Przeprowadzając się do męża, żona zrozumiała, że teściowa nie da jej spokojnie żyć — i postanowiła nauczyć matkę męża lekcji.

Przeprowadzając się do męża, żona zrozumiała, że teściowa nie da jej spokojnie żyć — i postanowiła nauczyć matkę męża lekcji.

Irina wciągała ostatnią walizkę. Czterdzieści lat, a czuła się jak studentka. Zamiast wolności – niepokój. Kolia czekał.

— No, w końcu, Ir! — powiedział. — Mama już nakryła do stołu.

Raisa Pawłowna powitała ich w progu. Surowa, wysoka. Jej spojrzenie przesunęło się po Irinie i zatrzymało na walizce.

— Znowu ten hałas, Kolia. Ir, co to za torba? Przecież umawialiśmy się, tylko najpotrzebniejsze rzeczy.

Irina wypuściła powietrze. Umawiali się? Nie. Jej ulubiony wełniany pled to „najpotrzebniejsze”.

— Dzień dobry, Raiso Pawłowno — powiedziała Irina. — To mój koc. Zimowy.

— Zimowy — powtórzyła Raisa Pawłowna. — Kolia, pokaż żonie, gdzie rzeczy. I powiedz jej, że naczynia zmywa się od razu.

Irina zesztywniała. Dopiero co weszła. Butów nawet nie zdjęła. „Ona się w ogóle nie zmienia?!” — przebiegło jej przez myśl.

Kolia zakaszlał nerwowo.

— Mamo, no co ty od razu. Dopiero przyjechaliśmy.

— Mówię, jak jest, synku. Porządek jest najważniejszy. Ir, na stole jest zupa. Ugotowałam. Naucz się robić tak samo dobrą.

Irina osłupiała. Jej zupy! Były najlepsze. W wersji Kolii.

— Ja… jadłam w drodze — odpowiedziała, choć żołądek skręcał się z głodu.

Kolia pociągnął ją za rękę.

— Chodź, Ir. Musisz odpocząć.

Przeszli do ich pokoju. Pachniało naftaliną.

— Mama pościeliła — wyjaśnił Kolia. — Bardzo się starała.

Irina spojrzała na niego. W jego głosie była prośba.

— Kolia — zaczęła. — To teraz nasz dom? Nasz?

Westchnął.

— Oczywiście, pamiętam. Po prostu mama… ona jest przyzwyczajona.

Przyzwyczajona. Do dowodzenia?

— Ir — odezwała się Raisa Pawłowna z korytarza. — Będziesz od razu robiła pranie? Pokażę ci moją pralkę. Do kolorów jest jeden program, do białego inny. Bo inaczej wszystko zniszczysz.

Irina poczuła pulsowanie w skroniach. Jest dorosłą kobietą. Przez całe życie robiła pranie.

— Raiso Pawłowno, poradzę sobie sama — jej głos zabrzmiał ostro.

Kolia chwycił ją za łokieć.

— Ir, ciszej. Nie trzeba.

Nie trzeba? A co trzeba? Kiwać głową? Uśmiechać się?

— Kolia — powiedziała, patrząc mu w oczy. — Wydaje mi się, że ja tu jestem tylko gościem.

Odwrócił się.

— Po co tak mówisz? Przecież ona się stara.

Stara? Żeby zrobić ze mnie dziecko? Świat runął. Nie, tylko mocno się zachwiał.

Wieczorem przy kolacji, którą Raisa Pawłowna gorąco zalecała, rozpoczął się nowy atak.

— Kolia, pamiętasz, jak w dzieciństwie nie lubiłeś grochowej zupy? A Irina, jak widzę, też szczególnie za nią nie przepada — powiedziała, nie odrywając wzroku od talerza Iriny. — Widocznie macie zupełnie inne gusta.

Irina ledwo się powstrzymała. Dlaczego ona się tak w nią wpatruje?

— Lubię grochową zupę, Raiso Pawłowno — powiedziała Irina. — Po prostu nie jestem bardzo głodna.

— No tak, no tak — mruknęła Raisa Pawłowna. — Ciekawe, jak wy będziecie żyć, skoro nawet w jedzeniu macie różne upodobania.

Kolia próbował rozładować sytuację.

— Mamo, daj spokój. U nas wszystko w porządku.

— W porządku? — uniosła brew Raisa Pawłowna. — Irina, ty w ogóle umiesz prasować? Mój Kolia zawsze chodził w idealnie wyprasowanych koszulach. A ty…

Irina poczuła, jak jej twarz płonie. Czy ona sugeruje, że jest niezdarna?

— Raiso Pawłowno, sama prasuję swoje rzeczy. I Kolii też. I umiem to robić — powiedziała, starając się brzmieć spokojnie.

Ale spokojna nie była. W środku wszystko w niej wrzało. Gdzie był jej Kolia? Ten, który ją wspierał. Siedział i jadł zupę.

— Kolia — wyszeptała prawie. — Słyszysz?

Podniósł wzrok.

— Co, Ir?

— Nic, Kolia. Nic.

Mąż. Siedzi i milczy.

Raisa Pawłowna uśmiechnęła się z satysfakcją.

— No właśnie. Tak ma być.

Tak, jak ona chce.

Irina patrzyła na Kolię. On nie widział. Albo nie chciał widzieć.

Jak ona ma tu teraz żyć? To nie dom. To więzienie…

Raisa Pawłowna nie przestawała. Każdego dnia — nowa „rada”.

— Ir, wyprasowałaś Koli koszulę? Widziałam, jak poszedł do pracy. Pognieciona.

— On sam prasował, Raiso Pawłowno — odpowiadała Irina.

— Tak? A wyglądało, jakby wcale nie prasował.

Kolia milczał. Udawał, że nie słyszy. Rano, wieczorem, przy stole.

Pewnego razu Irina rozmawiała przez telefon z przyjaciółką Leną.

— Len, ja jestem w szoku. Ona komentuje wszystko. Jak Kolia je, jak śpi…

— Ir, z kim ty tam gadasz? — Raisa Pawłowna weszła bez pukania. — Co to za rozmowy? Nie przeszkadzaj mi oglądać telewizji.

Irina aż podskoczyła.

— Raiso Pawłowno, jestem w swoim pokoju.

— W swoim? — Teściowa uśmiechnęła się krzywo. — Tu wszystko jest nasze.

Połączenie się urwało. Lena wszystko słyszała.

Sąsiadka, ciocia Wala, spotkała Irinę pod blokiem.

— Iroczka, słyszałam, że ty Koli w ogóle nie gotujesz? Raisa Pawłowna mówi, że chodzi głodny.

Irina prawie się przewróciła. Głodny? Przecież ona gotuje!

— Co? — wydusiła Irina. — Ja…

— No, nie wiem — ciocia Wala wzruszyła ramionami. — Sama tak mówiła.

Irina wróciła do domu. W niej aż zawrzało. Poszła do Kolii. Siedział w salonie, oglądał wiadomości.

— Kolia, twoja mama opowiada sąsiadkom, że ja nie gotuję. Jak to?

Kolia machnął ręką.

— No, mam… ona tak po prostu. Nie przejmuj się.

— Nie przejmować? Ona mnie ośmiesza!

— No co ty. Powie coś. I co z tego.

„I co z tego?!” Irina patrzyła na niego, a w oczach miała łzy. On naprawdę nic nie rozumie?

„Dość — zdecydowała Irina. — Koniec”.

Następnego dnia poszła do sklepu. Kupiła nowy zamek. Do drzwi ich wspólnego pokoju. Wieczorem, kiedy Raisa Pawłowna oglądała serial, Irina go założyła.

Kolia wszedł.

— Ir, co ty robisz?

— Zakładam zamek. To nasz pokój. Mamy prawo do prywatności.

— Po co? Mama się obrazi.

— Niech się obrazi.

Raisa Pawłowna zauważyła zamek rano.

— Kolia! Co to ma znaczyć?! Po co to?!

— Mamo, no… tak po prostu.

— Po prostu?! Znam ja te „po prostu”! Ir, co ty tu wyprawiasz?! Jesteś w moim domu!

— Raiso Pawłowno, to nasz dom. Koli dom. A ja jestem jego żoną.

Teściowa patrzyła na nią. Wściekła.

Potem zaczęły się „wybryki” Iriny. Raisa Pawłowna nie lubiła jaskrawych zasłon. Irina kupiła najbardziej jaskrawe, pomarańczowe i powiesiła je w ich pokoju. Kolia patrzył.

— Ir, może… trochę spokojniej?

— Nie, Kolia. Teraz będzie tak.

Raisa Pawłowna weszła. Zobaczyła.

— Co to za okropieństwo?! To pokój klauna?!

— To nasze zasłony, Raiso Pawłowno. Nam się podobają.

Irina parzyła rano kawę. Raisa Pawłowna piła tylko herbatę. Irina włączała głośno młynek do kawy. Raisa Pawłowna marszczyła się.

— Ir, co to za hałas?!

— Kawa, Raiso Pawłowno. Lubię kawę.

Drobne, ale zauważalne zmiany. Irina czuła się trochę lepiej. Ale napięcie rosło. Każdy dzień — walka. Kolia błądził między nimi. Widział. Ale nie reagował.

„Czy tak będzie zawsze?” — myślała Irina. „Jestem tu na wojnie?”

Przyszli goście. Raisa Pawłowna promieniała. Irina nakrywała do stołu.

— Ir, a jak ty robiłaś tę sałatkę? — zapytała teściowa, patrząc na gości. — Ogórki trzeba kroić bardzo cienko. Ja mam specjalny nóż, ale Irina nie pofatygowała się, żeby mój naostrzyć.

Irina znieruchomiała. Nóż. Czy ona ma obowiązek ostrzyć jej noże? Kolia wiercił się na krześle.

— Mamo, no przestań.

— Co? Mówię, jak jest. A ten placek… — Raisa Pawłowna podniosła kawałek. — No, to nie jest mój. Moje ciasto jest zawsze puszyste.

Goście wymienili spojrzenia. Irina czuła, jak płonie jej twarz. Oto jest ten moment. Opuściła głowę. Wstyd. A potem — złość. Za dużo. Chcą ją tu upokorzyć?

— Raiso Pawłowno — powiedziała Irina, głos jej zadrżał. — To ja piekłam ten placek. Jeśli nie smakuje, proszę nie jeść.

Teściowa westchnęła z oburzeniem. Goście ucichli. Kolia spuścił wzrok.

— Co to ma być? — syknęła Raisa Pawłowna. — Bezczelność? W moim domu…

— To nasz dom! — krzyknęła Irina. Wstała. — Albo nasz? Kolia!

Podniósł wzrok. Pusty.

— Ir, no co ty? Nie psuj wieczoru.

— Nie psuć? Ten wieczór jest zepsuty od dawna. Od bardzo dawna.

Irina spojrzała na Raisę Pawłownę.

— Poniża mnie pani. Codziennie. Przed sąsiadkami, teraz przed gośćmi. Po co? Co ja pani zrobiłam?

— Ja ci źle nie życzę — odpowiedziała teściowa, jej twarz pobladła. — Po prostu uczę, jak trzeba.

— Uczy pani? — Irina zaśmiała się gorzko. — Najpierw trzeba nauczyć się szacunku do ludzi.

Odwróciła się i ruszyła do drzwi.

— Ir, dokąd ty? — krzyknął Kolia.

— Nie zostanę tu — powiedziała.

Pobiegł za nią.

— No Ir, proszę cię. Co ty robisz?

— Ja? Robię to, co powinnam była zrobić dawno. — Irina spojrzała na niego. — Nie mogę tak dłużej. To nie życie. To męczarnia.

— Nie dramatyzuj — powiedział Kolia.

— Nie dramatyzuję? — Irina zmrużyła oczy. — Dobrze. To wybieraj. Albo wyjeżdżamy. Dziś. Do wynajętego mieszkania. Albo ja wyjeżdżam. Sama. I na zawsze.

Kolia znieruchomiał. Jego oczy się rozszerzyły.

— Co ty mówisz?

— To, co słyszysz. Jestem zmęczona. Nie chcę tak żyć. Chcę mieć własny dom. Własną przestrzeń. Bez poleceń. Bez upokarzania. Bez twojej mamy.

— Nie nazywaj mojej mamy w ten sposób! — zaczerwienił się.

— Nazywam, jak jest. Chcesz, żebym odeszła? Powiedz.

— Nie! — Chwycił ją za ręce. — Nie, Ir!

— Więc co? Co ja mam zrobić?

— Ja… ja nie wiem.

— Wiesz, Kolia. Wiesz. Wybieraj. Albo ja, albo twoja mama. Razem tu nie przetrwamy. Nigdy.

Raisa Pawłowna pojawiła się w korytarzu. Słuchała.

— Synu! Ty się dajesz na jej sztuczki nabrać?

— Mamo, proszę — Kolia cofnął ręce. — Nie teraz.

— Teraz! Wszystko słyszałam! Ona cię szantażuje!

Irina spojrzała na Kolię. Jego twarz była zagubiona. Miotał wzrokiem od jednej do drugiej.

— Czekam, Kolia.

Kolia patrzył na Irinę, potem na matkę.

— Ir, no… czemu tak od razu?

— Tak, Kolia. Ja mam tylko jeden wybór. A ty?

Raisa Pawłowna czekała. Goście siedzieli w ciszy. Kolia ciężko westchnął.

— Dobrze, Ir. Jedziemy.

Raisa Pawłowna krzyknęła.

— Dokąd?! Synu! Oszalałeś?!

— Mamo — głos Kolii był matowy. — Musimy.

Irina poczuła, jak napięcie w niej opada. Objęła Kolię. On objął ją mocno.

— Pakujemy się teraz — powiedziała Irina. — Kolia, idź się pakować.

— Po co? — spojrzał zdezorientowany.

— Po to. Żeby zacząć nowe życie.

Kolia kiwnął głową. Ujął ją za rękę. Poszli do pokoju. Raisa Pawłowna stała pośrodku salonu. Goście zaczęli się żegnać. Z zażenowaniem.

Irina pakowała rzeczy szybko. Kolia pomagał. Nie mówił ani słowa. Po prostu zbierał. Jego ruchy były zdecydowane.

— Ir, zadzwonię teraz do Saszy. Zna jedną kawalerkę. Wolna.

— Dzwoń — powiedziała Irina.

Sasza, przyjaciel Kolii, zareagował szybko. Po godzinie mieli adres. Mieszkanie na wynajem. Małe, ale własne.

Zamówili taksówkę. Raisa Pawłowna wyszła do korytarza. Jej oczy były czerwone.

— No cóż. Idź. Zapomnij o mnie.

Kolia podszedł do niej. Objął.

— Mamo, będę dzwonił. Przyjeżdżał.

— Nie trzeba. Wybrałeś ją. To z nią sobie żyj.

Irina czuła gorycz. Ale wiedziała — tak trzeba. Wsiadła do taksówki. Kolia zaraz za nią.

Pierwsze dni były trudne. Przyzwyczajali się. Do ciszy. Do tego, że nikt nie wydaje poleceń.

— Kolia — powiedziała Irina któregoś wieczoru. — Jak się czujesz?

— W porządku, Ir. Po prostu… dziwnie. Ale… dobrze. Bardzo dobrze.

Irina uśmiechnęła się.

Raisa Pawłowna dzwoniła do Kolii rzadko. Raz w tygodniu. Krótko. Pytała o pracę. Nigdy o Irinę.

Irina chodziła po mieszkaniu. Swoim. Włączała głośno muzykę. Gotowała swoją zupę. Grochową. Bardzo smaczną. Kolia jadł ze smakiem.

Po miesiącu Kolia pojechał do matki. Sam. Spotkała go w progu.

— Po co przyjechałeś?

— Mamo, stęskniłem się.

Raisa Pawłowna milczała. Wpuściła go. Siedzieli w kuchni.

— Jak tam u was? — zapytała.

Kolia westchnął.

— Dobrze, mamo. W porządku.

— W porządku, mówisz. — Odwróciła się do okna. — Sama mi tu nudno.

Kolia spojrzał na nią.

— Mamo, przyjedź do nas. W odwiedziny.

Odwróciła się. W jej oczach pojawiło się coś jak nadzieja.

— Pomyślę.

Irina usłyszała o tym wieczorem.

— Ona… przyjedzie? — zapytała.

— Może. Powiedziałem jej, że jest mile widziana. Ale to nasz dom, Ir. Nasz.

Irina spojrzała na niego. Pierwszy raz od dawna w jego oczach nie było błagania. Była pewność.

— Tak, Kolia. Nasz.

Wiedziała. Granice zostały postawione. Może nie od razu. Ale postawili je. Swój dom. Swoją rodzinę. Swoje zasady. A Raisa Pawłowna była teraz gościem. Wreszcie.