Mnie to nie obchodzi twoja chora noga — warknął mąż. Moja mama przyjedzie — nakryj do stołu, bo inaczej rozwód.

Mnie to nie obchodzi twoja chora noga — warknął mąż. Moja mama przyjedzie — nakryj do stołu, bo inaczej rozwód.

Swietłana wyszła z gabinetu zabiegowego i ruszyła w stronę dyżurki. Październikowy dzień był wyjątkowo pracowity — kolejka na korytarzu nie malała od samego rana. Pacjenci przychodzili jeden po drugim: jedni na zastrzyki, inni na zmianę opatrunku, jeszcze inni po zwykłe zaświadczenie. Praca felczera wymagała uważności i cierpliwości, do czego Swietłana dawno już przywykła.

Kobieta niosła tackę z użytymi narzędziami, gdy nagle noga nieoczekiwanie pojechała jej do przodu. Podłoga na korytarzu była mokra — sprzątaczka dopiero co przetarła linoleum, ale nie wystawiła znaku ostrzegawczego. Swietłana próbowała utrzymać równowagę, lecz tacka wypadła jej z rąk, a ciało runęło na twardą powierzchnię. Ostry ból przeszył prawe kolano.

— Swieta! — koleżanka Irina wybiegła z sąsiedniego gabinetu i rzuciła się na pomoc. — Jak się czujesz?

Swietłana spróbowała wstać, ale noga nie chciała jej słuchać. Ból narastał, a przez nogę przetoczyła się fala gorąca.

— Nie mogę wstać — wydyszała.

Irina pomogła jej się podnieść, podstawiając ramię, i zaprowadziła Swietłanę do gabinetu traumatologa. Lekarz, Oleg Michajłowicz, obejrzał kolano, obmacał je, poprosił, żeby zgięła nogę. Swietłana skrzywiła się — każdy ruch oddawał bólem.

— Więzadła są uszkodzone — stwierdził traumatolog. — Może nawet doszło do naderwania. Potrzebuje pani odpoczynku, przez pierwszą dobę zimne okłady, potem założymy opatrunek stabilizujący. I najważniejsze — żadnego obciążania. Tylko minimum ruchu. Chodzić można, ale ostrożnie, bez gwałtownych ruchów i bez dźwigania.

— Olegu Michajłowiczu, a jak długo nie mogę pracować?

— Co najmniej dwa tygodnie. A lepiej trzy. Więzadła to poważna sprawa. Jeśli teraz pani tego nie doleczy, potem będzie się pani męczyć całe życie.

Swietłana westchnęła. Zwolnienie lekarskie w najbardziej nieodpowiednim momencie. W domu pełno obowiązków, a na pomoc męża, Artioma, raczej nie ma co liczyć. Ale wyboru nie było.

Lekarz wypisał zwolnienie, założył ciasny opatrunek na kolano i jeszcze raz ostrzegł:

— Swieta, mówię poważnie. Odpoczynek i tylko odpoczynek. Inaczej trafi pani do chirurga.

Do domu Swietłana wracała powoli. Każdy krok kosztował ją wysiłek. Noga pulsowała bólem, kolano spuchło. Wezwała taksówkę, choć zwykle chodziła pieszo — przychodnia była dziesięć minut od domu.

Artiom wrócił z pracy późnym wieczorem. Zobaczył żonę na kanapie z zabandażowaną nogą ułożoną na poduszce i zmarszczył brwi.

— Co się stało?

— Upadłam w pracy. Uszkodziłam kolano. Lekarz powiedział, że to więzadła. Nie wolno mi obciążać nogi.

— Na jak długo?

— Dwa-trzy tygodnie.

Mąż zagwizdał.

— No ładnie. W samą porę.

— Artiom, to nie było specjalnie — Swietłana spróbowała wstać, ale ból wrócił ze zdwojoną siłą.

— To już siedź. A kolacja będzie?

— Nie zdążyłam. Dopiero wróciłam z pracy.

Artiom zacisnął usta i poszedł do kuchni. Po kilku minutach wrócił z kanapką i herbatą.

— Masz, jedz. Sobie też zrobiłem.

Przez pierwsze dni mąż pomagał niechętnie, ale pomagał. Rano przyniósł śniadanie, wieczorem podgrzał kolację. Jednak już trzeciego dnia zaczął narzekać:

— Ile można leżeć na tej kanapie? Przecież noga nie jest złamana.

— Artiom, lekarz zabronił obciążać. Więzadła to poważna sprawa.

— Daj spokój. Sama to sobie urządziłaś. Pewnie specjalnie się przewróciłaś, żeby posiedzieć na zwolnieniu.

Swietłana nie odpowiedziała. Kłócenie się z mężem nie miało sensu. Artiom zawsze znajdował powód do niezadowolenia. To pracuje za dużo, to za mało. To w domu bałagan, to zbyt czysto i sterylnie. Kobieta dawno nauczyła się puszczać jego uwagi mimo uszu.

Piątego dnia zadzwoniła teściowa, Nina Pawłowna. Jej głos brzmiał żałośnie:

— Swietoczko, jak tam u ciebie? Artiom mówił, że boli cię noga.

— Tak, Nino Pawłowno. Uszkodziłam więzadła. Teraz leczę się w domu.

— Biedactwo… A Artiomusia ci pomaga?

— Pomaga, oczywiście.

— Tak za nim tęsknię — westchnęła teściowa. — Teraz tak rzadko dzwoni. Pewnie go zajmujesz, skoro jesteś chora.

Swietłana przemilczała. Nina Pawłowna ciągnęła dalej:

— Może mam do was przyjechać? W czymś pomogę. Ugotuję barszcz, upiekę pierożki. Artiomusia bardzo lubi moje pierożki.

— Nino Pawłowno, nie trzeba się kłopotać. Poradzę sobie.

— Co ty mówisz! Jestem matką. Mam obowiązek pomagać. Może przyjadę w weekend?

— Lepiej później. Jak wydobrzeję.

— Dobrze, kochana. Ale jakby co — dzwoń. Zawsze jestem gotowa.

Swietłana odłożyła słuchawkę i zamknęła oczy. Przyjazd teściowej zawsze był próbą. Nina Pawłowna lubiła kontrolować, udzielać rad, krytykować. Po każdej wizycie Artiom stawał się drażliwy i czepialski.

Dwa dni później teściowa zadzwoniła znowu. Tym razem jej głos brzmiał bardziej stanowczo:

— Swieta, jednak przyjadę. Artiom mówi, że odżywiacie się byle jak. Trzeba synowi gotować porządne jedzenie.

— Nino Pawłowno, gotuję. Po prostu nie mogę długo stać przy kuchence.

— No właśnie dlatego pomogę. W sobotę przyjadę. Przekaż Artiomusiowi.

Swietłana próbowała zaprotestować, ale teściowa już się pożegnała i rozłączyła. Kobieta spojrzała na zabandażowaną nogę. Kolano wciąż bolało. Lekarz ostrzegał, że obciążanie może doprowadzić do powikłań. Ale jak to wytłumaczyć Ninie Pawłownie?

Wieczorem Swietłana opowiedziała mężowi o rozmowie.

— Artiom, twoja mama chce przyjechać w sobotę. Ale ja nie dam rady gotować. Noga nadal boli.

— I co z tego? Niech przyjeżdża.

— Ale ona oczekuje, że będzie nakryty stół. A ja fizycznie nie mogę długo stać.

— Swieta, mama ci przeszkadza? — Artiom odwrócił się do żony. — Mówisz poważnie?

— Nie o to mi chodzi. Po prostu poproś ją, żeby przełożyła wizytę.

— Nie. Mama przyjedzie. A ty przygotujesz cokolwiek. To nie takie trudne.

Swietłana zacisnęła usta. Dyskusja była bez sensu. Artiom zawsze stawał po stronie matki.

W czwartek wieczorem Nina Pawłowna zadzwoniła do Artioma. Swietłana słyszała tylko połowę rozmowy, ale i to wystarczyło:

— Tak, mamo, czekam. Oczywiście, przyjeżdżaj. Swieta gotuje. Nie martw się.

Po rozmowie mąż wszedł do pokoju.

— Mama jutro przyjedzie. Na obiad. Przygotuj coś porządnego.

— Artiom, przecież mówiłam…

— Przestań marudzić! Noga boli, rozumiem. Ale pół godziny przy kuchence wytrzymasz.

Swietłana odwróciła się do okna. Za szybą mżył deszcz. Niebo zasnuły szare chmury.

Rano w piątek kobieta spróbowała wstać i przejść się po mieszkaniu. Noga nadal dawała o sobie znać, ale trochę mniej. Swietłana wolno dotarła do kuchni, podpierając się o ścianę. Usiadła na krześle i zajrzała do lodówki. Produktów było niewiele: jajka, ser, chleb, trochę warzyw. Artiom nawet nie pofatygował się do sklepu.

Wyjęła jajka i postanowiła je ugotować. Potem pokroiła chleb, ser i pomidory. Starczyło jej sił tylko na najprostsze rzeczy. Barszcz czy pieczeń były poza jej możliwościami. Noga pulsowała, a każdy ruch sprawiał trudność.

Wieczorem na stole stały ugotowane jajka, pokrojony ser z chlebem oraz sałatka z ogórków i pomidorów. Swietłana zaparzyła herbatę i wróciła na kanapę. Była na granicy wyczerpania.

Artiom przyszedł z pracy o ósmej. Wszedł do kuchni, spojrzał na stół. Jego twarz pociemniała.

— Co to ma być?

— Przygotowałam, co mogłam — odpowiedziała zmęczona Swietłana.

— Jajka? Chleb? Poważnie?

— Artiom, więcej nie dam rady. Noga boli. Ledwo stałam.

— Mnie to nie obchodzi twoja chora noga! — ryknął mąż. — Mama przyjedzie jutro, a ty nakryłaś do stołu jak żebraczka! Co ona sobie pomyśli?!

Swietłana usiadła na kanapie. Kolano znów zapulsowało bólem.

— Zrobiłam, co mogłam.

— Za mało! — Artiom podszedł bliżej. — Jutro rano pójdziesz do sklepu i kupisz porządne rzeczy. Mięso, ziemniaki, warzywa. I ugotujesz obiad. Jak należy.

— Artiom, ja nie dam rady…

— Nakryj do stołu, bo inaczej rozwód! — rzucił mąż i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.

Swietłana została na kanapie. W środku wszystko jej zamarło. Rozwód. Groźba nie była nowa, ale za każdym razem cięła żywym bólem. Swietłana wiedziała, że Artiom nie żartuje. Dla niego matka zawsze była ważniejsza. I za każdym razem, gdy trzeba było wybierać między żoną a teściową, wybór padał na Ninę Pawłownę.

W nocy Swietłana prawie nie spała. Noga bolała, myśli krążyły w głowie. Jutro przyjedzie teściowa. Czeka na nakryty stół, świeży barszcz, pierożki. A Swietłana ledwo stoi na nogach. Jak ma gotować? Jak ma nieść ciężkie torby ze sklepu?…

Rano kobieta wstała wcześnie. Noga spuchła jeszcze bardziej — wczorajsze obciążenie nie poszło na marne. Swietłana ponownie zabandażowała kolano, wciągnęła dresowe spodnie i powoli się ubrała. Artiom spał, nawet nie zamierzając pomóc.

Swietłana wzięła torbę i wyszła z mieszkania. Sklep był dwie ulice dalej. Zwykle dochodziła tam w pięć minut. Teraz droga rozciągnęła się do dwudziestu. Każdy krok oddawał bólem, noga się podwijała.

W sklepie Swietłana nabrała produktów: kurczaka, ziemniaki, marchew, cebulę, śmietanę. Wzięła też mąkę i drożdże — może uda się zagnieść ciasto na pierożki. Torby wyszły ciężkie. Kobieta spróbowała nieść obie, ale po kilku krokach zrozumiała, że nie dojdzie. Musiała zamówić taksówkę.

W domu Swietłana rozłożyła zakupy na stole i usiadła na krześle. Noga paliła żywym ogniem. Kolano spuchło tak, że bandaż wrzynał się w skórę. Zdjęła opatrunek i spojrzała na staw. Siniak rozlewał się coraz szerzej, skóra była napięta. Powinna była przyłożyć zimny okład, ale nie miała czasu.

Artiom wyszedł z sypialni o dziesiątej.

— No i co, kupiłaś?

— Tak.

— Dobra robota. Kiedy obiad będzie gotowy?

— Postaram się na pierwszą.

— Postaraj się bardzo. Mama przyjedzie o drugiej.

Mąż umył się, ubrał i wyszedł. Powiedział, że pojedzie po matkę na dworzec autobusowy.

Swietłana została sama. Wyjęła kurczaka i zaczęła go dzielić. Ręce drżały ze zmęczenia. Potem obrała warzywa i nastawiła bulion. Usiadła na krześle, wyciągając chorą nogę. Postała przy kuchence pięć minut — i znów musiała usiąść. Siły topniały.

Ciasta na pierożki nie zagnieciła. Nie starczyło jej wytrzymałości. Swietłana postanowiła obejść się kupnym chlebem. Ugotowała barszcz, usmażyła ziemniaki z kurczakiem. O drugiej na stole stały trzy dania i herbata.

Kobieta wróciła na kanapę. Noga pulsowała, ból stał się nie do zniesienia. Swietłana zamknęła oczy, próbując oddychać równo.

O drugiej drzwi się otworzyły. Weszli Artiom i Nina Pawłowna. Teściowa niosła dużą torbę, z której wystawały paczki z podarkami.

— Swietoczko! — zawołała Nina Pawłowna. — Jak ty się trzymasz? Artiomusia mówił, że jesteś zupełnie wykończona.

— Dzień dobry, Nino Pawłowno. Jakoś daję radę, dziękuję.

— No i dobrze. Przywiozłam domowe ciasteczka i dżem. Artiom bardzo lubi mój dżem.

Teściowa przeszła do kuchni. Artiom zdjął kurtkę i powiesił ją na wieszaku. Nina Pawłowna obejrzała stół, na jej twarzy pojawiło się lekkie rozczarowanie.

— Swieta, a gdzie pierożki? Myślałam, że upieczesz.

— Nino Pawłowno, nie wyszło. Noga boli, ledwo stałam.

— Ach, tak, noga… No nic. Następnym razem. Siadajcie, będziemy jeść.

Artiom nalał sobie talerz barszczu, spróbował i skrzywił się.

— Niedosolone.

Swietłana milczała. Nina Pawłowna też spróbowała.

— Tak, Artiomusia ma rację. Ale nic, da się zjeść. Starałaś się, Swietoczko.

Obiad minął w napiętej ciszy. Teściowa opowiadała o sąsiadach, o nowościach we wsi, o pogodzie. Artiom słuchał, kiwał głową, czasem coś wtrącał. Swietłana siedziała w milczeniu, próbując nie okazywać bólu.

Po obiedzie Nina Pawłowna obejrzała mieszkanie.

— Swieta, a czemu tu tyle kurzu? Na półkach dawno nie wycierałaś.

— Nino Pawłowno, jestem na zwolnieniu. Nie mogę sprzątać.

— No ale jakoś trzeba. Artiom nie powinien żyć w kurzu.

Kobieta wzięła ściereczkę i sama zaczęła wycierać półki. Swietłana siedziała na kanapie, czując, jak w środku narasta zmęczenie i rozdrażnienie.

Wieczorem, gdy teściowa w końcu pojechała, Artiom oświadczył:

— Widzisz, mama się starała. Pomogła posprzątać. A ty tylko siedzisz.

Swietłana nie odpowiedziała. Zamknęła oczy i spróbowała zasnąć. Noga bolała tak, że chciało się krzyczeć.

Następnego ranka kobieta z trudem wstała z łóżka. Kolano spuchło jeszcze bardziej, skóra była napięta i zaczerwieniona. Swietłana wzięła telefon, zadzwoniła do przychodni i poprosiła, żeby Oleg Michajłowicz oddzwonił.

Traumatolog zadzwonił po godzinie.

— Swieta, co się stało?

— Olegu Michajłowiczu, noga jest jeszcze gorsza. Wczoraj gotowałam, chodziłam do sklepu. Teraz kolano pali.

— Przecież mówiłem — żadnego obciążania! — głos lekarza stał się surowy. — Przyjedź jutro na kontrolę. Jeśli nie będzie lepiej, położę cię na oddział. Więzadła to nie żarty.

Swietłana odłożyła słuchawkę. Oddział. Szpital. A w domu mąż, który już teraz jest niezadowolony.

Wieczorem Artiom wrócił z pracy ponury jak chmura.

— Swieta, mama dzwoniła. Powiedziała, że chce przyjechać jeszcze raz w następny weekend. Mam nadzieję, że do tego czasu już wyzdrowiejesz.

— Artiom, jutro idę do lekarza. Możliwe, że trafię do szpitala.

— Co?! Po co?!

— Noga nie goi się. Przeciążyłam kolano.

— No jasne! Jeszcze do szpitala! A kto w domu będzie sprzątał? Kto gotował?

Swietłana spojrzała na męża. W oczach Artioma nie było ani odrobiny troski. Tylko irytacja.

— Artiom… ty w ogóle się o mnie martwisz?

— Martwię się. Ale sama jesteś winna. Trzeba było uważać.

Kobieta odwróciła się do okna. Nie chciało jej się już mówić.

Następnego dnia Oleg Michajłowicz obejrzał kolano i pokręcił głową.

— Swieta, przeciążyłaś nogę. Widzisz? Obrzęk się zwiększył, zaczęło się zapalenie. Potrzebne są zastrzyki i fizjoterapia. Przedłużę zwolnienie o kolejne dwa tygodnie. I proszę — żadnego obciążania.

— Dobrze — odpowiedziała cicho Swietłana.

Lekarz wypisał leki i zalecił zabiegi. Swietłana kupiła w aptece wszystko, co potrzebne, i wróciła do domu. Artiom przyjął wiadomość o przedłużeniu zwolnienia z wyraźnym niezadowoleniem.

— Dwa tygodnie?! Swieta, to już przesada!

— Artiom, lekarz powiedział, że jeśli tego teraz nie wyleczę, będą powikłania.

— Daj spokój. Lekarze zawsze dmuchają na zimne. Wstawaj i chodź. Tak szybciej się zagoi.

Swietłana milczała. Tłumaczenie nie miało sensu.

Trzy dni później Nina Pawłowna znów zadzwoniła.

— Artiomusiu, w niedzielę przyjadę. Już kupiłam bilet. Powiedz Swiecie, niech gotuje.

Artiom przekazał informację żonie wieczorem.

— Mama w niedzielę przyjedzie. Dasz radę coś ugotować?

Swietłana spojrzała na męża długim wzrokiem.

— Nie.

— To znaczy nie?

— Nie mogę stać przy kuchence. Lekarz zabronił obciążać nogę. Poproś mamę, żeby przełożyła wizytę.

— Nie. Mama już kupiła bilet. Więc ugotujesz.

— Artiom, ja fizycznie nie mogę.

— Swieta, dość! — mąż podniósł głos. — Mama przyjedzie, a ja nie chcę, żeby zobaczyła pusty stół! Nakryj do stołu, jak należy!

Kobieta powoli wstała z kanapy. Oparła się na kuli, którą dzień wcześniej dostała w przychodni. Noga wciąż bolała, ale teraz Swietłanie było już wszystko jedno. Coś w niej się zmieniło. Jakby ktoś zgasił światło — i została tylko zimna pustka.

— Dobrze, Artiom. Nakryję do stołu.

Mąż kiwnął z zadowoleniem głową i poszedł oglądać telewizję.

W niedzielę rano Swietłana wstała wcześnie. Powoli dotarła do kuchni, podpierając się kulą. Otworzyła lodówkę. Wyjęła pusty talerz. Postawiła go na środku stołu.

Artiom wyszedł z sypialni o dziesiątej. Zobaczył talerz i osłupiał.

— Co to ma znaczyć?

— Stół jest nakryty — odpowiedziała spokojnie Swietłana.

— Ty sobie kpisz?!

— Nie. Prosiłeś, żebym nakryła do stołu. Proszę bardzo — stół nakryty. Resztę zrób sam, skoro ci to wszystko jedno.

Twarz Artioma poczerwieniała.

— Swieta! Mama zaraz przyjedzie! Co ona sobie pomyśli?!

— Nie wiem. Zapytaj ją.

— Ty w ogóle…?! — mąż ruszył w stronę żony.

Swietłana odwróciła się i powoli poszła do pokoju. Artiom coś krzyczał za nią, ale kobieta się nie obejrzała. Zamknęła drzwi, położyła się na łóżku, podkładając pod chorą nogę poduszkę.

Dwie godziny później rozległ się dzwonek do drzwi. Nina Pawłowna weszła z szerokim uśmiechem, ale uśmiech szybko zniknął, gdy zobaczyła pusty stół.

— Artiomusiu, a gdzie obiad?

— Mamo, wybacz. Swieta odmówiła gotowania.

— Jak to odmówiła?! — Nina Pawłowna weszła do pokoju, gdzie leżała Swietłana. — Swieta! Co to za skandal?!

Kobieta spojrzała na teściową spokojnie.

— Nino Pawłowno, lekarz zabronił mi obciążać nogę. Nie mogę gotować.

— To trzeba było coś wymyślić! Chociaż kanapki!

— Artiom jest dorosłym mężczyzną. Może sam coś wymyślić.

Nina Pawłowna odwróciła się i wyszła. Swietłana słyszała, jak teściowa oburzonym tonem rozmawia z synem w kuchni.

— Artiom! Ona całkiem się rozpuściła! Trzeba ją przywołać do porządku!

— Mamo, próbowałem. Nie słucha.

— Tak nie może być! Jesteś mężczyzną! Głową rodziny!

Artiom wrócił do pokoju. Twarz miał wykrzywioną ze złości.

— Swieta, nie mogę tak żyć! Nie szanujesz mnie! Nie szanujesz mojej matki! Koniec! Dość!

— Dobrze — odpowiedziała spokojnie Swietłana.

— Co „dobrze”?!

— Skoro nie możesz tak żyć — to nie żyj.

Artiom zamarł. Nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Nina Pawłowna stanęła w drzwiach, oczy jej się rozszerzyły.

— Swieta! Ty rozumiesz, co mówisz?!

— Rozumiem, Nino Pawłowno. Doskonale rozumiem.

Artiom odwrócił się, poszedł do przedpokoju i zaczął pakować rzeczy. Nina Pawłowna krzątała się obok, coś szeptała. Po dwudziestu minutach mąż wyszedł z pokoju z torbą.

— Odchodzę. Do matki. Może tam mnie chociaż docenią.

— Szerokiej drogi — Swietłana nawet nie wstała z łóżka.

Artiom trzasnął drzwiami. Nina Pawłowna pobiegła za synem, nie żegnając się.

Cisza. Swietłana leżała, patrząc w sufit. W środku była pustka. Ale nie taka, która rani. Tylko taka, która uwalnia.

Kobieta wzięła telefon. Wybrała numer prawnika, którego znała z pracy. Umówiła się na konsultację w środę. Noga wciąż bolała, ale dało się wytrzymać.

W środę Swietłana przyszła do prawnika. Opowiedziała sytuację. Pokazała zaświadczenia lekarskie, wypis od traumatologa, zwolnienie. Prawniczka wysłuchała i kiwnęła głową.

— Proszę złożyć pozew o rozwód. Podstawa: niemożność dalszego wspólnego pożycia. Dołączy pani dokumentację medyczną — potwierdzi, że mąż nie udzielał pomocy w trudnej sytuacji.

— A on może odmówić przyjścia do sądu?

— Może. Ale sąd i tak rozwiąże małżeństwo bez jego obecności. To standardowa procedura.

Swietłana przygotowała wszystkie dokumenty. Tydzień później pozew wysłano do sądu. Wezwanie dotarło do Artioma po dwóch tygodniach. Mąż zadzwonił wieczorem.

— Swieta, co ty wyprawiasz?! Rozwód?!

— Tak, Artiom. Rozwód.

— Przecież ja nie mówiłem tego na serio! Byłem tylko wściekły!

— A ja mówię całkiem serio. Sam powiedziałeś, że nie możesz tak żyć. Pomogłam ci rozwiązać problem.

— Swieta, porozmawiajmy normalnie. Wrócę do domu, wszystko omówimy.

— Nie. Prawnik już wszystko załatwił. Czekam na ciebie w sądzie.

— Swieta!

Kobieta rozłączyła się. Artiom dzwonił jeszcze kilka razy, ale Swietłana nie odbierała.

Nina Pawłowna też próbowała się dodzwonić. Zostawiała wiadomości głosowe:

— Swietoczko, co ty robisz! Artiom przecież żałuje! To dobry chłopak, po prostu jest zmęczony!

Swietłana skasowała wiadomości, nie odsłuchując do końca.

Rozprawę wyznaczono na początek grudnia. Artiom przyszedł z matką. Nina Pawłowna siedziała obok, trzymała syna za rękę. Swietłana przyszła sama, z kulą. Noga jeszcze nie zagoiła się całkowicie, ale już nie bolała tak bardzo.

Sędzia wysłuchała obu stron. Artiom próbował tłumaczyć, że był w stresie, że nie chciał rozwodu. Swietłana spokojnie opowiedziała o urazie, o tym, jak mąż odmawiał pomocy i kazał gotować mimo zakazu lekarza. Przedstawiła zaświadczenia.

Sędzia przejrzała dokumenty, zadała kilka pytań, a potem ogłosiła decyzję: rozwiązać małżeństwo. Wspólnego majątku dorobkowego brak, strony nie mają wobec siebie roszczeń.

Artiom wyszedł z sali blady. Nina Pawłowna płakała, obejmując syna. Swietłana minęła ich, nawet nie patrząc w ich stronę.

Na zewnątrz zatrzymała się i wciągnęła w płuca zimne grudniowe powietrze. Wolność. Wreszcie.

Miesiąc później Swietłana wróciła do pracy. Noga się zagoiła, lekarz pozwolił na pełne obciążenie. Koledzy przywitali ją ciepło, pytali o zdrowie i o to, co słychać. Irina szepnęła z ciekawością:

— Swieta, a mąż? Pomagał?

— Rozwiedliśmy się — odpowiedziała krótko Swietłana.

— Ojej… Przepraszam, nie chciałam…

— Wszystko w porządku. Tak nawet lepiej.

Irina kiwnęła głową i już nie dopytywała.

Swietłana wróciła do zwykłego życia. Praca, dom, rzadkie spotkania z przyjaciółkami. W mieszkaniu zrobiło się ciszej i spokojniej. Nikt nie wymagał, by nakrywać do stołu, gotować barszcz czy witać teściową z otwartymi ramionami.

Artiom próbował jeszcze kilka razy nawiązać kontakt. Pisał wiadomości, prosił o spotkanie, rozmowę. Swietłana nie odpowiadała. Przeszłość została w przeszłości. Nie miała najmniejszej ochoty do niej wracać.

Pewnej wiosny, kiedy za oknem pączkowały już liście na drzewach, Swietłana spotkała Artioma w sklepie. Były mąż szedł z wózkiem, w którym leżały zakupy. Wyglądał na zmęczonego, jakby postarzałego.

— Cześć, Swieta — przywitał się niepewnie Artiom.

— Dzień dobry.

— Jak noga?

— Zagoiła się. Dziękuję.

Artiom zawahał się, chciał coś powiedzieć, ale zamilkł. Swietłana skinęła głową i przeszła obok. Nie obejrzała się.

W domu zaparzyła herbatę i usiadła przy oknie. Przypomniała sobie tamtą jesień, chorą nogę, pusty talerz na stole. Ten moment, w którym postawiła kropkę. Nie pożałowała ani razu.

Życie się ułożyło. Swietłana poznała w pracy mężczyznę — lekarza internistę, Michaiła. Spokojnego, uważnego, potrafiącego słuchać. Ich relacja rozwijała się powoli, bez pośpiechu. Michaił nie wymagał rzeczy niemożliwych, nie stawiał ultimatum, nie groził rozwodem.

Gdy Swietłana opowiedziała mu o byłym mężu, Michaił po prostu ją objął i powiedział:

— Dobrze, że odeszłaś. Tacy ludzie się nie zmieniają.

— Wiem.

— I cieszę się, że teraz jesteś tutaj. Ze mną.

Swietłana uśmiechnęła się. Po raz pierwszy od dawna był to szczery uśmiech.

Artiom został mieszkać z matką. Nina Pawłowna kontrolowała każdy jego krok, gotowała, sprzątała, krytykowała. Mężczyzna próbował spotykać się z kobietami, ale nic z tego nie wychodziło. Teściowa zawsze znajdowała wady w nowych znajomych syna.

A Swietłana żyła swoim życiem. Bez kul, bez bólu, bez gróźb. Z człowiekiem, który ją cenił i szanował. I była to najlepsza decyzja, jaką kiedykolwiek podjęła.

Ten pusty talerz na stole stał się symbolem. Symbolem tego, że czasem trzeba postawić kropkę. Nawet jeśli boli. Nawet jeśli strach ściska gardło. Bo życie w ciągłym stresie i upokorzeniu to nie życie. To tylko egzystencja.

A Swietłana wybrała życie.