„Ona jest zepsuta” — oznajmił zięć, wyrzucając młodą żonę. I nawet nie podejrzewał, jak świetlaną przyszłość przygotował jej swoim zdradzieckim czynem.

Jesienny chłód, gęsty i przenikliwy, jakby wchłonął w siebie całą gorycz tego, co się wydarzyło. Unosił się w izbie, nieruchomy i ciężki, a płomień w piecu rzucał na ściany niespokojne, tańczące cienie.
Młoda dziewczyna, wyglądająca niezwykle krucho w świetle ognia, stała z pochyloną głową i odruchowo bawiła się końcówką swojej długiej, gęstej warkoczy. Jej palce drżały, a ona cała była napięta, czując na sobie spojrzenia rodziców.
— Nawet miesiąca nie przeżyliście razem, a już taki rozłam. Co się między wami stało? — głos matki, Mariny, brzmiał nie tyle z wyrzutem, ile z głęboką, ściskającą serce troską. Patrzyła na córkę, na jej nagły powrót pod rodzinny dach, i czuła, jak serce ściska jej złe przeczucie.
Dziewczyna, Warwara, tylko milcząco kręciła głową, nie mogąc wydobyć z siebie ani słowa. Łzy — gorzkie i palące — napływały jej do gardła, lecz zaciskała pięści, nakazując sobie wytrzymać. Nie pozwoli sobie zapłakać, nie pokaże, jak bardzo rani ją ta niesprawiedliwość.
— No czemu milczysz? Pytają cię. — Do rozmowy włączył się ojciec, Tichon. Siedział przy stole, splótłszy przed sobą swoje spracowane, poorane zmarszczkami dłonie.
Jego włosy, kiedyś gęste i ciemne, były teraz hojnie przyprószone srebrem, a w oczach odbijało się zmęczenie życiem i nieme pytanie do córki. Te ręce, znające zarówno siekierę, jak i lemiesz pługa, wydawały się w tej chwili zaskakująco bezradne.
Waria wzięła głęboki oddech, próbując przepchnąć w dół gulę, która ugrzęzła jej w gardle. Miała wrażenie, że cały świat runął jej na barki, a ona nie ma siły go unieść.
— Nie chciał ze mną żyć. Luka powiedział, żebym wracała do domu — wydusiła w końcu, a jej słowa zabrzmiały cicho, jak opadłe liście.
— Jak to? — Tichon odsunął się od stołu, jego twarz wyrażała całkowite zdumienie. — Przecież podpisaliście miesiąc temu, rodzinę zwoływaliśmy, on przychodził prosić o twoją rękę — wszystko jak należy. To co między wami nie zagrało, żeś do domu uciekła? Patrz, Waria, jeśli z twojej strony była jakaś wybryczka, to ja cię nie poprę. Pakuj tobołek i idź do męża, tam jest teraz twój dom.”
— Poczekaj, ojcze, trzeba to wyjaśnić — Marina, czując narastające napięcie, łagodnie, lecz stanowczo zatrzymała męża. — Nie widzisz, że córka nie jest sobą? Niech opowie, jak było naprawdę. Nie wyrzucaj jej od progu, daj jej dojść do siebie.
— Najpierw chcę porozmawiać z mamą — szepnęła Waria, wciąż nie podnosząc wzroku.
— No dobrze, z mamą to z mamą, sami tu sobie radźcie. Mówiłem od razu, że się waham, ale nie słuchaliście. Za szybkoście się na to małżeństwo zgodzili. — Tichon z irytacją odsunął krzesło, narzucił znoszoną watowaną kurtkę i, trzasnąwszy drzwiami, wyszedł na podwórze, w chłód jesiennego wieczoru.
Matka została z córką sama. Długi szept wypełnił izbę, przerywany westchnieniami Mariny i cichymi, chaotycznymi zapewnieniami Warii. Dziewczyna coś przysięgała, w czymś przekonywała, a jej oczy, pełne bólu, szukały zrozumienia. W końcu Marina, ciężko podnosząc się, wysłała córkę do starszej siostry, mieszkającej niedaleko z własną rodziną, a sama, zebrała się na odwagę i wyszła do męża.
Tichon z impetem rąbał na podwórzu drewno, a każdy cios siekiery odbijał się w ciszy donośnym echem.
— Słyszysz, Tichon? Nasz zięć to sobie wymyślił — mówi, że Waria jest „zepsuta”, nie chciał z nią żyć.
— Jak to? — Siekiera zawisła w powietrzu. — Jak to „zepsuta”? Kiedy niby miała być? Poza Luką nikogo nie znała, posłuszna była nasza córka. Czy my coś przegapiliśmy?
— Eee, ty się ojcem nazywasz, a od razu mu wierzysz. A ja wierzę córce — przysięga, że przed nim nie była z nikim. A po niej to widać, ja swoją krew rozpoznam. W jej oczach czystość, a nie wina.
— Jeśli to nieprawda, to po co Warię oczerniać? I dlaczego teraz? Po miesiącu? Wcześniej nie mógł powiedzieć i wskazać jej bramy?
— No właśnie — zięć milczał tyle czasu, a teraz, można powiedzieć, wyrzucił ją. Co mu do głowy strzeliło? Jaka mucha go ugryzła?
— Nie, ja tak tego nie zostawię — Tichon z taką siłą wbił siekierę w pień, że ten pękł z trzaskiem. — Trzeba iść do swatów i zapytać, po co dziewczynę hańbią. Nie chcieli jej brać, to nie trzeba było.
— Tichon, opamiętaj się, ochłoń trochę, bo na gorąco nie da się rozmawiać. Tu trzeba ważyć słowa, nie machać pięściami.
Rodzina Luki mieszkała dwie ulice dalej, w małym, niemal zabawkowym domku, który odziedziczył po babce. Właśnie tam, za niskim płotkiem, zaczęło się ich krótkie wspólne życie — tak nagle przerwane.
Marina i Tichon odwiedzili zięcia następnego dnia, zastając go przy odgarnianiu śniegu. Wysoki, krępy chłopak odwrócił wzrok, gdy ich zobaczył.
— No i jak tam żyjesz, zięciu — Tichon podszedł blisko, jego głos był cichy, ale twardy. — No, opowiadaj, co to za potrzeba była — córkę z domu przepędzać?
— I wam zdrowo żyć — Luka wyprostował się, opierając o miotłę. — Ja jej nie przepędzałem, tylko zaproponowałem, żebyśmy się rozstali.
— Czy ty rozum straciłeś? Po co was w gminie spisywali? Dziewczyna w domu wyje, ludzie gadają. Ty palcem na nią pokażesz, a ona z czystą duszą żyła.
Luka przestąpił z nogi na nogę, a śnieżynki osiadały mu na rzęsach i ciemnych włosach.
— W zasadzie wszystko jej powiedziałem… rozwodzimy się i tyle.
— To powiedz chociaż powód — odezwała się Marina, a jej oczy błagały o prawdę, a nie o tę gorzką plotkę, która już rozpełzała się po wsi. — W czym rzecz, czym ci nie podpasowała? Mów prosto.
— Nie będę z nią żył i koniec. — Zacisnął dłonie na trzonku miotły tak mocno, że pobielały mu kłykcie. — Wasza Waria jest zepsuta.
Tichon drgnął mimowolnie, jakby poraził go prąd.
— Jeśli tak, to czemu milczałeś miesiąc? Od razu nie zauważyłeś? Po co więc prowadziłeś ją do ołtarza, po co przysięgę przed ludźmi składałeś?
— Zauważyłem. Myślałem, że przejdzie. Nie przeszło. Nie kocham jej.
— Ach ty łajdaku, skorzystałeś, a teraz uciekasz — Marina zatrzęsła się z oburzenia, na jej policzkach pojawiły się czerwone plamy. — Jak ona ludziom w oczy spojrzy? Kłamiesz, nie wierzę ci, córce wierzę. Oczerniasz ją.
— Myślcie, co chcecie, a ja wam córkę oddaję. Nie biłem jej, palcem nie tknąłem. Bierzcie ją sobie, całą i zdrową.
— O Matko Przenajświętsza, niedobrze mi — Marina chwyciła się za serce, a jej głos załamał się do szeptu. — Gdzie to widziano, żeby własne dziecko oddawać jak zbędny tobołek. Po co ona za ciebie poszła? Przecież nawet na ciebie nie patrzyła, sam przyleciałeś się oświadczać, oczy ci się paliły.

— Marina, siadaj, siadaj na ławce — Tichon podtrzymał żonę, a jego gniew zastąpiła nagła troska. — My do swatów pójdziemy, rodziców jego zapytamy — niech odpowiedzą za syna.
— No dobrze, źle się wyraziłem — zaczął się tłumaczyć Luka, widząc, że sprawa przybiera poważny obrót. — Ale i tak z nią żyć nie będę.
— Milcz, lepiej milcz, bo za siebie nie ręczę — Tichon, podpierając żonę, skierował się ku furtce, lecz wtedy przed nimi ni stąd, ni zowąd pojawiła się Ksienia, matka Luki.
— A proszę, i swatka — powiedziała Marina z gorzką ironią. — Może ty wiesz, czemu twój Stepan hańbi naszą córkę. Najpierw wziął za żonę, a teraz jej drzwi pokazuje. Jak można tak postąpić? Czy ona jest jakąś rzeczą?
— Oj, ja sama nie wiem. Wypytywaliśmy z ojcem, milczał, ale potem przyznał, że Waria podobno znała już inne poduszki. Widocznie ktoś był. A mój co? Mój uczciwie powiedział: nie potrafił wybaczyć i żyć z tym nie potrafił.
— Uważaj, co mówisz, swatko! — krzyknął Tichon, a jego głos rozdarł ciszę ulicy. — Nie było tak! Nikogo przed twoim synem nie miała. Oddaliśmy uczciwą córkę, a on jej w błocie wytarzał. Za co? Nie chce żyć — to niech powie, ale oczerniać nie wolno!
Ksienia, w ciasno zawiązanej chustce, zmrużyła oczy i zaczepnie zapytała:
— A skąd ty wiesz? Ja mojemu synowi wierzę.
— Phi na ciebie! — Tichon splunął z rozpaczą przez zęby. — Zostańcie sobie, przeklęci, my jakoś przetrwamy, wytrzymamy wszystkie gadki. Chodź, Marino, nie ma nam tu czego szukać. Ten Luka — pusta gęba. Mówiłem wtedy, że mam wątpliwości.
— Daj tylko rzeczy córki spakować i zabrać.
— Bierzcie, zabierajcie — zgodził się chętnie Luka, ucieszony, że teść z teściową odpuszczają.
— Daj mi dwa dni, dojdę do siebie, przyjadę konno i wszystko wywiozę — obiecał Tichon, odwracając się.
Szli ulicą, zapadając się w pierwszym śniegu, nie zwracając uwagi ani na ludzi, ani na biel wokół.
— Jeszcze żeby nikt się nie dowiedział, ale ludzie będą pytać, a Ksienia będzie szeptać i syna bronić. Za co nam takie nieszczęście? Siedziała dziewczyna w domu, a tu nagle Luka jak wichura przyleciał. Dwa razy pogadali na ganku i już ją do gminy zaciągnął. Waria nawet pomyśleć nie zdążyła. A ja się ucieszyłam: skoro biorą, to trzeba iść.
Rzeczy Warii przewozili całą rodziną. Furka, zaprzęgnięta w silnego kasztana, żałośnie skrzypiała płozami. Luki w domu nie było — przezornie zniknął. Proces obserwowała z zimnym zaciekawieniem Ksienia, stojąc na własnym ganku. Już mieli ruszać, gdy zza rogu pojawił się ojciec Luki. Spróbował przywitać się skinieniem głowy, ale Tichon rzucił w jego stronę niszczące spojrzenie i trzasnął batem.
Droga do domu była bez słów. Tak samo w milczeniu wniesiono do rodzinnej izby kufry i tobołki Warii. Marina rozwinęła pierzynę, którą sama szyła dla najmłodszej, ułożyła poduszki haftowane jej rękami. Przypomniała sobie, jak przygotowywała posag, nie wiedząc jeszcze, za kogo pójdzie jej córka… i zapłakała cicho nad tą niesprawiedliwością.
Wkrótce przybiegła Kira, starsza córka. Nie zdejmując płaszcza, podeszła do siostry i objęła ją mocno, po siostrzanemu. I wtedy dziewiętnastoletnia Waria, która przez cały ten czas nie uroniła ani jednej łzy — nawet nocą w poduszkę — wtuliła się w ramiona siostry i rozpłakała się: cicho, bezgłośnie, rozpaczliwie.
— Chodź, opowiesz mi wszystko. Wszystko opowiesz, będzie ci lżej — zaproponowała Kira i odprowadziła siostrę do izby, z dala od oczu rodziców.
Dopiero w rozmowie z siostrą młodsza zaczęła rozumieć, że jej ślepota była dobrowolna. Nie zauważała narastającego chłodu Luki, a jego ponurą minę brała za własną winę. Nauczona przez matkę, dbała o idealny porządek w domu, gotowała jego ulubione potrawy, patrzyła mu w oczy jakby mówiąc: „Zobacz, staram się dla ciebie”.
Weszła Marina, przysiadła na brzegu ławki.
— A ja tak myślę: czy Waria odeszła sama? A może dziecko będzie? I co wtedy zrobimy?
— A co? — Kira zmarszczyła swoje czarne, sobolowe brwi. — Na arkanie Luki się przyprowadzi, od własnego dziecka nie ucieknie. Prawo jest po naszej stronie.
Spojrzenie Warii nagle się rozjaśniło — przypuszczenie matki rozbudziło w niej cieniutką, drżącą nadzieję. Widocznie uczucia jeszcze nie ostygły, skoro wciąż w sercu nosiła obraz męża.
— Nie wiem — przyznała szczerze. — Byłoby dobrze, gdyby dzidziuś się pojawił.
— O, ty moja głuptasko, głuptasko — powiedziała Marina z gorzką czułością. — Dobrze, pożyjemy — zobaczymy. Tam się okaże.
— Ty, kochana, przychodź do nas częściej, z dzieciakami czasem posiedzisz, trzeba ci wyrzucić z serca tego niewdzięcznika — powiedziała Kira.
— A może wyjechać gdzieś — ostrożnie zaproponowała Marina. — W Sosnówce rodzina mieszka, może tam by się przeprowadziła.
— A tak, mama, pewnie — schować się u rodziny. I co ona tam będzie robić, w tej zabitej dechami Sosnówce? Uciekać przed własnym cieniem?
Trzy kobiety zamilkły, każda pogrążona we własnych myślach o przyszłości. W sieni rozległ się skrzyp drzwi, ciężkie kroki i niski pomruk męskich głosów: Tichon kogoś przyprowadził. Po rozpoznawalnym, donośnym tembrze od razu wiedziały, że to ciotka Polina, kuzynka ojca — kobieta z charakterem. Weszła bez zaproszenia, a jej postawna, pełna sylwetka wypełniła izbę.
— Po kim te żałoby? — zapytała, widząc posępne twarze kobiet. — Coście zgubiły? Siedzicie jak mokre wróble.
Jej głos, głośny jak dzwon alarmowy, niósł się pewnie po całej ulicy.
— A ty, Polina, nie wiesz, jaki nas los dopadł — zaczął Tichon.
— Słyszałam. I co teraz? Usiąść i razem płakać? A nuże, dziewczyny, gościa powitajcie jak trzeba, choćby do stołu zaproście.
Była starsza nie tylko od Warii i Kiry, ale i od Mariny, i często bezceremonialnie nazywała je „dziewczynami” — serdecznie, po swojemu, ale z niewzruszonym autorytetem.
W końcu wszyscy wyszli z izby, nakryli stół skromnym jadłem i długo omawiali to, co zaszło.
— Oj, dziewczyny, już mnie uszy bolą, starczy, przyszłam o sprawie mówić. Chcesz pracować w gminie pod moim kierownictwem?
— Ja? — Waria spojrzała na hałaśliwą krewną zdezorientowana.
— A kto? Do ciebie mówię. Księgowa jest mi potrzebna, bo nasz rachmistrz, wujek Misza, już całkiem z pieca zejść nie chce — codziennie jęczy: „Puść mnie, Polina, cyfry mi po oczach skaczą”.
— Ale ja nie umiem.
— I prawda, Polina, skąd by miała umieć, szkołę tylko jedną skończyła — wtrąciła Marina. — Prosiła się do miasta na naukę, a my ją odradzili — miastaśmy się bali. A teraz nawet na ulicę wyjść trudno: każdy chce wiedzieć, czemu córka tak prędko od męża uciekła. Lepiej by była wtedy do miasta pojechała. A może i teraz nie za późno — na fabrykę ją wyślemy, tam po szkole biorą.
— Schować chcecie dziewczynę?! — Polina spojrzała surowo na Marinę. — To znaczy, że Waria winna, skoro uciekać ma zamiar.
— Co ty — obruszyła się Marina. — Nie ma w niej winy, nawet tak nie myśl.
— A to wy tak uważacie, skoro chcecie ją z oczu ludziom usuwać. Ukryć łatwiej, a tu zostać, przeczekać, przeżyć, choćby i to nieszczęsne małżeństwo — tu siły potrzeba — Polina zacisnęła swą potężną pięść. — Jeśli niewinna, to niech patrzy ludziom w oczy i uśmiecha się. A zapyta kto — powie, że Luka to tyran, a ona z nim żyć nie chciała. Plotki — spuścić mimo uszu.
— Prawda, ciociu Poliu, też tak uważam — poparła ją Kira.
— A jak ma tu pracować, jeśli księgowości nie zna? — Marina chwyciła się myśli Poliny.
— Zgodzi się — skierujemy ją na kursy. I do miasta jechać nie trzeba, uczą teraz w miasteczku powiatowym. Kursy przyspieszone. Chce — będzie jeździć mleczarówką, z kierowcą pogadam. A chce — niech mieszka w internacie, dają tam miejsca tymczasowe.
— A jeśli mi się nie uda?

— Słuchaj, tchórzu, kursy straszniejsze niż ślub? Myśl szybko, bo znajdę inną.
Waria wstała od stołu, wyprostowała ramiona, a jej głos — jeszcze niedawno drżący od łez — zabrzmiał mocno i pewnie:
— Zgadzam się! Kiedy wyjeżdżać?
— O, to mi się podoba! Za tydzień ruszasz.
Dni, wypełnione nowymi obowiązkami, zaczęły mijać znacznie prędzej. W domu znów pojawiło się życie, jakaś nadzieja: córka się uczy. Wracała z kursów zmęczona, ale pełna zapału, w domu siedziała nad książkami do późnej nocy, a rano znów jechała do miasteczka. Wieczorami, kładąc się spać, wciąż jeszcze myślała o Luce, a w jej sercu tliła się naiwna nadzieja, że przyjdzie, podejdzie gdzieś i powie: „To wszystko nieprawda, wracaj”. I że będą żyć długo, długo… Z tymi myślami zasypiała.
Do wiosny Waria już pracowała w gminie, siedziała w małym gabinecie, pochylona nad papierami, niekiedy nawet głowy nie podnosząc. Luka nie przyszedł, nie spotkał jej — najwyraźniej chodził innymi drogami, omijając ją szerokim łukiem.
Któregoś wieczoru Kira przyszła do rodziców i, wciągnąwszy siostrę do izby, wyszeptała gorączkowo:
— Tylko nie płacz, już i tak po rozwodzie, nie ma czego żałować.
— Co się stało?
— Mówią, że Luka się żeni.
— Jak to? Z kim?
— Z Lizką Siemionową. Pamiętasz? Taka skromna, chodzi jak pawica.
Lizę Waria pamiętała dobrze — uważała ją zawsze za najładniejszą i najbardziej dostojną we wsi.
— To ją wybrał? — usta Warii zadrżały. Dopiero co zaczęła dochodzić do siebie, a tu wieść uderzyła w nią jak obuchem.
— Tylko nie płacz — to przeszłość, nie wróci. On nie był wart twoich łez.
— O czym szeptacie, mówcie głośno, żebyśmy i my słyszeli — zawołał Tichon, przywołując córki do stołu. Wraz z Mariną szybko dowiedzieli się o nowym ślubie byłego zięcia.
— Nigdy bym nie pomyślała, że tak nas potraktują — jęczała Marina. — Ja to teraz Ksieni prosto w oczy splunę, a potem będę ich dziesiątą drogą omijać. Nie chcę ich znać. Córkę z podwórza wygnał, a w ślad za nią inną prowadzi.
— A ja teraz pójdę i wygarnę im za tego synalka — Tichon pośpiesznie zaczął wciągać buty, jego twarz pociemniała z gniewu.
Kobiety rzuciły się, by go powstrzymać:
— Zostaw, nie idź, jeszcze narobisz biedy. I do milicji niedaleko — doniesienie napiszą, jeszcze bardziej nas zhańbią.
Tichon nałożył w końcu but.
— Waria, czemu milczysz? Chodź ze mną, spluniesz mu w twarz choć raz.
— Tato, uspokój się — Kira zawisła na jego ramieniu. — Sama bym poszła, ale po co? Dziewczyna dopiero co stanęła na nogi: uspokoiła się, pracuje, ciotka Polia ją chwali. A jak pójdziemy, to znowu rozdrapiemy jej rany i ludziom damy powód do plotek.
— I prawda, Tichon, usiądź, ochłoń — Marina ścisnęła jego ramiona. — Ludzie sami zrozumieją, kto winien, a kto nie. Już nieraz mówili, że nie wierzą Luce, a nas wspierają. Niech się żeni, może wyjadą i nie będą nam w oczy zachodzić.
Ale Luka z nową żoną nigdzie nie wyjechali, zostali mieszkać we własnej wsi. Waria wkrótce się uspokoiła, pogodziła z losem, starała się o nim nie myśleć, choć w głębi duszy wciąż tkwił tępy, dokuczliwy ból.
Latem w biurze było przyjemnie: z otwartych okien napływał miodowy zapach trawy i kwitnącej lipy, a w gałęziach brzóz bez ustanku śpiewały ptaki. Przywykła do tego ćwierkania — jednostajnego, kojącego. Znowu też zaczęła chodzić do klubu: co tydzień przywozili nowy film.
Raz, tuż przed seansem, podszedł do niej miejscowy wesołek Pietka i zalotnie ujął ją pod ramię:
— No co, potem cię odprowadzę?
Waria ostrożnie, ale stanowczo się odsunęła:
— Po co? Drogę znam.
— Jak to po co? Może się ożenię. — Spojrzał na nią z uśmieszkiem.
— Już byłam mężatką, więc nie trzeba.
— No widzisz, byłaś, to wszystko wiesz. Chodź, Warka, przejdziemy się, noc jaka.
Dziewczyna zgasiła go tak chłodnym, odpychającym spojrzeniem, że pospiesznie się wycofał, mamrocząc coś pod nosem. Waria potem przypomniała sobie ten przypadek i w duchu pochwaliła siebie, że od razu przejrzała jego lekkomyślne zamiary.
Pewnego razu w czasie przerwy obiadowej biuro opustoszało, tylko Waria zatrzymała się jeszcze, kończąc sprawozdanie. Rozległy się niepewne kroki na ganku, drewniane deski korytarza żałośnie zaskrzypiały.
Kroki były ostrożne, jakby ktoś po raz pierwszy wchodził do tego budynku. Waria wyszła zobaczyć: w półmroku korytarza stał młody mężczyzna z podróżną walizką, w zakurzonych butach. Zawstydzony poprawił okulary, gdy zobaczył dziewczynę.
— Dzień dobry! A gdzie wszyscy?
— Dzień dobry! A do kogo pan przyszedł? Teraz jest obiad. Proszę poczekać godzinkę.
— Ja do przewodniczącego — podszedł bliżej, a Waria dostrzegła za szkłami okularów mądre, trochę zmęczone oczy. — Mam tu skierowanie. On na pewno wie, na pewno już mu zameldowali.
— To pan jest naszym nowym agronomem? — domyśliła się.
— Zgadza się! Agronom. — Postawił walizkę, a na jego twarzy pojawił się szczery, życzliwy uśmiech. — Siergiej Nikołajewicz Wiktorow — przedstawił się raźno.
— Waria Tichonowna — księgowa. No, na razie tylko pomocnica — dodała onieśmielona, czując, jak z niewiadomego powodu serce bije jej szybciej.
— A w którym gabinecie urzęduje przewodniczący? I nie wiem też, gdzie zostawić walizkę.
— Zostawi pan u nas w pokoju, tu do samego wieczora jest otwarte.
Zostawił walizkę, a zakurzony w drodze płaszcz dalej trzymał w rękach.
— No tak, nie pomyślałem, trzeba go wytrzepać — wyszedł na ganek.
Waria wyjęła czysty ręcznik i wskazała na letnią umywalkę na dworze:
— Tam można się umyć.
— Dziękuję, tego mi właśnie trzeba. — Zatrzymał się, spojrzał na dziewczynę. — Niech mi pani wybaczy, Wario Tichonowna, pani powinna iść na obiad, a ja zatrzymuję.
— Nic nie szkodzi, i tak się spóźniłam.
„No proszę, w okularach, taki młody i w okularach”, myślała, wracając do pokoju. Na wsi mało kto nosił okulary, tylko ci starsi, dlatego dziwnie jej było widzieć na twarzy młodego mężczyzny okulary w ciemnej oprawce.
— A pan do nas z samego miasta?
— Oczywiście. Z nakazu pracy.
Waria pomyślała, że mężczyzna na pewno jest głodny.
— A może i pan by na razie coś zjadł? Co prawda karmią teraz w polowym obozie, stąd kawałek drogi.

— Daję radę, obejdę się.
— Nie trzeba się obchodzić, chodźmy, napoję pana herbatą, mam ze sobą pierogi, wczoraj z mamą piekłyśmy. I jeszcze jest słonina. Jada pan słoninę?
— A czemu nie?! Mój dziadek w końcu mieszkał na wsi, zawsze do niego przyjeżdżałem. Słoninę bardzo szanuję.
Waria rozłożyła na stole czysty ręcznik i wyłożyła na niego skromny wiejski obiad. Siergiej spojrzał na jedzenie:
— Nie, tak nie wypada, to pani przyniosła dla siebie, nie musi mnie pani karmić.
— Proszę jeść — Waria podsunęła pokrojoną słoninę i puszyste pierogi. — Przewodniczący tylko mnie za to pochwali — wymyśliła na poczekaniu.
— No dobrze, mam tu jeszcze zapas od mamusi na drogę — wyciągnął zawiniątko z jedzeniem, którego w podróży nawet nie tknął, i z zawstydzeniem sięgnął po kubek pachnącej herbaty.
Przewodniczący rzeczywiście pochwalił Warię za to, że tak przyjęła młodego specjalistę. Ulokowano Siergieja Nikołajewicza Wiktorowa na kwaterze u starszej, samotnej babci Agrafeny. Nowy agronom okazał się pojętny i szybko zadomowił się w biurze. Przewodniczący był dumny, że ma teraz u siebie specjalistę z dyplomem. A jeśli brakowało mu doświadczenia, był jeszcze były agronom, emeryt, gotów w każdej chwili pomóc i podpowiedzieć.
Każdego ranka Siergiej Nikołajewicz najpierw pędził przywitać się z Warią.
— A słonina, Wario, była wyśmienita, nigdy takiej nie jadłem.
— Chętnie bym jeszcze przyniosła, ale teraz trzeba czekać do późnej jesieni. To były resztki, które udało się zachować.
— Nie w tym rzecz, chciałem tylko powiedzieć, jakie było smaczne. — Podszedł, wyjął z wewnętrznej kieszeni marynarki tabliczkę czekolady i położył na jej biurku.
— Ojej, po co to?
— Proszę, Wario, to dla pani! — sam się zmieszał i szybko wyszedł z pokoju.
Waria i Siergiej całe lato spoglądali na siebie ukradkiem, wymieniali się nic nieznaczącymi uwagami i ani razu nie spotkali się nigdzie indziej poza biurem. W domu już wiedzieli o młodym agronomie, zauważyli zmianę w córce: wychodziła z radością, wracała z zadumanym uśmiechem. I dopiero pod koniec sierpnia na jej twarzy pojawił się cień niepokoju: Siergiej spodziewał się wizyty matki.
— Wario, moja mama przyjeżdża, zobaczyć, jak się urządziłem. O właśnie. — Pocierał ręce, może z nerwów. — Nie uznaj tego za śmiałość, ale skoro jesteśmy przyjaciółmi, przyjdź i ty, posiedź z nami.
— Ja? A spodoba się to pańskiej mamie? I co ja powiem?
— Spodoba się, już dawno napisałem jej, jak mnie przyjęłaś, jak się zaprzyjaźniliśmy, że tutaj ludzie są dobrzy… Przyjdź, Wario, mamie będzie miło. A i mnie też — dodał cicho, prawie szeptem.
Wieczorem Waria podzieliła się nowiną z matką. Tichon, trzymając świeżą gazetę, udawał, że czyta, a sam jednym uchem chłonął każde słowo.
— A co tu myśleć? Nie będzie tam sam, matka przecież przyjeżdża — niech idzie Warka. Tylko mam taki warunek: jego zaproś do nas. Jak już pójdziesz do nich, to potem weź go tu. I zobaczymy, co powie.
Niepotrzebnie Waria się obawiała. Wiera Pietrowna okazała się kobietą serdeczną, rozmowną, i pojawienie się Warii ucieszyło ją szczerze. Wyjechała po tygodniu, a niedługo potem Siergiej zgodnie z umową odwiedził dom Warii.
Spotykali się potem aż do zimy, a gdy oświadczył się jej, dziewczyna nie mogła się od razu zgodzić — bała się znowu pomylić. W biurze patrzono na nich z aprobatą, snując domysły o nadchodzącym weselu.
Śnieg tamtego dnia padał dużymi, puszystymi płatkami, przykrywając ziemię białą, skrzącą się kołdrą. W domu było ciepło i przytulnie, nagrzany piec wesoło trzaskał, a na stołach stały miski z pachnącymi pierogami. Za oknem, przy bramie, gromadzili się goście, witając młodych.
— Pan młody w okularach, znaczy się — mądry — powiedziała z uznaniem jakaś ciotka.
Starsza siostra Kira cicho zachichotała:
— A Siergiej Nikołajewicz i bez okularów jest mądry — poprawiła odświętną chustkę i z dumą spojrzała na siostrę, tak szczęśliwą i rozpromienioną.
Po roku młodej rodzinie przydzielono nowy, dopiero co wybudowany dom — przeznaczony specjalnie dla młodych specjalistów. A pięć lat później u państwa Wiktorowów biegała już dwójka rozbrykanych maluchów.
Siergieja Nikołajewicza za jego wiedzę i niezwykłą pracowitość znano i szanowano już w całym rejonie, i wkrótce zaproponowano mu przeniesienie do miasteczka powiatowego na wyższe stanowisko. Waria i Siergiej, naradziwszy się, zgodzili się. Najbardziej żal było przewodniczącemu, który głowił się, skąd teraz weźmie równie dobrego agronoma.
Luka i Liza z początku żyli cicho. A potem coraz częściej sprzeczali się i kłócili — mówiono, że Liza nawet od niego odchodziła na jakiś czas, bo Luka chorobliwie ją o wszystkich zazdrościł. I gdyby nie dwójka dzieci, może odeszłaby na dobre. Chodzili oboje ponurzy, milczący, jakby dźwigali na barkach jakiś nie do uniesienia ciężar.
Rodzice Warii dawno wybaczyli dawnej rodzinie zięcia i przy spotkaniach witali się z nimi, choć dawnego ciepła między nimi, rzecz jasna, już nie było. Ksenia, mijając Marinę, ze wstydem opuszczała oczy, czasem cicho pytała, jak tam Waria, jak żyje. Potem wzdychała i powoli szła dalej.
Kiedy dzieci Warii Tichonowny i Siergieja Nikołajewicza podrosły, nikt już we wsi nie wspominał tamtego dnia, gdy Luka powiedział: „oddaję wam waszą córkę”. Tylko dwie staruszki, siedzące na zapiecku, przy gadaniu o dawnych czasach nieraz go jeszcze pamiętały.
Siergiej Nikołajewicz pozostał z rodziną w miasteczku powiatowym, choć nieraz wzywano go nawet do dużego miasta. A ich dzieci — dorosły syn i córka — po tym, jak dostały się na studia, raczej nie wrócą już w rodzinne strony, będą układały sobie życie w metropolii.

— Cóż zrobić — z lekkim smutkiem przyznawał dzieciom prawo do własnej drogi Siergiej. — Wyleciały z gniazda, pójdą dalej same. Po to są dzieci, żeby iść dalej niż my.
— Sierioża, zjedz coś i odpocznij, bo znowu siedziałeś nad papierami do północy, a dziś przecież niedziela — łagodnie powiedziała Waria, poprawiając obrus na stole.
— Tak jest, Waruśka, tak zrobię — uśmiechnął się i położył się na kanapie, zakładając ręce pod głowę. Zasnął niemal od razu, a ona siedziała obok, patrząc w okno, za którym wirował taki sam puszysty, spokojny śnieg, jak w dzień ich ślubu.
Opadał na ziemię, otulając wszystko białą, czystą kołdrą, zmywając dawne krzywdy i ból, niosąc poczucie nowego początku. Waria cichutko podeszła do męża, zobaczyła, że śpi z lekkim uśmiechem na twarzy.
Wzięła miękki, wełniany koc i ostrożnie go przykryła. Zadowolona, przepełniona głębokim, bezbrzeżnym spokojem, poszła do kuchni, by posprzątać naczynia — a każdy jej krok brzmiał jak delikatna, jasna melodia jej nowego, prawdziwego szczęścia.