— Mam dość. Proszę wynosić się z mojego domu — Lena nie wytrzymała i wyrzuciła teściową od stołu przy wszystkich gościach.

— Mam dość. Proszę wynosić się z mojego domu — Lena nie wytrzymała i wyrzuciła teściową od stołu przy wszystkich gościach.

Lena obudziła się o szóstej rano, choć budzik miała nastawiony na siódmą. Serce waliło jej jak oszalałe, jakby nie przygotowywała się do urodzin męża, tylko miała zdawać egzamin, od którego zależało całe jej życie. Dima kończył trzydzieści lat. Dwudziestu gości. A wśród nich — Ałła Wiktorowna, jej teściowa.

Obok pochrapywał Dima, rozłożony na łóżku z rękami na kołdrze. Jutro miał iść do pracy, ale wczoraj do późna bawił się projektorem, ustawiał prezentację ze zdjęciami z dzieciństwa. Lena ostrożnie wysunęła się spod jego dłoni i poszła do kuchni. Kot Marsik otarł się o jej nogi i miauknął ponaglająco.

— Tak, tak, już — szepnęła Lena, wsypując karmę.

Otworzyła lodówkę i zaczęła wyjmować produkty: mięso na pieczeń, warzywa do sałatek, śmietankę do tortu. Wszystko kupiła wcześniej, w najlepszych sklepach. Wydała połowę swojej premii. Dima proponował zamówić gotowy catering, ale Lena odmówiła. Nie wolno było dać Ałle Wiktorownie kolejnego powodu do krytyki.

„Nawet gotować dla syna jej się nie chce” — usłyszałaby na pewno.

O ósmej rano w kuchni pachniało już pieczonym mięsem, a na stole stały równo talerze z wędlinami i przekąskami. Lena przygotowywała pieczeń — swoją popisową, według przepisu babci — kiedy w drzwiach pojawił się Dima.

— Len, czemu tak wcześnie? — ziewnął i przeciągnął się. — Pomógłbym ci.

— Śpij. Masz dziś święto.

— Nasze — poprawił ją i objął od tyłu. — Nie denerwuj się tak. Wszystko będzie dobrze.

Lena przytuliła się do niego, czując, jak napięcie trochę odpuszcza. Dima zawsze potrafił ją uspokoić. Właśnie za to pokochała go cztery lata temu — za to, że przy nim czuła się bezpiecznie. Nawet kiedy dookoła szalała burza pod postacią jego matki.

Ałła Wiktorowna nie zaakceptowała ich związku od pierwszego dnia. A dokładniej — nie zaakceptowała Leny. Przed nią Dima miał dziewczynę — Oksanę, cichą, domową, marzącą o dzieciach i rodzinnym gniazdku. Ałła Wiktorowna była w niej zakochana po uszy, już omawiała ślub. A potem pojawiła się Lena — z dyplomem prawniczki, z ambicjami, z grafikiem pracy do dziewiątej wieczorem. I Dima zakochał się tak, że zapomniał o całym świecie.

— Karierowiczka. Wyskoczyła jak spod ziemi — rzuciła wtedy teściowa, gdy dowiedziała się o jego wybrance. — Karierowiczka. Zawróciła w głowie mojemu chłopcu.

Minęły trzy lata. PobralI się. Najpierw wynajęli mieszkanie, potem wzięli kredyt. Lena została starszą prawniczką w swojej firmie. A Ałła Wiktorowna wciąż nie mogła się z tym pogodzić.

Na każdym rodzinnym spotkaniu — urodzinach teścia, w Nowy Rok, na Wielkanoc — znajdowała sposób, żeby ukłuć synową. Najpierw były aluzje: „Oksana to piekła taki placek, palce lizać” albo „Dimochka kiedyś wracał wcześniej do domu, a teraz ciągle w pracy, bo w domu nikt nie czeka”. Potem było gorzej: „Kiedy wreszcie dacie nam wnuki? Lata lecą” i „Kariera karierą, ale o rodzinie też trzeba myśleć”.

Lena znosiła to. Unikała spotkań z teściową, kiedy tylko mogła. Ale od rodzinnych uroczystości nie dało się uciec.

A dziś wszyscy ci ludzie mieli przyjść do nich. Do ich domu. I Lena musiała być idealną gospodynią. Musiała udowodnić, że jest godna ich syna.

O czwartej mieszkanie lśniło czystością, stół uginał się od jedzenia, a Lena, przebrana w nową sukienkę — surową, ale elegancką, granatową — witała pierwszych gości. Przyszli koledzy Dimy, jego kuzyni z żonami, ciocia Masza z wujkiem Sieriożą. Wszyscy przynosili prezenty, kwiaty, butelki. Śmiali się, przytulali solenizanta.

Ałła Wiktorowna z mężem, Wiktorem Stiepanowiczem, pojawili się na końcu. Miała na sobie surowy kostium i niezadowolenie na ustach. Dima rzucił się, żeby ich uściskać.

— Mamo, tato! Wreszcie!

— Dobry wieczór — powiedziała Ałła Wiktorowna, omiatając wzrokiem przedpokój. — Ach, jaki tu bałagan. Buty stoją tak niechlujnie. I kot znowu się tu kręci. Dimochka, przecież wiesz, że mam alergię.

Lena przełknęła ślinę. Buty stały równo na półce, po prostu goście zdążyli dołożyć swoje obok. A Marsik spokojnie drzemał na parapecie, nawet nie zbliżając się do drzwi.

— Mamo, wszystko w porządku — powiedział Dima, ale w jego głosie nie było już tej radości. — Chodźcie do stołu.

Wiktor Stiepanowicz uśmiechnął się do Leny nieco niezręcznie:

— Dobry wieczór, Leno. Co słychać?

— Dobry wieczór. Wszystko dobrze, dziękuję.

Przeszli do salonu, gdzie goście już zajmowali miejsca przy dużym stole. Lena krzątała się, podając sałatki i nalewając napoje. Dima włączył muzykę i zaczął opowiadać jakąś historię ze studiów. Wszyscy się śmiali.

Ałła Wiktorowna usiadła na honorowym miejscu, obok syna, i nie tknęła żadnego dania.

— Coś jest nie tak? — Lena w końcu nie wytrzymała, widząc, jak teściowa odsuwa talerz.

— Ależ nie, nie, wszystko wspaniale — Ałła Wiktorowna uśmiechnęła się tak, że od razu było jasne: nic nie jest wspaniale. — Po prostu boję się, czy nie zrobi mi się niedobrze. Mam delikatny żołądek, rozumiesz. Nie jestem przyzwyczajona do… eksperymentów.

Nad stołem zawisła niezręczna cisza. Ciocia Masza zakrztusiła się kompotem. Jeden z kuzynów Dimy wpatrywał się w swój talerz.

— Mamo — powiedział cicho Dima. — Lena gotowała cały dzień.

— Ja nic takiego nie mówię! — Ałła Wiktorowna rozłożyła ręce. — Po prostu stwierdzam fakt. Ja potrzebuję diety. A tu tyle majonezu, tyle przypraw. Oksana zawsze robiła lekkie potrawy, pamiętasz?

Lena poczuła, jak gotuje się w niej złość. Doskonale pamiętała Oksanę ze zdjęć rodzinnych, które Ałła Wiktorowna wciąż trzymała na komodzie. Miła, pulchna dziewczyna o dobrym obliczu i zupełnie pustym spojrzeniu.

— Mnie jest bardzo smacznie — powiedział głośno Wiktor Stiepanowicz. — Leno, świetna robota. Pieczeń jest rewelacyjna.

— Dziękuję — wydusiła Lena, czując gulę w gardle.

Przez jakieś dwadzieścia minut przy stole było względnie spokojnie. Goście jedli, pili, składali życzenia solenizantowi. Dima pokroił tort — trzywarstwowy, z ganache i świeżymi jagodami — i wszyscy westchnęli z zachwytu. Wszyscy, oprócz Ałły Wiktorowny.

— Dimochka, przecież wiesz, że nie mogę słodkiego — przeciągnęła. — A tak ładnie wyszło. Szkoda.

— Mamo, no spróbuj chociaż kawałeczek — Dima wyraźnie zaczynał się denerwować. Lena widziała, jak drga mu brew — pewny znak, że jest na granicy.

— Nie będę ryzykować — Ałła Wiktorowna wstała od stołu. — Pójdę umyć ręce. Macie w łazience to… jak to się nazywa… mydło w płynie?

— Tak — odpowiedziała Lena.

— Och… — Teściowa westchnęła teatralnie. — A ja mam na nie alergię. Przecież mówiłam. Dimochka, zapomniałeś jej przekazać?

Lena doskonale pamiętała tę rozmowę. Trzy miesiące temu. Ałła Wiktorowna domagała się wtedy, żeby w ich domu było tylko mydło w kostce, „jak u normalnych ludzi”. Lena wtedy przemilczała, ale mydła w płynie nie schowała. To było w końcu ich mieszkanie.

— Mamo, jest tam też zwykłe mydło — powiedział Dima zmęczonym głosem.

— No dobrze, dobrze. — Teściowa wyszła na korytarz i wszyscy odetchnęli z ulgą.

— Przepraszam za nią — wymamrotał Wiktor Stiepanowicz. — Dziś jakaś taka nerwowa.

„Ona zawsze jest nerwowa” — pomyślała Lena, ale na głos nie powiedziała nic.

Kiedy Ałła Wiktorowna wróciła, atmosfera przy stole nie była już taka sama. Goście wymieniali spojrzenia, Dima siedział z kamienną twarzą, a Lena nalewała herbatę drżącymi rękami.

— Wiecie — zaczęła teściowa, siadając z powrotem — ja się ciągle zastanawiam, skąd mam takie poczucie dyskomfortu w waszym mieszkaniu. I zrozumiałam! Brak higieny. Kot chodzi wszędzie, sierść lata. Ja weszłam do kuchni — on pewnie siedzi prosto na stole, na którym gotujecie. To przecież niehigieniczne!

Ciocia Masza chrząknęła:

— Ałło, no daj spokój. Wiele osób ma koty.

— Wiele osób. Ale kiedy w domu będą dzieci, trzeba będzie się kota pozbyć — ciągnęła teściowa, nie reagując na uwagę. — A dzieci… — odwróciła się do Leny. — Kiedy wreszcie, kochana, pomyślisz o dzieciach? Dimochka ma już trzydzieści. Lata lecą, a ty ciągle zajęta karierą.

Lenie zdrętwiały ręce.

— Mamo, proszę — powiedział Dima. — Nie teraz.

— A kiedy? — Ałła Wiktorowna podniosła głos. — Mam prawo wiedzieć, czy będę miała wnuki! Oksana marzyła o dzieciach, pamiętam. Mówiła, że chce trójkę. A ty? — wskazała palcem Lenę. — Ty w ogóle chcesz dzieci, czy ważniejsze są dla ciebie twoje rozprawy i narady?

I wtedy Lena pękła. Wstała tak gwałtownie, że krzesło z hukiem odjechało do tyłu. Marsik zeskoczył z parapetu i uciekł do sypialni. W pokoju zrobiło się tak cicho, że słychać było tylko tykanie zegara na ścianie…

— Mam dość — głos Leny był spokojny, ale brzmiała w nim stal. — Proszę wyjść z mojego domu.

Ałła Wiktorowna zamilkła oszołomiona, z lekko uchylonymi ustami.

— Co ty powiedziałaś?

— Powiedziałam: proszę wyjść z mojego domu. — Lena czuła, jak drżą jej wargi, ale mówiła dalej. — Gotowałam cały dzień. Wydałam mnóstwo pieniędzy, żeby zastawić stół. Starałam się, żeby ten wieczór był wyjątkowy dla waszego syna, którego — nawiasem mówiąc — kocham. A wy od progu zaczęłyście się czepiać. Butów. Kota. Mydła. Jedzenia. A teraz jeszcze wtrącacie się w moje życie.

— Dimochka! — Ałła Wiktorowna odwróciła się do syna. — Słyszysz, jak ona się do mnie odzywa?

Ale Dima milczał, wpatrzony w stół.

— Nie dlatego nie rodzę dzieci, że kariera jest dla mnie ważniejsza — ciągnęła Lena, a łzy zaszkliły jej oczy. — Tylko dlatego, że ja i Dima jeszcze nie jesteśmy gotowi. Chcemy poczekać, aż staniemy na nogi. Czy to przestępstwo? I dlaczego wciąż porównujecie mnie do Oksany? Dima wybrał mnie. Mnie! A nie ją. Pogódźcie się wreszcie z tym.

— Co za bezczelność! — Teściowa zerwała się z miejsca. — Wiktorze, słyszysz to?

— Słyszę — powiedział cicho Wiktor Stiepanowicz. — I wiesz co, Ałło… dziewczyna ma rację.

— Co?!

— Przesadzasz. — Wstał i położył żonie dłoń na ramieniu. — Pójdziemy. Przepraszam, Dima. Przepraszam, Leno.

— Jak wy możecie! — oburzyła się Ałła Wiktorowna, ale mąż już ciągnął ją w stronę wyjścia.

— Wszyscy jesteście przeciwko mnie! — krzyczała, wkładając płaszcz. — Przecież jestem matką! Przecież się o niego troszczę!

— Mamo, lepiej wyjdź — powiedział cicho Dima, nie podnosząc wzroku.

Drzwi trzasnęły. Lena stała pośrodku salonu, drżąc całym ciałem. Łzy spływały jej po policzkach, rozmazując tusz. Goście milczeli, nie wiedząc, co zrobić.

Ciocia Masza pierwsza podeszła do Leny i ją objęła:

— Kochana, zrobiłaś dobrze. Ona już dawno straciła umiar.

— Dokładnie — odezwał się jeden z braci Dimy. — Len, jesteś bohaterką. Wszyscy rozumiemy, jak ciężko masz.

Dima wreszcie uniósł wzrok. W jego oczach stały łzy. Wstał, podszedł do żony i mocno ją przytulił. Lena wtuliła twarz w jego ramię i rozpłakała się na dobre — całe napięcie tego dnia, wszystkich tych lat, wreszcie wylało się na zewnątrz.

— Wybacz mi — szeptał Dima, głaszcząc ją po włosach. — Wybacz, że nie zatrzymałem jej wcześniej. Wybacz, że milczałem.

— Nie chciałam robić sceny — łkała Lena. — Naprawdę się starałam. Ale ona…

— Wiem. Wszystko wiem.

Goście zaczęli powoli się rozchodzić, żegnając się niezręcznie i obiecując, że zadzwonią. Ciocia Masza została najdłużej, pomagając sprzątnąć ze stołu.

— Wiesz — powiedziała, układając talerze — Ałła zawsze była taka. Kontrolująca. Nawet kiedy Dima był mały, na każdym kroku go pilnowała. A potem dorósł i ona się pogubiła. Boi się, że odejdzie od niej na zawsze.

— Ale ja jej nie odbieram syna — powiedziała zmęczona Lena, ocierając oczy serwetką.

— Ona tak tego nie widzi. Dla niej jesteś zagrożeniem. Bo jesteś silna. Samodzielna. Nie taka, jaką chciała widzieć u boku Dimy. — Ciocia Masza westchnęła. — Ale to jej problem, nie twój. Dobrze zrobiłaś. Trzymaj się.

Kiedy wszyscy wyszli, Dima i Lena siedzieli na kanapie, objęci. Marsik wyszedł z sypialni i wskoczył im na kolana, mrucząc.

— Myślisz, że ona mi kiedyś wybaczy? — zapytała Lena.

— Nie wiem — odpowiedział Dima szczerze. — Ale to już nie jest takie ważne. Ważne, że wreszcie powiedziałaś to, co trzeba było powiedzieć. A ja… ja powinienem był zrobić to dawno. Zawiodłem cię.

— Nie zawiodłeś. — Lena ujęła jego dłoń. — Po prostu czasem trudno iść przeciw rodzicom.

— Ale ty jesteś moją żoną. Jesteś ważniejsza.

Siedzieli w ciszy, słuchając mruczenia kota i rzadkich dźwięków przejeżdżających za oknem samochodów. Na stole wciąż stał niedojedzony tort, paliły się świeczki. Urodziny się nie udały — przynajmniej nie tak, jak planowali.

Ale coś się zmieniło. Coś ważnego.

— Wiesz — powiedział Dima — następnym razem uczcijmy to po prostu we dwoje. Bez tłumu. Bez… dramy.

Lena uśmiechnęła się przez łzy:

— Umowa.

Na telefonie pojawiła się wiadomość od Wiktora Stiepanowicza: „Lenoczko, przepraszam za Ałłę. Porozmawiam z nią. Miałaś rację. Trzymajcie się.” Lena pokazała Dimie ekran.

— Masz dobrego ojca — powiedziała.

— Tak. Dobrego.

Siedzieli tak, aż świeczki dopaliły się do końca, aż za oknem zrobiło się zupełnie ciemno. Przed nimi były trudne rozmowy, napięte relacje, być może długie milczenie. Ale po raz pierwszy od tylu lat Lena czuła, że obroniła swoje prawo, by być sobą. We własnym domu. Obok swojego męża.

I to — chyba — wystarczało.