i porywczy temperament jej drugiego męża, kobieta postanowiła się nie unosić i nie pakować w awanturę. Najlepszym wyjściem było wezwać pomoc.
— Halo, Nadziu, cześć! — wybrała numer swojej znajomej ze wsi, z którą przyjaźniła się od lat. — Powiedz, masz może numer do naszego nowego dzielnicowego? Był gdzieś zapisany? Ojej, poszukaj, bardzo mi teraz potrzebny. Tak, tak, dla mnie! Potem ci wszystko opowiem, teraz nie mam czasu. Czekam!
Kobieta zakończyła rozmowę i zaczęła czekać na wiadomość z numerem. Niedawno w ich wiosce wreszcie pojawił się dzielnicowy, na którego wszyscy czekali. Nikt nie chciał tu przyjeżdżać, więc przez długi czas porządek w Rassypnym trzymał się tylko na dobrej woli mieszkańców.
Zabrzmiał dźwięk wiadomości i Łarysa z nadzieją wybrała numer, który przysłała jej przyjaciółka. Ale w odpowiedzi usłyszała tylko ciszę. Najpierw długie sygnały, a potem elektroniczny głos poinformował, że numer jest nieaktywny lub poza zasięgiem.
— No i pięknie… Chciałam poprosić o pomoc, ale widocznie będę musiała poradzić sobie sama — powiedziała smutno Łarysa. — Jak zawsze zresztą. Cóż się dziwię…
W tym momencie zadzwoniła Nadzia.
— Halo, Łaruszka, no i co u ciebie? Dodzwoniłaś się do Jewgienija Leonidowicza? — zapytała ciekawsko.
— A kto to? — zdziwiła się Łarysa.
— No jak to kto? Dzielnicowy przecież! Przecież ja ci właśnie wysłałam jego numer. Dodzwoniłaś się do niego czy nie?
— Nie, nie odbiera. Nie ma czasu na moje problemy, ma ważniejsze rzeczy. Wszystko będę musiała załatwić sama — odpowiedziała Łarysa z rezygnacją.
— A co się stało? — nie dawała spokoju wścibska Nadzia. — Znowu Lidka coś kombinuje, co?
— Gdyby tylko! Z Nikolaszem przeszli od słów do czynów. Wprowadzili się do mojego domu, jak mnie dziś nie było w mieście.
— No nie! Ale beksy! Jak mogli na to się odważyć? Przecież to sprawa karna. Tu żadne wymówki typu „to dom mojej babci” nie pomogą.

— Dobrze, Nadjusza, pójdę ich wygonić. Sama będę musiała to robić. Na dworze już zimno, i kogo tu mam czekać? Nikt nie przyjdzie na pomoc — powiedziała kobieta smutno.
— Trzymaj się! — odkrzyknęła Nadzia i rozłączyła się.
Gdy Łarysa weszła do domu, który tętnił światłem i dziecięcymi głosami, przez chwilę była zdezorientowana. Lidia z mężem rzeczywiście zdążyli tu przywieźć wszystkie swoje rzeczy. Część była już rozpakowana, reszta stała jeszcze w torbach i wielkich kufrach przy drzwiach wejściowych.
— O, już przyszłaś! — zawołała głośno Lidia, gotowa do obrony. — Tylko proszę, nie zaczynaj. Nie rób scen! Sama wiesz, że tak będzie słusznie. To sprawiedliwe.
— Słusznie? Sprawiedliwe?? — zdziwiła się Łarysa. — No, zależy jak na to patrzeć. Po co wy wyłamaliście zamek? Zaraz zadzwonię na policję i sprawa zostanie złożona. Czy wy tego nie rozumiecie?
— Jaka sprawa? — wrzasnął zięć, pokazując się przed właścicielką domu w podkoszulku, rozciąganych dresach i zdeptanych kapciach domowych. Wyglądał, jakby już przyjmował rolę gospodarza. — Ten dom jest po jej babci! I moja żona będzie tu mieszkać! Ona i jej rodzina…
Nikołaj przy tym demonstracyjnie wskazywał ręką na swoją żonę, jakby Łarysa nie wiedziała, że babcia Marfa była ich wspólną krewną.
— Ten dom babcia zapisała mnie — odpowiedziała cicho, patrząc na rozwścieczoną siostrę, a nie na zięcia, który już szykował się do konfrontacji z właścicielką.
— A mnie to wszystko jedno! Wynoś się stąd! Teraz mieszkamy tu my — ja, żona i dzieci! — bezczelnie kontynuował Nikołaj.
— Ten dom jest mój. Zgodnie z prawem. Testament został sporządzony na moją korzyść — powiedziała już głośniej, starając się mówić spokojnie.
— Ty jesteś sama! Łariska, samotna baba, i to już nie najmłodsza. Rodziny nie masz i mieć nie będziesz. Idź do matki, tam mieszkaj! A my mamy rodzinę, dzieci — więc komu według sumienia należy się ten dom? Oczywiście nam! — bezwstydny zięć naciskał na właścicielkę, celowo ją raniąc. — Twoje rzeczy Lida już spakowała. Tam, w tej torbie i walizce. Zabieraj i wynoś się na ten mróz! No, rusz się!
— Nigdzie nie pójdę — powiedziała Łarysa, cofając się lekko przed nachalnym mężczyzną, który niemal na nią napierał.
— Pójdziesz, jeszcze jak pójdziesz! — Nikołaj już zamachnął się, by ją uderzyć.
Ale wtedy coś się stało. Łarysa nie od razu pojęła, co właściwie zaszło.
Za jej plecami nagle otworzyły się gwałtownie drzwi, a obcy męski głos krzyknął donośnie:
— A no, przestać natychmiast to chuligaństwo! Co wy sobie wyobrażacie?!
— Uff! Dzięki Bogu, zdążyliśmy! — wykrztusiła zziajana Nadzieja, wpadając do domu tuż za dzielnicowym.
— Co się tu dzieje? — zapytał funkcjonariusz oficjalnym tonem. — Ta obywatelka — wskazał na Nadzieję — twierdzi, że w tym domu doszło do bezprawnego zajęcia cudzej własności. No i co państwo na to?
— Ależ nie, panie władzo! — zupełnie innym tonem odezwał się Nikołaj, a jego oczy zaczęły nerwowo biegać. — My tu wszyscy jesteśmy rodziną. Jaki tam napad, o czym pan mówi? Nie było żadnego zajęcia…
— Wyjaśnimy to — spokojnie odpowiedział Jewgienij Leonidowicz. — Na początek proszę pokazać paszporty i dokumenty na dom. — A pani, Nadziejo, dziękuję za szybką reakcję.
— Nie ma za co. Ja tylko po prawdzie. Wiem przecież, że oni chcieli zostawić Łarusię bez dachu nad głową. A to przecież nie w porządku, niezgodne z prawem! — powiedziała kobieta dźwięcznym głosem, spoglądając triumfalnie na Lidię i jej męża.
Kiedy dzielnicowy, po sprawdzeniu dokumentów, nakazał bezczelnym intruzom natychmiast opuścić dom Łarysy, Lidia wpadła w histerię. Krzyczała, że to niesprawiedliwe, że złoży pozew do sądu, a ten przyzna dom jej rodzinie, bo mają troje dzieci.
— Składajcie, to wasze prawo. A teraz proszę zebrać rzeczy i natychmiast opuścić cudzy dom — rozkazał surowo dzielnicowy.
— I tak ci go odbiorę! Wywalę cię stąd, zobaczysz! — wrzeszczała młodsza siostra, patrząc z nienawiścią na Łarysę.
Gdy wreszcie Lidia z mężem i dziećmi odeszli, zostawiając dom jego prawowitej właścicielce, Łarysa odetchnęła z ulgą.
— Dziękuję wam ogromnie, panie dzielnicowy! I tobie też, Nadziu. Bez was bym sobie nie poradziła — powiedziała zmęczona, ale wdzięczna.

Jewgienij Leonidowicz odszedł, a przyjaciółka została, by wesprzeć Łarę w tej trudnej chwili.
— A jak się nazywa kotka? — spytała nieśmiało czteroletnia Sasza, po raz pierwszy wchodząc do swojego nowego domu razem z Łarysą.
— Kotka? Dusia. A jakże by inaczej! — z radością odparła szczęśliwa kobieta, trzymając swoją córeczkę za drobną rączkę. — Widzisz, Saszko, to teraz twój dom. Tu będziemy mieszkały razem, ty i ja. Cieszysz się?
— Cieszę się, mamo. A mogę nazywać ją Śnieżynką? Zobacz, jaka biała i puszysta!
— Możesz, córeczko, oczywiście, że możesz. Niech będzie Śnieżynka. A ty, Dusia, zgadzasz się?
Teraz Łarysa nie była już sama. Tę milczącą dziewczynkę zauważyła od razu, gdy przyszła do domu dziecka, by wybrać malucha. Dziewczynka była tak podobna do niej samej z dzieciństwa, że Łarysa początkowo nie mogła uwierzyć własnym oczom.
Pewnego dnia, po kilku tygodniach, ktoś zapukał do drzwi.
— Dzień dobry, Jewgienij Leonidowicz! Proszę wejść — powiedziała z lekkim zakłopotaniem Łarysa, widząc dzielnicowego.
— Właściwie tylko na chwilę. Przechodziłem obok i pomyślałem, że zapytam… Czy wszystko u was w porządku? Czy nikt was nie niepokoi? Może czegoś potrzeba?
— Nie, nikt nas nie niepokoi. Dziękuję za troskę — odpowiedziała z uśmiechem gospodyni.
— To dobrze. A jak Saszeńka? Przyzwyczaiła się już? — spytał z życzliwością mężczyzna, patrząc na dziewczynkę. — No, chodź, weź tę czekoladkę.
— Dobrze u mnie, wujku! — zawołała wesoło córeczka, chwytając upominek. — Mieszkamy tu z mamą i Śnieżynką, i bardzo nam dobrze razem!
— Cieszę się. A jeśli będziecie czegoś potrzebować, wołajcie. Zawsze chętnie pomogę.
Widać było, że mężczyzna jest lekko onieśmielony i trochę się gubi w rozmowie.
„Ciekawe, dlaczego?” — pomyślała Łarysa, uśmiechając się nieśmiało do niespodziewanego gościa.

Tydzień później dzielnicowy przywiózł swoim nowym znajomym dużą słoję świeżego miodu.
— Pomyślałem, że was poczęstuję. Wczoraj przywieźli mi z pasieki dwie, a gdzie ja sam tyle zjem! — powiedział, wręczając zaskoczonej Łarysie bursztynowy przysmak.
Potem usiedli do herbaty, a Jewgienij opowiedział, że od trzech lat żyje sam. Po rozwodzie z żoną.
Historia była nieprzyjemna, więc nie wdawał się w szczegóły. Widać było, że wspomnienia sprawiają mu ból. Dlatego też zgodził się na pracę tutaj, w tej głuszy — chciał uciec od siebie i swojego nieszczęścia.
— Rozumiem. Czyli los też nie obdarzył pana rodzinnym szczęściem — powiedziała cicho Łarysa.
Po pół roku Jewgienij, który zdążył związać się z tą ciepłą i piękną kobietą oraz jej córeczką Saszeńką, przyszedł się oświadczyć.
Kobieta bez wahania przyjęła jego propozycję. I ani razu tego nie żałowała.
Doczekali się jeszcze synka — braciszka dla starszej córeczki. I żyli razem jak prawdziwa, szczęśliwa rodzina.