Z powodu choroby mąż siedział w domu, a gdy żona wróciła wcześniej, usłyszała coś, czego nie powinna była

Hermann leżał na kanapie w salonie, owinięty kocem. Trzeci dzień z rzędu temperatura utrzymywała się powyżej trzydziestu ośmiu stopni, a lekarz kategorycznie zabronił mu chodzić do pracy. Był menedżerem sprzedaży luksusowych nieruchomości i był dumny ze swoich osiągnięć — w ciągu ostatniego roku sfinalizował kilka dużych transakcji, dzięki którym rodzina mogła przeprowadzić się do nowego mieszkania w prestiżowej dzielnicy.
Aleksandra rano pojechała do pracy — prowadziła niewielką agencję reklamową. Zwykle wracała po siódmej wieczorem, ale dziś ważne spotkanie z klientem zostało odwołane, więc postanowiła wrócić wcześniej, żeby przygotować choremu mężowi coś pysznego.
Drzwi wejściowe otworzyły się bezszelestnie. Aleksandra celowo starała się nie robić hałasu — a nuż Hermann śpi. W przedpokoju zdjęła buty i na palcach ruszyła w stronę salonu, lecz zatrzymała się, słysząc głos męża. Rozmawiał przez telefon.
— Oczywiście, mamo, wszystko rozumiem — jego głos brzmiał całkiem zdrowo, bez najmniejszego śladu przeziębienia. — Tak, Sasza jest w pracy, możemy spokojnie porozmawiać.
Aleksandra znieruchomiała. Sasza? Nigdy tak jej nie nazywał. I czemu jego głos był taki energiczny?
— Wiesz, mamo, mam już dość tego przedstawienia — ciągnął Hermann. — Minęły trzy lata, odkąd się pobraliśmy, i co z tego? Jej agencja ledwo wiąże koniec z końcem, a ona wciąż w to pakuje pieniądze. Myślałem, że okaże się mądrzejsza.
Aleksandra oparła się o ścianę. Serce zaczęło bić szybciej.
— Nie, mamo, ty nie rozumiesz! — głos Hermanna stał się głośniejszy. — Ożeniłem się z nią, bo myślałem: perspektywiczna dziewczyna, ambitna, zarobi pieniądze. A ona co? Wszystko zakopuje w tej swojej agencji! Zysk — zero! Same wydatki!
Zapadła cisza. Najwyraźniej Emilia Arkadiewna, jego matka, coś odpowiadała.
— A co mnie obchodzi miłość-srłość! — rzucił poirytowany Hermann. — Mam trzydzieści pięć lat, mamo! Czas wreszcie żyć normalnie! Maksym, mój kumpel, ożenił się z córką właściciela firmy budowlanej — i teraz jest tam wicedyrektorem. A ja? Wciąż ten sam menedżer sprzedaży!
Aleksandra powoli osunęła się po ścianie i usiadła prosto na podłodze w korytarzu.
— Słuchaj, mamo, powiem wprost — głos Hermanna zrobił się rzeczowy. — Mam na oku jedną… Złota ma na imię. Dwadzieścia sześć lat, a jej tatuś jest właścicielem sieci klubów fitness. Już dawała do zrozumienia, że jej się podobam. Gdyby z nią coś zakręcić…
— Czekaj, nie przerywaj! — podniósł głos. — Wszystko przemyślałem. Z Saszą rozwiodę się po cichu. Powiem, że przestałem kochać, że jesteśmy różni i takie tam. Mieszkanie jest na mnie — w końcu to ja wpłaciłem wkład własny z oszczędności. Jej zostawię jakąś drobnostkę, żeby nie robiła awantury. I wolny!
Aleksandra zakryła usta dłonią, żeby nie krzyknąć. Mieszkanie… Tak, Hermann wpłacił wkład własny, ale resztę to ona spłacała! Wszystkie swoje premie, cały zysk z agencji!
— Mamo, no ile można: „nieładnie, nieładnie”! — ciągnął Hermann. — A co tu jest ładnego? Sasza wiecznie siedzi w pracy, dzieci na razie nie chce, mówi, że za wcześnie. Gotuje od święta, karmi półproduktami. Złota to co innego! Dziewczyna domowa, wychowana. A jej tatuś — żyła złota!
— Ja nie choruję, mamo! — nagle Hermann się roześmiał. — Po prostu potrzebowałem czasu, żeby wszystko spokojnie przemyśleć. Powiedziałem, że mam temperaturę, no i siedzę w domu. Jutro spotykam się ze Złotą, zaproszę ją do restauracji. A tak w ogóle to będą potrzebne pieniądze — Sasza wszystko chowa, mówi, że na rozwój biznesu. GŁUPIA! Jaki rozwój, skoro klientów jest jak na lekarstwo!
Aleksandra podniosła się. W oczach miała łzy, ale w środku narastała fala lodowatej determinacji. Cicho podeszła do drzwi salonu i pchnęła je.
Hermann leżał na kanapie, ale na widok żony gwałtownie usiadł, wypuszczając telefon z rąk.
— Sasza! Ty… ty tak wcześnie…
— Kontynuuj — Aleksandra weszła do pokoju i usiadła w fotelu naprzeciwko. — Nie krępuj się. Szczególnie ciekawie było o „głupiej”.
Hermann zbladł.
— To nie tak, jak ty…
— Zamknij się — ucięła Aleksandra. — Po prostu się zamknij. Słyszałam wszystko. WSZYSTKO.
— Sasza, kochanie, porozmawiajmy…
— O czym? O tym, że przez trzy lata udawałeś? O tym, że ożeniłeś się z wyrachowania? A może o tym, że już znalazłeś mi zastępstwo?
Hermann wstał z kanapy, próbując udawać oburzenie.
— Podsłuchiwałaś! Jak mogłaś?!
— Przyszłam do domu do chorego męża — Aleksandra mówiła spokojnie, ale ręce jej drżały. — Chciałam ugotować zupę, zadbać o ciebie. A usłyszałam prawdę.
— Sasza, to wszystko nie jest tak, jak myślisz…
— A jak, Hermann? Przecież dokładnie wszystko mamie rozpisałeś. Rozwód, mieszkanie dla ciebie, nowa żona z bogatym tatusiem. Świetny plan!
Hermann podszedł do niej i spróbował wziąć ją za rękę.
— Odejdź! — Aleksandra zerwała się z fotela. — Nie dotykaj mnie!
— To mój dom! — nagle Hermann się wściekł. — Ja płaciłem wkład własny!
— Twój dom? — Aleksandra gorzko się uśmiechnęła. — Dobrze. To ja odchodzę.
Ruszyła do wyjścia, ale zatrzymała się w drzwiach.
— Wiesz co, Hermann? Dziękuję ci. Za to, że pokazałeś swoje prawdziwe oblicze. Za to, że nie musiałam żyć z tobą jeszcze dziesięć lat w iluzjach.
— Dokąd idziesz? — krzyknął za nią Hermann. — Do mamusi pobiegniesz się poskarżyć?…

— A ty to niby nie do mamusi dzwoniłeś? Poza tym to nie twoja sprawa — Aleksandra wsuwała buty. — A propos mojej „nierentownej” agencji… Wczoraj podpisałam kontrakt z międzynarodową korporacją na kampanię reklamową. Półtora miliona dolarów. Ale ty już się o tym nie dowiesz.
Wyszła, trzaskając drzwiami.
Hermann został na środku przedpokoju. Potem rzucił się do okna — Aleksandra wsiadała do swojego samochodu. Chwycił telefon, wybrał jej numer — długie sygnały.
Następny telefon — do matki.
— Mamo, mamy kłopoty. Sasza wszystko słyszała… Nie, nie krzycz! Co ja mam teraz zrobić?
Następnego dnia Hermann zadzwonił do pracy Aleksandry. Sekretarka Inessa poinformowała, że Aleksandra Pawłowna poleciała w delegację do Mediolanu na tydzień.
— Do Mediolanu? — osłupiał Hermann. — Po co?
— Sprawy służbowe — odparła sucho Inessa i rozłączyła się.
Hermann wybrał numer Złaty.
— Cześć, piękności! Co powiesz na kolację dziś wieczorem?
— Och, Gera, przepraszam, nie mogę — zaćwierkała Złata. — Tata wczoraj się dowiedział, że masz żonę. Powiedział, żebym się z tobą nie kontaktowała. On w ogóle jest taki… zasadniczy. Pa!
Krótkie sygnały.
Hermann w furii cisnął telefonem na kanapę. Skąd jej ojciec się dowiedział? Od kogo?
Wieczorem zadzwoniła matka.
— Hermann, co ty narobiłeś! — Emilia Arkadiewna krzyczała do słuchawki. — Przed chwilą dzwoniła Walentyna, matka Aleksandry! Ona wszystko wie! Powiedziała, że jesteś łajdakiem i utrzymankiem! Że polujesz na posag! Wstyd mi teraz wyjść z domu!
— Mamo, uspokój się…
— Jak mam się uspokoić! Walentyna już wszystkim koleżankom opowiedziała! W naszej klatce wszyscy patrzą krzywo! Mironowa z trzeciego piętra powiedziała, że wcale nie jest zdziwiona — niedaleko pada jabłko od jabłoni!
— Co to ma znaczyć?
— To, że wszyscy pamiętają, jak twój ojciec odszedł od nas do bogatej wdowy! Historia się powtarza!
Hermann rozłączył się. Ojciec… Tak, ojciec naprawdę odszedł, kiedy Hermann miał piętnaście lat. Do właścicielki sklepu jubilerskiego. Matka długo potem nie mogła dojść do siebie.
Minął tydzień. Aleksandra nie wracała. Na telefony nie odpowiadała. Hermann zaczął się już martwić. Może coś się stało?
Ósmego dnia ktoś zadzwonił do drzwi. Na progu stał kurier z pakietem dokumentów.
— Proszę podpisać.
Hermann podpisał i rozerwał kopertę. Pozew o rozwód. I jeszcze jeden dokument — wniosek o podział majątku.
— Co to za cholerny cyrk! — Hermann wybrał numer swojego znajomego prawnika, Borysa. — Borya, jest sprawa…
— Gera, cześć! Słuchaj, oddzwonię ci, teraz nie mogę…
— Poczekaj! Pilnie potrzebuję konsultacji! Żona złożyła pozew o rozwód i podział majątku!
— A… no… to… Zwróć się do innego prawnika. Ja nie mogę.
— Dlaczego?
— Bo reprezentuję interesy Aleksandry Pawłowny. Teraz to ona jest moją klientką. Wybacz.
Hermann osunął się na kanapę. Borys — jego kolega jeszcze ze studiów — teraz pracuje dla Saszy?
Telefon znów zadzwonił. Nieznany numer.
— Hermann Igoriewicz? — odezwał się męski głos. — Mówi Piotr Maksymowicz Kuleszow, dyrektor firmy „Elit-Estейт”. Z przykrością informuję, że od jutra jest pan zwolniony.
— CO?! Za co?!
— Za notoryczne naruszanie dyscypliny pracy. Nie było pana w pracy przez trzy dni bez usprawiedliwienia.
— Byłem chory!
— Nie mamy pańskiego zwolnienia lekarskiego. Zaświadczenie, które pan przesłał, okazało się fałszywe. Sprawdziliśmy — doktor Siemionow pana nie przyjmował i nie wystawiał żadnego dokumentu.
— Ale…
— Decyzja jest ostateczna. Pańskie rzeczy może odebrać kurier. Do widzenia.
Hermann siedział z telefonem w ręku, nie dowierzając. Skąd wiedzieli o zaświadczeniu? Przecież kupił je od znajomego za trzy tysiące, wszystko miało być czyste!
Następny telefon — z banku.
— Dzień dobry, panie Hermannzie Igoriewiczu. Przypominamy, że jutro upływa termin wpłaty miesięcznej raty kredytu hipotecznego. Dwieście tysięcy rubli.
— Ja… ja wpłacę…
— Informujemy też, że ze wspólnego rachunku, otwartego na pana nazwisko oraz nazwisko małżonki, wypłacono wszystkie środki. Operację wykonała Aleksandra Pawłowna jako współposiadacz rachunku.
— Ile tam było?
— Osiemset pięćdziesiąt tysięcy rubli.
Hermann wypuścił telefon z rąk. To były ich wspólne oszczędności! Jak ona mogła!
Wieczorem siedział w kuchni i próbował zrozumieć, co dalej. Pracy nie ma, pieniędzy nie ma, żona złożyła pozew o rozwód… I wtedy przyszła wiadomość od Aleksandry:
„Hermann, oto numer dobrego adwokata — +7-916-XXX-XX-XX. Przyda ci się. I tak, mieszkanie jest zapisane na mnie. Sprawdziłam dokumenty — przy kredycie hipotecznym jako główny kredytobiorca widnieję ja, bo miałam wyższy oficjalny dochód. Ty jesteś współkredytobiorcą. Wkład własny w wysokości 500 tysięcy to moje pieniądze, tylko przelew poszedł z twojej karty dla wygody. Mam wszystkie dokumenty potwierdzające pochodzenie tych środków. Powodzenia w sądzie”.
Hermann przeczytał wiadomość trzy razy. Potem sięgnął do teczki z dokumentami. Aleksandra miała rację — w umowie to ona figurowała jako główny kredytobiorca.
— NIE! — cisnął teczką o podłogę. — NIE! To niemożliwe!
Zadzwonił do matki.
— Mamo, potrzebuję pieniędzy. Pilnie!
— Jakich pieniędzy, Gera? Mam emeryturę piętnaście tysięcy! Przecież wiesz!
— A oszczędności?
— Jakie oszczędności? Wszystko ci oddawałam, kiedy kupowałeś mieszkanie!
Hermann przypomniał sobie — rzeczywiście, matka wtedy oddała ostatnie dwieście tysięcy.
Kolejne dni zlały się w jeden wielki koszmar. Bank dzwonił trzy razy dziennie. Byli koledzy z pracy nie odbierali. Złata przysłała wiadomość: „Nie pisz do mnie więcej. Tata powiedział, że jesteś nieudacznikiem”.

Piątego dnia po otrzymaniu dokumentów rozwodowych Hermann siedział w kawiarni naprzeciw biura Aleksandry. Czekał na nią już dwie godziny. Wreszcie się pojawiła — elegancka, w nowym kostiumie, z nową fryzurą. Obok niej szedł wysoki mężczyzna w drogim płaszczu. O czymś żywo rozmawiali i śmiali się.
Hermann wyskoczył z kawiarni.
— Sasza!
Aleksandra odwróciła się. Jej spojrzenie było lodowate.
— Czego chcesz?
— Musimy porozmawiać! Błagam cię!
— Nie mamy o czym rozmawiać — odwróciła się.
— Sasza, proszę! Wszystko zrozumiałem, byłem w błędzie! Cofnijmy to wszystko!
Mężczyzna stojący obok Aleksandry zrobił krok naprzód.
— Aleksandro Pawłowno, potrzebuje pani pomocy?
— NIE, Fiodorze Arkadiewiczu, dziękuję. To mój były mąż. Hermann, odejdź. Mamy ważne spotkanie.
— Sasza, wysłuchaj mnie!
— Po co? Żeby usłyszeć, jaka jestem głupia i zakopuję pieniądze w nierentownej agencji? — Aleksandra uśmiechnęła się kpiąco. — A tak w ogóle, Fiodor Arkadiewicz to inwestor. Wkłada pięć milionów euro w moją „nierentowną” agencję. Otwieramy filie w Europie.
Hermann patrzył na nią, nie znajdując słów.
— Wiesz, Hermann — ciągnęła Aleksandra — dużo ci wybaczałam. Twoje lekceważenie mojej pracy, twoje kpiny z moich planów, twoją niechęć do pomocy w domu… Ale zdrady — NIE. Tego ci nie wybaczę.
— Ale przecież trzy lata… Przecież byliśmy szczęśliwi…
— Ty byłeś szczęśliwy, bo zapewniałam ci wygodne życie. Płaciłam za mieszkanie, kupowałam jedzenie, opłacałam twoje garnitury i zegarki, żebyś „pasował do statusu”. A ja? Ja żyłam z człowiekiem, który widział we mnie tylko źródło pieniędzy.
— To nieprawda!
— To PRAWDA, Hermann. Twoja mama przecież nie doradziłaby ci źle, prawda? Sam tak powiedziałeś. Ożeniłeś się z wyrachowania. Czekałeś, aż zacznę zarabiać miliony. Nie doczekałeś się — postanowiłeś znaleźć inną. No to szukaj. Tylko raczej nie znajdziesz.
Odwróciła się i ruszyła w stronę biurowca. Fiodor Arkadiewicz — siwiejący mężczyzna po pięćdziesiątce — zatrzymał się na sekundę.
— Młody człowieku — powiedział do Hermanna — stracił pan nie tylko żonę. Stracił pan diament. Aleksandra Pawłowna jest genialną przedsiębiorczynią. Za parę lat jej firma będzie warta miliony. A pan… pan został z niczym. Należało się.
Hermann stał na ulicy i patrzył, jak znikają za szklanymi drzwiami biurowca.
Minęło pół roku. Rozwód sfinalizowano szybko — Aleksandra nie żądała żadnych rekompensat, ale mieszkanie decyzją sądu zostało przy niej. Hermann przeprowadził się do matki, do jednopokojowego mieszkania.
Pracy w branży nieruchomości nie udało się znaleźć — wieść o fałszywym zwolnieniu lekarskim rozeszła się po wszystkich agencjach. Musiał zatrudnić się jako kierownik w sklepie z elektroniką za trzydzieści tysięcy miesięcznie.
Złata wyszła za mąż za syna właściciela koncernu naftowego. Na ślub Hermanna, rzecz jasna, nie zaproszono.
Emilia Arkadiewna nie potrafiła wybaczyć synowi hańby.
— Przez ciebie nie mogę się teraz ludziom pokazać! — lamentowała. — Wszyscy palcem wskazują! „O, idzie matka utrzymanka!”
— Mamo, DOŚĆ!
— Nie dość! Aleksandra była najlepszym, co cię w życiu spotkało! A ty wszystko zniszczyłeś! Jak twój ojciec!
Hermann milczał. Nie było o co się spierać.
Pewnego wieczoru, wracając z pracy, zobaczył w telewizji wywiad. Aleksandra opowiadała o swojej agencji, o planach rozwoju, o nowych kontraktach. Promieniała.
„Jestem wdzięczna losowi za wszystkie próby — mówiła. — One uczyniły mnie silniejszą. Teraz wiem, że mogę osiągnąć wszystko sama, bez niczyjego wsparcia”.
— A życie prywatne? — zapytał prowadzący. — Nie planuje pani ponownie wyjść za mąż?
— Wie pan, teraz jestem bardzo ostrożna — uśmiechnęła się Aleksandra. — Raz już się pomyliłam. Wyszłam za człowieka, który widział we mnie tylko portfel. Drugi raz takiego błędu nie popełnię. Jeśli spotkam kogoś, kto pokocha mnie, a nie moje pieniądze — być może. Ale na razie jestem szczęśliwa sama. Mam ukochaną pracę, świetny zespół, wielkie plany. Czy to nie jest szczęście?
Hermann wyłączył telewizor. W małej kuchni u matki było duszno. Za oknem szumiała droga — okna wychodziły na aleję.
Przypomniał sobie ich mieszkanie z Aleksandrą — przestronne, jasne, z widokiem na park. Przypomniał sobie, jak się cieszyła, gdy się wprowadzali. Jak wybierała zasłony, jak ustawiała meble…
— Idiota — powiedział sam do siebie. — Kompletny idiota.
Telefon zawibrował. SMS z nieznanego numeru: „Hermann Igoriewiczu, gratulujemy! Wygrał pan milion! Aby odebrać nagrodę, proszę przejść pod link…”
Uśmiechnął się gorzko i usunął wiadomość. Nawet oszuści sobie kpią.
Za ścianą matka oglądała serial. Bohater mówił do bohaterki: „Zrozumiałem, że pieniądze nie są najważniejsze. Najważniejsza jest miłość!”

— O, dobrze mówi! — krzyknęła matka. — A ty, synu, nie zrozumiałeś! Dlatego zostałeś z niczym!
Hermann zamknął oczy. Matka miała rację. Absolutną rację. Zamienił prawdziwe na ułudę. Kochającą żonę — na marzenie o bogatej narzeczonej. Skutek był nieunikniony.
Telefon zadzwonił. Borys.
— Gera, cześć. Słuchaj, głupio wtedy wyszło… Może się spotkamy, pogadamy?
— O czym gadać, Borya?
— No jak to o czym? Przecież byliśmy przyjaciółmi…
— Byliśmy — zgodził się Hermann. — Tylko że ty teraz jesteś odnoszącym sukcesy prawnikiem w dużej firmie, a ja sprzedaję telewizory. O czym mamy rozmawiać?
— Nie dramatyzuj. A tak w ogóle Aleksandra Pawłowna szuka menedżerów do europejskiego biura. Może wyślesz CV?
— Nabijasz się?
— Nie, mówię serio. Ona nie jest mściwa. Biznes to biznes. Jeśli specjalista jest dobry — weźmie.
— Dzięki, obejdę się.
Hermann rozłączył się. Pracować dla byłej żony? NIGDY! Chociaż… pensje pewnie są tam dobre. I perspektywy rozwoju…
NIE. Duma mu nie pozwoli.
Po roku Hermann wciąż pracował w sklepie z elektroniką. Aleksandra otworzyła biura w Paryżu, Londynie i Berlinie.
Na urodziny Hermanna — skończył trzydzieści siedem lat — przyszła kartka. Bez podpisu, ale poznał pismo Aleksandry: „Hermann, życzę ci, żebyś znalazł to, co naprawdę ważne. I nauczył się to doceniać”.
Długo patrzył na kartkę. Potem schował ją do szuflady.
Wieczorem zadzwoniła matka.
— Gera, tak sobie pomyślałam… Może powinieneś przeprosić Aleksandrę? Może wybaczy?
— Mamo, ona już żyje innym życiem. Zapomnij.
— A ty spróbuj! Co ci szkodzi?
— Godność, mamo. Ostatnie, co mi zostało.
— Godność! — prychnęła Emilia Arkadiewna. — Jaka godność? Zdradziłeś kochającą żonę, zostałeś z niczym i teraz mówisz o godności?
Hermann nic nie odpowiedział. Matka, jak zawsze, miała rację.
W nocy nie mógł zasnąć. Wspominał, jak poznał Aleksandrę. Firmowa impreza w hotelu, ona — przedstawicielka klienta, on — menedżer sprzedaży. Opowiadała o planach stworzenia najlepszej agencji reklamowej w kraju, oczy jej płonęły… A on wtedy pomyślał: „Energiczna, mądra, perspektywiczna. Tego mi trzeba”.
Tylko że pomylił się w najważniejszym. Uznał, że będzie mógł wykorzystać jej energię i rozum do własnych celów. A ona okazała się silniejsza. Mądrzejsza. I w końcu — bardziej sukcesywna.
Hermann dawno przestał snuć plany — każdy dzień był podobny do poprzedniego: praca, dom, sen. Gdy na firmowej imprezie sympatyczna sprzedawczyni z sąsiedniego działu spróbowała z nim porozmawiać, pośpiesznie wyszedł — strach przed odrzuceniem i samotnością paraliżował go bardziej niż ból przeszłości.
Tymczasem Aleksandra otwierała trzecie europejskie biuro, pojawiała się na okładkach magazynów biznesowych i udzielała wywiadów o sekretach sukcesu — praca stała się jej powołaniem, pasją i źródłem prawdziwego szczęścia, które nie zależało od nikogo.