— Oto ona! Tu mieszka ta żmija! — krzyczała była teściowa, prowadząc pracownice opieki społecznej do furtki. — Zabierzcie jej dzieci, ona je zniszczy!

Jekatierina obudziła się od ostrego dzwonka do drzwi. Natarczywy, wymagający dźwięk — tak dzwonią tylko urzędnicy albo nieproszeni goście. Zegar na ścianie wskazywał wpół do jedenastej.
— Mamo, kto tam? — z sypialni wychyliła się zaspana Masza.
— Zostań w pokoju, kochanie — Jekatierina narzuciła lekki szlafrok i ruszyła do drzwi.
Na progu stały dwie kobiety z teczkami w rękach oraz Ludmiła Wasiljewna — była teściowa. Jej usta wykrzywiały się w triumfalnym uśmiechu.
— Dzień dobry, opieka społeczna. Otrzymaliśmy skargę na niewłaściwe warunki wychowywania małoletnich — oznajmiła sucho jedna z kobiet.
Jekatierina zesztywniała. Z korytarza dobiegł lekki tupot — ciekawska Masza jednak wyszła z pokoju.
— Proszę, same zobaczcie! — z teatralnym rozmachem zawołała Ludmiła Wasiljewna, klaszcząc w dłonie. — Dzieci zaniedbane, niedożywione…
— Masza, wróć do pokoju! — Jekatierina odwróciła się do córki. — I obudź brata.
— Widzicie, jak się do nich odzywa? — nie ustępowała teściowa. — A wy jeszcze prosicie o dokumenty! Przecież mówiłam, trzeba działać natychmiast!
Siedmioletnia Masza, przestraszona, mrugała oczami i cofała się, patrząc to na matkę, to na babcię. Jekatierina wzięła głęboki oddech, próbując zachować spokój.
— Proszę wejść — odsunęła się, wpuszczając kobiety do środka. — Dajcie mi dziesięć minut, ubiorę się i zbiorę dzieci.
W sypialni Jekatierina pospiesznie wkładała spodnie i sweter, a w głowie kotłowały się myśli. Cztery lata po rozwodzie miała nadzieję, że Ludmiła Wasiljewna da im spokój. Ale wyglądało na to, że teściowa przez ten czas pielęgnowała plan zemsty.
Gdy wróciła do salonu, inspektorki oglądały mieszkanie. Jedna coś notowała w zeszycie, druga robiła zdjęcia telefonem.
— Lodówka pusta! — z kuchni dobiegł triumfalny głos Ludmiły Wasiljewny.
— Bo dziś dzień zakupów — spokojnie odpowiedziała Jekatierina. — Po południu miałam jechać do supermarketu.
— A dokumenty własności mieszkania są w porządku? — spytała kobieta z notesem.
— Oczywiście. Zaraz przyniosę.
Kiedy Jekatierina szukała teczki z papierami, w korytarzu pojawił się dziesięcioletni Artiom.
— Babciu! — zawołał radośnie chłopiec, rzucając się jej w ramiona.
— Moje złotko! — teściowa przytuliła go z udawaną czułością. — Schudłeś, biedactwo. Mama cię w ogóle nie karmi?
Jekatierina zacisnęła zęby, powstrzymując gniew. Cztery lata temu, kiedy rozwodziła się z Olegiem, teściowa próbowała przekonać syna, żeby zabrał dzieci. Ale Oleg tylko machnął ręką:
— Mamo, gdzie ja z dwójką dzieci? Całe dnie w pracy. Niech zostaną z matką, płacę alimenty.
Wtedy Ludmiła Wasiljewna zwróciła się do wnuków. Na każdym spotkaniu wychwalała ojca i oczerniała matkę. W końcu Jekatierina musiała ograniczyć ich kontakty — zbyt bolesne było patrzeć, jak po takich wizytach dzieci spoglądają na nią z nieufnością.
— Dokumenty są w porządku — oznajmiła inspektorka, zamykając teczkę. — Teraz proszę pokazać pokoje dzieci.
— Dzielą jeden — Jekatierina zaprowadziła kobiety do pokoju dziecięcego.
— Trochę ciasno — zauważyła Ludmiła Wasiljewna. — U mnie każde miałoby swój pokój.
— W trzypokojowym mieszkaniu? — nie wytrzymała Jekatierina.
— Widzicie, jaka jest opryskliwa? — natychmiast podchwyciła teściowa. — Dzieci wszystko od niej przejmują!
Kontrola trwała trzy godziny. Ludmiła Wasiljewna czepiała się wszystkiego: tu kurz, tam zabawki nie na miejscu, firanki w salonie trzeba wymienić… Jekatierina milcząco pokazywała dokumenty, otwierała szafy, wyciągała książeczki zdrowia dzieci.
W końcu inspektorki zaczęły się zbierać.
— W raporcie odnotujemy, że warunki życia… — zaczęła jedna z kobiet.
— Zaczekajcie! — przerwała Ludmiła Wasiljewna. — A siniaki? Nie zapytałyście o siniaki!
Jekatierina zesztywniała.
— Jakie siniaki?
— Artiomku, kochanie — teściowa przykucnęła przed wnukiem. — Pokaż pani, co masz na nodze. Nie bój się, mama już nie będzie cię bić.
Chłopiec spojrzał na nią zdziwiony:
— Wczoraj spadłem z rolek…
— Oczywiście — skinęła Ludmiła Wasiljewna z sarkazmem. — Tak wszyscy mówią. Ale my wiemy swoje, prawda?
Jekatierina poczuła, jak zbiera jej się na mdłości. Czy naprawdę teściowa mogła posunąć się tak nisko?
— Chyba trzeba będzie wyznaczyć ponowną kontrolę — powiedziała powoli jedna z inspektorek. — Z udziałem psychologa…
W tym momencie rozległ się dzwonek do drzwi. W progu stał Oleg — były mąż Jekatieriny.
— Co tu się dzieje? — zmarszczył brwi, rozglądając się po pokoju.
— Synku! — rozpromieniła się Ludmiła Wasiljewna. — Wreszcie zobaczysz, w jakiej nędzy żyją twoje dzieci!
— Co to za cyrk? — Oleg wszedł do środka, ponuro spoglądając na wszystkich. — Po co wezwałaś opiekę?
— Tato! — Artiom i Masza rzucili mu się na szyję.
— Przecież to oczywiste — rozłożyła ręce Ludmiła Wasiljewna. — Dzieci głodne, wycieńczone…
— Dość — przerwał Oleg. — Przyjeżdżam tu co dwa tygodnie. U nich wszystko w porządku.
Jekatierina spojrzała na byłego męża z niedowierzaniem. Przez cztery lata po rozwodzie ani razu nie stanął po jej stronie w sporach z matką.
— Przepraszam — zwrócił się Oleg do inspektorek. — Moja matka… trochę przesadza. Można wycofać skargę?

— Synu, co ty mówisz? — oburzyła się Ludmiła Wasiljewna. — Ja dbam o wnuki! Spójrz, w jakiej ciasnocie żyją! A ta… — wskazała palcem na Jekatierinę, — nawet porządnego obiadu im nie ugotuje!
— Mama gotuje pysznie! — zawołała głośno Masza. — I naleśniki, i zupę, i nawet ciasta piecze!
— I pomaga mi w lekcjach — dodał Artiom. — I zabiera mnie na hokej.
Ludmiła Wasiljewna pobladła.
— Ona was nastawiła przeciwko babci! Widzę to!
— Wystarczy — starsza inspektorka zatrzasnęła teczkę. — Nie ma powodów do niepokoju. Dzieci są zadbane, nakarmione, chodzą do szkoły i przedszkola. Dokumenty medyczne w porządku.
— Ale siniaki! — nie ustępowała teściowa. — Chłopiec ma siniaki!…
— Spadłem z rolek — zmarszczył brwi Artiom. — Przecież sama widziałaś, jak jeździłem na podwórku.
— Skarga zostanie oddalona — podsumowała inspektorka. — I uprzedzam: za fałszywe doniesienie grozi odpowiedzialność karna.
Ludmiła Wasiljewna aż zapowietrzyła się z oburzenia:
— Jakie fałszywe doniesienie?! Mówię prawdę! Spytajcie sąsiadów! Wiera Nikołajewna potwierdzi — tu co wieczór hałas…
— To my z mamą ćwiczymy taniec — cicho powiedziała Masza. — Przygotowuję się do występu.
Jekatierina objęła córkę i pocałowała ją w skroń. W oczach zakręciły się łzy — nie z żalu, lecz z dumy z własnych dzieci.
— Musimy już iść — inspektorki skierowały się do wyjścia. — Do widzenia.
— Czekajcie! — Ludmiła Wasiljewna rzuciła się za nimi. — A co z ponowną kontrolą? Z psychologiem? Przecież mówiłyście…
— Mamo, jedziemy do domu — Oleg ujął matkę za łokieć. — Wystarczy.
— Nigdzie nie pojadę! Muszę chronić wnuki przed tą…
— Przed kim? — Oleg obrócił matkę twarzą do siebie. — Przed ich matką? Która haruje na dwóch etatach, żeby dzieci miały wszystko? Wiesz, dlaczego nie walczyłem o opiekę? Bo ona jest najlepszą matką.
Jekatierina spojrzała na Olega oszołomiona. Po raz pierwszy od czterech lat powiedział o niej coś dobrego.
— Nic nie rozumiesz! — Ludmiła Wasiljewna wyrwała rękę. — Omotała cię, a teraz nastawia dzieci przeciwko mnie…
— Nie, to ty nic nie rozumiesz — pokręcił głową Oleg. — Ranimy własne wnuki. Chodź, musimy porozmawiać.
Kiedy wyszli, Jekatierina opadła na kanapę, czując drżenie w kolanach.
— Mamo, co ci jest? — zaniepokoił się Artiom.
— Nic, kochanie — przytuliła syna. — Po prostu jestem zmęczona.
— A babcia już nie przyjdzie? — zapytała Masza.
— Nie wiem, słoneczko. Może zjemy śniadanie? Upiekę naleśniki.
Wieczorem zadzwonił Oleg:
— Przepraszam za ten cyrk. Nie myślałem, że mama posunie się tak daleko.
— Nic się nie stało — Jekatierina potarła skronie. — Najważniejsze, że z dziećmi wszystko w porządku.
— Wiesz… — zawahał się Oleg. — Już dawno chciałem ci powiedzieć. Jesteś wspaniała. I z dziećmi, i w ogóle…
— Dziękuję — odpowiedziała cicho.
— I jeszcze jedno… Poważnie porozmawiałem z mamą. Już nie będzie was niepokoić.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. Na progu stała sąsiadka, Swietłana Grigoriewna:
— Katiusza, nie martw się. Widzieliśmy wszystko, co się tu działo. Jeśli trzeba, cały blok potwierdzi, że jesteś cudowną matką.
Wzruszona Jekatierina objęła sąsiadkę. W korytarzu rozległy się kroki — na klatkę wyszło jeszcze kilku sąsiadów.
— Oczywiście — poparła Anna Pietrowna z trzeciego piętra. — Widzimy, jak odprowadzasz dzieci do szkoły, jak się z nimi uczysz. A ta… — pokręciła głową — zupełnie straciła wstyd.
Z dołu rozległ się głośny głos Ludmiły Wasiljewny:
— Wszyscy jesteście w zmowie! Nikt nie chce widzieć prawdy!
Teściowa wspinała się po schodach, wymachując rękami:
— Jeszcze pójdę do sądu! Do ministerstwa! Mylicie się!
— Myli się pani — spokojnie powiedziała Jekatierina. — I poniesie pani za to konsekwencje.
— Ja mam ponieść konsekwencje? — zaśmiała się Ludmiła Wasiljewna. — Za to, że ratuję wnuki? To ty zniszczyłaś moją rodzinę! Odbiłaś mi syna i nastawiła dzieci przeciwko mnie!
— Nie — Jekatierina zrobiła krok w jej stronę. — To pani zniszczyła swoją rodzinę. Własną złością, nienawiścią, pragnieniem wszystkiego kontrolować. A wie pani co? — ściszyła głos. — Już nigdy nie zobaczy pani wnuków.
Ludmiła Wasiljewna zamarła, nie znajdując słów. Po raz pierwszy synowa się jej postawiła.
— Ty… ty się nie odważysz! — wyszeptała.
— Jeszcze jak się odważę — Jekatierina wyprostowała się. — Mam świadków dzisiejszego przedstawienia, raport opieki społecznej i, co najważniejsze, pani fałszywe doniesienie. Jak pani myśli, co powie sąd?
— Jaki sąd?
— Jutro składam pozew o ograniczenie kontaktów z dziećmi. Oficjalnie, przez sąd.
Ludmiła Wasiljewna pobladła:
— Oleg na to nie pozwoli!
— Oleg? — gorzko się uśmiechnęła Jekatierina. — Spytaj swojego syna, kiedy ostatnio interesował się dziećmi poza alimentami. To on ci mówi, że przyjeżdża co dwa tygodnie.
Telefon w kieszeni zawibrował — dzwonił Oleg, jakby na zawołanie. Jekatierina odrzuciła połączenie.
— Żegnaj, Ludmiło Wasiljewno. Mam nadzieję, że to nasze ostatnie spotkanie.
Zamknęła drzwi, zostawiając teściową w osłupieniu. W przedpokoju stali Artiom i Masza.
— Mamo, naprawdę już nie zobaczymy babci? — zapytał cicho Artiom.
— Tylko jeśli sami tego nie zechcecie. Kiedy dorośniecie.
Masza przytuliła się do matki:
— A możemy teraz zjeść naleśniki? W końcu jeszcze nie jadłam śniadania…
Dziesięć dni później odbyła się pierwsza rozprawa sądowa. Prawnik był pewny sukcesu:
— Po tej historii z opieką nie ma szans. Zwłaszcza że sąsiedzi są gotowi zeznawać.
Ludmiła Wasiljewna nie przyszła na rozprawę. Za to zjawił się Oleg — blady, wyczerpany.
— Może nie rób tego? — poprosił w przerwie. — Mama już wszystko zrozumiała…

— Zrozumiała? — Jekatierina pokręciła głową. — Przez cztery lata mnie dręczyła. Nastawiała dzieci. A teraz jeszcze wezwała opiekę. Nie, Oleg. Dość.
— Ale to przecież moja matka…
— A to twoje dzieci. Których nie obroniłeś.
Oleg odwrócił wzrok:
— Płacę alimenty…
— Oczywiście. I to przecież wystarczy, prawda?
Sąd wydał wyrok na korzyść Jekatieriny. Ludmile Wasiljewnie zakazano kontaktów z wnukami bez pisemnej zgody matki.
Minęło dziewięć miesięcy. Życie Jekatieriny i dzieci całkowicie się odmieniło. Artiom zajął drugie miejsce w wojewódzkich zawodach hokejowych. Masza zwyciężyła w konkursie tanecznym. A sama Jekatierina wreszcie mogła spać spokojnie, nie obawiając się nowych wybryków teściowej.
Ludmiła Wasiljewna próbowała przesyłać prezenty przez Olega, ale ten pojawiał się coraz rzadziej. W końcu przestał przyjeżdżać całkowicie, ograniczając się jedynie do przelewów alimentacyjnych.
— Wiesz — powiedziała kiedyś Swietłana Grigoriewna — twoja teściowa została całkiem sama. Nawet syn zagląda do niej rzadko.
— To jej wybór — wzruszyła ramionami Jekatierina. — Każdy dostaje to, na co zasłużył.
Wieczorem, kładąc dzieci spać, Jekatierina rozmyślała o tym, jak przewrotnie potrafi ułożyć się życie. Straciła męża i jego rodzinę, ale zyskała wiernych przyjaciół — sąsiadów, którzy stanęli w jej obronie.
A przede wszystkim — poczuła się naprawdę silna. Na tyle silna, by ochronić swoje dzieci przed każdym zagrożeniem. Nawet jeśli to zagrożenie pochodzi od najbliższych.