Zapomniawszy dokumentów, żona wróciła do domu i przyłapała męża z inną kobietą

Lida wbiegła do klatki schodowej i natychmiast się zatrzymała. Klucze. Gdzie są klucze? Szukała ich w torebce przez dwie minuty. Boże, jaka z niej niezdara! Dokumenty dla urzędu emerytalnego zapomniała, a teraz jeszcze klucze zgubiła.

Znalazła je w kieszeni płaszcza. Uff.

Wchodziła po schodach i myślała o tamtych czasach, kiedy cały dzień był rozpisany co do minuty. Wcześniej — małe dzieci, praca, dom. Teraz wszystko uporządkowane. Aż za bardzo uporządkowane, szczerze mówiąc.

Witia był na emeryturze już od dwóch lat, ona od pół roku. I ta cisza w domu zaczęła ich przygniatać. Kiedyś nie zwracali na siebie uwagi w codziennym zgiełku, teraz wpadają na siebie na każdym kroku.

Klucz obrócił się gładko. Lida popchnęła drzwi i usłyszała głosy z salonu. Witia w domu? Przecież miał pojechać do garażu. I kto to z nim?

Kobiecy śmiech. Znajomy.

Lida zdjęła buty, podeszła do drzwi salonu. Uchyla je. I zamarła.

Na kanapie siedziała młoda kobieta. Jasne włosy, ładna. A obok Witia. Jej Witia. Jego dłoń spoczywała na ramieniu dziewczyny. Siedzieli bardzo blisko. Zbyt blisko.

Lida ją poznała. Sonia. Córka koleżanki Witii z pracy. Ta, o której mówił: „taka mądra dziewczyna, pracuje w banku”.

— Soniu, rozumiesz mnie — mówił Witia cichym głosem. Takim, jakim kiedyś mówił do niej.

Sonia oparła głowę na jego ramieniu.

— Wiciu, tak mi dobrze z tobą. Jesteś taki mądry, doświadczony.

Witia pogładził ją po włosach.

Lida stała i nie mogła się ruszyć. Serce biło tak głośno, że wydawało się, iż słychać je w całym mieszkaniu. Ale oni nie słyszeli. Byli zajęci sobą.

— Lidka mnie nie rozumie — mówił dalej Witia. — Staliśmy się sobie obcy. A z tobą czuję, że żyję.

— Przecież ona jest dobra — szepnęła Sonia.

— Dobra. Ale zimna. Wiesz, jak to jest — żyć obok człowieka i być samotnym?

Lida cofnęła się. Zimna? Ona zimna? Trzydzieści pięć lat małżeństwa, dwoje dzieci, wnuki. Całe życie poświęciła rodzinie. A ona zimna?

Dokumenty leżały na komodzie w sypialni. Lida wzięła je drżącymi rękami. Witia dalej coś mówił w salonie. Głos miał łagodny, miękki. Takiego nie słyszała od niego od dziesięciu, może nawet więcej lat.

Wracała na palcach. Przy drzwiach do salonu znów się zatrzymała. Nie mogła się powstrzymać.

Teraz Sonia siedziała Witii na kolanach. Całował ją w szyję.

Dość. Wystarczy.

Lida doszła do przedpokoju, włożyła buty. Witia coś szeptał Soni, ona się śmiała.

Drzwi za Lidą zamknęły się cicho. Zeszła na dół, wyszła na ulicę. Było zimno, ale nie czuła chłodu. Nie czuła nic.

Tylko jedna myśl dudniła jej w głowie: „Trzydzieści pięć lat. Trzydzieści pięć lat!”

A potem przyszło jak fala. Ból, żal, złość. Wszystko naraz. Lida usiadła na ławce przed klatką i zapłakała. Tam, na ulicy, przy wszystkich. Było jej wszystko jedno.

Siedziała na ławce, rozmazując tusz po policzkach. Przechodnie patrzyli ukradkiem, ale nie obchodziło jej to. Niech patrzą. Niech myślą, co chcą.

Telefon zawibrował. Witia.

— Lid, gdzie jesteś? Znalazłem twoje dokumenty na komodzie.

Głos zwyczajny. Spokojny. Jakby nic się nie stało.

— Wiem.

— A… byłaś w domu?

Pauza. Długa, ciężka pauza.

— Byłam.

— Słuchaj, to nie to, co myślisz…

— A co to jest, Wit?

— No… Sonia się zdenerwowała przez pracę. Pocieszałem ją.

— Na kolanach pocieszałeś?

Znów cisza. Potem westchnienie.

— Wróć do domu. Porozmawiajmy spokojnie.

— Nie wrócę.

Lida rozłączyła się i poszła do Ritki. Przyjaciółka mieszkała na sąsiednim podwórku. Czterdzieści lat przyjaźni. Jeśli nie Ritka, to kto?

Rita otworzyła drzwi w szlafroku i kapciach.

— Lidka, co się stało?

— Mogę wejść?

— Oczywiście. Chodź. Napijesz się herbaty?

Usiadły w kuchni. Lida opowiedziała wszystko. Rita słuchała, kręcąc głową.

— Drań — powiedziała krótko. — A myślałam, że Witia to porządny facet.

— Ja też tak myślałam.

— I co teraz?

— Nie wiem, Ritka. Głowa mi nie pracuje.

— Ile lat ma ta dziewczyna?

— Dwadzieścia osiem.

— Idiota! Bawi się w starego amanta. Nie wracaj jeszcze do domu. Przenocujesz u mnie.

Wieczorem Witia dzwonił z dziesięć razy. Lida nie odbierała.

Rano przyszła po rzeczy. Witia siedział w kuchni, pił kawę. Wyglądał na zmęczonego.

— Lid, usiądź. Porozmawiajmy jak ludzie.

— Mów.

— Nie chciałem cię zranić.

— Ale zraniłeś.

— Rozumiesz… staliśmy się sobie obcy. Nie widzisz mnie, nie słyszysz. Jestem dla ciebie jak mebel.

Lida usiadła naprzeciwko. Ręce jej drżały, ale starała się trzymać.

— I dlatego można sadzać dziewczyny na kolanach?…

— Nie dziewczynki. Sonię. Ona mnie rozumie, z nią jest ciekawie. A my… kiedy ostatni raz normalnie rozmawialiśmy?

— A ty kiedy ostatni raz normalnie rozmawiałeś ze mną? Tylko marudzisz i oglądasz telewizję.

— Bo w domu atmosfera… jak w grobie. Gotujesz, sprzątasz, milczysz. Jak robot.

Lida wstała. Nie mogła już dłużej siedzieć.

— Trzydzieści pięć lat robot. Dzieci wychowywał robot. Tobą się opiekował robot.

— Lid, nie mów tak…

— A jak mam mówić, Wit? Wesoło? Ty zdradzasz, a ja mam się cieszyć?

— Ja nie zdradzałem! My tylko… blisko się trzymaliśmy.

— Na kolanach tak blisko?

Witia spuścił głowę.

— To ona pierwsza… się zbliżyła. Nie powstrzymałem się.

— Nie powstrzymałeś się. A ja przez trzydzieści pięć lat powstrzymywałam się od wszystkiego. Zrezygnowałam z dobrej pracy, żeby być w domu. Odsunęłam się od przyjaciółek, żeby mieć więcej czasu dla rodziny.

— Nikt cię do tego nie zmuszał.

To zdanie ją dobiło. Lida spojrzała na męża i zrozumiała — wszystko skończone. Ten Witia, którego kochała, zniknął. A może nigdy go nie było.

— Pomieszkam u Rity. Pomyślę, co dalej.

— Lid, nie odchodź. Możemy to wszystko naprawić.

— Nie wiem, Wit. Naprawdę nie wiem.

Spakowała torbę z rzeczami. Witia siedział w kuchni i się nie ruszał.

Przy drzwiach odwróciła się:

— A Soni powiedz, żeby dbała o kolana. W twoim wieku szybko się ścierają.

Tydzień Lida mieszkała u Rity. Spała na kanapie, pomagała w domu, myślała. Witia dzwonił codziennie.

— Lid, przestań się dąsać. Wróć do domu.

— Nie dąsam się. Zastanawiam się.

— Nad czym tu myśleć? Rodzina jest najważniejsza.

— Dla ciebie na pewno nie.

— Przecież powiedziałem — więcej tego nie będzie. Sonia… to była głupota.

— Głupota. Trzydzieści pięć lat małżeństwa — głupota.

Rita gotowała barszcz i słuchała tych rozmów. Potem mówiła:

— Daj sobie z nim spokój, Lidka. Znajdziesz sobie normalnego faceta.

— W wieku pięćdziesięciu ośmiu lat znajdę?

— A czemu nie? Jeszcze długo będziesz żyć.

Ale Lida się bała. Bała się być sama. Całe życie była czyjaś. Najpierw córką, potem żoną, matką. A po prostu Lidą — nigdy.

W piątek Witia przyszedł do Rity sam.

— Mogę zobaczyć Lidę?

Rita prychnęła, ale wpuściła go. Lida wyszła do niego do przedpokoju.

— Czego chcesz?

— Musimy porozmawiać. Poważnie.

— Mów tutaj.

— Lid, wszystko zrozumiałem. Uświadomiłem sobie swój błąd. Wybacz mi.

Stał ze spuszczonym wzrokiem, z miną winowajcy.

— Za co mam wybaczyć? Za zdradę czy za to, że zrobiłeś ze mnie robota?

— Za wszystko. Byłem głupi.

— Byłeś. A teraz?

— Chcę to naprawić. Będziemy podróżować, chodzić do teatru. Jak młodzi.

Lida patrzyła na niego i czuła… pustkę. Złości już nie było. Ani żalu. Tylko pustka.

— Wiesz, co zrozumiałam przez ten tydzień?

— Co?

— Że bez ciebie… jest mi lżej.

Witia podniósł głowę.

— Jak to lżej?

— Nie muszę myśleć, co ugotować. Jakie masz dziś nastroje. Czy spodoba ci się to, co założyłam. Po prostu żyję.

— Ale przecież jesteśmy rodziną…

— Byliśmy rodziną. A potem staliśmy się sąsiadami. Dobrze powiedziałeś — obcymi.

Witia podszedł bliżej.

— Lid, poprawię się. Słowo honoru.

— Nie trzeba się poprawiać. Już za późno.

— Dlaczego za późno?

Lida westchnęła. Tak ciężko, głęboko.

— Bo cię odkochałam, Wit. Siedzę i myślę — kiedy to się stało? I rozumiem — już dawno. Tylko nie chciałam się do tego przyznać.

— Nie mów tak.

— A jak mam mówić? Ty się z Sonią obejmujesz, a ja mam się cieszyć?

— Sonia to był błąd!

— Błędem było to, że przez trzydzieści pięć lat żyłam nie swoim życiem. A Sonia to tylko sygnał. Nawet jej za to dziękuję.

Witia się zmieszał. Spodziewał się łez, histerii. A dostał spokój.

— Czyli mnie nie wybaczysz?

— Wybaczę. Ale razem nie będziemy żyć.

— Gdzie pójdziesz?

— Nie wiem jeszcze. Ale nie do ciebie.

— Lid, zwariowałaś! W naszym wieku się rozwodzić…

— W naszym wieku zdradzać też dziwne. Ale ty to zrobiłeś.

Stali chwilę w milczeniu. Potem Witia powiedział:

— Pomyśl jeszcze. Poczekam.

— Już myślałam. Zdecydowałam.

— Ostatecznie?

— Ostatecznie.

Odszedł. Rita wyszła z kuchni.

— Brawo, Lidka. Dobrze zrobiłaś.

— Boję się, Rit.

— Wszystko, co nowe, jest straszne. Ale trzeba żyć.

Lida skinęła głową. Trzeba żyć. Wreszcie swoim życiem.

Miesiąc później Lida wynajęła jednopokojowe mieszkanie blisko centrum. Małe, ale własne. Witia pomógł przy przeprowadzce. W milczeniu nosił pudła, posępny.

— Lid, może jednak jeszcze raz to przemyślisz?

— Przemyślałam. Wystarczy.

— Mamy składać papiery rozwodowe?

— Oczywiście. Po co to odwlekać?

Skinął głową i wyszedł. Nie próbował już przekonywać.

Lida rozpakowywała rzeczy i dziwiła się — jak mało ma swojego. Sukienki, książki, zdjęcia. Wszystko inne było wspólne albo Witii.

Rita pomagała układać naczynia.

— No i jak, przyzwyczajasz się?

— Powoli. Tylko dziwnie — nikogo nie czekam, nikomu nie gotuję.

— Za to żyjesz dla siebie.

— Tak. Jeszcze się do tego nie przyzwyczaiłam.

Następnego dnia Lida poszła na siłownię. Zapisała się na aqua aerobik. W basenie poznała kobiety w swoim wieku. Galę, Tonię, Swietę. Wszystkie rozwódki albo wdowy.

— Witamy w klubie wolnych dam — śmiała się Gala.

— A nie boicie się być same?

— Na początku się bałyśmy. Potem człowiek się przyzwyczaja. A potem rozumie, jakie to dobre!

Lida nie wierzyła. Ale po paru tygodniach zaczęła rozumieć, o czym mówiła Gala.

Wstajesz, kiedy chcesz. Jesz, co chcesz. Oglądasz swoje filmy, czytasz swoje książki.

Gala zaproponowała wspólny wyjazd do Petersburga na weekend.

— Nigdy nie podróżowałam sama — przyznała Lida.
— To przecież nie będziemy same. Pojedziemy we trzy. Swieta też chce.

Petersburg był cudowny. Lida chodziła po muzeach, robiła zdjęcia, kupowała dzieciom pamiątki. Wieczorem siedziały w kafejce, piły wino, rozmawiały.

— A faceci wam nie są potrzebni? — zapytała Lida.

— A po co? — zdziwiła się Swieta. — Żeby znowu prać, gotować i słuchać narzekań?

— Ale przecież samotność…

— Jaka samotność? — roześmiała się Gala. — Mam tyle zajęć, że doby brakuje. Wnuki, przyjaciółki, sport, kursy angielskiego.

— Kursy?

— A co? W wieku sześćdziesięciu lat za późno się uczyć? Bzdura. Wręcz przeciwnie — to najlepszy moment.

Lida zamyśliła się. Co chciała robić przez całe życie, ale nigdy nie mogła? Rysować. W szkole dobrze jej szło, ale rodzice mówili — to nie zawód. Potem rodzina, dzieci, brak czasu.

Po powrocie do domu zapisała się na kurs rysunku. Prowadzącą była młoda dziewczyna.

— Nie boi się pani zaczynać od nowa? — zapytała.

— A czego się bać? Gorzej rysować i tak nie będę.

Po trzech miesiącach Lida miała swój pierwszy obraz. Krzywy, ale własny. Powiesiła go w sypialni.

Witia czasem przychodził. To z czynszem, to z jakimiś dokumentami. Patrzył na obrazy, na nowe meble.

— Dobrze się urządziłaś.
— Tak, dobrze.
— Nie tęsknisz?
— Nie tęsknię.
— A ja tęsknię.
— A co z Sonią?
— Sonia… wyszła za mąż. Za swojego rówieśnika.

Lida uśmiechnęła się ironicznie.
— Widzisz? Mądra dziewczyna.

— Lid, może jednak…
— Nie, Wit. Tak jest dobrze.

Odchodził przygnębiony. A Lida parzyła herbatę i siadała do sztalugi.

Na początku dzieci nie rozumiały.
— Mamo, jak to tak? Przecież tata żałuje.
— Żałuje. A ja już nie chcę.
— Ale tyle lat byliście razem…
— Właśnie dlatego już nie chcę.

Z czasem przywykli. Lida teraz częściej widywała wnuki — przychodziła do dzieci, bawiła się z maluchami, czytała im bajki.

— Zmieniłaś się, mamo — mówiła córka.
— Na lepsze?
— Tak. Stałaś się jakby bardziej żywa.

Rok minął niepostrzeżenie. Lida spoglądała wstecz i dziwiła się — naprawdę tak bardzo bała się zostać sama? Samotności nie było. Była wolność.

Rita przychodziła na herbatę, patrzyła na obrazy.
— Artystka z ciebie wyrosła. Talent siedział w tobie całe życie, tylko czekał na swój moment.
— Może nie tylko talent siedział. Może ja sama też siedziałam.
— Dokładnie. A teraz się uwolniłaś.

Lida skinęła głową. Uwolniła się od cudzych oczekiwań, od roli idealnej żony. Po prostu stała się sobą. W wieku pięćdziesięciu ośmiu lat wreszcie zrozumiała — życie dopiero się zaczęło.