— Czyli na urodziny twojej matki mam gotować dla dwudziestu osób, a o moich po prostu zapomniałeś?!

Lena po raz pierwszy zobaczyła Maksyma w kawiarni na Twerskiej. Siedział przy oknie z laptopem, co jakiś czas podnosił wzrok i uśmiechał się do czegoś. Jego uśmiech był tak otwarty, tak szczery, że Lena mimowolnie się zachwyciła. A kiedy przypadkiem spotkali się spojrzeniami, poczuła, jak rumieniec oblewa jej policzki.
— Przepraszam, czy nie wie pani, gdzie tu jest gniazdko? — zapytał, podchodząc do jej stolika. — Zasiedziałem się, a bateria jest na zerze.
Tak zaczęła się ich znajomość. Maksym okazał się programistą, pracował zdalnie, uwielbiał stare filmy i potrafił godzinami o nich opowiadać. Był czarujący, wesoły, łatwy w kontakcie. Przy nim Lena czuła się wyjątkowa, potrzebna, kochana.
Przyjechała do Moskwy zaledwie pół roku wcześniej, po studiach. Wynajęła pokój w mieszkaniu z dwiema współlokatorkami, znalazła pracę jako asystentka księgowej w niewielkiej firmie. Życie w stolicy okazało się zupełnie inne, niż wyobrażała sobie na podstawie filmów i seriali.
Miasto było ogromne, obojętne, chłodne. Nie miała przyjaciół, współpracownicy trzymali dystans, a współlokatorki żyły swoim życiem.
I nagle — Maksym. Z nim wszystko stało się inne. Pokazywał jej Moskwę, zabierał do małych lokali znanych tylko miejscowym, przynosił kwiaty bez żadnego powodu. Po trzech miesiącach oświadczył się jej na Worobiowych Wzgórzach, o zachodzie słońca. Lena płakała ze szczęścia.
— Tak bardzo cię kocham — szeptał Maksym, całując jej łzy. — Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało.
Ślub zorganizowali skromny, tylko najbliżsi. Rodzice Leny przyjechali z rodzinnego miasta, mama nawet zapłakała, gdy oddawała córkę za mąż. Maksym poznał ją ze swoją matką — Walentiną Siergiejewną — jeszcze przed ślubem. Przyjęła Lenę uprzejmie, lecz trochę powściągliwie, jakby ocenianiała.
— Maksymuszeńka jest moim jedynym synem — powiedziała przy herbacie. — Wychowałam go sama, ojciec odszedł wcześnie. Jemu poświęciłam całe życie.
Lena tylko kiwała głową i uśmiechała się, starając się zrobić jak najlepsze wrażenie.
Po ślubie młodzi przeprowadzili się do Walentiny Siergiejewny. Mieszkanie było trzypokojowe, w dobrej dzielnicy. Maksym tłumaczył, że to tymczasowe — będą odkładać na wkład własny do kredytu hipotecznego i za rok, półtora na pewno się wyprowadzą.
— Mama nie ma nic przeciwko — zapewniał. — Nawet będzie jej z nami weselej.
Na początku nie wydawało się to takie trudne. Walentina Siergiejewna pracowała w szkole jako wicedyrektorka, wychodziła wcześnie i wracała zmęczona wieczorem. Lena starała się pomagać: przygotowywała kolację, sprzątała mieszkanie, robiła zakupy.
Maksym pracował z domu, ale w obowiązkach domowych prawie nie pomagał — raz terminy go goniły, raz ważne spotkanie online, a innym razem po prostu zapominał.
— Lenusiu, mogłabyś? — mówił z przepraszającym uśmiechem. — Bo naprawdę muszę to dokończyć.
I Lena szła myć naczynia, rozwieszać pranie, gotować obiad. Nie miała mu tego za złe — Maksym dużo pracował, a ona chciała być dobrą żoną. W jej rodzinie mama też zawsze wszystko robiła sama, a tata nigdy nie pomagał w domu. Tak było przyjęte.
Ale z czasem Lena zaczęła zauważać, że Maksym nie tylko mało pomaga — on w ogóle nie dostrzega, że coś trzeba zrobić. Potrafił spokojnie przejść obok pełnego kosza na bieliznę, przekroczyć rozlaną na kuchni wodę, nie zauważyć, że w lodówce kończą się produkty. Walentina Siergiejewna wzdychała i mówiła:
— Cóż od niego brać, mężczyzna. Za to dobry, nie pije i pracowity.
Lena się zgadzała. Maksym naprawdę był dobry. Nigdy nie krzyczał, nie bywał opryskliwy, zawsze gotów był przytulić i pocieszyć. Po prostu był… nieodpowiedzialny. Jak wieczne dziecko, o które trzeba dbać, które trzeba karmić i po którym trzeba sprzątać.
W połowie października Maksym powiedział:
— Lenka, za dwa tygodnie mama ma urodziny. Trzeba zorganizować porządne przyjęcie. Zaprosimy rodzinę, znajomych. Będzie chyba z dwadzieścia osób.
Lena skinęła głową.
— Dobrze. A co trzeba zrobić?
— No, właściwie nic wielkiego. Nakryć do stołu, udekorować mieszkanie. Przecież jesteś moją gospodyni.
Uśmiechnął się i musnął ją w policzek. Oczywiście, że pomoże. Walentina Siergiejewna tak dużo dla nich robi, daje im dach nad głową, nie bierze pieniędzy za opłaty. To najmniejsze, co Lena może zrobić w zamian.
Dwa tygodnie minęły niepostrzeżenie. Lena ułożyła menu, zrobiła zakupy, przemyślała dekoracje. W dniu urodzin wzięła wolne w pracy i od rana zaczęła gotować. Walentina Siergiejewna pojechała do przyjaciółki, żeby nie przeszkadzać, a Maksym siedział w swoim pokoju na ważnej wideokonferencji.
Lena zagniatała ciasto na pierogi, kroiła warzywa na sałatki, piekła mięso, ubijała krem do tortu. Nogi ją bolały, kręgosłup dokuczał, ale pracowała dalej. O trzeciej po południu mieszkanie było udekorowane balonami i girlandami, a stół tak zastawiony, że aż się uginał pod ciężarem potraw.
— O rany, jak pięknie! — zawołał w końcu Maksym, wychodząc z pokoju. — Lenusiu, świetna robota! Mama będzie zachwycona.
I rzeczywiście, Walentina Siergiejewna była zachwycona. Goście zaczęli przychodzić o szóstej i wkrótce mieszkanie wypełniło się śmiechem, muzyką, rozmowami. Lena biegała między kuchnią a salonem, roznosiła talerze, dolewała napoje, kroiła tort. Maksym siedział z gośćmi, opowiadał dowcipy, przyjmował toasty za mamę.
— Jaką masz gospodarną żonę! — mówiły ciotki. — Masz szczęście, Maksym!
— Tak, mam ogromne szczęście — zgadzał się, a Lena, przechodząc obok z tacą, łapała jego zadowolony uśmiech.
Uśmiechała się w odpowiedzi, choć nogi już odmawiały posłuszeństwa, a ręce drżały ze zmęczenia. Goście rozeszli się dopiero po północy. Lena opadła na kanapę bez sił, nawet się nie przebierając.
— Dziękuję ci ogromnie, kochanie — powiedziała Walentina Siergiejewna, siadając obok. — Wszystko było wspaniałe. Jesteś prawdziwą gospodynią.
Lena skinęła głową, zbyt zmęczona, by mówić. Maksym już spał, nawet na nią nie czekając.
Następnego dnia Lena z trudem wstała. Całe ciało bolało, głowa dudniła. Ale musiała iść do pracy. Zaspała i ledwo zdążyła. Cały dzień minął jak we mgle. A współpracownicy już przygotowywali się do jej urodzin — miały być za tydzień, dwudziestego ósmego października.
— Będziesz mieć imprezę? — zapytała Olga, starsza księgowa.
— Nie wiem, pewnie coś w domu… — odpowiedziała niepewnie Lena.
Tak naprawdę nie miała pojęcia. Maksym nic nie mówił, lecz ona miała nadzieję, że coś zaplanował. Przecież pamięta o jej urodzinach. Na pewno pamięta.
Tydzień minął szybko. Lena kilka razy próbowała delikatnie wspomnieć o zbliżającej się dacie, ale jakby tego nie słyszał. Mówił o pracy, nowym projekcie, o tym, że może dadzą mu podwyżkę i szybciej uzbierają na mieszkanie.
Dwudziestego ósmego października, w piątek, Lena obudziła się z przyspieszonym biciem serca. Maksym już siedział przy komputerze. Podeszła, objęła go od tyłu.
— Dzień dobry — szepnęła.
— Cześć — odpowiedział roztargniony, nie odrywając wzroku od ekranu.
Walentina Siergiejewna była już w pracy. Lena zjadła śniadanie samotnie, wyszykowała się i pojechała do biura. Cały dzień czekała na wiadomość od Maksyma, ale telefon milczał. Koleżanki z pracy złożyły jej życzenia, wręczyły pudełko czekoladek i bukiet. Olga nawet przyniosła domowe ciasto.
— Dziś wyjdź wcześniej — powiedziała. — W końcu masz urodziny.
Lena wyszła godzinę wcześniej. Po drodze do domu zatrzymała się przy witrynie sklepu, poprawiła makijaż, sprawdziła fryzurę. Serce biło jej jak oszalałe. Może Maksym przygotował niespodziankę? Może tylko udawał, że zapomniał, a w domu czeka przyjęcie?
Otworzyła drzwi i od razu zrozumiała, że nie czeka jej żadne świętowanie. W mieszkaniu było cicho. Maksym siedział w kuchni z telefonem, a Walentina Siergiejewna przygotowywała kolację.
— Ach, Lenoczka, jesteś — powiedziała teściowa. — Będziesz jeść? Ugotowałam makaron z kotletami.
Lena stanęła w progu i nie potrafiła wydobyć z siebie słowa. Maksym podniósł wzrok.

— Hej, jak minął dzień?
— Normalnie — wyszeptała.
Gula stanęła jej w gardle. Przeszła do sypialni, zamknęła drzwi i usiadła na łóżku. Więc zapomniał. Po prostu zapomniał. Jej urodziny były dla niego nieważne, jak każdy inny dzień.
Siedziała i patrzyła w ścianę, próbując powstrzymać łzy. Może jeszcze sobie przypomni? Może później coś powie?
Ale nie przypomniał sobie. Maksym nawet do niej nie zajrzał. W końcu w drzwi zapukała Walentina Siergiejewna:
— Lenoczka, chodź na kolację. Wszystko stygnie.
Lena wyszła. Usiadła przy stole. Jadła makaron, który nie chciał przejść jej przez gardło. Maksym opowiadał coś o kolejnym błędzie w kodzie, a Walentina Siergiejewna słuchała jednym uchem, kartkując gazetę.
— Maksym — powiedziała cicho Lena. — Pamiętasz, jaki dziś jest dzień?
Zamyślił się.
— Dwudziesty ósmy. A co?
— Nic — spuściła wzrok.
Wzruszył ramionami i jadł dalej. Lena wstała od stołu, nawet nie dojadając. Teściowa zawołała za nią:
— Czemu nie jesz? Niesmaczne?
— Smaczne. Po prostu… boli mnie głowa.
Wróciła do sypialni, położyła się i wtuliła twarz w poduszkę. Łzy płynęły same. Jak on mógł zapomnieć? Jak mógł?
Przypomniała sobie, jak dwa tygodnie wcześniej przygotowywała się do urodzin jego matki, jak się starała, jak padała z sił. Przypomniała sobie, jak Maksym przyjmował podziękowania, jak goście chwalili jego dobrą żonę. A jej urodziny po prostu wyparowały mu z głowy.
Myśli zaczęły kłębić się w jej głowie. Może on jej nie kocha? Może jest dla niego tylko wygodną pomocą domową? Może jest mu całkiem obojętna?
Lena wstała, narzuciła kurtkę i wyszła z pokoju. Maksym siedział przed telewizorem.
— Wyjdę się przejść — powiedziała, starając się, by głos jej nie drżał.
— Mhm — mruknął, nie odrywając wzroku od ekranu.
Wyszła na zewnątrz. Było już ciemno, zimno, siąpił deszcz. Lena szła przed siebie, nie patrząc dokąd. Łzy mieszały się z deszczem na jej twarzy. Szła i szła, aż dotarła do niewielkiego parku niedaleko domu.
Usiadła na ławce pod latarnią. Wyjęła telefon — trzy nieodebrane połączenia od Maksyma. Nie zadzwoniła z powrotem. Niech się martwi. Niech zrozumie, że nie jest zabawką, którą można odłożyć w kąt.
Myśli mieszały się ze sobą. Może się rozwieść? Wrócić do rodziców? Ale tam już nie była potrzebna — rodzice mieli swoje życie, brat studiował w innym mieście. A tutaj… tutaj chyba też była nikomu niepotrzebna.
Telefon znów zadzwonił. Maksym. Lena odrzuciła połączenie. Zaraz kolejne. I jeszcze jedno. Po prostu wyciszyła dźwięk i siedziała, patrząc w ciemność…
Nie wiedziała, ile czasu minęło. Nagle ktoś usiadł obok niej na ławce. Drgnęła i odwróciła się.
Maksym. Siedział tuż obok, rozczochrany, przemoczony deszczem. W rękach trzymał bukiet — marny, na szybko kupiony w nocnym kiosku, ale jednak bukiet.
— Lena — powiedział cicho. — Przepraszam.
Milczała. Podał jej kwiaty.
— Jestem kompletnym idiotą. Zapomniałem o twoich urodzinach. Mama mi powiedziała, kiedy wyszłaś. Nawet nie pomyślałem, że to dziś.
— Czyli na urodziny twojej matki mam gotować dla dwudziestu osób, a o moich po prostu zapomniałeś?! — głos Leny załamał się i przeszedł w krzyk. — To moje jedyne, rozumiesz, jedyne święto w roku! A ty nawet nie pamiętałeś!
Maksym ścisnął jej dłoń.
— Wiem. Rozumiem, jak cię to boli. Jestem zerem. Ale, Lena, ja cię kocham. Naprawdę kocham. Ja po prostu… jestem taki zapominalski, nieodpowiedzialny. Mama zawsze za mnie wszystko robiła, przywykłem, że inni pamiętają za mnie. Ale to żadna wymówka, wiem o tym.
Lena milczała, łzy spływały jej po policzkach.
— Nie wiem, czy mnie kochasz — powiedziała cicho. — Jeśli kochasz, to jak mogłeś zapomnieć?
— Masz rację we wszystkim — przyciągnął ją do siebie. — Jestem egoistą. Myślę tylko o sobie. Ale chcę się zmienić. Przysięgam, zapamiętam wszystkie ważne daty. Ustawię przypomnienia, zapisałem twoje urodziny wszędzie, gdzie się da. Będę lepszy. Daj mi szansę.
Lena przytuliła się do jego ramienia i rozpłakała się naprawdę — głośno, jak płaczą małe dzieci. Cały ból, cała krzywda, całe zmęczenie wylewały się z niej strumieniem. Maksym głaskał ją po głowie i milczał.
— Tak bardzo tu jestem sama — zaszlochała. — Nie mam przyjaciół, nie mam nikogo. Tylko ciebie. A ty…
— Jestem — przerwał jej. — Jestem przy tobie. I już cię nie zawiodę. Obiecuję.
Siedzieli na ławce pod deszczem, obejmując się. W końcu Maksym wstał.
— Chodźmy do domu. Mama nakryła do stołu. Powiedziała, że to okropne — nie świętować urodzin synowej. Czekamy na ciebie.

Lena ujęła jego dłoń. Szli powoli, w milczeniu. Bukiet w jej rękach przemókł, ale trzymała go mocno.
W domu rzeczywiście czekał tort — z najbliższego sklepu, ale z ładnymi świeczkami. Walentina Siergiejewna je zapaliła i powiedziała:
— Pomyśl życzenie, Lenoczka.
Lena spojrzała na Maksyma. Stał obok, zawstydzony i bezradny jak dziecko. Zrozumiała nagle, że taki właśnie pozostanie — dobry, kochający, ale wiecznie zapominający o tym, co naprawdę ważne. I że będzie musiała albo zaakceptować go takim, albo odejść.
Zamknęła oczy i zdmuchnęła świeczki. Pomyślała, żeby starczyło sił. Sił kochać, sił znosić, sił wierzyć, że wszystko się ułoży.
— Wszystkiego najlepszego — wyszeptał Maksym, obejmując ją.
— Wszystkiego najlepszego — powtórzyła Walentina Siergiejewna.
Lena uśmiechnęła się przez łzy. Może to nie były urodziny, o jakich marzyła. Ale to było jej życie, jej rodzina, jej wybór. I może, mimo wszystko, starczy jej sił, by uczynić to życie szczęśliwym.
A przynajmniej spróbować.