— Jeśli nie smakuje ci moje jedzenie, to jedź mieszkać do mamusi! U niej przecież wszystko tak wychwalasz — żona uniosła garnek nad stołem, a mąż poczuł, że dzieje się coś niedobrego.

— Jeśli nie smakuje ci moje jedzenie, to jedź mieszkać do mamusi! U niej przecież wszystko tak wychwalasz — żona uniosła garnek nad stołem, a mąż poczuł, że dzieje się coś niedobrego.

Sobota zaczęła się jak zwykle. Swieta obudziła się o siódmej trzydzieści, choć nie nastawiała budzika — ciało samo pamiętało rytm pracy. Obok chrapał Igor, rozłożony na trzy czwarte łóżka. Ostrożnie wysunęła się spod kołdry, narzuciła szlafrok i poszła do kuchni.

Za oknem siąpił marcowy deszcz. Swieta włączyła czajnik, wyjęła z lodówki miskę z grochem. Wczoraj specjalnie namoczyła go na noc — Igor znowu dawał do zrozumienia, że w weekend przydałoby się ugotować grochówkę. Tę jedyną. Jak u jego mamy.

Swieta westchnęła, wsypując groch do garnka. Cztery lata małżeństwa, a ona wciąż nie umiała ugotować tej przeklętej zupy tak, jak „trzeba”. To groch był niedogotowany, to wędzone żeberka wychodziły twarde, to wołowina była pokrojona „nie tak” — za grubo, choć kroiła dokładnie na takie same kawałki jak teściowa.

— Czemu tak wcześnie wstałaś? — Igor stanął w progu kuchni, przeciągając się. Koszulka podwinęła mu się, odsłaniając brzuch, który w ostatnim roku wyraźnie się zaokrąglił.

— Gotuję zupę — odpowiedziała krótko Swieta, mieszając groch.

— A-a… — twarz Igora rozjaśniła się. — Grochówkę?

— Mhm.

Podszedł od tyłu, objął ją w pasie i przytknął nos do jej szyi.

— Jesteś najlepsza — wymamrotał. — Może dziś wyjdzie jak u mamy?

Swieta poczuła, jak napinają jej się ramiona. „Jak u mamy”. Wieczne „jak u mamy”. Milcząc, mieszała dalej, a Igor, nie wyczuwając zmiany nastroju, odszedł do lodówki po mleko.

— Tylko dopilnuj, żeby groch dobrze się rozgotował — rzucił przez ramię. — Bo ostatnio był jakiś twardy.

Swieta ścisnęła chochlę. Nic nie powiedziała.

— I daj więcej wędzonki — ciągnął Igor, nalewając mleko do kubka. — U mamy zawsze jest dużo mięsa, rozumiesz? Nie żałuje.

— Ja też nie żałuję — powiedziała cicho Swieta.

— No tak, jasne — przytaknął Igor, nie słysząc napięcia w jej głosie. — Po prostu u niej jakoś inaczej to wychodzi. Bardziej treściwe, czy coś.

Wyszedł do pokoju z kubkiem i włączył telewizor. Swieta została w kuchni sama, patrząc na bulgoczącą wodę. Groch powoli się rozpadał, zmieniając przejrzysty wywar w mętną breję. Dodała wędzone żeberka, które kupiła wczoraj na targu, specjalnie wybierając jak najbardziej mięsiste. Potem — wołowinę, marchew, cebulę. Posoliła, popieprzyła. Zrobiła wszystko dokładnie tak samo jak ostatnim razem. I przedostatnim. I zawsze tak samo — „nie to”.

Gdy zupa się gotowała, wzięła się za sprzątanie. Odkurzyła dywan w salonie, starła kurz z półek, zmieniła pościel. Igor siedział na kanapie, przewijał telefon, co jakiś czas parskał śmiechem z memów i pokazywał jej ekran, oczekując, że też się pośmieje. Swieta kiwała głową, uśmiechała się przez wysiłek i dalej krzątała się po domu.

W południe zupa była gotowa. Swieta rozlała ją do talerzy, pokroiła chleb. Usiadła naprzeciw męża przy stole.

Igor wziął łyżkę, spróbował. Zmarszczył brwi. Spróbował jeszcze raz. Jego twarz się wydłużyła.

— Coś jest nie tak — powiedział, niezadowolony, wpatrując się w talerz.

Swieta mimowolnie się spięła.

— Co dokładnie jest nie tak? — zapytała równym głosem.

— No… — Igor zamieszał łyżką w zadumie. — Groch jakiś nie taki. I tej wędzonki… nie czuć. U mamy zawsze jest taki aromat, rozumiesz? Tak jakby dymem pachniało. A tu…

— Kupiłam te same żeberka co zawsze.

— Może nie tam, gdzie trzeba? — Igor odłożył łyżkę. — Mama bierze u rzeźnika Pietrowicza, na centralnym rynku. Pamiętasz, mówiłem ci?

— Igor, byłam na centralnym rynku. Specjalnie tam pojechałam.

— No nie wiem — wzruszył ramionami. — Smak i tak nie ten. I gęstości brakuje. U mamy łyżka stoi, a u ciebie jakby rozwodnione.

Swieta opuściła wzrok na swój talerz. Zupa była gęsta. Groch rozgotował się na purée. Wędzonki było tyle, że łyżka faktycznie z trudem przebijała się przez masę. Ale Igor tego nie widział. Widział tylko to, że to „nie jak u mamy”.

— Może spytasz ją o przepis? — zaproponował Igor, sięgając po telefon. — Zadzwonię teraz, niech podyktuje. Zapiszesz i następnym razem na pewno wyjdzie.

— Igor, gotuję według przepisu.

— Według jakiego przepisu? — wlepił w nią wzrok. — Nie widziałem, żebyś cokolwiek zapisywała.

— Twoja mama już trzy razy mi dyktowała. Robię dokładnie tak samo.

— To czemu nie wychodzi? — w jego głosie pojawiła się irytacja. — Naprawdę to takie trudne? No co tam jest — ugotować zupę? Groch, mięso, woda. Mama jakoś daje radę, i to bez problemu.

Swieta powoli odłożyła łyżkę obok talerza. Ręce lekko jej drżały.

— Twoja mama nie pracuje — powiedziała cicho. — Twoja mama może poświęcić na jedną zupę cały dzień. Namoczyć groch dobę wcześniej, pół dnia wybierać mięso na rynku, stać przy kuchence trzy godziny.

— I co z tego? — Igor patrzył na nią z niezrozumieniem. — Przecież ty też namaczałaś.

— Namaczałam. I jeździłam na rynek. I gotowałam. I przy okazji posprzątałam całe mieszkanie, kiedy ty leżałeś na kanapie.

— Odpoczywałem — oburzył się Igor. — Miałem ciężki tydzień w pracy.

— Ja też miałam tydzień pracy — głos Swiety stwardniał. — Tylko jakoś w sobotę odpoczywasz wyłącznie ty.

Igor przewrócił oczami.

— Boże, znowu to samo. Przecież nie proszę o nic nadzwyczajnego. Po prostu ugotować normalną zupę. Mama za każdym razem, jak do niej przyjeżdżam, gotuje — i wychodzi. A ty nie potrafisz?

— Igor… — Swieta poczuła, jak do gardła podchodzi jej gula.

— Nie, serio — odchylił się na oparcie krzesła, krzyżując ręce na piersi. — Czy ja chcę za dużo? Proszę cię, żebym wyszywał, grzebał w ogródku? Proszę raz w miesiącu, cholera, o grochówkę!

— I za każdym razem jesteś niezadowolony!

— Bo za każdym razem jest niesmaczna! — ryknął Igor. — I za każdym razem jakieś wymówki. To czasu nie ma, to groch nie taki, to żeberka nie takie. A u mamy wychodzi, u wszystkich normalnych kobiet wychodzi, a u ciebie nie!

Swieta wstała od stołu. Podeszła do kuchenki, gdzie na palniku stał garnek z resztą zupy. Chwyciła za uchwyty. Garnek był ciężki, gorący. Poczuła, jak nagromadzone przez lata zmęczenie nagle przelewa się w czystą, jasną złość.

— Wiesz co? — jej głos stał się spokojny, niemal obojętny. — Jeśli nie smakuje ci moje jedzenie, to jedź mieszkać do mamusi! U niej przecież wszystko tak wychwalasz.

Uniósła garnek nad stołem. Igor podniósł głowę i w jego oczach mignął strach.

— Swieta, ty co…

Poczuł, że sprawy idą w złym kierunku, próbował się odsunąć, ale było za późno. Swieta przechyliła garnek i gęsta grochówka popłynęła w dół — prosto na kolana Igora, na dżinsy, na podłogę, na stół.

— AAAAA! — Igor zerwał się, odskakując od stołu. — OSZALAŁAŚ?! PRZECIEŻ TO GORĄCE!

Zupa była naprawdę gorąca. Nie parzyła do bólu, ale była wyraźnie odczuwalna. Dżinsy momentalnie nasiąkły, brunatna breja spływała do kolan i kapała na podłogę.

— CO TY, DO CHOLERY?! — darł się Igor, odciągając mokry materiał od nóg. — TY JUŻ CAŁKIEM ZGŁUPIAŁAŚ?!

Swieta postawiła pusty garnek na stole. Spojrzała na męża bez emocji.

— No to teraz znasz smak mojej zupy naprawdę — powiedziała cicho.

Igor ściągał dżinsy, klnąc przez zęby. Skóra na nogach zrobiła się czerwona, ale nie było oparzeń — zupa zdążyła już trochę ostygnąć. Rzucił mokre dżinsy na podłogę, pobiegł do łazienki i odkręcił zimną wodę.

— JESTEŚ CHORA! — krzyczał stamtąd. — CHORA! Nienormalna!…

Swieta w milczeniu zaczęła zbierać z podłogi rozlany żurek… a właściwie zupę. Groch rozmazywał się po panelach. Było jej wszystko jedno. Wycierała szmatką, wyżęła do wiadra, znów wycierała.

Igor wyszedł z łazienki — czerwony, w samych slipach.

— Jadę do mamy — rzucił, mijając ją w drodze do sypialni. — Kompletnie ci odbiło.

— Jedź — odpowiedziała spokojnie Swieta, nie podnosząc głowy.

Szybko się ubrał, wepchnął do torby kilka rzeczy, chwycił kluczyki od samochodu. W progu jeszcze się odwrócił.

— Jak oprzytomniejesz, zadzwonisz i przeprosisz — rzucił. — Ale to już przesada, Swieta. To nie jest normalne.

Nie odpowiedziała. Drzwi trzasnęły, zamek szczęknął. Swieta została sama w mieszkaniu — na kolanach pośrodku kuchni, ze szmatą w ręku i kałużami grochówki dookoła.

Wytarła podłogę do końca. Umyła garnek. Zebrała talerze ze stołu. Zalała łyżkę płynem do naczyń. Robiła wszystko powoli, metodycznie, jakby w transie.

Potem poszła do sypialni, wyjęła z pawlacza stary walizkowy kufer Igora. Otworzyła szafę i zaczęła pakować do niego jego rzeczy. Koszule, swetry, skarpety, slipy. Starannie, bez gniecenia. Szczoteczkę do zębów z łazienki, maszynkę do golenia, dezodorant. Dokumenty z biurka. Ładowarkę do telefonu. Ulubiony kubek z logo jego drużyny piłkarskiej.

Wieczorem miała gotowe trzy torby i walizkę. Wszystko, co należało do niego w tym mieszkaniu. Wystawiła rzeczy na korytarz, wyjęła telefon i napisała do ślusarza. Przyjechał po godzinie, wymienił wkładkę. Oddał nowe klucze — tylko dwa komplety.

— Jakby trzeba było jeszcze jeden, mogę dorobić — zaproponował.

— Nie — pokręciła głową Swieta. — Wystarczy.

Niedzielę spędziła w ciszy. Czytała, piła herbatę, patrzyła przez okno. Igor dzwonił kilka razy — odrzucała. Pisał wściekłe wiadomości — nie czytała. Wieczorem przysłał głosówkę: „Dobra, Swietka, przestań się dąsać. Przyjadę jutro po pracy, pogadamy normalnie. Rozumiem, zmęczyłaś się, puściły ci nerwy. Zdarza się”.

Nawet nie odsłuchała do końca.

W poniedziałek Swieta poszła do pracy jak zawsze. Wróciła koło szóstej wieczorem. Wchodziła po schodach i usłyszała głosy na swoim piętrze. Przyspieszyła.

Igor stał przy drzwiach z reklamówkami w rękach. Obok niego — jego matka, Galina Pietrowna, niska, pulchna kobieta z drobno zakręconymi włosami.

— O, jest! — zawołała teściowa, gdy zobaczyła Swietę. — Co ty wyprawiasz, kochana? Igorek mówi, że zamek wymieniłaś!

Swieta podeszła do drzwi, wyjęła klucze.

— Wymieniłam — odpowiedziała spokojnie.

— Jak to „wymieniłaś”?! — oburzyła się Galina Pietrowna. — Przecież to jego mieszkanie!

— Mieszkanie było zapisane na mnie — Swieta wsunęła klucz do zamka. — Spadek po babci.

— Ale jesteście rodziną! — Galina Pietrowna chwyciła ją za łokieć. — Tak nie można, dziecko! No pokłóciliście się, bywa. Wszyscy jesteśmy ludźmi.

Swieta wyswobodziła rękę.

— Igor, twoje rzeczy są tutaj — skinęła na torby i walizkę stojące przy ścianie. — Spakowałam wszystko. Sprawdź, jeśli czegoś brakuje — powiedz, wyniosę.

Igor patrzył na nią oszołomiony.

— Co ty w ogóle gadasz? — wymamrotał. — Jakie rzeczy?

— Twoje rzeczy. Przecież wyprowadziłeś się do mamy.

— Ja się nie wyprowadziłem! — jego głos przeszedł w krzyk. — Przenocowałem u mamy, bo ty… — wskazał ją palcem — wylałaś na mnie wrzątek!

— Nie wrzątek — sprostowała Swieta. — Zupę grochową. I była ciepła.

— TY JESTEŚ NIENORMALNA!

— Możliwe — wzruszyła ramionami. — Ale ja już nie będę ci gotować zupy.

Galina Pietrowna załamała ręce.

— Boże, co tu się dzieje?! Igorek, synku, wytłumacz wreszcie!

— Ona zwariowała, mamo! — Igor nerwowo się zaśmiał. — Przez jakąś zupę rozwód urządziła!

— Składam pozew o rozwód — powiedziała Swieta równym głosem. — Jutro. Jeśli chcesz po dobroci — podpiszesz dokumenty. Nie chcesz — będzie przez sąd.

Zapadła cisza. Galina Pietrowna patrzyła na Swietę z otwartymi ustami. Igor pobladł.

— Ty… ty mówisz poważnie? — wykrztusił.

— Jak najbardziej.

— Przez zupę?!

— Nie przez zupę — Swieta zmęczonym gestem przetarła twarz. — Przez to, że od czterech lat próbuję być jak twoja mama. Gotuję, sprzątam, piorę, prasuję. A cały czas słyszę, że u niej smaczniej, u mamy czyściej, u mamy lepiej. Wiesz co, Igor? Jedź do mamy. Ja już nie mogę.

— Przecież ja nie chciałem… — zaczął, ale mu przerwała:

— Nie chciałeś, ale robiłeś to. Za każdym razem. Za każdym cholernym razem, kiedy próbowałam zrobić coś miłego, znajdowałeś, do czego się przyczepić. I zawsze porównanie z mamą. Zawsze.

Galina Pietrowna głośno westchnęła.

— Swietoczko, kochanieńka — zaczęła pojednawczo — no nie można tak. Igorek po prostu przyzwyczajony do domowego jedzenia, on przecież nie ze złośliwości…

— Galino Pietrowno — Swieta odwróciła się do teściowej — od jutra może go pani karmić domowym jedzeniem codziennie. Wprowadza się do pani. Albo wynajmie mieszkanie — wszystko mi jedno. Ale tutaj już go nie wpuszczę.

— Nie masz prawa! — wybuchnął Igor.

Swieta otworzyła drzwi i weszła do środka. Na progu odwróciła się jeszcze.

— Zabierajcie rzeczy. Jeśli coś zostanie — wyrzucę.

— Swieta! — krzyknął Igor, robiąc krok do przodu, ale ona zatrzasnęła drzwi i przekręciła klucz.

Z zewnątrz dobiegały krzyki, dzwonienie do drzwi, głos Galiny Pietrowny, błagającej, żeby otworzyła. Swieta przeszła do kuchni, włączyła czajnik. Usiadła przy stole — tym samym, przy którym wczoraj odbyła się ta ostatnia rozmowa.

Plamy po zupie wyszorowała, ale gdy się przyjrzeć, na obrusie wciąż widać było delikatne smugi. Swieta przejechała po nich palcem.

Czajnik zawrzał. Zaparzyła miętę z rumiankiem, dodała miodu. Usiadła przy oknie, otulona kocem. Za szybą gęstniał zmierzch, zapalały się światła w oknach naprzeciw. Gdzieś tam ludzie gotowali zupy, jedli kolację, kłócili się, godzili. Żyli.

A Swieta po raz pierwszy od czterech lat poczuła, że może oddychać swobodnie.

Telefon zawibrował — wiadomość od przyjaciółki Oli: „Co tam? Dawno się nie widziałyśmy”.

Swieta uśmiechnęła się i zaczęła pisać: „Dobrze. Właśnie, tak się składa, że wieczór mi się zwolnił. Może się spotkamy? Opowiem ci nowości”.

Za drzwiami ucichło — najwyraźniej Igor z matką odeszli, zabrawszy rzeczy. Mieszkanie wypełniła cisza, ale to była inna cisza. Nie przytłaczająca, nie pusta.

Po prostu cisza. Przytulna i spokojna.

Swieta dopiła herbatę i podeszła do lodówki. Jutro po pracy trzeba będzie zajść do sklepu. Kupić jedzenie — tylko dla siebie. To, co lubi. Może czerwoną rybę. Albo krewetki. Albo po prostu warzywa na parze z serem.

Cokolwiek — byle nie grochówka.

Nigdy więcej grochówki.

Koniec z grochówką.