Mąż złościł się, że pracuję i nie podaję kolacji na czas, zaproponował, żebyśmy zamieszkali osobno i przemyśleli wszystko.

Bez niego zrobiło się tak dobrze — rozwiodłam się.
Długo patrzyłam na telefon. Aleksiej dzwonił trzeci raz tego wieczoru, ale nie odebrałam. Na ekranie świeciła się godzina — wpół do jedenastej. Wcześniej o tej porze zmywałabym już naczynia po kolacji, wycierała stół, rozwieszała pranie. Teraz siedziałam na kanapie z filiżanką wystygłej herbaty i myślałam o tym, jak wszystko zmieniło się zaledwie w trzy tygodnie.
A zaczęło się tamtego właśnie wieczoru. Wpadłam do domu po pracy około ósmej, szybko rzuciłam torbę na krzesło i wyjęłam z lodówki kotlety, które przygotowałam rano. Aleksiej wszedł do kuchni, kiedy stawiałam patelnię na kuchence.
— No i gdzie kolacja, Irina? — mówił spokojnie, ale od razu poczułam napięcie w jego głosie.
— Już podgrzewam, za pięć minut wszystko będzie.
Podszedł do stołu, przejechał palcem po blacie.
— Kurz. Znowu wszędzie kurz. Ty w ogóle sprzątasz?
Milczałam, przewracając kotlety. Ręce mi drżały — ze zmęczenia albo z urazy, nie wiem.
— Jestem zmęczona, Liosza. Przecież teraz pracuję.
— To nie twoje zadanie pracować! — podniósł głos, a ja drgnęłam. — Po co ci ta praca, skoro w domu jest brudno, kolacji nie ma, a ja jak idiota czekam?
Boże, ile można. Przecież tłumaczyłam — brakuje nam pieniędzy. Albo on myśli, że manicure raz na trzy miesiące to norma?
— Potrzebujemy pieniędzy — powiedziałam cicho. — Twoja pensja nie wystarcza nawet na normalne zakupy.
— Trzeba być bardziej oszczędnym! Inne żony dają radę, a ty…
Urwał i odwrócił się do okna. Wyłączyłam kuchenkę, postawiłam przed nim talerz. Usiadłam naprzeciwko, czując, jak wszystko we mnie zaciska się w twardy węzeł.
— Posłuchaj — Aleksiej spojrzał na mnie. — Zamieszkajmy osobno. Muszę wszystko przemyśleć.
— Co? — nie od razu zrozumiałam.
— Odpoczniemy od siebie. Kolega radził — mówi, że u nich z żoną tak było i potem wszystko się ułożyło. Przeprowadzę się na jakiś czas do mamy, a ty tu pomyśl, jak chcesz żyć dalej.
Wstał, nawet nie dotykając jedzenia. Wyszedł z kuchni. Zostałam, patrząc na talerz z kotletami. W gardle miałam gulę, trudno mi było oddychać.
Odchodzi. Po prostu bierze i odchodzi.
Godzinę później Aleksiej spakował torbę i wyszedł. Mieszkanie jest moje — po babci, więc to on musiał się wynieść. Odprowadziłam go do drzwi, próbowałam coś powiedzieć, ale tylko machnął ręką.
— Zadzwonimy do siebie.
Drzwi trzasnęły. Stałam w korytarzu i słuchałam ciszy. Takiej ciszy nie było u nas od dawna. Żadnego chrapania z sypialni, żadnego marudzenia, żadnych wyrzutów.
Przez pierwsze dwa dni płakałam. Nie mogłam się zatrzymać — płakałam w pracy w toalecie, płakałam w domu w kuchni, płakałam przed snem. Co ja zrobię sama? Jak sobie poradzę? Dzwoniłam do mamy, przyjeżdżała, głaskała mnie po głowie jak małe dziecko.
— Córeczko, może to na lepsze — powiedziała cicho, ocierając mi łzy. — Spójrz na siebie. Całkiem się zatraciłaś.
Wyjęła z torebki pieniądze i wsunęła mi w rękę.
— Na farbowanie włosów. Nie oszczędzaj na sobie, Irina.
Patrzyłam na banknoty i czułam, jak coś się we mnie porusza. Złość? Uraza? Nie wiem. Ale nagle pomyślałam — kiedy ostatni raz myślałam o sobie?
Trzeciego dnia zadzwoniła Tania. Moja przyjaciółka ze szkolnych czasów. Jej głos był żwawy, niemal wesoły.
— Irka, przestań się smucić! Ubieraj się, za godzinę po ciebie przyjadę. Idziemy na tańce!
— Jakie tańce, Tania? Nie w głowie mi to.
— Właśnie dlatego! Nie pozwolę ci zamienić się w warzywo. Ubieraj się i wychodź!
Chciałam odmówić, ale znalazłam tylko słabe wymówki. Tania i tak mnie nie słuchała.
— Koniec, postanowione. Czekam!
Spojrzałam na siebie w lustro. Potargane włosy, stara domowa bluza, twarz opuchnięta od łez. Boże, jak ja wyglądam.
Założyłam dżinsy, znalazłam w szafie jasną bluzkę. Umalowałam się — ręce drżały, tusz się rozmazał. Starłam, spróbowałam jeszcze raz. Wyszło jako tako.
Studio tańca znajdowało się w sąsiedniej dzielnicy, w piwnicy starego domu. Tania ciągnęła mnie za rękę, ja się opierałam.
— Tania, ja nie umiem tańczyć.
— Nauczysz się, nie martw się!
Sala była niewielka, z ogromnymi lustrami na ścianach. Pachniało potem i tanim odświeżaczem powietrza. Podłoga skrzypiała pod nogami. Kobiet było około piętnastu — w różnym wieku, wszystkie w dobrym nastroju, rozmawiały ze sobą.
Włączyli muzykę. Instruktorka pokazywała ruchy, wszyscy powtarzali. Stałam w kącie i czułam się jak z drewna. Ciało mnie nie słuchało, nogi plątały się. Co ja tu robię? Po co?
Spojrzałam w lustro — i nagle zobaczyłam. Nie zmęczoną gospodynię domową, nie zastraszoną żonę. Po prostu kobietę, która próbuje poruszać się do muzyki. A na mojej twarzy pojawił się uśmiech. Niepewny, zawstydzony — ale uśmiech.

— No widzisz! — Tania podskoczyła obok mnie. — Spójrz na siebie, ślicznotko!
Zaśmiałam się. Pierwszy raz od kilku dni śmiałam się naprawdę. I poczułam, jak coś wewnątrz zaczyna puszczać. Jakby gruby sznur, którym wiązano mnie przez te wszystkie lata, nieco się poluzował.
Czułam się dobrze. Po raz pierwszy po prostu dobrze.
Następnego dnia zadzwonił Aleksiej. Byłam w pracy, odebrałam.
— Jak tam u ciebie? — głos suchy, rzeczowy.
— W porządku.
— Przyszedł rachunek za media, przelej mi połowę.
— Dobrze.
Pauza. Słyszałam jego oddech w słuchawce.
— Posprzątałaś chociaż?
No to się zaczyna.
— Aleksiej, co cię to obchodzi?
— Jak to co? Przecież to nasze mieszkanie.
— Moje mieszkanie — powiedziałam pewniej, niż planowałam.
Westchnął zirytowany.
— Właśnie w tym cały problem, Ira. Całkiem się rozbestwiłaś…
Odłożyłam telefon. Po prostu — nacisnęłam czerwoną słuchawkę i położyłam go na stole. Ręce mi nie drżały. W środku było spokojnie.
Nie będę się już tłumaczyć. Nie będę.
W domu było cicho. Zaparzyłam kawę, usiadłam przy oknie. W wazonie na stole stał hiacynt — kompletnie uschnięty, wciąż zapominałam go wyrzucić. Teraz wstałam, wyrzuciłam suchy kwiat, nalałam do wazonu świeżej wody. Jutro kupię nowe kwiaty.
Tania dzwoniła codziennie. Zapraszała na spacer, do kina, na tańce. Zaczęłam wychodzić — najpierw z przymusu, później z zainteresowaniem. W pracy zauważyli, że stałam się bardziej energiczna. Szef wezwał mnie do siebie.
— Irino, myślimy o tym, żeby cię awansować. Pensja będzie wyższa, ale i obowiązków przybędzie. Zgadzasz się?
Kiwnęłam głową, nie mogąc uwierzyć własnym uszom.
— Zgadzam się.
Poradzę sobie. Dam radę.
Dwa tygodnie później razem z Tanią kupiłyśmy wyjazd nad morze. Niedrogi, na tydzień. Długo się wahałam — czy wolno mi wydawać pieniądze na siebie? Ale pomyślałam — a dlaczego nie?
Morze było ciepłe, wiatr słony. Wylegiwałyśmy się na plaży, jadłyśmy lody, gadałyśmy do nocy. Tania robiła mi zdjęcia telefonem.
— Spójrz na siebie! Przecież ty cała promieniejesz!
Wzięłam telefon, spojrzałam na fotografię. Opalona twarz, rozwiane włosy, szeroki uśmiech. To naprawdę ja?
— Jak bohaterka serialu po rozwodzie — śmiała się Tania. — Znalazłaś siebie!
— Naprawdę znalazłam — powiedziałam cicho.
Kiedy wróciłam do domu, Aleksiej znowu zadzwonił. Tym razem od razu przeszedł do rzeczy.
— Spotkajmy się. Porozmawiajmy.
— O czym?
— No jak to o czym? O nas. Trzeba zdecydować, co robimy dalej.
Zgodziłam się. Umówiliśmy się w kawiarni „Pielmieni i kawa” — naszym starym miejscu, gdzie kiedyś często bywaliśmy.
Przyszłam pierwsza. Zamówiłam kawę, usiadłam przy oknie. Nad drzwiami zadzwonił dzwoneczek — wszedł Aleksiej. Wyglądał na zmęczonego, wychudzonego. Usiadł naprzeciwko, skinął kelnerce.
— Dla mnie pielmieni, proszę.
Milczeliśmy minutę. Piłam kawę małymi łykami, patrzyłam przez okno. On obracał w dłoniach telefon.
— Słuchaj, Ira, u mamy się nie da wytrzymać. Wtrąca się we wszystko, marudzi od rana do nocy. Jestem wykończony.
A ja nie byłam, kiedy ty marudziłeś?
— Przykro mi — powiedziałam równo.

— No to co? Opamiętałaś się? Zwolnisz się z tej pracy? Wrócimy do normalnego życia?
Spojrzałam na niego. Na to jego pewne siebie spojrzenie, na znaną pozę — oparł się wygodnie o krzesło, skrzyżował ręce na piersi. Nawet nie dopuszcza do siebie myśli, że mogę się nie zgodzić.
— Aleksiej, ja nie chcę wracać.
Zmarszczył brwi.
— Jak to?
— Zrozumiałam, że powinniśmy się rozwieść. Nie pasujemy do siebie.
— Co?! — wyprostował się. — Ty tak serio?!!
— W stu procentach.
Jego twarz poczerwieniała.
— Zmieniłaś się, Ira. Nie poznaję cię.
— A ja pierwszy raz poznałam siebie — powiedziałam spokojnie.
Wstał gwałtownie, prawie przewracając krzesło.
— Jak chcesz! Jeszcze pożałujesz!
Odwrócił się i wyszedł. Dzwoneczek nad drzwiami zadźwięczał. Kelnerka podeszła do mnie.
— Pięćset trzydzieści rubli.
Wyjęłam pieniądze bez słowa. Nawet za swój zamówiony posiłek nie zapłacił. Jak zawsze.
W domu wyjęłam z szafy stary kuferek. Spakowałam rzeczy Aleksieja — koszule, dżinsy, maszynkę do golenia, książki. Ułożyłam wszystko starannie, zamknęłam kuferek. Wyniosłam do korytarza.
Niech zabierze, kiedy będzie chciał.
Wróciłam do kuchni. Wczoraj kupiłam świeże kwiaty — chryzantemy, żółte i białe. Wstawiłam je do wazonu, nalałam wody. Na kuchence gotował się czajnik — zaparzyłam swoją ulubioną herbatę, której Aleksiej nie znosił. Mówił, że pachnie trawą.
Usiadłam przy oknie z filiżanką. Otworzyłam okno — do środka wpadło świeże powietrze pachnące deszczem i liśćmi. Był początek października, drzewa żółkły.
Jestem wolna. Po raz pierwszy od tylu lat mogę robić, co chcę.
Telefon zawibrował. Wiadomość od Tani: „No i jak poszło?”
Odpisałam: „Rozwodzę się. I czuję się świetnie”.
Prawie od razu przyszła odpowiedź: „To trzeba uczcić! Jutro wieczorem!”
Uśmiechnęłam się. Wypiłam herbatę, umyłam filiżankę. Spojrzałam na mieszkanie — moje mieszkanie, moje rzeczy, moje życie. Nikt już nie będzie narzekał, że jest kurz. Nikt nie będzie wymagał kolacji na czas. Nikt nie będzie mówił mi, że powinnam siedzieć w domu.
Będę żyć dla siebie. Nareszcie.
Następnego ranka obudziło mnie słońce. Wstałam, przeciągnęłam się. Zaparzyłam kawę, wyjęłam z lodówki jogurt. Włączyłam muzykę — głośno, tak jak kiedyś nie mogłam, bo Aleksiejowi przeszkadzało.
Zadzwonił telefon. Aleksiej.
— Przyjadę po swoje rzeczy dzisiaj wieczorem.
— Dobrze. Walizka jest w korytarzu.
— Ira, może jeszcze przemyślisz?
— Nie, Liosza. Już wszystko postanowiłam.
Zamilkł.
— No jak chcesz.
Odłożył słuchawkę.
Włączyłam wodę pod prysznicem, rozebrałam się. Spojrzałam na siebie w lustro. Zwyczajna kobieta w wieku czterdziestu dwóch lat. Ani młoda, ani stara. Trochę zaokrąglona, włosy z siwizną. Ale w oczach — błysk. Żywy, prawdziwy błysk.
Lubię tę kobietę w lustrze.
Po prysznicu założyłam dżinsy i nową bluzkę, którą kupiłam w zeszłym tygodniu. Jaskrawą, niebieską. Aleksiej twierdził, że nie pasuje mi niebieski. A mnie się podoba.
Wyszłam do pracy. Przy drzwiach zobaczyłam walizkę z rzeczami męża. Wkrótce ją zabierze i koniec. Ten rozdział zamknięty.

Na dworze panował ciepły jesienny dzień. Liście szeleściły pod nogami. Szłam na przystanek i myślałam o tym, że wieczorem spotkam się z Tanią. W sobotę znowu pójdę na tańce. W przyszłym miesiącu chcę zapisać się na jakieś kursy do pracy zdalnej — od dawna o tym marzyłam.
Mam tyle planów. I wszystkie — dla mnie.
W pracy szef pochwalił mnie za projekt. Koledzy zaprosili mnie na obiad. Zgodziłam się — wcześniej zawsze odmawiałam, spieszyłam się do domu gotować kolację.
Teraz nie muszę się nigdzie spieszyć.
Wieczorem, kiedy wróciłam do domu, walizki w korytarzu już nie było. Aleksiej zabrał rzeczy, gdy mnie nie było. Pewnie specjalnie wybrał taki moment, żeby się nie spotkać.
I dobrze. Tak prościej.
Zdjęłam buty, poszłam do kuchni. Nastawiłam czajnik. Podeszłam do okna — w wazonie stały chryzantemy, świeże i jasne. Za oknem powoli zapadał zmrok, w sąsiednich domach zapalały się światła.
Telefon zawibrował. Tania: „Wychodź już, czekam pod klatką!”
Złapałam kurtkę, torebkę. Spojrzałam w lustro w przedpokoju — poprawiłam włosy, pomalowałam usta. Całkiem nieźle.
Wybiegłam na ulicę. Tania stała przy samochodzie, machała ręką.
— No nareszcie! Jedziemy świętować twoją wolność!
Wsiadłam do samochodu, trzasnęłam drzwiami.
— Jedźmy.
Tania włączyła muzykę, samochód ruszył. Patrzyłam przez okno na przesuwające się domy, drzewa, ludzi. W środku było ciepło i spokojnie.
Poradzę sobie. Już sobie radzę. I jest mi dobrze — tak dobrze, jak nie było od dawna.