– Za dużo wydajesz na siebie – powiedział mąż. Zaproponowałam mu, żeby przez miesiąc żył wyłącznie ze swojej pensji

— Spójrz, Tola, jaka udana okazja! — pokazałam mężowi nowe zimowe buty. — Skórzane, a do tego z pięćdziesięcioprocentową zniżką!
Anatolij spojrzał na pudełko i skrzywił się.
— Znowu buty? Przecież masz ich już ze pięć par! Za dużo wydajesz na siebie, Ola. Ciągle coś kupujesz. To sukienka, to buty, to jakieś drogie kosmetyki.
W myślach policzyłam. Pięć par przez dziesięć lat. A to, że wczoraj zapłaciłam osiem tysięcy za rachunki i cztery tysiące za jedzenie na cały tydzień, oczywiście nie uważa za wydatki. On widzi tylko moje zakupy.
— Ja sobie nic zbędnego nie kupuję — ciągnął dalej. — Chodzę w starych butach, koszule noszę po pięć lat. A ty tylko potrafisz wydawać pieniądze na jakieś bzdury.
— Tola, te buty są mi potrzebne. Stare są już całkiem zdarte.
— Potrzebne, potrzebne! — machnął ręką. — Wam, kobietom, wszystko jest potrzebne! Gdyby każdy odpowiadał sam za siebie, od razu nauczyłby się oszczędzać!
To zdanie podsunęło mi wspaniały pomysł.
— Wiesz co, Tola — powiedziałam, odkładając pudełko z butami do szafy. — Masz rację. Zróbmy eksperyment.
— Jaki eksperyment?
— Przez następny miesiąc żyjemy na oddzielnych budżetach. Każdy sam za siebie. Ty żyjesz wyłącznie ze swojej pensji — kupujesz sobie jedzenie, ubrania, środki higieny, płacisz swoją połowę rachunków. A ja żyję ze swojej pensji i kupuję to, co uznam za potrzebne. Zobaczymy, kto z nas więcej wydaje na „bzdury”.
Anatolij wyprostował się. W jego oczach zapłonęło wyzwanie.
— Świetny pomysł! Pokażę ci, jak po męsku się oszczędza! Jeszcze zostanie mi kupa pieniędzy, a ty zrozumiesz, czym jest prawdziwa oszczędność!
— Umowa stoi. Rachunki dzielimy dokładnie na pół — po cztery tysiące od osoby. Jedzenie kupujemy osobno. Ja gotuję tylko dla siebie, ty gotujesz dla siebie. Nikt nikogo nie utrzymuje.
— Łatwizna! — oświadczył pewnie. — Miesiąc minie raz-dwa i zobaczysz różnicę!
W dniu wypłaty Anatolij uroczyście rozłożył na stole swoje pieniądze — czterdzieści dwa tysiące rubli.
— Proszę! — oznajmił z dumą. — To mi wystarczy na wszystko i jeszcze zostanie!
W milczeniu odłożyłam cztery tysiące na swoją połowę rachunków i zabrałam się za robienie listy zakupów dla siebie.
Następnego dnia sam poszedł do sklepu. Wrócił z torbą najtańszego makaronu, parówek i białego chleba.
— Syto i oszczędnie! — ogłosił, wykładając zakupy na swoją półkę w lodówce. — Nie to co twoje drogie przysmaki!
Zamilczałam, wyjmując ze swojej torby porządne mięso, warzywa i dobry chleb. Gotowałam tylko dla siebie. Zapach mojego obiadu wypełniał kuchnię, a on przeżuwał swoje parówki z makaronem.
— I po co wydajesz pieniądze na drogie mięso? — burknął. — Parówki to też mięso.
Pierwszy tydzień minął w miarę spokojnie. Anatolij czuł się jak odnoszący sukcesy mistrz oszczędzania. Potem jednak przyszła faktura za mieszkanie.
— Cztery tysiące to moja część? — wpatrywał się w liczby. — Za co niby?
— Za połowę mieszkania, w którym mieszkasz — wyjaśniłam cierpliwie. — Ogrzewanie, prąd, woda, śmieci, fundusz remontowy.
Niechętnie odliczył banknoty. W portfelu wyraźnie ubyło.
W drugim tygodniu skończył mu się tani proszek do prania.
— Trzysta rubli za paczkę dobrego? — oburzył się Anatolij w sklepie. — Toż to rozbój!
— Możesz znowu wziąć ten tani — zaproponowałam.
Wziął tani. Po trzech praniach jego ulubiona koszula zrobiła się szara.
— Co to za badziewie?! — złościł się, oglądając zniszczone ubranie.
— Dobry proszek kosztuje więcej — przypomniałam, wkładając do pralki swoje rzeczy, prane porządnym środkiem.
W trzecim tygodniu skończyła mu się kawa.
— Osiemset rubli za słoik kawy? — zaczerwienił się w sklepie. — To jakiś obłęd!
— Pij rozpuszczalną — poradziłam.
Kupił najtańszą kawę rozpuszczalną. Po dwóch dniach krzywił się i klął, patrząc, jak delektuję się aromatyczną kawą ziarnistą.
Pod koniec trzeciego tygodnia zostały mu grosze. Do wypłaty był jeszcze tydzień, a nie było za co kupować.
— Ola… — zaczął winowajczo, podchodząc do mnie w kuchni. — Jest taka sprawa… nie mam już pieniędzy. A bilet miesięczny się skończył.

Podniosłam na niego wzrok znad tabletu, na którym układałam listę zakupów na kolejny tydzień.
— I czego chcesz?
— No… może pożyczysz? Tylko troszeczkę?
— Tola, przecież się umówiliśmy. Każdy sam za siebie. To była twoja zasada.
— Ale nie myślałem, że wszystko jest aż tak drogie…
— A ja myślałam. Bo co miesiąc to wszystko kupuję.
Stał w milczeniu, przestępując z nogi na nogę.
— Możesz poprosić w pracy o zaliczkę — zaproponowałam. — Albo znaleźć dodatkową pracę na weekendy.
— Dodatkową pracę? — osłupiał. — Przecież mam już sześćdziesiąt lat!
— A ja pięćdziesiąt pięć i jakoś daję radę ze swoim budżetem.
W kolejnych dniach chodził do pracy pieszo — oszczędzał na transporcie. Jadł same makarony. A ja, jak zwykle, kupowałam sobie porządne produkty, dobrą kosmetykę i rzeczy wysokiej jakości.
Pod koniec miesiąca przysiadł się do mnie na kanapie. Wyglądał na zmęczonego i poturbowanego życiem.

— Ola, zrozumiałem — powiedział cicho. — Nie wiedziałem, że wszystko tyle kosztuje. Że do życia potrzeba aż tylu pieniędzy.
— Czterdzieści dwa tysiące nie wystarczyły? — zapytałam.
— Ledwo dotrwałem do wypłaty. I to żywiąc się samym makaronem.
— A ja ze swoich czterdziestu tysięcy opłaciłam mieszkanie, normalnie się odżywiałam, kupiłam buty i poszłam do kosmetyczki.
Pokręcił głową.
— Jak ty to robisz?
— Umiem planować. I nie kupuję bzdur, tylko to, co potrzebne. Te buty będę nosić przez dziesięć lat. Dobry krem starcza na pół roku. A jakościowe produkty nie szkodzą zdrowiu — mniej wydaje się potem na leki.
Eksperyment dobiegł końca. Wyrzuty pod moim adresem zniknęły na zawsze.
Miesiąc później chodziliśmy razem po sklepach. Anatolij nie krzywił się już, gdy brałam dobre produkty albo oglądałam solidne ubrania.
— Weź ten płaszcz, droższy — powiedział. — Tani szybko się zniszczy i potem i tak trzeba będzie kupić nowy.
Uśmiechnęłam się. Eksperyment powiódł się lepiej, niż mogłam się spodziewać.