Żona przypadkiem podsłuchała rozmowę teściowej z mężem i rano postanowiła spakować rzeczy

Żona przypadkiem podsłuchała rozmowę teściowej z mężem i rano postanowiła spakować rzeczy

Olga obudziła się od głosów dobiegających z kuchni. Zegar wskazywał wpół do drugiej w nocy. Leżała i zastanawiała się — kto może być o tej porze? Potem rozpoznała głos teściowej.

— Andrzeju, ile można to znosić? — syczała Tamara Pawłowna. — Ona już całkiem straciła wstyd!

Olga zesztywniała. O kim oni mówią?

— Mamo, ciszej. Ola śpi — odpowiedział mąż przytłumionym głosem.

— A mnie to wszystko jedno! Niech słyszy! Może chociaż wtedy zrozumie, co wyprawia!

Serce Olgi biło tak głośno, że miała wrażenie, iż słychać je na całe mieszkanie. Zrozumiała — mówią o niej.

— Wczoraj mówię jej — trzeba obrać ziemniaki. A ona mi na to: „Wiem sama, kiedy obierać!” Słyszałeś coś takiego? W moim wieku!

— Mamo, no co ty…

— Nie broń jej! Trzydzieści pięć lat milczałam! Myślałam — zmądrzeje, pojmie, kto rządzi w domu. A ona tylko gorzej!

Olga zamknęła oczy. Boże, o czym ona mówi? Jakie ziemniaki? Wczoraj cały dzień sprzątała, gotowała, prała. A tu — ziemniaki!

— I w ogóle — ciągnęła teściowa — popatrz na nią! Chodzi taka ważna, jakby księżniczka jakaś! A co ona potrafi? Porządnie gotować nie umie, domu nie ogarnia…

— Mamo, przestań.

— Nie przestanę! Andrzeju, jesteś facet czy nie? Czemu żona ci mówi, co masz robić?

— Nikt mi niczego nie mówi!

— Jeszcze jak mówi! Pamiętam, chciałeś zmienić samochód — była przeciw. Chciałeś kupić działkę — znowu była przeciw! We wszystkim pytasz ją o zdanie!

Olga otworzyła usta ze zdumienia. Jaki samochód? Jaka działka? Przecież wszystko ustalali razem! Albo jednak nie?

— Wiesz, co myślę? — głos Tamary Pawłownej stał się cichszy, ale bardziej jadowity. — Ona cię nie docenia. Wcale cię nie docenia!

— Mamo…

— Nie mamkuj mi tu! Widzę przecież! Ty harujesz jak koń, a ona co? Leży na kanapie i ogląda telewizor!

Olga wstrzymała oddech. Leży na kanapie? Ona? Jest ślepa czy udaje, że nie widzi, jak Olga od rana do nocy się krząta?

— I niewdzięczna jest! — dodała teściowa. — Ile ja dla niej zrobiłam! Gdy chorowała — ja się nią zajmowałam! Gdy nie mieliście pieniędzy — ja pomagałam! A teraz mi pyskuje!

— Nikt ci nie pyskuje, mamo.

— Pyskuje! Wczoraj zapytałam, czemu nie odbiera moich telefonów. A ona mówi — zajęta byłam! Zajęta! Ciekawe czym ona może być tak zajęta?

Olga przypomniała sobie wczorajszy dzień. Pięć nieodebranych połączeń od teściowej. Rzeczywiście nie odebrała — stała przy kuchence i gotowała obiad dla całej rodziny.

— Andrzeju — głos niemal przeszedł w szept — może czas coś zmienić?

— To znaczy?

— No… porozmawiać z nią poważnie. Wytłumaczyć, jak powinna się zachowywać. Bo ona myśli, że jej wszystko wolno!

— Mamo, jesteśmy razem trzydzieści pięć lat…

— No właśnie! Trzydzieści pięć lat ją znosisz! A ona? Co ona dla ciebie zrobiła? Dzieci porządnie nie wychowała, domu nie prowadzi…

Olga zacisnęła pięści. Dzieci! Przecież wychowywali je razem! A dom… Boże, co ona plecie?

— Nie mówię, żeby ją wyrzucać — ciągnęła Tamara Pawłowna. — Ale ustawić do pionu — trzeba! Niech zna swoje miejsce!

Długa pauza. Olga wytężyła słuch.

— Dobra, mamo. Jest już późno. Idź spać.

— Przemyśl to, co powiedziałam, Andrzeju. Przemyśl dobrze.

Zaszurały kapcie, drzwi trzasnęły. Potem mąż poszedł do łazienki, wrócił, położył się obok. Oddychał równo, spokojnie.

A Olga leżała i patrzyła w sufit. Sen odszedł całkowicie.

Rano Andrzej wstał jak gdyby nigdy nic. Wesoło pogwizdywał pod prysznicem, potem zjadł śniadanie i czytał wiadomości w telefonie.

— Andrzeju — Olga postawiła mu kawę. — Muszę z tobą porozmawiać.

— Mhm — nie oderwał wzroku od ekranu.

— Poważnie porozmawiać.

— Wieczorem, Olka. Spieszę się dziś. Mamy ważną prezentację.

Pocałował ją w policzek i wyszedł. Zwykły pocałunek, zwykły poranek. Jakby wczorajszej rozmowy w ogóle nie było.

Olga usiadła przy stole i wpatrywała się w niedopitą kawę męża. Jak można tak żyć? Być obok człowieka i w ogóle go nie widzieć?

O dziewiątej zadzwoniła Tamara Pawłowna.

— Ola, czemu wczoraj nie odbierałaś?

— Byłam zajęta.

— Zajęta! — prychnęła teściowa. — Czymże to ty możesz być tak zajęta?

Olga milczała. Wyjaśnianie nie miało sensu. I tak nie zrozumie.

— Słuchaj — ciągnęła teściowa — przyjadę dziś. Musimy coś omówić.

— Co omówić?

— Zobaczysz. Będę koło dwunastej.

Połączenie zostało przerwane. Olga spojrzała na telefon i nagle zrozumiała — dłużej nie może. Nie może słuchać pouczeń, nie może znosić wyrzutów, nie może żyć w domu, w którym mówi się o niej jak o obcej.

Wstała i poszła do sypialni. Wyciągnęła z szafy stary kuferek, który kupili kiedyś na podróż poślubną. Zakurzony, z urwaną rączką.

Zaczęła składać rzeczy. Powoli, starannie. Sukienki, swetry, bielizna. Ręce jej drżały, ale nie przestawała.

„Dokąd pojadę? — myślała. — Do Leny? Córka się zdziwi. Powie: mamo, pokłóciliście się? A co jej powiedzieć? Że tata z babcią uważają mnie za pasożyta?”

Schowała zdjęcia z dziećmi, dokumenty, ulubione książki. Walizka okazała się mała. Trzydzieści pięć lat życia zmieściło się w jednej walizce.

Usiadła na łóżku i zapłakała. Cicho, bez szlochu.

Zadzwonił domofon. Tamara Pawłowna przyszła wcześniej.

— Otwieraj! — krzyknęła do słuchawki.

Olga wytarła oczy i poszła otworzyć. Teściowa wparowała do przedpokoju z miną generała przed atakiem.

— No to co, porozmawiamy? — przeszła do kuchni, usiadła przy stole. — Siadaj.

Olga usiadła naprzeciwko. Patrzyła na tę kobietę i myślała — naprawdę bałam się jej przez trzydzieści pięć lat?

— Więc tak — zaczęła Tamara Pawłowna. — Wczoraj rozmawiałam z Andrzejem. Długo rozmawiałam.

— Słyszałam.

— Słyszałaś? — teściowa zmarszczyła brwi. — No i dobrze. To rozumiesz, o co chodzi.

— Niezbyt.

— Ola — jej głos stał się protekcjonalny — jesteś mądrą kobietą. Naprawdę nie widzisz, co się dzieje?

— A co się dzieje?

— Zmieniłaś się. Bardzo się zmieniłaś. Stałaś się jakaś… krnąbrna.

Olga milczała.

— Kiedyś mnie słuchałaś, przyjmowałaś moje rady. A teraz? Teraz mi pyskujesz!

— Kiedy wam odpyskowałam?

— Ciągle! Wczoraj zapytałam o telefony — a ty mi z pretensją!

— Powiedziałam, że byłam zajęta.

— Właśnie! W takim tonie! — Tamara Pawłowna uderzyła pięścią w stół. — A jeszcze przedwczoraj! Mówię — barszcz przesolony. A ty milczysz! Nawet nie przeprosiłaś!

Olga patrzyła na nią ze zdumieniem. Jak wcześniej mogła nie zauważyć tego obłędu?

— Tamaro Pawłowno — powiedziała spokojnie. — A jadła pani ten barszcz?

— A co to ma do rzeczy?

— Jadła pani czy nie?

— No… spróbowałam.

— Jedną łyżkę pani spróbowała i powiedziała, że przesolony.

— No tak! I co z tego?

— A Andrzej zjadł cały talerz. I poprosił o dokładkę.

Teściowa na sekundę zgłupiała, ale szybko odzyskała pewność siebie.

— To z grzeczności! Andrzejek jest delikatny, nie chce cię ranić!

— Rozumiem — Olga wstała. — Tamaro Pawłowno, muszę iść.

— Gdzie iść? Nie skończyłyśmy!

— Skończyłyśmy.

Olga wyszła z kuchni i poszła po walizkę.

— Co to jest? — teściowa wpatrzyła się w bagaż. — Zwariowałaś?

— Może — Olga postawiła walizkę przy drzwiach.

— Ola! Ola, natychmiast wróć! Co to za głupoty?!

Ale Olga już zakładała płaszcz. Teściowa krążyła po korytarzu, chwytała ją za rękawy.

— Rozumiesz, co robisz? Andrzej przecież się załamie! A dzieci co powiedzą?

— Dzieci są dorosłe. Poradzą sobie.

— Ty chora jesteś! Całkiem chora! Przez co? Przez jedną rozmowę?!

Olga obróciła się.

— Przez jedną? Tamaro Pawłowno, pani tak ze mną rozmawia od trzydziestu pięciu lat!

— Ja z tobą dobrze mówię!

— Dobrze? — Olga zaśmiała się. — Pamięta pani, jak Dymek zachorował? Dwa lata temu?

— No?

— Trzy tygodnie siedziałam z nim w szpitalu. A pani mówiła Andrzejowi, że specjalnie tam siedzę, żeby od domowych obowiązków uciec!

— Ja tak nie mówiłam!

— Mówiła pani! Przy mnie pani mówiła! A jak Lenka broniła dyplom? Pamięta pani? Kupiła nową sukienkę, ładną. A pani — po co wydawać? Rodzice skąpi!

Twarz Tamary Pawłowny oblała się rumieńcem.

— To… to nie tak było!

— Dokładnie tak! I takich sytuacji są setki! Setki, Tamaro Pawłowno!

W zamku przekręcił się klucz. Andrzej.

— Cześć! — zawołał z przedpokoju. — Dziś wcześnie… — urwał, widząc walizkę. — Co to?

— Twojej żonie odbiło! — natychmiast wtrąciła się teściowa. — Zamierza odejść!

Andrzej spojrzał na Olgę, potem na matkę, potem znów na walizkę.

— Ola, serio?

— Serio.

— Ale dlaczego? Co się stało?

— Nie wiesz, co się stało?

— Nie!

— Andrzej — Olga usiadła na ławeczce w przedpokoju. — Wczoraj rozmawiałeś z mamą. Pamiętasz?

Zbladł.

— Ty… słyszałaś?

— Każde słowo. O tym, jaka jestem niewdzięczna. O tym, że trzeba mnie ustawić do pionu. O tym, że cię nie doceniam.

— Ola, to nie… my nie…

— Co nie? — wstała. — Nie tak mówiliście? Albo nie o mnie?

— Mama była tylko zdenerwowana wczoraj…

— Wczoraj przez co? — podniosła głos. — Przez to, że nie odebrałam telefonu? Bo gotowałam wam obiad! Wam!

— Ola, uspokój się…

— Nie uspokoję się! Wiesz co, Andrzej? Trzydzieści pięć lat byłam dobrą żoną! Gotowałam, prałam, wychowywałam dzieci, dbałam o ciebie! A co dostałam w zamian?

— Co ty opowiadasz? Mamy normalną rodzinę!

— Normalną? — Olga zaśmiała się histerycznie. — Normalna rodzina to taka, gdzie mąż z mamą obgadują żonę za jej plecami?

— My nie obgadywaliśmy!

— A co robiliście? O pogodzie rozmawialiście? — odwróciła się do teściowej. — A pani! Kim pani w ogóle jest, żeby decydować, jak mam żyć?

— Jestem matką! — oburzyła się Tamara Pawłowna.

— Jego matką! Nie moją! Nic pani nie jestem winna!

— Jesteś! Szacunek jesteś winna!

— Za co? Za upokarzanie mnie? Za wtrącanie się we wszystko? Za nastawianie syna przeciwko żonie?

— Andrzejek! — teściowa złapała się za serce. — Słyszysz, jak ona do mnie mówi?!

— Słyszę — powiedział cicho Andrzej.

— I co? Pozwolisz jej tak do mnie mówić?

Zapadła cisza. Olga patrzyła na męża i czekała. Teraz wszystko się rozstrzygnie. Teraz on wybierze.

— Mamo — powiedział w końcu Andrzej. — Może naprawdę nie trzeba było…

— Czego nie trzeba było? — teściowa aż nie mogła uwierzyć.

— No… tak mówić o Oli.

— Ty co, stanąłeś po jej stronie?

— Nie po żadnej stronie. Po prostu… jest moją żoną. Od trzydziestu pięciu lat.

Tamara Pawłowna otworzyła usta, zamknęła, znów otworzyła.

— Dobrze! — wyrzuciła z siebie w końcu. — Dobrze! Czyli już wam nie jestem potrzebna!

— Mamo, co to ma do rzeczy?

— Jak to co? Całe życie dla was! A teraz… — chwyciła torebkę. — Dobrze! Pożyjcie sobie beze mnie!

Drzwi trzasnęły. Andrzej i Olga zostali sami.

— Ola — podszedł do niej. — Po co tak ostro? Przecież ona już stara…

— Andrzej — powiedziała Olga zmęczonym głosem. — Ty naprawdę nic nie zrozumiałeś.

— Czego nie zrozumiałem? — Andrzej usiadł obok niej na ławeczce. — Wytłumacz mi.

Olga spojrzała na niego uważnie. Siwe skronie, zmęczone oczy, drobne zmarszczki. Znajoma twarz. Bliska.

— Andrzejku — powiedziała cicho. — A ty mnie kochasz?

— Oczywiście! Co to za pytanie?

— To dlaczego milczałeś, kiedy twoja mama mnie obrażała?

— Przecież powiedziałem — nie powinna tak mówić…

— Andrzej, powiedziałeś to teraz! A wczoraj milczałeś! I milczałeś przez trzydzieści pięć lat!

Pocierając czoło, westchnął.

— Ola, przecież to moja matka. Jak mam powiedzieć jej coś ostro?

— A mnie można?

— Co ty masz do tego?

— Andrzej! — Olga wstała. — To, że ja też jestem człowiekiem! I też mam uczucia!

Mężczyzna milczał, wpatrzony w podłogę.

— Wiesz co? — ciągnęła. — Twoja mama miała rację w jednym. Ja naprawdę się zmieniłam.

— W czym?

— Kiedyś się bałam. Bałam się cię martwić, bałam się urazić twoją mamę. Myślałam — wytrzymam, kiedyś mnie zaakceptuje.

— Przecież dawno cię zaakceptowała!

— Zaakceptowała? — Olga roześmiała się. — Jak służącą zaakceptowała! Taką, co ma milczeć i robić, co jej każą!

— Ola, przesadzasz…

— Nie przesadzam! — usiadła z powrotem i chwyciła go za ręce. — Andrzej, posłuchaj mnie. Naprawdę posłuchaj.

Skinął głową.

— Jestem zmęczona byciem winną wszystkiemu. Zmęczona tłumaczeniem się z każdego słowa. Zmęczona życiem w domu, gdzie się mnie nie szanuje.

— Ja cię szanuję!

— To dlaczego mnie nie obroniłeś? Ani razu przez trzydzieści pięć lat nie powiedziałeś matce: „dość”?

Andrzej długo milczał. W końcu westchnął.

— Nie wiem. Może przywykłem.

— Właśnie. Przywykłeś. A ja — oduczyłam się.

— I co teraz? — spojrzał na walizkę. — Naprawdę odejdziesz?

— Nie wiem — odpowiedziała szczerze. — To zależy od ciebie.

— Ode mnie?

— Andrzej, nie chcę niszczyć rodziny. Ale nie będę też żyć jak dawniej.

— A jak chcesz?

— Chcę, żebyś był mężem, a nie synkiem mamusi. Chcę, żeby moje zdanie coś znaczyło. Chcę, żeby twoja mama nie rządziła w naszym domu.

— Ona nie rządzi…

— Rządzi! I dobrze o tym wiesz!

Andrzej wstał, przeszedł się po pokoju.

— Ola, a jak ja jej to wytłumaczę? Przecież ona przyzwyczajona…

— To jej problem. Niech się odzwyczai.

— Łatwo ci mówić…

— Andrzej — Olga podeszła do niego. — Wybieraj. Albo twoja matka będzie kierować naszym życiem, albo my sami. Innej opcji nie ma.

Długo milczał. W końcu objął ją.

— Dobrze. Spróbujemy.

— Spróbujemy czego?

— Żyć inaczej. Bez maminych rad.

— A jeśli się obrazi?

— No… obrazi się i przestanie. W końcu jej przejdzie.

Olga po raz pierwszy tego dnia uśmiechnęła się.

— To schować walizkę?

— Schowaj.

Zaniosła walizkę do sypialni, zaczęła odkładać rzeczy z powrotem. Andrzej stał w drzwiach i patrzył.

— Ola?

— Co?

— A naprawdę ten barszcz był wczoraj dobry?

— Dobry. Nawet bardzo.

— Tak myślałem — uśmiechnął się. — Tylko mamie się zdawało.

Wieczorem zadzwoniła Tamara Pawłowna. Długo rozmawiała z Andrzejem, wzburzona. Olga słyszała tylko jego odpowiedzi.

— Nie, mamo, nie pokłóciliśmy się… Tak, wszystko dobrze… Nie, nikt cię nie wyrzuca… Tylko ustalmy… Jak ustalmy? Po ludzku…

Odłożył słuchawkę i spojrzał na żonę.

— Przyjdzie jutro. Chce porozmawiać.

— Niech przyjdzie — odpowiedziała spokojnie Olga. — Ale rozmowa będzie inna.

— Inna?

— Jak równych z równymi. Nie jestem już dziewczynką, którą można wychowywać.

Andrzej skinął głową.

— Rozumiem.

I Olga zrozumiała — coś naprawdę się zmieniło. Może nie od razu, może nie na zawsze. Ale się zmieniło.

Po raz pierwszy od wielu lat poczuła się w domu jak u siebie.