– Odchodzisz, Ania. A kto teraz będzie za niego spłacał? Przecież to twój mąż! – piszczała teściowa.

– Ania, nie masz prawa odejść! – wrzeszczała teściowa. – Kto będzie spłacał jego długi? Jesteś jego żoną!
Stałam przy drzwiach. Walizka w ręce. Ciężka. Jak moje życie przez ostatnie trzy lata.
– Aneczko, kochanie… – nagle zmieniła ton. – No dokąd pójdziesz? Przecież jesteśmy rodziną…
Rodzina. Ciekawe słowo. Kiedyś pachniało ciastem i śmiechem. A teraz? Teraz pachnie strachem i telefonami od windykatorów.
– Przecież on nie chciał! – ciągnęła dalej. – Po prostu… biznes mu nie wypalił!
Nie wypalił. Kolejne piękne słówko. „Nie wypalił” to wtedy, gdy pada deszcz w weekend. A kiedy mąż trzy lata kłamie o pracy, a sam przepuszcza gdzieś mieszkanie… to nie jest „nie wypaliło”. To jest wybór.
Chwyciłam za klamkę.
– Ania! – teraz już krzyczała teściowa. – Nie masz dokąd iść! Nic nie masz!
Zatrzymałam się. Odwróciłam.
– Mam siebie – powiedziałam po prostu.
Wyszłam na klatkę schodową. Zamknęłam za sobą drzwi.
W windzie myślałam: a może naprawdę – nie mam dokąd? Mama zmarła dwa lata temu. Mieszkanie sprzedaliśmy… oczywiście na spłatę długów Sergieja. Przyjaciółki… jakie przyjaciółki? Kiedy masz problemy, wszyscy nagle są „bardzo zajęci”.
Tylko Tańka. Tańka z sąsiedniego bloku. Przyjaźniłyśmy się w szkole. Potem życie nas rozdzieliło. Ona – w biznes, ja – za mąż za Sergieja.
Na dworze marzec. Wiatr przenikający. Wyciągnęłam telefon. Wybrałam numer.
– Halo? – głos Tańki.
Zdziwiony.
– Taniu… to ja… Ania…
– Anka?! Gdzieś ty się podziewała? Przecież kiedyś wysyłałam ci zaproszenie na ślub!
Ślub. Ha. Gdyby wiedziała, w co zamieniło się moje… rodzinne życie.
– Taniu… mogę do ciebie? Chociaż na parę dni…
Pauza. Długa. Już nastawiłam się na odmowę.
– Oczywiście, że możesz! Wyślij adres – przyjadę po ciebie.
Ot, tak. Po prostu. Bez pytań „co się stało” i „a mąż?”.
Po pół godzinie podjechała jej czerwona mazda. Wyskoczyła – cała umalowana, w drogim płaszczu. Mocno mnie przytuliła.
– Opowiesz w samochodzie – powiedziała, zabierając walizkę.
Przez pierwsze dziesięć minut jechałyśmy w milczeniu. Patrzyłam przez okno. Miasto odpływało w tył. Razem z dawnym życiem.
– Słuchaj – powiedziała nagle Tańka. – Mam znajomego. Adwokata. Dobrego. Jutro do niego pojedziemy.
– Tań, ja nie mam pieniędzy…
– A kto mówi o pieniądzach? Jesteśmy przyjaciółkami.
Przyjaciółki. Tak to jest, kiedy człowiek po prostu jest. Nie wymaga tłumaczeń. Nie wygłasza wykładów. Po prostu jest.
– Wiesz – ciągnęła – kiedy rozwiodłam się z Andriejem… myślałam, że to koniec świata. A okazało się, że to początek nowego życia.
Spojrzałam na nią. Na jej pewną twarz. Na ręce bez obrączki.
– Rozwiodłaś się?
– Dwa lata temu. On też… lubił ryzykować. Tylko że… w łóżku. Z różnymi kobietami.
Zaśmiałyśmy się. Gorzkim śmiechem. Ale jednak.
– A jak się dowiedziałaś? – zapytałam.
– A ty jak?

– Przyszli windykatorzy. Z dokumentami. Okazało się, że Sergiej zastawił mieszkanie… wziął kredyt. Półtora miliona. A ja nic nie wiedziałam…
– To w ogóle legalne?
– Nie wiem… Chyba…
Tańka skręciła w jakąś boczną ulicę.
– Stop – powiedziała. – Posłuchaj. Jutro idziemy do adwokata. Ustalimy, co i jak. A teraz… – zamyśliła się. – Pomyślimy. Co dalej.
Zapaliła papierosa. Ja nie paliłam od pięciu lat. Sergiej nie lubił. „Brzydko pachnie z ust”, mówił. A sam… sam pachniał piwem. I potem. I kłamstwem.
Po przyjeździe do Tańki jakoś zrobiło mi się lżej.
– Wiesz, co jest najstraszniejsze? – powiedziałam nagle. – Nie same długi. Tylko to, że mu wierzyłam. Do końca. Kiedy windykatorzy pokazali dokumenty… najpierw pomyślałam, że to pomyłka.
– A on?
– A on… zniknął. Rano poszedł „do pracy”. I tyle. Wyłączył telefon. Teściowa twierdzi, że nie wie gdzie jest.
– Drań.
– Tak. Drań.
Posiedziałyśmy jeszcze chwilę. Potem Tańka odpaliła samochód.
– Jedziemy do domu – powiedziała. – Mam wino. Dobre. I tort. Będziemy świętować.
– Co świętować?
– Twoją wolność.
Wolność. Straszne słowo. I piękne jednocześnie.
Mieszkanie Tańki było ciepłe. Przytulne. Książki na półkach. Kwiaty na parapecie. Życie, jednym słowem.
– Tu będziesz mieszkać – pokazała pokój. – Dopóki nie staniesz na nogi.
– Tań, ja nie mogę…
– Możesz. I będziesz. A teraz – prysznic, domowe ubranie i kolacja. Opowiadać będziesz później.
Pod strumieniem gorącej wody płakałam. Pierwszy raz od bardzo dawna. Łzy mieszały się z wodą i spływały do odpływu. Razem z żalem. Ze strachem. Z przeszłością.
Wycierając się, spojrzałam w lustro. Chuda. Blada. Przestraszona.
Ale żywa.
Najważniejsze – żywa.
Przy kolacji Tańka opowiadała o pracy. Teraz kierowała działem w agencji reklamowej.
Zarabiała dobrze. Mieszkała sama i była… szczęśliwa.
– A mężczyźni? – zapytałam.
– A co z mężczyznami? Są. Różni. Ale teraz jestem ostrożna. Najpierw obserwuję. Potem ufam.
– I jak?
– A na razie nie trafił się taki, któremu mogłabym powierzyć całą siebie. Za to dokładnie wiem, komu nie można.
Dopiłyśmy wino. Tańka poszła spać. A ja siedziałam w kuchni i patrzyłam w okno. Miasto żyło swoim życiem. Okna się świeciły. Ludzie spieszyli do domów. Do rodzin. Do bliskich. Do problemów.
A ja? Ja też się śpieszę. Tylko nie do domu. Domu nie mam już wcale. Spieszę do siebie. Do tej prawdziwej. Tej, którą zgubiłam trzy lata temu w urzędzie stanu cywilnego.
Rano zadzwoniła mama Sergieja.
– Aneczka, kochanie… on wrócił…
– I co w związku z tym?
– Płacze… mówi, że kocha… że się poprawi…
– A gdzie pieniądze?
– Jakie pieniądze?
– Te, które przepuścił.
Milczenie.
– Nie ma ich, prawda? – powiedziałam spokojnie.
– On obiecuje odpracować… znaleźć sposób…
– Przekażcie mu… – głęboko wciągnęłam powietrze. – Przekażcie, że życzę mu powodzenia. Ale ze mną szukać go nie będzie.
– Aneczka…
– Do widzenia.
Odłożyłam słuchawkę. Ręce mi nie drżały. Serce biło równo. Pierwszy raz od dawna byłam spokojna.
Tańka już czekała w samochodzie. Pojechałyśmy do adwokata.
– Boisz się? – zapytała po drodze.
– Nie – zdziwiłam się sama sobą. – Nie boję się.
I naprawdę się nie bałam. Przed nami były pytania. Problemy. Niepewność. Ale to była moja niepewność. Moje problemy. Moje życie.
Wreszcie.
Adwokat okazał się młody. Zmęczony. Taki, co widział już wszystko.
– Sytuacja jest trudna – powiedział, przekładając dokumenty. – Kredyt został zaciągnięty legalnie. Mieszkanie jest w zastawie. Pani podpisywała?
Skinęłam głową. Pamiętałam tamten dzień. Sergiej powiedział, że to pod hipotekę. „Na przyszłość” – mówił. „Dla dzieci”. Nawet nie czytałam…
– Czyli zgoda jest. Bank ma prawo… – spojrzał na mnie uważnie. – Ale można spróbować udowodnić, że została pani wprowadzona w błąd. Jeśli się uda…
– A jeśli się nie uda?
– Wtedy dług zostanie. Na pani i na nim.
Na nim. Sergieja teraz nie zawsze da się odnaleźć…
Wieczorem siedziałyśmy z Tańką w kuchni. Milczała. Ja też.
– Może jednak się pogodzić? – powiedziałam nagle. – We dwoje byłoby łatwiej…
Tańka spojrzała na mnie. Długo.
– Aniu… a ty go kochasz?
Pomyślałam. Uczciwie pomyślałam.
– Nie wiem. Chyba kochałam tego, za kogo się podawał.
– A jaki był naprawdę?
– A ja nawet nie wiem. Jak się okazuje.
Tydzień później zadzwonił bank.
– Harmonogram spłat został naruszony – powiedział uprzejmy głos. – Konieczne jest…
Odłożyłam słuchawkę. Potem wyłączyłam telefon.
Tańka znalazła mnie na balkonie.
– Co powiedzieli?

– To, co mieli powiedzieć.
– I co teraz?
Miasto na dole żyło. Spieszyło się. Rozwiązywało problemy.
– A teraz… nie wiem.
– Może porozmawiasz z rodzicami Sergieja? W końcu oni też…
– Taniu. Jego matka dzwoniła wczoraj.
– Co?!
– Kilka razy. Żądała, żebym wróciła. Mówiła, że Sergiej… zachorował. Ze stresu.
– I co ty na to?
– A co ja? Powiedziałam, że to jego problemy.
Tańka usiadła obok.
– Wiesz, co jest najstraszniejsze? – powiedziałam. – Nie to, że nie ma pieniędzy. Nie to, że nie ma mieszkania. Tylko to, że już nikomu nie wierzę. Wcale.
– I mnie?
Spojrzałam na nią.
– Tobie… na razie wierzę. Ale się boję. A jeśli ty też kiedyś powiesz:
„Dość. Mam dość twoich problemów.”
– Nie powiem.
– Skąd wiesz?
Tańka westchnęła.
– Nie wiem. Nikt nie wie, co będzie jutro.
Siedziałyśmy w milczeniu. Myślałyśmy.
– A pamiętasz – powiedziała nagle Tańka – jak planowałyśmy życie w szkole? Ty chciałaś być nauczycielką. Ja – dziennikarką.
– Pamiętam.
– I za mąż chciałyśmy wyjść. Za książąt.
– Aha. A wyszłyśmy za żaby.
Zaśmiałyśmy się. Smutno.
– Może trzeba było zostać samą? – powiedziałam.
– Może.
Następnego dnia przyszło pismo. Oficjalne. Z banku.
„Zawiadamiamy o…”
Dużo słów. Sens jeden – mieszkanie zabiorą.
– I co dalej? – zapytała Tańka.

– A dalej… – złożyłam pismo starannie. – Dalej zaczynam żyć od nowa. Od zera.
– Z długami?
– Z długami.
Patrzyłyśmy na siebie. Wiedziałyśmy – łatwo nie będzie. Wcale nie będzie.
– Tań… może powinnam się wyprowadzić? Nie wciągać cię…
– Anka, przestań.
– Ale ja…
– Przestań, mówię. Poradzimy sobie. Jakoś.
Jakoś. Nieokreślone słowo. Bez gwarancji. Bez obietnic.
Ale było lepsze niż kłamstwo. Lepsze niż piękne słowa o miłości od człowieka, który cię zdradził.
Wieczorem zadzwoniłam do Sergieja. Słuchawkę odebrała jego matka.
– Aneczka! Wreszcie! On tak czeka…
– Proszę go zawołać.
Kroki. Szuranie. Potem jego głos. Zachrypnięty.
– Ania… kochana… jestem taki winny…
– Sergiej – powiedziałam spokojnie. – Przygotuję wszystkie dokumenty. Rozwód. Podział długów. Wszystko…
– Ale przecież… możemy spróbować…
– Nie.
– Aniu, ja cię kocham…
– Nie. Ty kochasz swoje problemy. Ryzyko. A mnie wykorzystałeś.
– To nieprawda…
– To właśnie prawda. Do widzenia, Sergiej.
Odłożyłam słuchawkę. Ostatni raz.
Tańka słuchała z kuchni.
– No i? – zapytała.
– Koniec.
– Żałujesz?
Pomyślałam.
– Żałuję czasu. Trzech lat. To dużo czy mało?
– Dla życia – mało. Dla błędu – dużo.
Piłyśmy herbatę. Planowałyśmy kolejny dzień. Bank. Adwokat. Papiery.
A potem… potem szukać pracy. Wynająć mieszkanie. Żyć dalej.
Bez gwarancji. Bez pięknych obietnic. Bez bajek o szczęśliwym zakończeniu.
Po prostu żyć. Uczciwie. Z tym, co jest.
I wiecie co? To było straszne. Ale trzeba iść naprzód…
I to było prawdziwe.