— No już, zbieraj swoje manatki, moja mama z rodziną przyjeżdża tu mieszkać do Nowego Roku, i nikt z nich nie jest z ciebie zadowolony.

Mieszkanie przypadło Alonie po rodzicach. Dwupokojowe, na czwartym piętrze starego, ceglanego domu. Okna wychodziły na podwórko, gdzie rosły topole i stały ławki. Rodzice zostawili wszystkie dokumenty w porządku, i po pół roku Alona przejęła spadek.
Wszystko przepisała na siebie, otrzymała świadectwo własności i stopniowo przyzwyczajała się do myśli, że to teraz jej dom.
Z Siergiejem pobrali się rok po otrzymaniu spadku. Ślub był skromny, bez zbędnych gości. Mąż przeprowadził się do Alony, sprzedał swoją kawalerkę na obrzeżach miasta i wpłacił pieniądze na lokatę.
Żyli cicho, bez szczególnych radości, ale i bez kłótni. Siergiej pracował w firmie budowlanej, często zostawał do późna. Alona była księgową w niewielkiej firmie, wracała wcześniej do domu i przygotowywała kolację.
Pierwsze miesiące wspólnego życia mijały spokojnie. Siergiej nie mieszał się w domowe sprawy, nie próbował niczego zmieniać. Alona ustawiła meble tak, jak była przyzwyczajona, zostawiła na ścianach rodzinne zdjęcia rodziców, zachowała stary kredens z zastawą. Mąż nie miał nic przeciwko.
Ale z czasem w domu zaczęła pojawiać się teściowa. Raisa Stiepanowna przyjeżdżała raz w tygodniu, czasem częściej. Przynosiła torby z zakupami, wchodziła bez dzwonienia, uważnie lustrowała mieszkanie. Alona starała się być uprzejma, proponowała herbatę, wysłuchiwała rad.
— Ktoś z was powinien pomyśleć o synu — mawiała Raisa Stiepanowna, rozglądając się po salonie. — Sierioża męczy się w tym zimnym mieszkaniu. Trzeba by powiesić zasłony, przykleić jaśniejsze tapety.
Alona milczała. To było jej mieszkanie, po rodzicach. Zmieniać tapet, zasłon ani niczego innego nie zamierzała. Ale też nie chciała kłócić się z teściową. Najprościej było pokiwać głową i zamilknąć.
— Wszystko dostała od rodziców, a przytulności stworzyć nie potrafi — ciągnęła Raisa Stiepanowna, wyjmując ze swojej torby słoik konfitur. — Sierioża haruje do nocy, a w domu zimno i pusto.
Alona zaciskała pięści pod stołem. Ale odpowiadała spokojnie:
— Siergiej nie narzekał.
— Sierioża w ogóle nie narzeka, taki już ma charakter — wzdychała teściowa. — Ale matka widzi, kiedy jej dziecku jest źle.
Dziecku. Siergiej miał trzydzieści dwa lata, ale dla Raisy Stiepanowny mąż wciąż był dzieckiem. Alona nauczyła się puszczać te słowa mimo uszu. Wysłuchać, pokiwać głową i robić swoje.
Siergiej nie zauważał, jak matka stopniowo zatruwa atmosferę w domu. Jemu nawet się podobało, gdy Raisa Stiepanowna przyjeżdżała. Opieka, jedzenie, uwaga — wszystko to, czego mąż nie dostał w dzieciństwie w wystarczającej ilości. Ojciec odszedł wcześnie, matka wychowywała syna sama, pracowała na dwóch etatach i często zostawiała chłopca u sąsiadów.
Teraz Raisa Stiepanowna nadrabiała stracony czas. Dzwoniła do syna co wieczór, pytała o sprawy, udzielała rad. Czasem Alona słyszała urywki rozmów:
— Mamo, wszystko w porządku, nie martw się.
— Sierioża, przecież wiesz, że myślę tylko o tobie.
— Tak, mamo, rozumiem.
Alona nie wtrącała się. Każdy ma własne relacje z rodzicami. Najważniejsze, by te relacje nie przeszkadzały w życiu rodzinnym.
Jesień rozgościła się na dobre. Na dworze robiło się coraz zimniej, deszcze padały coraz częściej. Alona wyciągała z szaf ciepłe rzeczy, zamieniała letnie narzuty na zimowe, stawiała świeczki na parapetach. Małe detale, które tworzyły przytulność.
Zbliżał się grudzień. Alona myślała o Nowym Roku. Chciała zorganizować małe przyjęcie, zaprosić kilku znajomych, udekorować mieszkanie. Nic przesadnego — po prostu domowy wieczór z bliskimi.
W tym czasie Siergiej stał się zamyślony. Wracał z pracy, milczał, patrzył w telefon. Alona pytała, czy wszystko w porządku, ale mąż zbywał ją.
— Wszystko dobrze, po prostu jestem zmęczony.
Pewnego wieczoru przy kolacji Siergiej zabrał głos:
— Mama z rodziną chcą spędzić Nowy Rok w mieście. Nie mają gdzie się zatrzymać, ale my jesteśmy tylko we dwoje, pomieścimy wszystkich.
Alona podniosła głowę znad talerza. Widelec zastygł w powietrzu.
— Wszystkich? Ilu dokładnie?
Siergiej wzruszył ramionami, nie podnosząc wzroku.
— No… mama, ciocia Lida, siostrzeniec Andrzej i siostrzenica Swieta. Z sześć osób, nie więcej.
— Sześć osób? W dwupokojowym mieszkaniu?
— Przecież na krótko, od trzydziestego pierwszego do drugiego stycznia. Co w tym złego?
Alona odłożyła widelec na stół.
— Siergiej, to jest moje mieszkanie. Nie zamierzam zmieniać domu w hostel.
Mąż zmarszczył brwi.
— Moje mieszkanie, moje mieszkanie — przedrzeźnił. — Ja tu mieszkam, czy nie?
— Mieszkasz. Ale decyzje o tym, kto tu przyjeżdża, podejmuję ja.

— To moja matka — głos Siergieja stwardniał.
— Twoja matka i tak bywa tu często — odparła spokojnie Alona. — Ale nie zgadzam się na zakwaterowanie tu sześciu osób na święta.
Siergiej oparł się o oparcie krzesła, skrzyżował ramiona na piersi.
— Dobrze. Pogadamy później.
Na tym rozmowa się zakończyła. Alona sprzątnęła ze stołu, Siergiej poszedł do pokoju i włączył telewizor. Reszta wieczoru upłynęła w ciszy.
Następnego dnia Alona wróciła z pracy później niż zwykle. Zebranie się przeciągnęło, potem utknęła na magazynie, porządkując dokumenty. Do domu dotarła już po zmroku. Otworzyła drzwi, zdjęła kurtkę i od razu poczuła, że coś jest nie tak.
Siergiej stał w korytarzu. Twarz napięta, dłonie zaciśnięte w pięści. Alona zatrzymała się w progu.
— Co się stało?
Mąż zrobił krok w jej stronę.
— Koniec, pakuj manatki! Mama z rodziną przyjeżdżają tu mieszkać aż do Nowego Roku i nikt z nich nie jest z ciebie zadowolony.
Alona powoli zamknęła drzwi za sobą.
— Co powiedziałeś?
— To, co słyszałaś. Mama dzwoniła. Już się spakowali, wyjeżdżają pojutrze. Potrzebują miejsca, a ty będziesz przeszkadzać.
— Ja będę przeszkadzać? W swoim mieszkaniu?
— W moim! — krzyknął Siergiej. — Mieszkam tu, mam prawo!
Alona zrzuciła torebkę na podłogę.
— Mieszkasz tu, bo ja ci na to pozwoliłam. Mieszkanie jest zapisane na mnie. Nabyte przed ślubem. To mój spadek.
— Mam gdzieś twój spadek! — Siergiej uderzył pięścią w ścianę. — Matka chce przyjechać, to przyjedzie!
— Bez mojej zgody nikt tu nie przyjedzie.
Mąż podszedł bliżej, zatrzymał się o krok od niej.
— Naprawdę myślisz, że możesz mi rozkazywać?
Alona uniosła podbródek.
— Nie rozkazuję. Po prostu mówię, jak jest. Mieszkanie jest moje. Decyzje należą do mnie.
Siergiej odwrócił się, poszedł do pokoju i trzasnął drzwiami. Alona została w korytarzu, patrząc na zamknięte drzwi. W środku zrobiło się zimno. Nie ze strachu — z uświadomienia sobie, że sytuacja zaszła dalej, niż się wydawało.
Wieczór minął w ciszy. Siergiej nie wychodził z pokoju, Alona została w kuchni. Zaparzyła sobie herbatę, usiadła przy oknie i patrzyła na podwórko. Latarnie oświetlały puste ławki, wiatr pędził po asfalcie opadłe liście.
Telefon zadzwonił późnym wieczorem. Raisa Stiepanowna. Alona długo patrzyła na wyświetlacz, ale w końcu odebrała.
— Alona? — głos teściowej brzmiał sucho. — Sierioża powiedział, że jesteś przeciwko naszemu przyjazdowi.
— Raiso Stiepanowno, nie jestem przeciwko waszemu przyjazdowi. Jestem przeciwko temu, żeby sześć osób mieszkało w dwupokojowym mieszkaniu.
— A my się nie ściśniemy? Sierioża w pokoju, my z siostrą na kanapie, siostrzeńcy na podłodze. Nic strasznego.
— Dla mnie to jest niewygodne.
— Niewygodne — powtórzyła teściowa z naciskiem. — Sierioża pracuje do upadłego, utrzymuje cię, a ty nawet nie możesz przyjąć jego matki.
— Siergiej pracuje dla siebie — zaprzeczyła Alona. — I sam siebie utrzymuje. Ja też pracuję.
— Pracujesz w swojej firemce, dostajesz grosze. A Sierioża stara się, żeby ci dobrze było.
Alona przymknęła oczy. Spierać się było bez sensu.
— Raiso Stiepanowno, mieszkanie należy do mnie. Jest zapisane na mnie. Ostateczna decyzja należy do mnie.
— Decyzja — przedrzeźniła teściowa. — To twoja chciwość! Rodzice mieszkanie zostawili, a ty nawet rodziny męża nie chcesz przyjąć.
— Chcę spokojnie spędzić Nowy Rok. Bez tłumu ludzi.
— Tłumu! Rodzina Sierioży to dla ciebie tłum?!
Alona rozłączyła się. Ta rozmowa do niczego nie prowadziła. Raisa Stiepanowna nie słyszała argumentów — widziała tylko swoje pragnienia.
Rano Siergiej wyszedł do pracy bez pożegnania. Alona została w domu. Miała dzień wolny w środku tygodnia i postanowiła posprzątać mieszkanie. Starła kurz, umyła podłogi, uporządkowała szafy. Praca odciągała myśli.
W porze obiadu zadzwoniła przyjaciółka. Katia, z którą Alona przyjaźniła się jeszcze ze szkolnych czasów.
— Słuchaj, jak się trzymasz? Dawno się nie widziałyśmy.
— W porządku — skłamała Alona. — Wszystko dobrze.
— Kłamiesz. Słychać po głosie. Co się stało?
Alona westchnęła i opowiedziała. O teściowej, o planach na Nowy Rok, o kłótni z mężem. Katia słuchała w milczeniu, od czasu do czasu wtrącając krótkie komentarze.
— I co teraz? — zapytała, gdy Alona skończyła.
— Nie wiem. Siergiej się do mnie nie odzywa.
— A nie ustąpisz?
— Nie — odpowiedziała stanowczo Alona. — To moje mieszkanie. Jeśli teraz ustąpię, potem będzie tylko gorzej.
— I dobrze — poparła ją Katia. — Nie poddawaj się. To twój dom, twoje granice.
Rozmowa z przyjaciółką trochę ją uspokoiła. Alona odłożyła telefon i wróciła do sprzątania. Pod wieczór mieszkanie lśniło czystością. Alona przygotowała kolację, nakryła do stołu i zaczęła czekać na męża.
Siergiej przyszedł późno. Przeszedł obok kuchni, nie patrząc na nakryty stół, zamknął się w pokoju. Alona stała chwilę w korytarzu, potem wróciła do kuchni i zjadła sama.
Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Milczenie, ignorowanie, zamknięte drzwi. Alona nie zamierzała pierwsza zagadywać. Jeśli Siergiej chciał stosować ciche dni — niech próbuje. Ale ona ustępować nie będzie.
Wieczorem trzeciego dnia zadzwoniła Raisa Stiepanowna. Tym razem głos brzmiał łagodniej, niemal pieszczotliwie.
— Alonoczka, porozmawiajmy spokojnie. Bez emocji.
— Jestem spokojna — odpowiedziała Alona.
— Rozumiesz, naprawdę nie mamy gdzie. Moja siostra sprzedała mieszkanie, już się wyprowadziła. Siostrzeńcy wynajmowali pokój, ale właściciele ich wyrzucili. Chcieliśmy tylko spędzić razem święto.
— Raiso Stiepanowno, ja rozumiem waszą sytuację. Ale sześć osób w dwupokojowym mieszkaniu — to przesada.
— A jeśli nie wszyscy? Siostra z dziećmi zamieszkają w hotelu, a ja przyjadę sama. Może być?
Alona zamyśliła się. Jedna teściowa — to jeszcze znośne. Przynajmniej nie tłum.

— Na ile dni?
— Trzy-cztery. Od trzydziestego pierwszego do trzeciego.
— Dobrze — zgodziła się Alona. — Ale tylko pani.
— Dziękuję, córeczko! — głos Raisy Stiepanowny rozkwitł radością. — Wiedziałam, że jesteś dobrą dziewczyną.
Alona odłożyła telefon i oparła się o ścianę. Coś w środku podpowiadało, że popełniła błąd. Ale było już za późno na zmianę zdania.
Siergiej wrócił niemal o północy. Poszedł do kuchni, otworzył lodówkę, wyjął butelkę wody. Alona siedziała przy stole z książką.
— Matka dzwoniła — rzuciła, nie odrywając wzroku od stron.
— Wiem — burknął Siergiej. — Dzięki, że się zgodziłaś.
— Zgodziłam się przyjąć tylko twoją matkę. Na trzy dni.
— No tak — mruknął i zniknął w pokoju.
Na tym rozmowa się urwała. Ale następnego dnia, gdy Alona wróciła z pracy, Siergiej czekał na nią w korytarzu. Twarz napięta, ramiona skrzyżowane.
— Mama powiedziała, że jadą wszyscy — wypalił. — Nie tylko ona.
Alona powoli zdjęła kurtkę.
— Zgodziłam się tylko na twoją matkę.
— I co teraz? Zostawimy ciotkę na ulicy? Dzieciaki?
— Twoja rodzina może zatrzymać się w hotelu. Proponowałam to.
Siergiej zrobił krok do przodu, zastawiając jej drogę.
— Koniec, pakuj manatki! Mama z rodziną przyjeżdżają tu mieszkać aż do Nowego Roku i nikt z nich nie jest z ciebie zadowolony!
Alona nie krzyknęła. Nie zaczęła się wykłócać. Po prostu spojrzała na męża spokojnie, jak na obcego człowieka.
— Jeśli tak bardzo chcą tu mieszkać, bardzo proszę — jej głos był równy, spokojny. — Ale ty wyjedziesz razem z nimi.
Siergiej mrugnął.
— Co?
Alona minęła go i weszła do sypialni. Otworzyła szafę, wyjęła walizkę. Zaczęła starannie składać rzeczy męża. Koszule, spodnie, skarpetki. Wszystko układała metodycznie, bez zbędnych gestów.
— Co ty robisz? — zatrzymał się w drzwiach.
— Pakuję twoje rzeczy.
— To jakiś żart?
— Nie.
Alona zapięła walizkę, wyniosła ją do przedpokoju i postawiła przy drzwiach. Siergiej patrzył na bagaż, po czym zaśmiał się — niepewnie, nerwowo.
— Serio? Przez parę dni?
— Przez to, że podejmujesz decyzje za mnie. W moim mieszkaniu.
— W moim! — zerwał się na krzyk. — Ja tu mieszkam!
Alona wyjęła z szafy jego kurtkę i podała mu.
— Święta spędzicie razem. Teraz jesteście jedną drużyną.
Siergiej nie wziął kurtki. Cofnął się o krok, wyprostował.
— Nie masz prawa mnie wyrzucać!
— Mam. Mieszkanie jest moje. Zapisane na mnie.
— Jesteśmy mężem i żoną!
— Byliśmy — poprawiła.
Mąż znieruchomiał. Po chwili zaczął mówić szybciej, głośniej. O rodzinnych tradycjach, o szacunku do starszych, o tym, że jego matka całe życie ciężko pracowała i zasłużyła na odpoczynek. Słowa sypały się jedno po drugim, ale Alona słuchała w milczeniu. W jej oczach nie było ani złości, ani wahania. Jedynie spokojna pewność.
— Możesz jechać do nich choćby teraz — przerwała mu. — Ale zostaw klucz.
Wyciągnęła dłoń. Siergiej patrzył to na jej rękę, to na twarz. Szukał oznak żartu, blefu — nie znalazł.
— Pożałujesz tego — wycedził przez zęby.
— Możliwe. Klucz.
Siergiej zerwał pęk kluczy z wieszaka i rzucił na podłogę. Metal zabrzęczał o płytki, klucze potoczyły się na boki. Mąż chwycił walizkę, szarpnął drzwi i wyszedł na klatkę schodową. Trzask drzwi poniósł się echem po całej klatce.
Alona podniosła klucze, odłożyła je na komodę. Poszła do kuchni, zaparzyła herbatę. Usiadła przy oknie i patrzyła na podwórko. Latarnie oświetlały puste ścieżki, wiatr kołysał nagie gałęzie drzew.
Telefon zadzwonił godzinę później. Raisa Stiepanowna. Alona nie odebrała. Potem zadzwonił Siergiej. Odrzuciła połączenie. Wiadomości spływały jedna po drugiej:
„Zwariowałaś?”
„Mama jest w szoku!”
„Natychmiast otwórz drzwi!”
„Przyjadę jutro i porozmawiamy normalnie!”
Alona wyciszyła telefon i schowała go do szuflady.
Rano zadzwoniła do firmy montującej zamki. Fachowiec przyjechał po dwóch godzinach. Młody mężczyzna ze skrzynką narzędzi. Pracował szybko, bez zbędnych pytań. Po czterdziestu minutach w drzwiach był już nowy zamek. Błyszczący, solidny. Przekazał Alonie dwa klucze, przyjął zapłatę i wyszedł.
Alona zamknęła drzwi na nowy zamek i przeszła do pokoju. Wyjęła z szafy pudełko z ozdobami choinkowymi. Rodzice co roku wspólnie ubierali choinkę, a Alona zachowała wszystkie dekoracje. Szklane bombki, girlandy, figurki reniferów.
Wieczorem w mieszkaniu stanęła niewielka choinka. Żywa, pachnąca lasem. Alona zawiesiła ozdoby, włączyła lampki. Kolorowe światełka zamigotały w półmroku pokoju.
Następnego dnia zadzwoniła sąsiadka. Tatiana Iwanowna — około sześćdziesięcioletnia kobieta z piętra niżej.
— Alonoczka, wszystko w porządku?

— Tak, dziękuję. A dlaczego pani pyta?
— Bo wczoraj widziałam pana męża z jakąś kobietą pod wejściem. Stali, o czymś rozmawiali. Potem próbowali wejść, ale domofon nie otworzył.
— To była teściowa — odparła spokojnie Alona. — Proszę się nie martwić, wszystko pod kontrolą.
— No jeśli coś będzie potrzeba — proszę dzwonić — starsza kobieta zawahała się na moment. — Jestem obok.
— Dziękuję, Tatiano Iwanowno.
Alona rozłączyła się i wróciła do sprzątania. Mieszkanie stopniowo odzyskiwało swój dawny wygląd. Ten rodzicielski. Bez cudzych rzeczy, bez narzuconych zasad. Tylko znajome przedmioty, przytulność i cisza.
Trzydziestego pierwszego grudnia Alona obudziła się późno. Za oknem padał śnieg — duże płatki powoli opadały na ziemię. Miasto szykowało się do święta. Girlandy na domach, przystrojone choinki w oknach, gwar w sklepach.
Alona przygotowała sobie śniadanie, usiadła do stołu z filiżanką kawy. Telefon milczał już od dwóch dni. Ani połączeń, ani wiadomości. Siergiej najwyraźniej zrozumiał, że nie powinien wracać.
Wieczorem nakryła do stołu. Nic szczególnego — sałatka, pieczony kurczak, owoce. Włączyła telewizor i oglądała programy sylwestrowe. Kiedy zegar wybił północ, podeszła do okna z kieliszkiem wina.
Za oknem migotały światła. Gdzieś wybuchały fajerwerki, dobiegał śmiech i muzyka. Alona uniosła kieliszek, stuknęła nim o odbicie w szybie.
— Szczęśliwego Nowego Roku — powiedziała cicho do siebie.
W mieszkaniu panowała cisza. Nie było wrzasków, obcych głosów, żądań. Tylko spokój. Prawdziwy, dawno utracony. Alona usiadła w fotelu, otuliła się kocem i zamknęła oczy.
Po raz pierwszy od dawna w tym domu było naprawdę po jej myśli.
Styczeń przyniósł mrozy i zamiecie. Alona wróciła do pracy, wciągnęła się w zwykły rytm. Koledzy pytali, jak minęły święta, a ona odpowiadała krótko: dobrze, spokojnie.
Siergiej zadzwonił dopiero w połowie stycznia. Głos miał zmęczony.
— Alon, porozmawiajmy.
— O czym?
— No… o nas. Może byśmy się spotkali?

— Po co?
Mąż milczał chwilę.
— Zrozumiałem, że się myliłem. Mama… przesadziła. Zacznijmy wszystko od nowa?
Alona spojrzała przez okno. Śnieg leżał grubą warstwą, gałęzie drzew uginały się pod jego ciężarem.
— Siergiej, niczego nie zaczniemy. Dokonałeś wyboru. Żyj z nim.
— Alon…
— Złożę dokumenty o rozwód w przyszłym tygodniu. Nie mamy wspólnego majątku, nie ma co dzielić. Przez USC wszystko pójdzie szybko.
— Mówisz serio?
— Całkowicie.
Siergiej próbował coś dodać, ale Alona się rozłączyła. Rozmowa się skończyła.
Po miesiącu rozwód został sfinalizowany. Siergiej przyszedł do USC ponury, podpisał dokumenty w milczeniu i wyszedł bez pożegnania. Alona odebrała akt rozwodu, włożyła go do teczki i wróciła do domu.
Mieszkanie przywitało ją ciszą. Znajomą, przytulną. Alona zdjęła kurtkę, weszła do kuchni. Zaparzyła herbatę, wyjęła ciastka. Usiadła przy oknie i spojrzała na podwórko. Tam, gdzie jesienią leżały żółte liście, teraz połyskiwał śnieg. Dzieci zjeżdżały z górki, śmiały się, wpadały w zaspy.
Życie toczyło się dalej. Spokojne, uporządkowane, bez cudzych żądań i nacisków. Alona upiła łyk herbaty i uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dawna.