— Dość, Polino Olegowno! Mieszkanie nie należy do pani i nie będzie pani tutaj rządzić — straciła cierpliwość Żanna.

— Jak myślisz, ta firanka będzie pasować do kuchni? — Polina Olegowna obracała w rękach katalog tkanin, który przyniosła ze sobą. — Zielona, z haftem. W tamtym sklepie na rogu są teraz promocje.
Żanna uniosła wzrok znad laptopa i powoli odetchnęła. W ciągu dwóch tygodni wspólnego mieszkania to była już trzecia rozmowa o tekstyliach.
— Polino Olegowno, my z Igorem dopiero pół roku temu odnowiliśmy całą kuchnię. Poza tym to tymczasowe, dopóki u pani trwa remont — powiedziała Żanna możliwie najłagodniej.
— Tymczasowe? — teściowa zacisnęła usta. — Ale przecież nawet tymczasowo powinno być przytulnie. A ta firanka, która teraz wisi, w ogóle nie przepuszcza światła.
Igor, siedzący obok z telefonem w ręku, udawał, że jest pochłonięty wiadomościami, choć Żanna doskonale widziała, że od pół godziny przewija tę samą stronę.
— Mamo, nam się podoba to, co jest — odezwał się w końcu cicho.
— No jak chcecie — Polina Olegowna zatrzasnęła katalog. — Chciałam tylko jak najlepiej. Zawsze tylko jak najlepiej.
Żanna z trudem powstrzymała irytację. „Dwa tygodnie — przypomniała sobie. — Tylko dwa tygodnie, potem jej sąsiedzi po zalaniu skończą remont.”
Dwa tygodnie zamieniły się w miesiąc. Polina Olegowna stopniowo zadomawiała się. Najpierw w szafce pojawił się jej ulubiony kubek. Potem — kilka doniczek z kwiatami na parapecie. Następnie — stos książek w salonie.
— Żanoczka, jutro zaproszę Walentinę Siergiejewną na herbatę, nie masz nic przeciwko? — zapytała któregoś razu teściowa przy kolacji.
— Walentinę Siergiejewną? — zdziwiła się Żanna.
— Tak, moją sąsiadkę. Mieszkałyśmy w jednym bloku przez dwadzieścia lat. Taka miła kobieta, poznasz ją i…
— Polino Olegowno — Żanna starała się mówić spokojnie — my z Igorem oboje pracujemy. A mieszkanie jest małe. Wydaje mi się, że zapraszanie gości nie jest najlepszym pomysłem.
— Jakich gości? — rozłożyła ręce teściowa. — To moja dawna przyjaciółka! Wypijemy po prostu herbatę. Nie martw się, wszystko sama przygotuję.
Żanna spojrzała na męża, ale on znowu udawał, że nie słyszy rozmowy.
— Igor, powiedz coś — nie wytrzymała.
— A co mam powiedzieć? — wzruszył ramionami. — Mama ma rację, to przecież na krótko. Co za różnica, jeśli przyjdzie jej znajoma?
Tak w ich domu pojawiła się Walentina Siergiejewna — korpulentna kobieta z bujną fryzurą, miłośniczka plotek o sąsiadach. Za nią przyszła Nina Pawłowna — dawna koleżanka Poliny Olegowny, chuda i surowa. A potem — Boris Pietrowicz, „stary znajomy”, jak przedstawiła go teściowa.
Żanna wracała z pracy i zastawała w kuchni obcych ludzi. Pili herbatę, jedli cukierki, które ona kupowała dla siebie, i rozmawiali tak, jakby byli u siebie.
— Tak, właśnie to powiedziałam mojemu synowi — rozbrzmiewał głos Poliny Olegowny, gdy Żanna otwierała drzwi. — Młodzi teraz są jacyś inni. Te ich gadżety, internety. A brakuje zwykłego, ludzkiego kontaktu.
— Zgadzam się całkowicie — wtórowała Walentina Siergiejewna. — Moja synowa też cały czas siedzi w telefonie. Mówię jej: „Lena, odłóż to wreszcie, porozmawiajmy jak ludzie”. A ona tylko macha ręką.
Żanna przechodziła obok nich do sypialni, witała się przez zęby i starała się nie słuchać. Ale ściany w mieszkaniu były cienkie.
— Igor, tak dalej być nie może — powiedziała mężowi, gdy w sobotę wyszli na obiad do kawiarni — jedynego miejsca, gdzie można było porozmawiać bez teściowej. — Minęły prawie dwa miesiące. Jej remont dawno się skończył.
— Wiem — westchnął Igor. — Ale jej tam samej smutno. Po ojcu została zupełnie sama.
— Rozumiem, ale inaczej się umawialiśmy. Zamieniła nasze mieszkanie w przelotowy salon. Wczoraj ten Boris Pietrowicz siedział do jedenastej w nocy! Włączył telewizor na cały regulator i oglądał jakiś film akcji.
— Porządny facet, tylko trochę głośny.
— Nie o to chodzi. Chodzi o to, że twoja mama zachowuje się, jakby to był jej dom. Przestawiła całą meblościankę w salonie!
— No, tak jest rzeczywiście wygodniej…
— Igor! — podniosła głos Żanna, a kilku gości w kawiarni się odwróciło. — Dwa lata wybieraliśmy te meble. Ustawiliśmy wszystko tak, jak nam odpowiadało. A ona po prostu wszystko poprzestawiała, nawet nie pytając!
Igor rozłożył ręce.
— Żanoczka, no bo wiesz… ona już starsza. Poza tym, to przecież… moja mama.
— A ja jestem twoją żoną. I to jest nasz dom, a nie hotel.
— Dajmy jej jeszcze trochę czasu — poprosił Igor. — Przyzwyczai się do życia sama i wróci do siebie.
Ale Polina Olegowna nie zamierzała wracać do siebie. Ba, czuła się tu coraz bardziej jak u siebie.
Pewnego dnia Żanna, wróciwszy z pracy, odkryła, że z kredensu zniknęło kilka figurek i stara szkatułka.
— Polino Olegowno — weszła do kuchni, gdzie teściowa przygotowywała kolację — nie widziała pani szkatułki, która stała w kredensie? Drewnianej, rzeźbionej.
— Ach, tego rupiecia? — teściowa mieszała coś w garnku. — Wyrzuciłam ją. I te okropne figurki też. W ogóle nie pasowały do wnętrza.
Żanna poczuła, jak w środku coś w niej pękło.
— Wyrzuciła pani… moją szkatułkę? Tę, którą podarowała mi babcia?
— Żanoczko, to była zupełnie stara rzecz. Zużyta, zniszczona, nawet zamek nie działał. Po co przechowywać taki grat?
Żanna powoli opadła na krzesło. Babcia podarowała jej tę szkatułkę tuż przed śmiercią. W środku były listy, pocztówki, drobne pamiątki — wszystkie wspomnienia o bliskiej osobie.
— Nie miała pani prawa — powiedziała cicho. — To były moje rzeczy. Moje wspomnienia.
— Co znaczy, że nie miałam prawa? — zdziwiła się teściowa. — Po prostu robiłam porządek. Nie można żyć wśród starych rzeczy, to tworzy złą energię w domu.
Żanna wyszła z kuchni, nie mówiąc ani słowa. Bała się, że jeśli otworzy usta, to rozpłacze się albo powie coś, czego później pożałuje.
Wieczorem odbyła się poważna rozmowa z Igorem.
— To przekracza wszelkie granice — mówiła Żanna, starając się nie podnosić głosu, żeby teściowa nie usłyszała ich w sąsiednim pokoju. — Ona wyrzuciła babciną szkatułkę! Wyobrażasz sobie? Nawet nie zapytała, po prostu wzięła i wyrzuciła!
— Ona nie chciała nic złego — zaczął Igor.
— Przestań jej bronić! — nie wytrzymała Żanna. — To była moja rzecz! Moja pamięć o babci!
— Dobrze, dobrze — Igor uniósł ręce. — Porozmawiam z nią. To naprawdę przesada.
Rozmowa z matką odbyła się następnego dnia. Polina Olegowna długo nie mogła zrozumieć, o co chodzi, ale ostatecznie przeprosiła — nieszczerze, z miną osoby, którą niesprawiedliwie oskarżono.
Przez kilka dni w domu panowało napięte zawieszenie broni.
A potem zaczęło się najciekawsze. Pewnego wieczoru, gdy Żanna i Igor jedli kolację, Polina Olegowna zrobiła ogłoszenie.
— Dzieci, chcę z wami porozmawiać o przyszłości — ułożyła dłonie na stole i spojrzała na nich poważnie. — Długo o tym myślałam i zdecydowałam, że musimy raz na zawsze rozwiązać kwestię mieszkaniową.
— W jakim sensie? — zaniepokoiła się Żanna…
— W dosłownym. Moje mieszkanie stoi puste. Nikt w nim nie mieszka. Tutaj nam we troje jest ciasno. Proponuję sprzedać oba mieszkania i kupić jedno duże, trzypokojowe. Będziemy mieszkać wszyscy razem, w zgodzie.
Żanna o mało się nie zakrztusiła.
— Wszyscy razem? — powtórzyła.

— Oczywiście! Wy nie będziecie musieli spłacać kredytu hipotecznego, a mnie nie będzie samotnie. Wypatrzyłam świetną opcję niedaleko stąd, na ulicy Budowniczych. Duża kuchnia, przestronny salon…
— Ale my nie planowaliśmy się przeprowadzać — ostrożnie zauważył Igor.
— Plany się zmieniają, synku — machnęła ręką Polina Olegowna. — Już nawet oszacowałam, ile dostaniemy za oba mieszkania. Więcej niż wystarczająco na wkład własny.
— Polino Olegowno, nie zamierzamy sprzedawać mieszkania — powiedziała stanowczo Żanna. — Kupiliśmy je dopiero dwa lata temu. Mamy kredyt na piętnaście lat.
— Kredyt można spłacić wcześniej — wzruszyła ramionami teściowa. — A poza tym, co to za problem z przeprowadzką? Ot, nowe miejsce. Za to jakie perspektywy! Trzypokojowe mieszkanie! W waszym wieku to świetna opcja.
— Nie chcę się przeprowadzać — powtórzyła Żanna. — A tym bardziej nie chcę mieszkać… — urwała, szukając słów.
— Ze mną, tak? — zmrużyła oczy Polina Olegowna. — Ot, ta wasza nowoczesna młodzież. Nawet z bliskimi nie chcą mieszkać. Za moich czasów to było nie do pomyślenia.
— Nie o to chodzi — wtrącił Igor. — Po prostu dopiero tu się urządziliśmy.
— Właśnie! — podchwyciła Żanna. — Wybieraliśmy to mieszkanie, robiliśmy remont. Wszystko pod siebie.
— Remont można zrobić i w nowym mieszkaniu — wzruszyła ramionami Polina Olegowna. — Najważniejsze to się zdecydować. A reszta się ułoży.
Żanna ze zgrozą zauważyła, że Igor nie mówi stanowczego „nie”. Patrzył w talerz i wyraźnie rozważał propozycję matki.
— Igor, chyba nie bierzesz tej propozycji na serio? — zapytała później, gdy zostali sami.
— Nie wiem — odpowiedział szczerze. — Mamie naprawdę jest samotnie. A finansowo mogłoby to być korzystne.
— Przecież rozmawialiśmy o tym dwa lata temu! — przypomniała Żanna. — Kiedy wybieraliśmy mieszkanie. Sam mówiłeś, że nie chcesz mieszkać z rodzicami.
— Tak, ale sytuacja się zmieniła. Taty już nie ma, mama jest zupełnie sama.
— I dlatego mamy zrujnować własne życie?
— Nie dramatyzuj — skrzywił się Igor. — Nikt niczego nie rujnuje. Trzeba po prostu rozważyć wszystkie opcje.
Kilka dni później Żanna wróciła z pracy wcześniej — w archiwum skrócono dzień pracy z powodu jakiejś kontroli. Otwierając drzwi, słyszała żywe głosy z salonu.
— …a tę ścianę można zburzyć — mówił nieznajomy męski głos. — Powstanie duża przestrzeń. Nowocześnie, stylowo.
— A nie będzie problemów z przebudową? — to był głos Borisa Pietrowicza.
— Nie, jeśli wszystko odpowiednio załatwić. Mam znajomych w urzędzie, załatwimy to jak trzeba.
Żanna weszła do salonu i stanęła w progu. Przy stole siedzieli Polina Olegowna, Boris Pietrowicz i obcy mężczyzna z tabletem, na którym był otwarty jakiś plan.
— Żanoczka! — zdziwiła się teściowa. — Dzisiaj wcześnie jesteś.
— Co tu się dzieje? — spojrzała na tablet, na którym podejrzanie znajomy rzut mieszkania był podzielony jakimiś nowymi liniami.
— A, tu pan Siergiej Andriejew zajrzał — odparła beztrosko Polina Olegowna. — Jest architektem, specjalizuje się w przebudowach. Po prostu rozważamy opcje.
— Jakie opcje? — Żanna podeszła bliżej i zobaczyła, że to rzeczywiście plan ich mieszkania, tylko z dodatkowymi liniami dzielącymi pokoje.
— No właśnie — wtrącił Boris Pietrowicz. — Polina Olegowna mówiła, że myślicie o większym mieszkaniu. Mój znajomy może pomóc z pomysłami na nowe lokum. Albo z przebudową tego, jeśli jednak tu zostaniecie.
— Nie myślimy o większym mieszkaniu — powiedziała powoli Żanna. — I tym bardziej nie planujemy żadnej przebudowy tutaj.
— Żanoczka, nie bądź taka kategoryczna — skrzywiła się teściowa. — My tylko omawiamy możliwości. Popatrz — wskazała tablet — jeśli w waszej sypialni zrobić tu ściankę działową, będą dwa małe pokoje. Jeden dla was, drugi dla mnie.
Żanna poczuła, jak ciemnieje jej przed oczami ze złości.
— Polino Olegowno — mówiła spokojnie, choć głos jej drżał — nie wiem, co pani sobie wyobraża, ale my z Igorem nie zamierzamy ani się przeprowadzać, ani robić przebudowy, ani tym bardziej dzielić naszej sypialni na dwie części.
— No co ty się tak zapalasz — pokręciła głową teściowa. — Mówię przecież, tylko omawiamy. A Igor wczoraj sam powiedział, że pomysł z trzypokojowym mieszkaniem mu się podoba.
— Co?
— Tak, tak, długo wczoraj o tym rozmawialiśmy. Uważa, że to rozsądne pod względem finansowym.
Żanna poczuła się zdradzona. Czy Igor naprawdę omawiał to za jej plecami?
— Przepraszam — zwróciła się do architekta — ale myślę, że lepiej, żeby pan wyszedł. Nie zamierzamy nic przebudowywać.
— Żanna! — oburzyła się Polina Olegowna. — Jak możesz tak niegrzecznie mówić do gościa!
— To nie gość, tylko obcy człowiek, którego wprowadziła pani do mojego domu bez mojej wiedzy i zgody.
Architekt poczuł napięcie i zaczął się zbierać.
— To ja… wpadnę innym razem — mruknął. — Gdy już wszystko omówicie we własnym gronie.
Po jego wyjściu wybuchł skandal. Polina Olegowna oskarżała Żannę o brak szacunku, grubiaństwo i egoizm. Żanna odpowiadała, że teściowa przekracza wszystkie granice.
— Zachowuje się pani tak, jakby to mieszkanie należało do pani! — wyrzuciła w końcu. — Ale tak nie jest!
— A do kogo ono należy? Do mojego syna! — zripostowała Polina Olegowna. — To on kupił to mieszkanie swoją pracą!
— Kupiliśmy je razem! I razem spłacamy kredyt!
— Och, nie rozśmieszaj mnie. Co tam niby dokładasz ze swojej mizernej pensji w archiwum? Grosze! Gdyby nie Igor, do tej pory wynajmowałabyś pokój w akademiku!
Ten cios był poniżej pasa. Rzeczywiście, przed poznaniem Igora Żanna mieszkała w akademiku, bo nie było jej stać na wynajem.
— Pani… — zabrakło jej tchu z oburzenia. — Jak może pani tak mówić?
— A co? To prawda. Uczepiłaś się mojego syna, bo jest perspektywiczny, z mieszkaniem…
— Polino Olegowno, Igor nie miał żadnego mieszkania, kiedy się poznaliśmy! Kupiliśmy je razem, dwa lata po ślubie!
— Nieważne. Ważne, że teraz on cię utrzymuje, a ty nawet nie chcesz okazać szacunku jego matce.
W tym momencie drzwi wejściowe się otworzyły i do mieszkania wszedł Igor. Za nim szła młoda kobieta z teczką.
— Co tu się dzieje? — zdziwił się, widząc rozwścieczone twarze żony i matki. — Kłócicie się?
— Twoja żona wyrzuciła Siergieja Andriejewicza! — natychmiast poskarżyła się Polina Olegowna. — Przyszedł pomóc z planami przebudowy, a ona wyrzuciła go za drzwi!
— Jakiej przebudowy? — Igor przeniósł pytające spojrzenie na Żannę.
— O to właśnie chciałabym zapytać! — Żanna skrzyżowała ręce. — Twoja mama twierdzi, że wczoraj rozmawialiście o kupnie trzypokojowego mieszkania, żebyśmy mieszkali razem. To prawda?
Igor się zawahał.
— No… rozmawialiśmy o tym, tak. Czysto teoretycznie.
— Teoretycznie? — Żanna poczuła, jak wzbiera w niej kolejna fala gniewu. — A ta pani przyszła tu też teoretycznie? — wskazała na nieznajomą stojącą za Igorem.
— A, to Karina — odwrócił się Igor. — Jest agentką nieruchomości. Mama poprosiła, żeby oceniła nasze mieszkanie, żeby wiedzieć, o jakie kwoty chodzi.
— Co?! — Żanna nie wierzyła własnym uszom. — Przyprowadziłeś agentkę, żeby oceniła nasze mieszkanie, nawet nic ze mną nie ustalając?!
— Żanoczko, nie przesadzaj — wtrąciła Polina Olegowna. — To tylko wycena, nic zobowiązującego. Chciałyśmy zrobić ci niespodziankę.
— Niespodziankę? — Żanna popatrzyła to na męża, to na teściową. — Serio uważa pani, że sprzedaż mieszkania to niespodzianka?
— Nikt nie mówi o sprzedaży — próbował ją uspokoić Igor. — Po prostu zbieramy informacje.
— Karina już przygotowała dokumenty — dorzuciła Polina Olegowna. — Pokazała opcje trzypokojowych mieszkań w dobrych dzielnicach. Bardzo interesujące oferty.
Żanna patrzyła na nich z niedowierzaniem. Naprawdę zaszli tak daleko, nawet jej o tym nie mówiąc.
— Wystarczy, Polino Olegowno! Mieszkanie nie należy do pani i nie będzie pani nim rozporządzać — Żanna straciła cierpliwość.
W pokoju zapadła cisza. Polina Olegowna wpatrywała się w synową szeroko otwartymi oczami, jakby nie wierzyła, że ta ośmieliła się podnieść na nią głos.
— Jak ty się odzywasz do starszych? — wydusiła w końcu. — Igor, słyszysz, jak twoja żona do mnie mówi?!

Igor przenosił wzrok z matki na żonę, zagubiony.
— Ja… myślę, że wszyscy powinniśmy się uspokoić — mruknął.
— Uspokoić? — Żanna pokręciła głową. — Wy za moimi plecami planujecie sprzedaż naszego mieszkania, sprowadzacie obcych ludzi do mojego domu, a ja mam zachować spokój?
— Żanoczka, źle wszystko zrozumiałaś — zaczęła Polina Olegowna.
— Doskonale wszystko zrozumiałam — przerwała jej Żanna. — Przyjechała pani na dwa tygodnie, a mieszka już trzeci miesiąc. Stopniowo zajmuje pani naszą przestrzeń, zaprasza swoich znajomych, wyrzuca moje rzeczy. A teraz jeszcze planuje pani sprzedać nasze mieszkanie!
— Nie dramatyzuj — skrzywiła się teściowa. — Nikt niczego nie zajmuje. Ja tylko chcę, żeby mojemu synowi dobrze się żyło.
— A jest pani pewna, że dobrze mu się żyje, kiedy rujnuje pani jego rodzinę?
— To ja rujnuję? — Polina Olegowna uniosła ręce. — Po prostu nie chcesz ze mną mieszkać, bo boisz się, że zobaczę, jaką jesteś złą żoną! Nic nie gotujesz, nie sprzątasz…
— Mamo! — wreszcie przerwał Igor. — To nieprawda. Żanna jest świetną żoną.
— Jesteś po prostu zaślepiony — machnęła ręką teściowa. — Wszyscy mężczyźni tacy są. Nie widzą dalej niż czubek własnego nosa.
— Przepraszam — odezwała się agentka Karina, dotąd stojąca niezręcznie w drzwiach. — Może przyjdę innym razem?
— Nie — powiedziała twardo Żanna. — Lepiej, żeby pani w ogóle nie wracała. Nie sprzedajemy mieszkania.
— Właściwie — Karina chrząknęła nieswojo — mam już wstępne dokumenty. Polina Olegowna podpisała pełnomocnictwo w imieniu Igora…
— Co?! — teraz Igor patrzył na matkę z szokiem. — Podpisałaś pełnomocnictwo za mnie?
— No i co z tego? — wzruszyła ramionami Polina Olegowna. — Jestem twoją matką. Kto, jak nie ja, ma działać w twoim interesie?
— Mamo, to fałszerstwo! — Igor pokręcił głową. — To przestępstwo!
— Nie opowiadaj głupot — machnęła ręką teściowa. — Jakie przestępstwo? Po prostu przyspieszyłam proces. Karina powiedziała, że potrzebne jest pełnomocnictwo do wstępnej oceny, a ciebie nie było. Podpisałam, żeby nie tracić czasu.
— Polino Olegowno — Żanna mówiła cicho, ale głos jej drżał — proszę się spakować. Czas, żeby wróciła pani do swojego mieszkania.
— Co? — teściowa wpatrzyła się w nią z oburzeniem. — Wyrzucasz mnie?
— Proszę panią o wyprowadzenie się. Remont w pani mieszkaniu dawno się skończył. Ma pani własny dom. A to — nasz dom. I nie chcemy, żeby pani tu mieszkała.
— Igor! — Polina Olegowna odwróciła się do syna. — Powiedz jej! Powiedz, że nie pozwolisz wyrzucić własnej matki na ulicę!
Igor wyglądał kompletnie zagubiony. Przenosił wzrok z żony na matkę i z powrotem, wyraźnie nie wiedząc, po której stanąć stronie.
— Mamo — powiedział w końcu — Żanna ma rację. Naprawdę czas wrócić do domu. A ta sprawa z pełnomocnictwem… to bardzo poważna rzecz. Nie miałaś prawa podpisywać dokumentów za mnie.
— Zdradzasz własną matkę? — w oczach Poliny Olegowny pojawiły się łzy. — Dla tej… tej kobiety?
— Ta kobieta to moja żona — powiedział stanowczo Igor. — I ją kocham. I proszę cię, żebyś szanowała naszą decyzję.
— Dobrze — Polina Olegowna wyprostowała się. — Odejść — odejdę. Ale zapamiętaj: sam wybrałeś tę drogę. Wybrałeś ją, a nie matkę, która cię wychowała, postawiła na nogi.
— Mamo, nie dramatyzuj — westchnął Igor. — Nikt niczego nie wybiera. Po prostu proszę cię o szacunek dla naszych granic. Zaszedłaś za daleko.
Polina Olegowna zacisnęła usta, patrząc na syna z ogromną urazą.
— Skoro tak, nie mam tu czego szukać — rzuciła ostro. — Karino, chodźmy, nie jesteśmy tu mile widziane.
Agentka nieruchomości stała niezręcznie, ściskając teczkę z dokumentami.
— Przepraszam, muszę zabrać podpisane papiery. Są nieważne, ponieważ…
— Zabieraj pani wszystko, co chce — ucięła Polina Olegowna, idąc do pokoju gościnnego. — A ja się spakuję.
Żanna i Igor wymienili spojrzenia. Kiedy agentka wyszła, a Polina Olegowna zamknęła się w pokoju, głośno trzaskając szufladami, Żanna cicho zapytała:
— Naprawdę rozmawiałeś z nią o sprzedaży mieszkania?
Igor zmęczonym ruchem przetarł twarz dłonią.
— Ona ciągle wracała do tego tematu. Ja tylko… nie chciałem jej zranić. Mówiłem, że pomyślę. Nigdy nie sądziłem, że posunie się tak daleko.
— A pełnomocnictwo… to poważna sprawa, Igor.
— Wiem — skinął głową. — Porozmawiam z nią o tym, kiedy ochłonie.
Po godzinie Polina Olegowna wyszła z pokoju z dwiema dużymi torbami. Jej twarz była kamienna, oczy — suche i zimne.
— Wezwałam taksówkę — oznajmiła. — Nie musicie mnie odprowadzać.
— Mamo, pozwól chociaż, że pomogę z torbami — zaproponował Igor.
— Nie trzeba — odcięła chłodno. — Sama sobie poradzę. Zawsze sobie radziłam.
W ciężkim milczeniu czekali na sygnał z domofonu oznaczający przyjazd taksówki. Igor jednak nalegał, by pomóc jej z bagażami.
— Zadzwonię jutro — powiedział na pożegnanie.
— Nie trudź się — odpowiedziała lodowato, nie patrząc na niego. — Wyłączę telefon.
I wyszła, głośno trzaskając drzwiami klatki.
Kolejne dni upłynęły w napięciu. Igor próbował wielokrotnie dodzwonić się do matki, ale bezskutecznie. Żanna czuła dziwną mieszaninę ulgi i niepokoju — z jednej strony dom znowu był tylko ich, z drugiej — widziała, jak mąż się martwi.
— Może powinniśmy do niej pojechać? — zaproponowała czwartego dnia.
— Nie — Igor pokręcił głową. — Musi sama ochłonąć i zrozumieć, że nie miała racji. To nie pierwsza taka sytuacja.
Siódmego dnia zadzwonił telefon. Ale to nie była Polina Olegowna, lecz jej sąsiadka, Walentyna Siergiejewna.
— Igor, musisz przyjechać — powiedziała. — Twoja mama nikogo nie wpuszcza do mieszkania, nawet mnie. Prosiła, żeby przekazać, że przygotowuje jakieś dokumenty przeciwko wam.
— Jakie dokumenty? — zdumiał się Igor.
— Nie wiem — westchnęła sąsiadka. — Coś o podziale majątku, o tym, że włożyła pieniądze w wasze mieszkanie…
— To nieprawda! — oburzył się Igor. — Nic nie inwestowała!
— Ja tylko przekazuję, co usłyszałam — tłumaczyła się sąsiadka. — Przyjedź, porozmawiaj z nią. Nie jest sobą.
Igor i Żanna spojrzeli po sobie.
— Pojadę sam — zdecydował. — Tak będzie najlepiej.
Żanna przystała, choć ściskało ją złe przeczucie. Po dwóch godzinach Igor wrócił, a po jego twarzy widziała, że rozmowa była ciężka.
— Pozwała nas — powiedział, zdejmując kurtkę. — A właściwie — przygotowuje pozew. Twierdzi, że dała nam pieniądze na wkład własny do kredytu i teraz chce swoją część mieszkania.
— Przecież to kłamstwo! — wykrzyknęła Żanna. — Mamy wszystkie dokumenty!
— Wiem — kiwnął głową Igor. — Ale ona nie słucha. Mówi, że znalazła prawnika, który obiecał jej pomóc.
— I co teraz?
— Skonsultowałem się z kolegą z kancelarii. Poradził wysłać oficjalne pismo, ostrzegające przed konsekwencjami złożenia fałszywego pozwu. I przypomnieć jej o podpisaniu pełnomocnictwa.
— Myślisz, że to zadziała?

— Nie wiem — przyznał. — Ale trzeba zatrzymać ten szaleńczy pociąg, zanim nabierze prędkości.
Tydzień później Polina Olegowna otrzymała oficjalne pismo od prawnika reprezentującego Igora i Żannę. Szczegółowo opisano w nim konsekwencje prawne fałszowania podpisu i składania fałszywego pozwu.
Na końcu widniała krótka adnotacja:
„W przypadku kontynuowania działań niezgodnych z prawem moi klienci będą zmuszeni zwrócić się do organów ścigania”.
Odpowiedzi nie było. Minął miesiąc, potem drugi. Nie wpłynął żaden pozew. Polina Olegowna nie dzwoniła i nie odwiedzała ich.
Żanna i Igor stopniowo wracali do normalnego życia. Zrobili remont, całkowicie odświeżając salon, w którym wcześniej mieszkała teściowa. Wyrzucili stary kanapowy tapczan, na którym spała, kupili nowe meble, przemalowali ściany.
— Myślisz, że kiedyś się odezwie? — zapytała Żanna, gdy wieszali nowe obrazy w odnowionym pokoju dziennym.
— Nie wiem — odpowiedział Igor. — Jest uparta. Potrafi się obrażać na lata. Z tatą kiedyś nie rozmawiała przez pół roku o jakąś drobnostkę.
— Tęsknisz za nią?
Igor zastanowił się, zanim odpowiedział.
— Raczej tęsknię za tą mamą, którą była kiedyś. Tą, która piekła mi naleśniki w niedzielę i pomagała w lekcjach. A nie za tą, którą stała się w ostatnich latach.
Żanna objęła go, rozumiejąc, że pod jego spokojem kryje się ból.
— Może warto spróbować się pogodzić? — zaproponowała. — Nie dla niej, dla ciebie.
Igor pokręcił głową.
— Nie. Tym razem posunęła się za daleko. Nie mogę jej wybaczyć tego, jak traktowała ciebie. I tej historii z podpisem… Najpierw musi zrozumieć, że była w błędzie. A znając mamę, to może potrwać lata.
Minęło pół roku. Życie wróciło do normy. Igor czasem dowiadywał się o matce od znajomych — była zdrowa, zajęła się remontem swojego mieszkania, często widywała się z Borisem Pietrowiczem. Raz Igor widział ich razem w supermarkecie, ale oni go nie zauważyli, a on nie podszedł.
A potem wydarzyło się coś niespodziewanego. W jeden z weekendów ktoś zadzwonił do drzwi. Na progu stała Nina Pawłowna, była koleżanka Poliny Olegowny.
— Przepraszam, że przeszkadzam — powiedziała, nerwowo ściskając pasek torebki. — Polina prosiła, żebym coś wam przekazała.
Wyciągnęła niewielkie pudełko zawinięte w prosty papier.
— Co to? — zdziwił się Igor.
— Nie wiem — wzruszyła ramionami Nina Pawłowna. — Powiedziała tylko, że należy to do Żanny i chce to zwrócić.
Kiedy kobieta odeszła, Żanna rozwinęła papier. W środku była ta sama szkatułka, którą Polina kiedyś wyrzuciła. Stara, starta, rzeźbiona. Na wieczku pojawiła się świeża rysa, ale poza tym była cała.
— Nie wyrzuciła jej — wyszeptała Żanna, otwierając wieczko. — Cały ten czas ją trzymała.
W środku leżała karteczka, zapisana starannym pismem Poliny:
„Znalazłam na dnie kosza, kiedy wychodziłam. Pomyślałam, że może to ważne. P.O.”
Ani przeprosin, ani ciepłych słów. Tylko sucha informacja. Ale nawet to było rodzajem przyznania się do błędu — pierwszym od początku ich znajomości.
— Co z tym zrobimy? — zapytała Żanna, pokazując kartkę mężowi.
Igor długo patrzył na znajome pismo matki.
— Nic — odpowiedział w końcu. — To nie przeprosiny. To tylko gest. Jeśli naprawdę chce się pogodzić, musi powiedzieć to wprost.
Żanna skinęła głową. Postawiła szkatułkę na półce, tam gdzie stała wcześniej. Mały fragment przeszłości wrócił na swoje miejsce, ale wielka rysa, która podzieliła rodzinę, pozostała.
Nina Pawłowna pojawiła się ponownie miesiąc później.
— Polina prosiła przekazać, że ona i Boris Pietrowicz zdecydowali się pobrać — oznajmiła. — Ślub będzie skromny, w gronie przyjaciół. Chciałaby, żebyście byli, ale nie wie, jak was zaprosić.

— Proszę przekazać, że jej gratulujemy — powiedział Igor po chwili. — I życzymy szczęścia.
— A co z zaproszeniem?
Igor spojrzał na Żannę.
— Zastanowimy się — odpowiedział wymijająco.
Gdy Nina odeszła, Żanna zapytała:
— Chcesz pójść?
— Nie wiem — przyznał Igor. — Część mnie chciałaby zobaczyć ją szczęśliwą. Ale druga część wciąż pamięta, jak nas traktowała. Jak próbowała nami manipulować. Nie wiem, czy potrafię wybaczyć.
— Może warto spróbować? — zaproponowała łagodnie Żanna. — Nie dla niej — dla siebie. Żebyś mógł iść dalej.
Igor zamyślił się.
— Napiszę do niej list — zdecydował. — Powiem wszystko, co czuję. A jeśli uzna swoje błędy, zaczniemy od nowa. Jeśli nie… przynajmniej spróbuję.
Usiadł do stołu i zaczął pisać. Żanna nie zaglądała mu przez ramię, zostawiając mu przestrzeń. Gdy skończył, zakleił list w kopercie.
— Wyślę jutro — oznajmił. — A potem zobaczymy.
Odpowiedź przyszła tydzień później — nie list, a krótka wiadomość SMS:
„Dostałam. Przeczytałam. Potrzebuję czasu. P.O.”
— Przynajmniej nie odrzuciła rozmowy — zauważyła Żanna.
— Tak — zgodził się Igor. — To już coś.
Na ślub nie poszli — uznali, że jeszcze za wcześnie. Wysłali prezent i kartkę z życzeniami. Polina nie odpowiedziała, ale przez Ninę przekazała, że prezent dotarł.
Tak zaczął się nowy etap ich relacji — zdystansowany, ostrożny, z powolnym krokiem ku ewentualnemu pojednaniu. Polina już nie próbowała ingerować w ich życie, a oni nie usiłowali na siłę odbudować więzi.
Stali się jak dwie planety krążące po osobnych orbitach — wystarczająco daleko, by się nie zderzyć, ale związane niewidzialną grawitacją więzów rodzinnych.
— Myślisz, że kiedyś będziemy prawdziwą rodziną? — zapytała kiedyś Żanna, gdy przejeżdżali obok dzielnicy, w której mieszkała Polina.
— My już jesteśmy rodziną — odpowiedział Igor, ściskając jej dłoń. — A z mamą… czas pokaże. Najważniejsze, że teraz sami ustalamy zasady. I nikt nie może ich naruszyć.
Minęli skrzyżowanie i dzielnica Poliny została za nimi — tak jak tamten trudny okres w ich życiu, kiedy o mało co nie stracili siebie przez cudzą ingerencję. Przed nimi była droga, którą wybrali sami.