Synu, upatrzyłam kuchenkę za 175 tysięcy — powiedziała teściowa, a mąż w milczeniu wyjął pieniądze z mojego portfela i jej je oddał.

Synu, upatrzyłam kuchenkę za 175 tysięcy — powiedziała teściowa, a mąż w milczeniu wyjął pieniądze z mojego portfela i jej je oddał.

Swietłana wróciła z pracy późno — za oknem gęstniał już październikowy zmierzch, a wiatr pędził po asfalcie mokre liście. Zrzuciwszy buty w przedpokoju, przeszła do kuchni i zastygła w progu. Przy stole siedział jej mąż Dmitrij, a naprzeciwko rozgościła się jego matka, Galina Iwanowna, z filiżanką w ręku i zadowolonym, pewnym siebie wyrazem twarzy.

— O, Swieta, wreszcie — teściowa nawet nie odwróciła głowy. — Czekamy tu już pół godziny.

— Dzień dobry — Swietłana zdjęła kurtkę i przewiesiła ją przez oparcie krzesła. — Dima, mogłeś uprzedzić, że mama przyjdzie.

— Ja sam nie wiedziałem — wzruszył ramionami mąż, nie odrywając wzroku od telefonu.

Galina Iwanowna głośno upiła herbaty i odstawiła filiżankę na stół z lekkim stuknięciem.

— Słuchaj, Dimoczka, znalazłam taką sprawę — teściowa przysunęła się bliżej do syna. — W sklepie na Sowieckiej jest promocja na kuchenkę. Wyobrażasz sobie? Tylko sto siedemdziesiąt pięć tysięcy! Moja stara całkiem padła, palniki nie działają.

Swietłana powoli usiadła na krześle. Ta kwota padła tak zwyczajnie, jakby chodziło o kilogram jabłek, a nie o pieniądze odkładane miesiącami.

— To bardzo drogo — zaczęła ostrożnie Swietłana. — Galino Iwanowno, może poszukamy czegoś tańszego?

— Tańszego? — teściowa w końcu spojrzała na synową, a jej wzrok był chłodny. — Chcesz, żebym gotowała na jakimś chińskim żelastwie? Boli mnie kręgosłup, potrzebuję porządnego sprzętu.

Dmitrij milczał, dalej przewijając ekran telefonu. Swietłana spojrzała na męża, czekając na jakąkolwiek reakcję, ale on nawet nie mrugnął.

— Dima — odezwała się cicho. — To przecież nasze pieniądze na urlop.

— Mamo, może faktycznie poszukamy czegoś prostszego? — w końcu oderwał się od ekranu, ale głos miał niepewny, jakby pytał tylko z grzeczności.

— Dimoczka, no co ty — Galina Iwanowna położyła dłoń na ramieniu syna. — Przecież ja się dla ciebie staram. Przyjdę do ciebie piec ciasta, gotować zupy. A na starej kuchence to niemożliwe.

Swietłana zacisnęła dłonie pod stołem. Teściowa nigdy nie gotowała w ich mieszkaniu — przychodziła wypić herbatę i ponarzekać na sąsiadów, ceny i zdrowie. Teraz jednak odgrywała rolę troskliwej matki z takim kunsztem, że Dmitrij już kiwał głową.

— Dobra, mamo — mąż wstał i ruszył do przedpokoju.

— Dokąd idziesz? — Swietłana podniosła się za nim.

— Potrzebne są pieniądze — rzucił krótko Dmitrij, nie oglądając się.

Kobieta nie zdążyła zaprotestować — mąż otworzył komodę, gdzie leżała jej torebka. Wyjął portfel, rozpiął zamek i wyciągnął ciasno ściśnięty gumką plik banknotów. Ruchy miał spokojne, codzienne, jakby robił to każdego dnia.

— Dima, poczekaj — Swietłana zrobiła krok bliżej, ale jej głos zabrzmiał zbyt cicho.

Mąż wrócił do kuchni i podał pieniądze matce. Galina Iwanowna wzięła banknoty, przeliczyła palcem i kiwnęła głową.

— Dobra robota, synku. Już jutro pojadę załatwić formalności.

— Galino Iwanowno, to były nasze oszczędności — Swietłana stała w drzwiach kuchni, próbując utrzymać równy ton. — Planowaliśmy wyjazd.

— Swieta, co za egoizm — teściowa wstała, chowając pieniądze do torebki. — Jesteś młoda, zdrowa, jeszcze sto razy pojedziesz nad morze. A ja potrzebuję kuchenki teraz.

— Ale dlaczego ja mam za nią płacić?

— Ty? — Galina Iwanowna prychnęła. — To mój syn dał pieniądze. Czy ty uważasz, że w rodzinie wszystko jest tylko twoje?

Swietłana spojrzała na Dmitrija, czekając, że powie choć słowo w jej obronie. Ale on stał z opuszczonym wzrokiem i milczał.

— Dima, powiedz coś — poprosiła.

— Mamo, naprawdę się nie złość — mąż podniósł głowę, ale mówił do matki, nie do żony. — Swieta po prostu jest zmęczona, miała ciężki dzień w pracy.

Galina Iwanowna kiwnęła głową, zapięła torebkę i ruszyła do wyjścia.

— Dobrze, pójdę już. Dziękuję, Dimoczka, jesteś u mnie najlepszy.

Drzwi trzasnęły. Swietłana została pośrodku kuchni, patrząc na męża.

— Dlaczego mnie nie zapytałeś? — powiedziała cicho.

— Mamie była potrzebna pomoc — Dmitrij wzruszył ramionami. — Przecież byś nie odmówiła.

— Chciałabym chociaż, żeby mnie zapytano.

— Swieta, nie rób z igły widły — machnął ręką mąż i wyszedł z kuchni.

Swietłana opadła na krzesło i spojrzała na pusty blat stołu. Filiżanka, z której piła Galina Iwanowna, stała z resztką herbaty. Kobieta wzięła naczynie i zaniosła do zlewu, czując, jak w środku narasta głuche rozdrażnienie, którego nie ma gdzie rozładować.

Kolejne dwa tygodnie minęły spokojnie. Swietłana starała się nie wracać do tematu pieniędzy — i tak Dmitrij za każdym razem zbywał ją, mówiąc, że „to drobiazg” i „po co psuć relacje przez głupoty”. Zanurzała się w pracy, wracała późno i kładła się spać wcześniej od męża, żeby nie rozmawiać.

Pewnego wieczoru Galina Iwanowna znów pojawiła się w mieszkaniu — bez dzwonienia, bez uprzedzenia. Swietłana otworzyła drzwi i zobaczyła teściową z ciężkimi torbami w rękach.

— Oj, Swieta, pomóż — Galina Iwanowna podała jedną torbę. — Drewno przyniosłam, dla Dimoczki na szaszłyki.

— Jakie szaszłyki? — Swietłana wzięła torbę i postawiła ją w przedpokoju. — My nie mamy grilla.

— Jak to nie? — teściowa zrzuciła kurtkę. — Nic to, kupimy. Dima przecież lubi wypady na łono natury.

Dmitrij wyszedł z pokoju, zobaczył matkę i uśmiechnął się.

— Mamo, a ty co tu robisz?

— No, drewno przywiozłam. I jeszcze jedna sprawa jest — Galina Iwanowna weszła do kuchni, nie czekając na zaproszenie.

Swietłana zamknęła drzwi i poszła za teściową. Kobieta siedziała już przy stole i wyjmowała z torebki jakieś papiery.

— Patrz, Dimoczka, moja sąsiadka, Walentyna Siergiejewna, sprzedaje lodówkę. Prawie nowa, ma tylko trzy lata. Przeprowadza się do córki, jej niepotrzebna.

— Mamo, my mamy lodówkę — Dmitrij usiadł naprzeciwko.

— Jest, jest, ale mała — Galina Iwanowna rozłożyła kartkę ze zdjęciem. — A ta jest dwukomorowa, duża. Wam będzie wygodniej.

Swietłana oparła się o framugę i skrzyżowała ręce na piersi.

— Galino Iwanowno, nie potrzebujemy nowej lodówki.

— Swieta, ty nie rozumiesz — teściowa nawet nie spojrzała w stronę synowej. — U was wszystko jest teraz takie małe, niewygodne. A jak pojawią się dzieci, to gdzie będziecie wszystko trzymać?

— Nie mamy jeszcze dzieci — ucięła Swietłana.

— No ale będą — Galina Iwanowna uśmiechnęła się i zwróciła do syna. — Dimoczka, chcesz przecież porządny sprzęt w domu?

Dmitrij milczał, wpatrując się w zdjęcie. Swietłana poczuła, jak napięcie ściska jej skronie. Ten schemat był boleśnie znajomy — teściowa coś proponowała, mąż milczał, a potem się zgadzał.

— Ile kosztuje? — zapytał w końcu Dmitrij.

— Osiemdziesiąt tysięcy — Galina Iwanowna złożyła ręce na stole. — Walentyna Siergiejewna nawet zrobi zniżkę, jeśli od razu ją zabierzemy.

— Nie będziemy kupować lodówki — powiedziała stanowczo Swietłana.

— A to dlaczego? — teściowa w końcu odwróciła się do synowej, a w jej oczach mignęło rozdrażnienie. — Chcesz, żeby mój syn żył w nędzy?

— W nędzy? — Swietłana wyprostowała się. — Galino Iwanowno, my wszystko mamy. Mieszkanie, meble, sprzęt.

— Sprzęt stary — ucięła teściowa. — Dimoczka zasługuje na lepsze.

Swietłana spojrzała na męża, ale on znów studiował zdjęcie, jakby próbował rozpłynąć się w papierze.

— Dima, powiedz mamie, że nie potrzebujemy lodówki.

— Swieta, no a co, może faktycznie kupimy? — mąż w końcu podniósł wzrok. — Nasza już taka stara.

— Ma cztery lata!

— No i co? — Galina Iwanowna wstała. — Im wcześniej wymienicie, tym lepiej. Bo potem się zepsuje i będziecie przepłacać za naprawę.

Swietłana zacisnęła pięści. Logika teściowej była absurdalna, ale Dmitrij już kiwał głową, zgadzając się.

— Dobrze, mamo, powiedz Walentynie Siergiejewnie, że ją weźmiemy.

— Mądry chłopak — Galina Iwanowna poklepała syna po ramieniu. — Pieniądze jutro przywieziesz?

— Dima, nie omówiliśmy tego — Swietłana zrobiła krok do stołu.

— Swieta, dość — mąż wstał. — To drobiazg. Po co robić awanturę?

— Drobiazg? Osiemdziesiąt tysięcy to drobiazg?

— Zarobimy — Dmitrij odwrócił wzrok.

Galina Iwanowna zebrała papiery, zapięła torebkę i ruszyła do wyjścia.

— Dobra, pójdę. Dimoczka, jutro czekam.

Swietłana odprowadziła teściową wzrokiem, a potem odwróciła się do męża.

— Dlaczego ze mną nie porozmawiałeś?

— A o czym tu gadać? — Dmitrij wzruszył ramionami. — Lodówka jest potrzebna.

— Nie, nie jest.

— Swieta, ty po prostu nie chcesz, żeby mama uczestniczyła w naszym życiu — mąż minął żonę i zniknął w pokoju.

Swietłana została w kuchni, patrząc na pusty stół. Poczucie bezsilności napływało powoli, jak gęsta mgła, w której nie da się znaleźć oparcia.

Przeszła do pokoju, usiadła na łóżku i wpatrzyła się w ścianę. Dmitrij leżał odwrócony do okna i udawał, że śpi. Swietłana wiedziała — on nie spał, tylko unikał rozmowy. Tak było łatwiej: przemilczeć, przeczekać, a rano udawać, że nic się nie stało.

Minuty się dłużyły. Za oknem szeleścił deszcz, gdzieś na dole trzasnęły drzwi klatki schodowej. Swietłana wstała, wzięła telefon i napisała do przyjaciółki Kati: „Mogę do ciebie na noc?”

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast: „Oczywiście. Czekam”.

Kobieta wyjęła z szafy niewielką torbę, włożyła do niej bieliznę na zmianę, kosmetyczkę i ładowarkę. Ruchy miała pewne, bez pośpiechu. Dmitrij dalej leżał nieruchomo, ale Swietłana widziała, jak napięły mu się ramiona.

— Dokąd idziesz? — zapytał w końcu Dmitrij, nie odwracając się.

— Do Kati.

— Po co?

— Muszę pomyśleć — Swietłana zapięła torbę i ruszyła do drzwi.

— Swieta, ty serio odchodzisz przez lodówkę?

Kobieta odwróciła się. Dmitrij uniósł się na łokciu i patrzył na nią z niedowierzaniem, jakby żona urządzała dziecięcą histerię…

— To nie chodzi o lodówkę — powiedziała cicho Swietłana. — Chodzi o to, że ty nawet nie widzisz problemu.

— Jakiego problemu? — mąż usiadł na łóżku. — Mama pomogła, znalazła korzystną ofertę. Co w tym złego?

— Wziąłeś pieniądze, nie pytając mnie. Drugi raz.

— Swieta, to przecież nie są cudze pieniądze — Dmitrij przeczesał włosy dłonią. — Mieszkamy razem.

— Mieszkamy w moim mieszkaniu — przypomniała Swietłana. — I pieniądze na kuchenkę były moje.

— No i zaczyna się — mąż opadł na poduszkę. — Twoje mieszkanie, twoje pieniądze. Może jeszcze i powietrze w mieszkaniu jest twoje?

Swietłana nie odpowiedziała. Odwróciła się i wyszła. Drzwi zamknęła cicho, bez trzaskania. Na klatce pachniało wilgocią i starą farbą. Zeszła po schodach, wyszła na ulicę i wciągnęła w płuca zimne nocne powietrze.

U Kati było ciepło i pachniało kawą. Przyjaciółka otworzyła drzwi w domowej piżamie, z potarganymi włosami, i bez słowa przytuliła Swietłanę.

— Wchodź. Herbata? Kawa?

— Herbata — Swietłana zrzuciła kurtkę i przeszła do kuchni.

Katia nastawiła czajnik, wyjęła kubki i usiadła naprzeciwko.

— Mów.

Swietłana wyrzuciła z siebie wszystko: o kuchence, o lodówce, o tym, że Dmitrij nawet nie uważa za konieczne pytać o zgodę. Mówiła równo, bez łez, ale przy niektórych słowach głos jej drżał.

— Swieta, rozumiesz, że to się nie zmieni? — Katia objęła kubek dłońmi. — Galina Iwanowna już wie, że może przyjść i poprosić o cokolwiek. A Dima będzie dawał, bo tak przywykł.

— Wiem — Swietłana kiwnęła głową. — Po prostu nie chcę wierzyć, że wszystko jest aż tak źle.

— Chcesz tak żyć dalej?

Swietłana milczała, przyglądając się wzorom na ceracie. Pytanie zawisło w powietrzu — ciężkie i nieuniknione.

— Nie — powiedziała w końcu cicho. — Nie chcę.

Katia wyciągnęła rękę i ścisnęła dłoń przyjaciółki.

— W takim razie wiesz, co robić.

Rano Swietłana obudziła się na kanapie u Kati i pierwsze, co zobaczyła, to ekran telefonu z pięcioma nieodebranymi połączeniami od Dmitrija. Nie odsłuchała ich — po prostu odłożyła telefon i wstała.

Katia już siedziała w kuchni z laptopem.

— Dzień dobry. Jak się spało?

— W porządku — Swietłana nalała sobie wody z dzbanka. — Dzięki, że mnie przyjęłaś.

— Nie ma za co. Słuchaj, tak sobie pomyślałam — Katia zamknęła laptop. — Może na razie zostań u mnie? Dopóki nie zdecydujesz, co dalej.

— Nie — Swietłana pokręciła głową. — To moje mieszkanie. Wrócę tam.

— I co powiesz Dimie?

— Nic. Spakuję rzeczy i powiem, że to koniec.

Katia skinęła głową, nie próbowała jej odwieść. Znała przyjaciółkę na tyle dobrze, by rozumieć: jeśli Swietłana podjęła decyzję, nie będzie jej zmieniać.

Swietłana wróciła do domu bliżej południa. Mieszkanie było puste — Dmitrij najwyraźniej poszedł do pracy. Przeszła do sypialni, wyjęła z szafy dużą torbę podróżną i zaczęła pakować rzeczy: ubrania, buty, kosmetyki, dokumenty. Poruszała się szybko, pewnie, jakby realizowała plan ułożony już wcześniej.

W kuchni leżały paragony. Swietłana podniosła jeden — kuchenka rzeczywiście została kupiona, sto siedemdziesiąt pięć tysięcy poszło do sklepu na Sowieckiej. Obok walał się drugi paragon — lodówka, osiemdziesiąt tysięcy, wystawiona na nazwisko Dmitrija.

Odłożyła papiery z powrotem na stół i przeszła do pokoju. Wyjęła z szuflady notes, wyrwała kartkę i napisała krótko: „Skoro mama jest ważniejsza, niech i gotuje”.

Nie podpisała się. Położyła karteczkę na kuchennym stole, obok paragonów. Klucze do mieszkania zostawiła tam samo.

Swietłana spojrzała na pokój po raz ostatni. Minęły tu trzy lata wspólnego życia, ale teraz to miejsce wydawało się obce, jakby nigdy tu nie mieszkała. Wzięła torbę, wyszła i zamknęła drzwi.

Dmitrij zaczął dzwonić wieczorem. Pierwsze połączenie Swietłana odrzuciła. Drugie też. Za trzecim razem mąż napisał: „Swieta, gdzie jesteś? Co to za kartka? Porozmawiajmy”.

Nie odpowiedziała. Odłożyła telefon ekranem do dołu i zajęła się sprawami — rozpakowywała rzeczy u Kati, szukała wynajmowanego mieszkania, dzwoniła do znajomych. Katia proponowała, żeby została, ale Swietłana odmówiła — nie chciała być dla nikogo ciężarem.

Po dwóch dniach Dmitrij znów napisał: „Swieta, to przecież głupie. Przez bzdurę niszczyć związek. Spotkajmy się, wszystko omówimy”.

Swietłana przeczytała wiadomość i uśmiechnęła się krzywo. Bzdura. Dla Dmitrija wszystko było bzdurą — pieniądze, decyzje, uczucia żony. Zablokowała numer męża i w końcu odetchnęła.

Tydzień później Swietłana przypadkiem spotkała Walentynę Siergiejewną — tę samą sąsiadkę Galiny Iwanowny, która sprzedawała lodówkę. Kobieta stała pod klatką z ciężkimi siatkami, więc Swietłana pomogła jej donieść je do drzwi.

— Dziękuję, kochana — Walentyna Siergiejewna postawiła siatki na ziemi. — Ty jesteś Swietłana, synowa Galiny Iwanowny, prawda?

— Była — odpowiedziała krótko Swietłana.

— A, rozumiem — kobieta kiwnęła głową. — Słyszałam, że rozstaliście się z mężem. Szkoda, oczywiście.

— Bywa — Swietłana wzruszyła ramionami.

— No tak. A lodówka, swoją drogą, dalej u nich stoi niepodłączona — Walentyna Siergiejewna westchnęła. — Galina Iwanowna mówi, że fachowcy są drodzy, a Dmitrij jakoś się nie może zebrać. I kuchenki podobno też nie podłączyli.

Swietłana powoli skinęła głową. Obraz ułożył się jasno: pieniądze wydane, sprzęt kupiony, ale nikt nie zamierzał z niego korzystać. Po prostu dlatego, że nie było komu i po co gotować.

— Dziękuję, że pani powiedziała — Swietłana odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia.

— Ależ nie ma za co, kochana! — zawołała za nią Walentyna Siergiejewna.

Swietłana wyszła na ulicę, a jesienny wiatr uderzył ją w twarz. Zapięła kurtkę i się uśmiechnęła. Kuchenka za sto siedemdziesiąt pięć tysięcy, lodówka za osiemdziesiąt — wszystko to teraz kurzyło się gdzieś w kącie, bezużyteczne i niepotrzebne. Galina Iwanowna dostała, czego chciała, ale dla syna i tak nie zaczęła gotować. A Dmitrij został sam — ze sprzętem, którego nikt nie podłączył, i z matką, która przychodziła tylko po to, by prosić.

Swietłana szła ulicą i po raz pierwszy od dawna poczuła lekkość. Decyzja była słuszna. Życie bez ciągłych ustępstw i cudzych rąk w portfelu było warte o wiele więcej niż jakakolwiek kuchenka.