Nalepliłam pierogów na cały tydzień, a mąż rozdał je kolegom bez pytania — teraz ma focha, że przestałam mu gotować

Nalepliłam pierogów na cały tydzień, a mąż rozdał je kolegom bez pytania — teraz ma focha, że przestałam mu gotować

Obudziłam się tamtego poniedziałku z myślą, że ten tydzień będzie lekkim. Pierogi w zamrażarce leżały równymi rzędami — trzy półki, każda porcja w osobnej torebce. Wystarczyło tylko przyjść, wrzucić do wody i nie myśleć o tym, co zrobić na kolację. Wreszcie.

Niedzielę spędziłam w kuchni. Cały dzień. Rano zagniotłam ciasto, mięso do farszu zmieliłam sama — Igor lubi, kiedy jest dużo mięsa. Lepiłam, aż zdrętwiały mi palce. Mąż zaglądał co jakiś czas, uśmiechał się, zacierał ręce.

— Anjut, no jesteś cudowna! — mówił, zaglądając do garnka. — Cały tydzień będziemy żyli jak ludzie.

Pomóc nie zaproponował. Mógłby przynajmniej rozwałkować ciasto, ale nie — chodził w kółko i się rozczulał. Milczałam, masując zesztywniały kręgosłup i myślałam: trudno, później będzie łatwiej.

Gotować nie lubię. Nigdy nie lubiłam. Kiedy mieszkałam sama, nie zawracałam sobie głowy — jogurt, kanapka, czasem jajecznica. Wystarczało mi. A Igor lubi jeść. Dobrze i dużo. Powiedziałabym — żreć. Po ślubie cała kuchnia spadła na mnie. On nawet herbaty sobie nie zrobi, jeśli jestem w domu.

W poniedziałek wieczorem szłam od przystanku i myślałam o gorących pierogach ze śmietaną. Może posypię je zieleniną. Przekręciłam klucz w zamku — i od razu zrozumiałam, że coś jest nie tak.

Gwar głosów. Męski śmiech. Zapach smażonej cebuli aż szczypał w nos.

Popchnęłam drzwi do kuchni i zamarłam.

Przy stole siedziało czterech — Igor i jego koledzy. Przed każdym stała ogromna, parująca miska. Pierogów. Moich pierogów. Na kuchence stał wielki garnek, woda jeszcze bulgotała.

— O, Ańka przyszła! — Wadik machnął widelcem, nie odrywając się od talerza. — Igorek, ty to masz życie! Taką żonę znalazłeś!

Igor aż promieniał.

— Spróbujcie domowych, chłopaki! — cmoknął z uznaniem. — Żona się postarała. Takich smakołyków toście nigdy nie jedli.

Stałam w drzwiach z torbą na ramieniu. W gardle mi zaschło.

— Igor… — zaczęłam cicho.

— Ania, nie przejmuj się, sami wszystko odgrzaliśmy — nawet na mnie nie spojrzał. — Wadik zaproponował, żeby wpaść, no to wyciągnąłem pierożki. Po co mają się zmarnować?

Po co mają się zmarnować? Ja cały dzień wczoraj stałam. Cały dzień.

Podeszłam do zamrażarki. Otworzyłam. Pusto. Wszystkie trzy półki — puste. Tylko kilka zmiętych woreczków leżało na dnie.

— Następnym razem zrób więcej, Anjut — dobiegło znad stołu. — Bo dla wszystkich nie starczyło.

Wadik beknął i ryknął śmiechem. Reszta dołączyła.

Odwróciłam się. Na stole, na talerzach, leżały niedojedzone pierogi. Połowa porcji została. Ktoś ugryzł i rzucił. Ktoś rozmazał po talerzu śmietanę i zostawił, pływającą w tłustej kałuży.

Trzeba będzie wyrzucić.

— Cieszę się, że wam smakuje — powiedziałam przez zaciśnięte zęby i wyszłam z kuchni.

W pokoju usiadłam na łóżku i wpatrzyłam się w ścianę. Ręce mi drżały. W piersi waliło, jakby ktoś uderzał młotkiem. Cała niedziela. Wszystkie pierogi. Wszystko.

Słyszałam ich śmiechy, stukot kufli, poklepywanie się po plecach. Nikt nie zapytał, czy jadłam. Nikt nie zostawił mi chociaż jednego talerza.

Kiedy za ostatnim gościem zamknęły się drzwi, w kuchni zapanowała cisza. Wróciłam. Igor siedział ze wzrokiem w telefonie, odchylony na krześle.

Stół był zalany. Śmietana, masło, okruchy chleba. W zlewie piętrzyły się talerze. Na jednym, na samym brzegu, leżały dwie zimne pierożki. Zlepione, obrzydliwe.

Wzięłam gąbkę. Zaczęłam zbierać z talerzy resztki. Zeskrobywałam widelcem do kosza wszystko, co zostało. Każdy kawałek ciasta, każda kropla tłuszczu — jakby wyrzucali część mnie.

— Czemu masz taki kwaśny humor? — Igor wreszcie podniósł wzrok. — Chłopaki cię chwalili, tak w ogóle.

Odwróciłam się.

— Igor, lepiłam te pierogi na cały tydzień. Dla nas.

Wzruszył ramionami.

— No i? Przyszli koledzy, to ich poczęstowałem. Normalne.

— Normalne byłoby zapytać.

— Zapytać? — prychnął. — Jesteś żoną. Żona powinna nakarmić gości.

Powinna. Zawsze powinna.

Wyprostowałam się. Odłożyłam gąbkę.

— Obowiązek nakarmienia wypełniłam — powiedziałam powoli. — Gości nakarmiłam. Teraz niech przez resztę tygodnia karmią cię koledzy.

Igor uniósł brwi.

— O co ci chodzi?

— O to, że nie będę więcej gotować. Dopóki nie nauczysz się szanować mojej pracy.

Wyskoczył na równe nogi.

— Zwariowałaś?! — jego głos przeszedł w krzyk. — O jakieś pierogi robisz aferę!

— O to, że rozdałeś tydzień mojej pracy bez pytania. A część trzeba było wyrzucić.

Wskazał na mnie palcem.

— Zrzęda jesteś! To sobie zrzędź sama!

Trzasnęły drzwi. Poszedł do pokoju.

Zostałam sama. Usiadłam na taborecie i ukryłam twarz w dłoniach. Może przesadzam? Może naprawdę jestem skąpa?

Ale łzy nie chciały lecieć. W środku było tylko głuche, ciężkie rozdrażnienie.

Zjadłam resztki ze stołu, umyłam naczynia i poszłam spać. Igor całą noc wiercił się na swojej połowie łóżka, demonstracyjnie odwrócony.

Rano wyszedł do pracy bez pożegnania.

Kolejne dni były dziwne. Wracałam z pracy, a kuchnia była pusta. Igor milczał. Odpowiadał tylko rzeczowo — krótko, chłodno. Każdego wieczoru kupowałam sobie bułeczkę z kiosku pod blokiem. Jedną. Małą, z marmoladą.

W środę wieczorem szłam przez podwórze, trzymając ciepłą paczuszkę w rękach. Papier od marmolady zrobił się tłusty, przyklejał się do palców. Latarnie migotały, oświetlając rozmokły śnieg. Zimne powietrze przyjemnie szczypało policzki.

Jak lekko.

Zatrzymałam się przy wejściu do klatki. Odgryzłam kawałek bułki — skórka zachrzęściła. Słodkie nadzienie jakby poparzyło język.

Pierwszy raz od lat idę do domu i nie myślę o tym, co ugotować.

Nie było tej ciężkości. Pośpiechu. Myśli, co kroić, myć, gotować. Nie było poczucia, że jestem komuś winna. Po prostu szłam do domu. Z bułeczką dla siebie.

Podniosłam głowę, spojrzałam na okna. Gdzieś tam, na czwartym piętrze, siedział Igor. Obrażony. Pewnie głodny. Czekał, aż się złamię.

A jeśli się nie złamię?

Na półpiętrze spotkałam Swietłanę Pietrowną. Sąsiadka jak zawsze zamiatała schody. Jej miotła szurała po betonie.

— Dobry wieczór — skinęłam głową.

— Dobry, dziewczyno — zatrzymała się, opierając na miotle. Zmrużyła oczy. — Co, Igor wciąż się dąsa?

Spojrzałam na nią zaskoczona.

— Skąd pani wie?…

Swietłana Pietrowna uśmiechnęła się krzywo.

— Przez ściany wszystko słychać, kochanieńka. Tylko tam się za bardzo nie kłóćcie. Chociaż… — pochyliła się bliżej i ściszyła głos. — Ja by mojego po łapach dała. Za coś takiego. Ale wy tam sami sobie radźcie.

Mrugnęła i wróciła do zamiatania.

Weszłam do mieszkania. Usiadłam na kanapie, wyciągnęłam telefon. Palce same znalazły numer Olgi, mojej siostry.

— Halo? — w słuchawce zaszurało, potem coś kliknęło. Ona jak zwykle łuskała słonecznik.

— Olo, to ja.

— O, hej! Co się stało?

Opowiedziałam. Wszystko. O pierogach, o kolegach Igora, o jego tygodniowym milczeniu. O bułeczce, którą dziś kupiłam tylko dla siebie.

Olga wybuchnęła śmiechem. Tak głośno, że odsunęłam telefon od ucha.

— Anka, no jesteś wielka! — parsknęła przez śmiech. — Ja tak żyję od dawna. Kota karmię — i koniec. Lekko mi.

— Ale ja przecież jestem żoną — zaczęłam niepewnie. — Może ja coś źle rozumiem?

— Daj spokój! — znowu chrupnęło ziarno. — Żona to nie kucharka. Jesteś zmęczona, a nie skąpa. Zobaczysz, sam przyjdzie przepraszać.

— No nie wiem…

— Wiesz, wiesz. Po prostu zaczynasz siebie szanować. To normalne, Anka. To dobre.

Jeszcze chwilę ze mną rozmawiała, żartowała, doradziła, żebym „wysłała go do diabła z tymi pierogami”. Potem się pożegnała.

Położyłam telefon na kolanach. Szanować siebie. Dziwne słowa. Jakbym była obca samej sobie.

A może rzeczywiście byłam?

Do weekendu Igor wciąż milczał. Rano wychodził, trzaskając drzwiami. Wieczorem siedział przed telewizorem, żuł coś kupnego. Ja jadłam w swoim pokoju. Bułeczki, jogurty, czasem jabłko.

Dobrze mi.

Ta myśl przyszła nagle, w sobotni poranek. Obudziłam się, przeciągnęłam — i zrozumiałam. Dobrze mi. Spokojnie. Nie myślę o gotowaniu. Nie stoję przy kuchence. Nie męczę się z ciastem i farszem.

Może zawsze chciałam tak żyć?

Wstałam, wyszłam do kuchni. Igor siedział przy stole, ponuro mieszał łyżką w kubku rozpuszczalnej kawy.

Podeszłam do kuchenki, postawiłam czajnik.

— Igor — powiedziałam cicho.

Nie odpowiedział. Stuknął łyżką o brzeg kubka.

— Muszę coś powiedzieć.

— Czego jeszcze? — nie podniósł głowy.

— Nie mam obowiązku poświęcać się całkowicie kuchni. Pracuję tak samo jak ty. Wracam zmęczona. I jeśli chcesz, żebym gotowała, musisz szanować moją pracę. A nie rozdawać ją na prawo i lewo.

Igor potarł czoło. Podrapał nasadę nosa. Milczał.

— W ogóle rozumiesz, o czym mówię? — zapytałam.

Podniósł wzrok. Popatrzył na mnie — długo, uważnie.

— Może czegoś nie rozumiem — mruknął. — Ale ty… przecież jesteś moją żoną.

— Właśnie. Żoną. Nie kucharką.

Opadł. Odwrócił się do okna.

Nalałam sobie herbaty. Wyjęłam z torby świeżą bułeczkę — kupiłam ją wczoraj specjalnie. Usiadłam naprzeciwko niego.

Siedzieliśmy w ciszy. Piłam herbatę małymi łykami, odgryzałam kawałki bułki. Okruchy spadały na stół. Igor patrzył w okno.

Potem wstał. W milczeniu otworzył zamrażarkę — leżały tam pierogi z paczki, które sam kupił. Wysypał je do garnka.

— Chcesz? — zapytał, nie odwracając się.

— Nie, dziękuję — uśmiechnęłam się. — Kupiłam sobie coś, co lubię.

Skinął głową. Zamieszał wodę w garnku. Już nie dyskutował.

Zjadłam bułkę, starłam okruszki. Przesunęłam dłonią po blacie — czystym, pustym. Żadnej mąki. Żadnych śladów wczorajszej harówki.

Mój stół. Moja kuchnia. Moje życie.

I nie było mi wstyd.

Spojrzałam w okno. Za szybą powoli opadał śnieg, miękki i lekki. Igor usiadł naprzeciwko i w milczeniu jadł swoje pierogi. Dopijałam herbatę.

Nie pogodziliśmy się. Ale coś się zmieniło. On już nie stroił fochów. Ja już nie czułam winy.

Czy naprawdę tak można było zawsze?

Chyba można. Po prostu nie wiedziałam.

Kilka dni później Igor zapytał, czy będę znowu lepić pierogi.

— Będę — odpowiedziałam. — Kiedy będę chciała. Dla siebie. Jak zostanie — podzielę się.

Skinął głową. Więcej nie naciskał.

Tak teraz żyję. Gotuję, kiedy mam ochotę. Nie z obowiązku. Nie ze strachu, że ktoś nazwie mnie złą gospodynią. Tylko dlatego, że sprawia mi to przyjemność.

I każdego wieczoru, wracając z pracy, kupuję sobie bułeczkę. Małą. Z marmoladą.

Dla siebie.

Nie jestem skąpa. Po prostu jestem żywa.