– Wezwaliśmy karetkę do teściowej, a lekarz powiedział: „Ona jest całkowicie zdrowa, po prostu dobra aktorka”.

Była duszna lipcowa noc. Leżałam w łóżku, bezskutecznie próbując zasnąć. Okno było szeroko otwarte, ale do pokoju nie docierał nawet najmniejszy powiew wiatru. Obok spokojnie pochrapywał mój mąż, słodko śpiący po ciężkim dniu pracy. Musiał wcześnie wstać — narady u przełożonych nikt nie odwołał, nawet mimo nieznośnego upału.
Już prawie zapadłam w drzemkę, gdy nagle ciszę przeciął rozdzierający duszę jęk z sąsiedniego pokoju. Tam mieszkała moja teściowa, Antonina Pawłowna, która przeprowadziła się do nas po śmierci teścia. Z Siergiejem nie mogliśmy zostawić jej samej na wsi, więc od trzech lat zajmowała mały pokój w naszym miejskim mieszkaniu.
Jęk powtórzył się, tym razem głośniej. Gwałtownie usiadłam na łóżku i szturchnęłam męża w bok.
— Sierioża, obudź się! Twojej mamie źle!
Mąż poruszył się sennie, nie otwierając oczu.
— Co? Co się stało?
— Antonina Pawłowna jęczy. Idź, zobacz, co się z nią dzieje.
Siergiej niechętnie wstał i, szurając kapciami, skierował się do pokoju matki. Narzuciłam szlafrok i poszłam za nim.
Teściowa leżała na łóżku, przyciskając rękę do piersi. Jej twarz była wykrzywiona grymasem bólu, oczy zamknięte.
— Mamo, co z tobą? — Siergiej usiadł na brzegu łóżka i ujął ją za rękę.
— Oj, synku, umieram — wyszeptała ledwie słyszalnie Antonina Pawłowna. — Serce… serce tak boli, jakby płonęło ogniem. Promieniuje do lewej ręki i pod łopatkę.
Włączyłam światło i podeszłam bliżej. Teściowa rzeczywiście wyglądała źle — blada, z potem na czole. Oddychała ciężko, co chwilę drżąc z bólu.
— Trzeba wezwać karetkę — powiedziałam stanowczo. — To może być zawał serca.
— Tak, tak, wezwijcie — jęknęła teściowa. — Tylko boję się, że nie zdążą. Czuję, że to mój koniec. Sieriożeńka, synku, słuchaj żony, dbaj o dzieci…
— Mamo, przestań — Siergiej nerwowo ścisnął jej dłoń. — Zaraz przyjedzie pogotowie, wszystko będzie dobrze. Nataszo, dzwoń!
Pobiegłam do telefonu i wybrałam 103. Wyjaśniłam sytuację dyspozytorce, podałam adres. Kobieta po drugiej stronie zapewniła, że zespół już wyjeżdża, i poradziła, by podać chorej tabletkę nitrogliceryny, jeśli mamy.
Nitroglicerynę mieliśmy — teściowa często skarżyła się na serce i ciśnienie, więc nasza domowa apteczka była pełna różnych leków. Wyjęłam maleńką tabletkę i wróciłam do pokoju.
— Antonino Pawłowno, proszę, połóżcie ją pod język — podałam jej lekarstwo.
Teściowa uchyliła powieki, z trudem rozchyliła usta i pozwoliła włożyć tabletkę. Potem znów zamknęła oczy i kontynuowała jęki, od czasu do czasu wzdrygając się całym ciałem.
— Jak się czujesz, mamo? — zapytał z niepokojem Siergiej.
— Oj, nie wiem, synku, nie wiem — mamrotała. — Jakby wszystko wewnątrz paliło się ogniem. W głowie szumi… I nogi odmawiają posłuszeństwa…
Spojrzałam na zegarek — była około druga w nocy. Karetka powinna pojawić się lada chwila. Wyszłam do przedpokoju, żeby przygotować polisę medyczną i paszport teściowej. Kątem ucha usłyszałam, jak ta dalej lamentuje:
— Sieriożeńka, jeśli coś się stanie, nie zapomnij wykopać ziemniaków we wrześniu. I pomidory, które posadziłam, też zbierz. A słoiki z konfiturami stoją na górnej półce w spiżarni, nie zapomnij ich zabrać…
Mimowolnie skrzywiłam się. Nawet w takiej chwili teściowa nie przepuściła okazji, by przypomnieć o wiejskim domu i ogródku, który odziedziczyła po rodzicach. Co roku nalegała, żebyśmy spędzali tam wszystkie weekendy od wiosny do jesieni, pomagając przy sadzeniu i zbiorach.
Siergiej nie potrafił jej odmówić, więc każdej soboty pakowaliśmy się do samochodu i jechaliśmy sto kilometrów od miasta, by harować na grządkach zamiast odpoczywać. Wiele razy próbowałam zaprotestować, ale słowo teściowej było dla męża prawem.
Dzwonek do drzwi przerwał moje rozmyślania. Pobiegłam otworzyć. W progu stali dwaj ludzie w medycznych uniformach — krępy mężczyzna w średnim wieku z gęstą brodą i młoda kobieta z walizką w dłoni.
— Dobry wieczór, pogotowie ratunkowe. Co się u państwa stało? — zapytał rzeczowo lekarz.
— Proszę wejść. Teściowa ma atak serca. Skarży się na ból w klatce piersiowej, promieniujący do ręki i pod łopatkę.
Medycy szybko przeszli do pokoju Antoniny Pawłowny. Poszłam za nimi.
— Dobry wieczór, jestem Michaił Siergiejewicz, lekarz pogotowia. Co panią niepokoi? — zwrócił się do teściowej.
— Oj, doktorze, umieram — jęknęła. — Serce mnie chwyciło. Jak ścisnęło, tak trzyma. Już myślałam, że się was nie doczekam.
Lekarz usiadł obok i rozpoczął badanie. Zmierzył puls, ciśnienie, osłuchał serce i płuca. Jego asystentka sprawnie podłączyła aparat do EKG. Antonina Pawłowna dalej jęczała i wzdychała przy każdym dotknięciu.
— Od dawna dokucza pani serce? — zapytał lekarz, studiując wyniki aparatu.
— Całe życie, synku, całe życie — westchnęła teściowa. — Od młodości się męczę. A dziś czuję, że to już koniec. Panie doktorze, proszę powiedzieć prawdę, niech pan nie zwleka — długo mi jeszcze zostało?
Lekarz wymienił spojrzenie z asystentką, po czym jeszcze raz uważnie przyjrzał się kardiogramowi. Na jego twarzy pojawiło się lekkie zdziwienie.
— Wie pani, serce pracuje zupełnie normalnie — powiedział, zdejmując stetoskop. — Ciśnienie też w normie. Kardiogram czysty.

— Jak to możliwe? — zdziwił się Siergiej. — Przecież mamie tak źle!
— Wezwali państwo karetkę do teściowej, a lekarz powiedział: „Ona jest całkowicie zdrowa, po prostu dobra aktorka” — powiedział cicho, ale wystarczająco wyraźnie, by wszyscy w pokoju usłyszeli.
Potem zwrócił się do Antoniny Pawłowny: — Proszę powiedzieć szczerze, co pani naprawdę czuje? Tylko bez dramatyzowania. Pracuję w medycynie od trzydziestu lat i widziałem już wszystko.
W pokoju zapadła cisza. Teściowa przestała jęczeć i znieruchomiała z półotwartymi ustami, najwyraźniej zaskoczona takim obrotem spraw. Siergiej bezradnie przenosił wzrok z matki na lekarza i z powrotem.
— Ja… naprawdę źle się czułam — wydusiła w końcu, ale już innym tonem — twardszym i trochę urażonym. — Serce mnie zakłuło, przestraszyłam się. A pan, doktorze, jest bardzo niegrzeczny. Człowiek w potrzebie, a pan…
— W jakiej potrzebie? — przerwał jej lekarz. — Ma pani całkowicie zdrowe serce jak na swój wiek. Ciśnienie 135 na 85, puls równy. Kardiogram idealny. Powiedziałbym nawet, że jest pani w znakomitej formie.
Stałam, nie dowierzając własnym uszom. Czy to możliwe, że teściowa cały czas udawała? Ale po co?
— Proszę pana, doktorze — wtrącił się Siergiej — moja mama nie zmyśla. Jeśli mówi, że źle się czuje…
— Młody człowieku — westchnął lekarz z rezygnacją — pracuję w tym zawodzie dłużej, niż pan żyje. Potrafię odróżnić prawdziwe objawy od wymyślonych. U pańskiej matki nie ma żadnych oznak zawału ani innego ostrego stanu. Może miała drobny skurcz, który już minął. Ale to, co widziałem po wejściu do pokoju, było… powiedzmy, przesadą.
— Jak pan śmie! — oburzyła się nagle Antonina Pawłowna, siadając gwałtownie na łóżku. Jej ruchy były zaskakująco energiczne jak na osobę, która przed chwilą „umierała”. — Jestem starszą kobietą, należy mi się szacunek! Poskarżę się pańskiemu przełożonemu!
Lekarz spokojnie zbierał swoje przyrządy.
— Może się pani poskarżyć, to pani prawo. Ale fakty są takie, że nie ma medycznych wskazań do hospitalizacji. Mogę przepisać pani lekkie środki uspokajające, jeśli pani chce. I zalecam wizytę u lekarza rodzinnego w trybie planowym.
Wyjął notes i coś zanotował.
— Proszę — podał kartkę Siergiejowi. — Tutaj jest nazwa leku, można go kupić w każdej aptece. I jeszcze raz powtórzę — nie ma powodów do niepokoju.
Kiedy medycy odeszli, w pokoju zapadła napięta cisza. Teściowa siedziała na łóżku, zaciśniętymi ustami, wyraźnie unikając naszego spojrzenia. Siergiej trzymał w rękach receptę od lekarza, nie bardzo wiedząc, co powiedzieć.
— Mamo — odezwał się w końcu — co tu się dzieje?
— Nic się nie dzieje — burknęła Antonina Pawłowna. — Trafił się bezduszny lekarz, i tyle. Naprawdę bolało mnie serce. A teraz puściło. Możecie iść spać.
Patrzyłam na teściową, a w mojej głowie zaczynało kiełkować podejrzenie. Ostatnie tygodnie była wyjątkowo natarczywa — ciągle domagała się, żebyśmy przyjechali do niej na wieś. Mówiła, że sama nie daje sobie rady z ogródkiem, że potrzebuje pomocy. Ale my z Siergiejem wreszcie zaplanowaliśmy długo wyczekiwany urlop — dwa tygodnie nad morzem, tylko on i ja, po raz pierwszy od trzech lat. Teściowa była kategorycznie przeciwna, wymyślała tysiące powodów, dla których powinniśmy spędzić wakacje na wsi, pomagając jej w ogródku. A kiedy zrozumiała, że nie uda się nas przekonać, nagle „zachorowała”.
— Antonino Pawłowno — zaczęłam ostrożnie — przypadkiem nie urządziła pani tego całego przedstawienia właśnie dziś? Trzy dni przed naszym wyjazdem nad morze?
Teściowa podniosła głowę i rzuciła mi wściekłe spojrzenie.
— Nie rozumiem, o czym mówisz, synowo. Jakie przedstawienie? Naprawdę źle się czułam.
— Tak źle, że wyzdrowiała pani w jednej chwili, gdy tylko lekarz odkrył prawdę? — nie powstrzymałam sarkazmu. — Cudowne uzdrowienie!
— Nataszo — ostrzegawczo powiedział Siergiej — nie trzeba tak.
— Nie, Sierioża, trzeba — spojrzałam mu prosto w oczy. — Twoja mama próbuje nami manipulować. Doskonale wie, że jeśli „zachoruje”, odwołasz wyjazd. I znowu pojedziemy na wieś, kopać jej grządki zamiast w końcu odpocząć.
Twarz teściowej pokryła się czerwonymi plamami.
— Słyszysz, Sierioża? Słyszysz, jak ona się do mnie odzywa? Jestem dla niej ciężarem, przeszkodą! A przecież całe życie cię wychowywałam, nie spałam po nocach, głodowałam, żebyś miał wszystko. A teraz własny syn gotów porzucić chorą matkę dla jakiegoś morza!
Przewróciłam oczami. Typowa manipulacja — ten sam numer, który stosowała zawsze, gdy chciała postawić na swoim. I Siergiej zawsze się na to nabierał, dręczony poczuciem winy wobec matki.
— Mamo, nikt cię nie porzuca — powiedział łagodnie. — Wyjeżdżamy tylko na dwa tygodnie. Ciocia Walja obiecała zaglądać do ciebie codziennie. A my będziemy dzwonić.
— Jaka Walja? — rozłożyła ręce teściowa. — Ona sama ledwo chodzi! Nie, synku, czuję, że mój koniec bliski. Niedługo już po mnie. A wy jedźcie, bawcie się. Tylko boję się, że wrócicie, a mnie już nie będzie…
I rozpłakała się, zakrywając twarz dłońmi. Widziałam, jak Siergiej się waha — jego twarz zdradzała wewnętrzną walkę.
— Przestańcie — podniosłam głos. — Lekarz przed chwilą powiedział, że jest pani całkowicie zdrowa. To czysta manipulacja i pani doskonale o tym wie.
— Nataszo! — krzyknął Siergiej. — Nie waż się tak mówić do mojej matki!
— A jak mam mówić?! — poczułam, że się gotuję. — Ona celowo psuje nam życie! Od trzech lat nie byliśmy na urlopie, bo każdego lata wymyśla nowy powód, żebyśmy zostali na wsi! Raz ogródek, raz dach cieknie, raz płot się przekrzywił. A teraz po prostu postanowiła się rozchorować, żebyśmy nigdzie nie pojechali!
Teściowa płakała coraz głośniej, wydając z siebie żałosne jęki. Ta pokazowa bezradność zawsze działała na Siergieja bezbłędnie. Widziałam, jak się waha — jeszcze chwila, a ulegnie. I wtedy po urlopie — ani śladu. Witaj, ogródku.
— Sierioża — ujęłam go za rękę — chodźmy na chwilę.
Wyszliśmy z pokoju teściowej, cicho zamykając za sobą drzwi. Za nimi wciąż słychać było przytłumione szlochy.
— Posłuchaj — spojrzałam mężowi w oczy — twoja matka jest całkowicie zdrowa. Lekarz to potwierdził. Ona po prostu nie chce, żebyśmy wyjeżdżali.
— Ale może jej się pogorszyć — odparł niepewnie Siergiej. — W końcu jest starszą osobą.
— Ma sześćdziesiąt pięć lat i jest silniejsza od nas obojga — starałam się mówić spokojnie. — Pamiętasz, jak w zeszłym roku sama przekopała cały ogródek, bo nie mogliśmy przyjechać w weekend? A potem chwaliła się sąsiadce Kławdii — słyszałam to na własne uszy.
— Tak, ale…
— Żadnych „ale”, Sierioża. Ona tobą manipuluje — robi to perfekcyjnie. A ty za każdym razem dajesz się nabrać. Zasłużyliśmy na ten urlop. Dwa tygodnie tylko dla nas — to aż tak wiele?
Milczał, spuszczając wzrok. Wiedziałam, że w głębi duszy przyznaje mi rację, ale przyznać, że matka nim manipuluje, było dla niego nie do przyjęcia.
— Nie mogę jej zostawić, jeśli naprawdę źle się czuje — powiedział w końcu.
— Ale ona się nie czuje źle! — niemal krzyknęłam. — Lekarz przed chwilą to potwierdził!
— Może to coś innego. Nie serce, tylko… nie wiem, coś innego.

Wzięłam głęboki oddech, próbując się opanować. Krzyki i kłótnie nic nie dadzą — tylko utwierdzą go w przekonaniu, że jestem bezduszna i nie dbam o jego matkę.
— Dobrze — powiedziałam po chwili ciszy. — Zróbmy tak. Nie będziemy na razie odwoływać urlopu. Poczekajmy do jutra. Jeśli twojej mamie się pogorszy, znowu wezwiemy lekarza. Jeśli powie, że naprawdę coś się dzieje, wtedy zdecydujemy, co robić. Ale jeśli będzie zdrowa, tak jak powiedział dziś doktor, jedziemy nad morze, zgodnie z planem. Zgoda?
Siergiej niechętnie skinął głową.
— Zgoda.
Rano Antonina Pawłowna wyszła na śniadanie jak zwykle — rześka, zadbana, z idealnie ułożonymi włosami. O nocnym „ataku” przypominały jedynie lekko spuchnięte od łez oczy.
— Dzień dobry — przywitała się chłodno. — Jest herbata?
Bez słowa postawiłam przed nią filiżankę. Siergiej już poszedł do pracy, zostałyśmy same. To był mój dzień wolny, i zwykle teściowa zarzucała mnie wtedy obowiązkami, ale dziś była zaskakująco milcząca.
— Jak się pani czuje, Antonino Pawłowno? — zapytałam, starając się, by mój ton brzmiał neutralnie.
— Normalnie — burknęła. — Jeszcze żyję.
Usiadłam naprzeciwko niej.
— Proszę posłuchać, rozumiem, że martwi się pani o swój dom i ogród. Ale my z Siergiejem też mamy prawo do odpoczynku. To tylko dwa tygodnie, przecież to naprawdę niewiele.
Podniosła na mnie wzrok, w którym zapłonął nagły gniew.
— Ty mi go zabrałaś — powiedziała cicho, ale wyraźnie. — Mojego synka, mojego jedynego. Był taki troskliwy, dzwonił codziennie, przyjeżdżał w każdy weekend. A teraz? Raz w miesiącu, jeśli się uda. Zawsze „nie ma czasu”. A ja? Całe dnie sama w czterech ścianach, tylko telewizor i kot. A teraz jeszcze na całe dwa tygodnie wyjeżdżacie.
— Ale przecież mieszka pani z nami w mieście — zdziwiłam się. — Jakie cztery ściany? Może pani wychodzić na spacery, do sklepu, do parku, gdziekolwiek.
— A komu ja tu jestem potrzebna? — gorzko się uśmiechnęła. — Na wsi mam sąsiadki, przyjaciółki, ogródek. A tutaj? Siedzę całymi dniami, czekam, aż syn wróci z pracy. I nawet z kim pogadać nie ma.
Wtedy zrozumiałam. Pod całą tą manipulacją, szantażem i chorobami kryło się zwykłe ludzkie poczucie samotności. Teściowa bała się zostać sama, bała się, że straci kontakt z synem, że stanie się nikomu niepotrzebna. I nieświadomie zaczęła manipulować, byle tylko zatrzymać go przy sobie.
— Antonino Pawłowno — delikatnie dotknęłam jej ręki — nikt nie zamierza pani porzucać. Siergiej bardzo panią kocha, przecież pani to wie. Ale on też potrzebuje swojego życia. My potrzebujemy czasu tylko dla siebie, żeby odpocząć i nabrać sił. To nie znaczy, że o pani zapomnimy.
Odsunęła rękę i odwróciła się.
— Wszyscy tak mówicie — mruknęła. — A potem oddajecie do domu starców i odwiedzacie raz w roku, na Nowy Rok.
— Nikt pani nigdzie nie odda — zaczynałam tracić cierpliwość. — Jest pani zdrową, aktywną kobietą. Powinna pani znaleźć sobie zajęcie, coś, co sprawi przyjemność.
— Jakie zajęcie w moim wieku? — prychnęła. — Co ty wymyślasz?
— W sąsiednim bloku mieszka Maria Iwanowna, ma siedemdziesiąt lat, chodzi na tańce dla seniorów. Mówi, że jest świetna zabawa. Albo kółko robótek ręcznych w bibliotece. Albo kursy komputerowe dla starszych — mogłaby się pani nauczyć korzystać z internetu, znaleźć nowych znajomych.
Teściowa zamyśliła się. W jej oczach błysnęło coś na kształt ciekawości, ale zaraz znów przybrała surowy wyraz twarzy.
— Głupstwa. W moim wieku już za późno na naukę.
— Nigdy nie jest za późno — uśmiechnęłam się. — Proszę to przemyśleć. A my z Siergiejem pojedziemy na wakacje, jak planowaliśmy. Dwa tygodnie miną jak z bicza strzelił.
Nie odpowiedziała. Dopijała herbatę i wyszła do swojego pokoju. Ale tuż przed naszym wyjazdem niespodziewanie wcisnęła mi do ręki kopertę.
— To dla was, na wyjazd — mruknęła. — Kupcie Sierioży nowe kąpielówki, te stare już całkiem wypłowiały.
W środku było dziesięć tysięcy rubli — ogromna suma jak na emerytkę. Byłam naprawdę wzruszona.
— Dziękuję, Antonino Pawłowno — powiedziałam szczerze. — Na pewno kupimy.
— I nie zapomnijcie dzwonić — dodała surowo. — Każdego wieczoru.
— Oczywiście — obiecał Siergiej, obejmując matkę. — Nie nudź się tutaj. Jeśli coś się stanie — ciocia Walja obok.
Kiedy wróciliśmy z wakacji, opaleni i wypoczęci, czekała nas niespodzianka. Teściowa przywitała nas w nowej sukience, z nową fryzurą i jakimś szczególnym blaskiem w oczach.

— Zapisałam się na kurs komputerowy! — oznajmiła, pomagając nam rozpakować walizki. — Wyobraźcie sobie, jakie tam ciekawe osoby! A prowadzący taki młody, ale wszystko tak jasno tłumaczy. Już założyłam pocztę elektroniczną i konto na „Odnoklassnikach”! Odnalazłam tylu starych znajomych!
Spojrzeliśmy na siebie z Siergiejem z niedowierzaniem. Przez te dwa tygodnie nieobecności teściowa jakby odmłodniała o dziesięć lat. Co więcej — ani razu nie wspomniała o wsi, ogródku czy o swoim zdrowiu.
Później dowiedziałam się, że na kursie poznała Wiktora Iwanowicza, siedemdziesięcioletniego wdowca, i już dwa razy byli razem w teatrze.
Tej jesieni po raz pierwszy od trzech lat nie pojechaliśmy na wieś kopać ziemniaków — teściowa oznajmiła, że sprzedała dom sąsiadowi i nie zamierza już „bawić się w ogródek”.
A „ataki serca” nigdy więcej się nie powtórzyły. Okazało się, że Antoninie Pawłownie po prostu trzeba było odnaleźć swoje miejsce w nowym życiu i przestać bać się samotności.