— Chcesz — pierz im, gotuj im — ja w tym cyrku udziału brać nie będę — powiedziała Sonia do męża.

Sonia stała przy oknie, obserwując, jak jej mąż Kiriłł krząta się na podwórku z ojcem. niby nic takiego — zwykła sobota, ale w jej piersi coraz mocniej narastał ciężar. Starała się nie pokazywać, że jest zmęczona, że się złości, że nie podoba jej się to, co się dzieje — ale w środku wszystko już dawno kipiało.
Trzy miesiące temu do ich domu wprowadzili się rodzice Kiriłła — Piotr Iwanowicz i Walentyna Pietrowna. Przyjechali „tymczasowo”, bo rzekomo mieli problemy z ogrzewaniem w swoim starym domu za miastem. Sonia od razu nie uwierzyła — znając Walentynę Pietrownę, rozumiała, że jeśli ta kobieta gdzieś się wprowadzi, to pozbycie się jej nie będzie łatwe.
Sonia i Kiriłł są razem prawie siedem lat. On zawsze był człowiekiem miękkim, nielubiącym konfliktów. W pracy — odpowiedzialny, w domu — też się starał, ale gdy tylko chodziło o rodziców — koniec, jego wola gdzieś znikała.
Sonia zamknęła okno i poszła do kuchni. Przy stole siedziała Walentyna Pietrowna i obierała jabłka. Obierała wolno, z miną wielkiej męczennicy.
— Sonia — przeciągnęła teściowa, nie patrząc na nią — zamarynowałabyś kurczaka na kolację. Piotr Iwanowicz lubi soczystego. I nie zapomnij o purée, bo wczoraj zrobiłaś jakieś z grudkami.
Sonia chciała coś powiedzieć, ale się powstrzymała. Wiedziała: jeśli teraz zacznie, skończy się kłótnią, a Kiriłł znów będzie prosił, by „wytrzymała”.
Zgarnęła ze stołu obierki i poszła po ziemniaki. Na półce bałagan — Walentyna Pietrowna lubiła rządzić w cudzej kuchni.
Wieczorem przyszedł Kostia — brat Kiriłła. Młody, wypielęgnowany, wiecznie z telefonem w ręku. On też u nich zamieszkał: bo niby remont w jego mieszkaniu się przeciąga. Przeciąga się już drugi miesiąc, jeśli być dokładnym.
Kostia przyszedł nie sam — przyprowadził swoją nową „psiapsiółę” Innę. Dziewczyna około dwudziestu dwóch lat, głośny śmiech, paznokcie po dziesięć centymetrów.
— Sonia, masz coś do przegryzienia? — z progu rzuciła Inna i nie czekając na odpowiedź, wsadziła głowę do lodówki.
Sonia stała przy kuchence, mieszała zupę, słyszała, jak Kiriłł z ojcem dyskutują przy garażach o jakichś żelastwach, jak Kostia chichocze z memów, a Inna trzaska drzwiczkami lodówki. A ona gotowała zupę, którą pewnie znów nazwą „niesmaczną”.
Sąsiadka Galina — stara przyjaciółka matki Soni — czasem zaglądała wieczorami. Wszystko rozumiała, siadała cicho na taborecie i patrzyła, jak Sonia biega między kuchenką a naczyniami.
— Wysłałabyś ich w cholerę — mruknęła kiedyś Galia. — Rozbestwili się. Ani wstydu, ani sumienia.
Ale Sonia tylko wzruszyła ramionami.
— Kiriłł prosi. Mówi, że to wszystko tymczasowe.
Tego wieczoru Galia znów przyszła, przyniosła słoik kiszonych pomidorów. Posiedziała w milczeniu, po czym zapytała:
— Ty to wszystko sama uciągniesz? Nie zajedziesz się?
Sonia westchnęła i machnęła ręką:
— Daj spokój. Przebrnę.
W nocy leżała obok Kiriłła, słuchała jego spokojnego oddechu i myślała: jak długo jeszcze? Miesiąc? Dwa? Pół roku? A może „dopóki ich nie wyrzuci”?
Za oknem mżył drobny deszcz, a w piersi Soni drapało uczucie, że to wszystko potrwa długo. Zbyt długo.
Po tygodniu nic się nie zmieniło. No, może poza tym, że Inna zaczęła pojawiać się częściej — teraz nie tylko jadła u nich kolacje, ale też zostawała na noc w pokoju Kostii. Rano Sonia budziła się i słyszała jej dźwięczny śmiech w kuchni — Inna wyciągała sok, kiełbasę, zostawiała wszystko na stole i wychodziła. Sprzątanie po sobie — to nie dla niej.
Walentyna Pietrowna też nie odpuszczała — do swoich poleceń dołożyła nowe: że trzeba przeprać wszystkie ręczniki „po ludzku”, że okna trzeba umyć, że męską bieliznę trzeba układać „jak należy”. Sonia połykała urazę i milczała.
— Kiriłł, porozmawiaj z nimi — powiedziała cicho wieczorem, kiedy w końcu zostali sami. — Nie jestem z żelaza. Wracam z pracy, a w domu wszystko wywrócone do góry nogami. Jestem jak służąca. Jestem zmęczona.
Kiriłł spuścił wzrok, przesunął w jej stronę kubek z herbatą, długo obracał łyżeczkę w dłoniach.
— No wytrzymaj jeszcze trochę. Mama mówiła, że wkrótce przyjadą specjaliści, wszystko naprawią. Kostia też obiecał, że ogarnie remont.
— Słyszysz siebie? — Sonia prawie podniosła głos. — „Wkrótce”, „obiecał”… Oni u nas mieszkają, jedzą na mój koszt, ja za nimi piorę, gotuję! Widziałeś choć raz, żeby twoja matka umyła po sobie naczynia?
— No co ty zaczynasz? — westchnął Kiriłł. — Im jest ciężko, sama wiesz…
Wstała, wyjęła z lodówki pojemnik z zupą, podała mu:
— Jutro sam odgrzej. Ja wyjdę wcześniej do pracy.
Kiriłł coś mruknął, ale nie zaczął się kłócić.
Następnego dnia Sonia specjalnie została dłużej w pracy. Koleżanka Tania zaprosiła ją na kawę po zmianie. Siedziały w małej kawiarni przy przystanku i gadały o drobiazgach — o nowych zamówieniach, o dzieciach, o cenach w sklepie.
Tania nagle zapytała:
— Czemu taka chuda jesteś? Kto cię męczy?
Sonia się uśmiechnęła krzywo.
— Nie chce mi się wracać do domu, ot co.
Tania — kobieta doświadczona — od razu zrozumiała. Wysłuchała wszystkiego — o Kostii, o Walentynie Pietrownie, o Innie. Pomilczała.

— Co ty, Sonia. Tak nie można. Nie jesteś niewolnicą. Wyrzuć ich do diabła, niech wynajmą coś albo wrócą do Kostii.
— Ale Kiriłł nie zrozumie — powiedziała Sonia zmęczonym głosem. — On bardziej słucha swoich niż mnie.
— No to niedobrze. Kim ty dla niego jesteś — żoną czy gosposią? — Tania mówiła cicho, ale w jej głosie brzmiał stalowy ton. — Dopóki milczysz — będą po tobie jeździć.
Wieczorem w domu znów wszystko było po staremu: Walentyna Pietrowna siedziała przy telewizorze, odpychając nogą zawiniątko brudnych rzeczy. Kostia z Inną śmiali się gdzieś w przedpokoju. W kuchni — góra naczyń. Kiriłła nie było — pojechał z ojcem do garażu.
Sonia w milczeniu wzięła miskę i poszła zbierać brudne pranie po pokojach. W pokoju Kostii na krześle leżały koszulki, skarpetki, nawet bluzka Inny. Na podłodze — pusta puszka po energetyku.
Stała z tą miską, patrzyła na ten bałagan i nagle poczuła, że nie może oddychać. Coś w środku pękło.
Wieczorem próbowała porozmawiać z Kiriłłem jeszcze raz:
— Ja już tak nie mogę. Niech chociaż coś robią sami. Niech sprzątają po sobie. Nie nadążam za wszystkimi.
Kiriłł objął ją, poklepał po plecach, powiedział swoje zwykłe „no wytrzymaj”.
A rano Walentyna Pietrowna znów cedziła przez zęby:
— Sonia, pomyliłaś Kostiowe skarpetki. Jemu nie wolno prać syntetycznych z bawełnianymi, ty naprawdę tego nie wiesz? I w ogóle lejiesz za dużo płynu do płukania. Potem okropnie pachnie…
Sonia chciała odpowiedzieć, ale nagle przed oczami stanęła jej twarz Tani. „Nie jesteś niewolnicą”.
Cały dzień chodziła jak automat. W pracy skaleczyła się w palec, kiedy kroiła ciasta — kropla krwi spadła na biały fartuch. Sonia patrzyła na tę krew i myślała, że to jak jej życie — kapie, ale nikt nie słyszy.
Wieczorem, kiedy wróciła do domu, w korytarzu stali Inna i Kostia. Inna trzymała w rękach nową torbę z rzeczami.
— Sonia, mogłabyś odparować moje sukienki? Bo mam randkę, a ten tutejszy żelazek jakiś dziwny, nie umiem go obsługiwać.
Sonia przeszła obok nich bez słowa.
— Sonya, co jest? — dogonił ją Kostia. — No pomóż, co to za problem?
Postawiła torbę na podłodze, odwróciła się i spojrzała mu prosto w oczy.
— Nie jestem twoją gosposią.
I poszła do sypialni. Zamknęła drzwi na zasuwkę — pierwszy raz odkąd wszyscy się wprowadzili.
Poranek zaczął się tak, jakby przez noc nic się nie zmieniło. Walentyna Pietrowna hałasowała garnkami w kuchni, Kostia i Inna głośno śmiali się w korytarzu, a Kiriłł zakładał kurtkę — znów miał jechać z ojcem za miasto.
Sonia siedziała na brzegu kanapy i słuchała, jak za drzwiami Walentyna Pietrowna mamrocze coś o „niewdzięcznej młodzieży”. Słowo „niewdzięczność” spadło jej do głowy jak garść śniegu za kołnierz. Sonia westchnęła i poszła do kuchni.
— Dokąd to idziesz? — Walentyna Pietrowna nawet się nie odwróciła, tylko głośniej zaczęła skrobać nożem po desce.
— Do pracy — odpowiedziała Sonia spokojnie.
— I dobrze. Pieniądze są potrzebne. Tutaj, rozumiesz, wszystko na tobie się trzyma. Ty mi tu bez wygłupów — zamarynuj mięso przed wyjściem, Kostia wieczorem będzie smażyć.
Sonia spojrzała na teściową. Na jej zgarbione plecy, na tłuste plamy na starym szlafroku. Na to, jak nóż ślizga się bezwładnie po skórce z kurczaka. I pierwszy raz od dawna nie poczuła ani gniewu, ani żalu — tylko pustkę.
Wyjęła z szafy kurtkę, przewiesiła torbę przez ramię i powiedziała cicho:
— Sami sobie zamarynujecie.
Walentyna Pietrowna odwróciła się gwałtownie:
— Co ty wygadujesz? Kto to zrobi?
— Nie ja — powtórzyła Sonia i wyszła z kuchni.
Na klatce schodowej stała sąsiadka Galia. Usłyszała trzask drzwi i spojrzała pytająco na Sonię:
— No i?
— Koniec, Galia. Trzeba skończyć ten cyrk.
Wieczorem Sonia wróciła wcześniej niż Kiriłł. W mieszkaniu było cicho. W kuchni siedzieli Inna i Kostia — naburmuszeni, pogrążeni w telefonach. Walentyna Pietrowna leżała na kanapie, przykryta kocem, i głośno wzdychała.
Sonia przeszła obok nich, nie patrząc. W pokoju wyciągnęła spod łóżka walizkę i zaczęła składać do niej swoje rzeczy. Słyszała, jak za drzwiami szura Walentyna Pietrowna, jak Kostia z Inną coś szeptem komentują. Nikt nie wszedł.
Po godzinie przyszedł Kiriłł. Zastał Sonię siedzącą pośrodku pokoju, z do połowy spakowaną walizką. Zamarł w drzwiach.
— Co ty robisz? Dokąd się wybierasz?
— Ja nigdzie — Sonia podniosła na niego wzrok. — To ty zdecyduj — kto jest dla ciebie ważniejszy. Ja nie będę ich już obsługiwać.

Kiriłł patrzył na nią jak na obcą. Ramiona mu opadły. Podszedł, usiadł obok.
— Sonia, no co ty? Przecież wiesz… Wytrzymaj jeszcze trochę…
Zaśmiała się — krótko, głucho.
— Kiriłł, ty w ogóle rozumiesz, co mówisz? Twoje „wytrzymaj” już mnie od środka wyżarło.
Próbował złapać ją za rękę, ale się odsunęła:
— Chcecie żyć stadem — żyjcie. Chcesz — pierz im, gotuj im — mnie w tym cyrku nie będzie — powiedziała Sonia do męża.
Otworzył usta, ale nic nie powiedział. W drzwiach stała Walentyna Pietrowna — milcząca, z wykrzywioną twarzą. Kostia wychylił się z kuchni i natychmiast się schował.
Sonia zamknęła walizkę, wstała i spojrzała na nich wszystkich.
W mieszkaniu zapadła cisza — głucha, lepka. Zdawało się, że nawet powietrze stoi w miejscu. Za ścianą ktoś spuścił wodę — sąsiedzi wrócili do domu.
Sonia podniosła torbę, rzuciła ostatnie spojrzenie na Kiriłła — i wyszła z pokoju. Drzwi zamknęły się cicho.
Nikt za nią nie pobiegł.