— To twoje święto — to ty przyjmuj gości i ich ugaszczaj — żona zostawiła krzykliwego męża przy pustym stole

Walerij Pietrowicz uważał się za człowieka, który wszystko trzyma pod kontrolą. W pracy — kierownik działu, w domu — głowa rodziny, w życiu — pan własnego losu. Był przyzwyczajony, że wszystko idzie według jego planu, a kiedy coś wypadało z harmonogramu, jego głos wypełniał mieszkanie jak syrena karetki.
— Lena! — ryknął z salonu. — Dlaczego jeszcze nie jest posprzątane? Goście za trzy dni!
Żona pojawiła się w drzwiach ze ścierką w ręku. Zawsze zjawiała się szybko, jakby czekała na kolejne wezwanie.
— Walera, właśnie skończyłam w kuchni. Zaraz wezmę się za salon.
— Zaraz, zaraz… — przedrzeźniał ją. — Zawsze to twoje „zaraz”. Trzeba było zacząć wczoraj! Moje urodziny to nie jest zwykłe rodzinne spotkanie, rozumiesz? Przyjdą koledzy z pracy, może przełożeni. Nie mogę sobie pozwolić, żeby wypaść źle.
Lena skinęła głową i wróciła do sprzątania. Dawno nauczyła się nie odpowiadać, kiedy mąż był w takim nastroju. Kłótnie tylko go podjudzały, zamieniając drobne niezadowolenie w prawdziwą awanturę.
Walerij Pietrowicz przygotowywał się do swoich pięćdziesiątych urodzin ze szczególnym zapałem. Okrągła data, jubileusz — to nie przelewki. Już widział oczami wyobraźni, jak współpracownicy będą zachwycać się zastawionym stołem, jak szef działu sprzedaży, Michaił Siemionowicz, kiwnie z uznaniem głową, doceniając rozmachem. A może i sam dyrektor wpadnie na chwilę. Takie rzeczy się pamięta. Takie rzeczy budują reputację.
— A menu ułożyłaś? — krzyknął, nie wychodząc z salonu, gdzie rozkładał na ławie próbki serwetek, wybierając między kremowymi a białymi ze złotym tłoczeniem.
— Ułożyłam — dobiegło z korytarza.
— To przynieś!
Lena otarła ręce o fartuch i wyjęła z kuchennej szuflady kartkę z zeszytu, zapisaną drobnym, starannym pismem. Walerij wyrwał ją z jej rąk i przeleciał wzrokiem.
Jego twarz się wydłużyła.
— Co to jest? — potrząsnął kartką, jakby była fałszywym banknotem. — Sałatka Olivier, śledź pod pierzynką, galareta, pieczeń? Poważnie?
— A co jest nie tak? — Lena mimowolnie się spięła.
— Co nie tak?! — Walerij zerwał się z kanapy. — To przecież banał! To jest na każdym stole! Ja potrzebuję święta, rozumiesz? Reprezentacyjnego stołu! Żeby ludziom szczęki opadły! A ty mi co proponujesz? Ucztę jak ze stołówki z czasów ZSRR!
— Walera, mogę dodać jeszcze jakieś dania, ale to klasyka, ludzie lubią…
— Ludzie lubią! — przedrzeźnił ją. — Ludziom i parówki z makaronem smakują, jak są głodni! Ja chcę, żeby moi goście zobaczyli: Walerij Pietrowicz Morozow umie żyć! Żeby zrozumieli, że nie jestem jakimś tam drobnym menedżerem, tylko człowiekiem z pozycją!
Lena stała w milczeniu, opuszczając wzrok. Palce nerwowo skubały brzeg fartucha.
— Przerób to — rzucił Walerij, ciskając kartkę na stół. — I żeby do jutra wieczorem było nowe menu. Porządne. Z wykwintami. Przystawki na ciepło i na zimno, nietypowe sałatki, czerwona ryba, może jakieś ostrygi. Ogólnie — myśl! Po co ja cię utrzymuję?
Odwrócił się i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami. Lena podniosła kartkę z podłogi, wygładziła ją i powoli powlokła się do kuchni. Usiadła przy stole, wpatrzyła się w okno. Za szybą mżył drobny jesienny deszcz i miasto wydawało się szare, rozmyte, zmęczone.
„Po co ja cię utrzymuję?” — to zdanie utkwiło jej w głowie jak drzazga. Przypomniała sobie, że dwadzieścia lat temu Walerij był inny. Uważny, czuły, nawet nieśmiały. Przynosił jej kwiaty bez okazji, całował na pożegnanie, mówił, że jest jego jedynym oparciem. Potem przyszły pierwsze sukcesy, pierwsze awanse, kariera. I z każdym kolejnym szczeblem stawał się odrobinę wyższy, bardziej wyniosły, głośniejszy.
A ona pozostawała taka sama. Cicha żona, która gotowała, sprzątała, prała, milczała. Która przywykła się dostosowywać. Która zapomniała, kiedy ostatni raz ktoś ją zapytał: „A ty jak się czujesz? Czego ty chcesz?”
Następnego dnia Lena siedziała cały wieczór nad nowym menu. Szukała przepisów w internecie, dzwoniła do koleżanki pracującej w restauracji, wypisywała składniki. Do nocy lista rozrosła się do dwóch stron: carpaccio z wołowiny, tatar z łososia, pierś z kaczki, sałatka z rukolą i parmezanem, foie gras, ptysie z musem krabowym…
Walerij wrócił późno, zmęczony, ale zadowolony — w pracy wreszcie zatwierdzili jego projekt. Lena podała mu nowe menu. Czytał długo, marszczył brwi, kiwał głową, potem odłożył kartki.
— No, to co innego — burknął. — Chociaż ostryg i tak nie dodałaś. Dobra, niech będzie. Najważniejsze, żeby wszystko było świeże i ładnie podane. I żeby w sobotę do szóstej wieczorem wszystko stało na stole. Goście o siódmej — potrzebuję zapasu czasu.
— Walera, ale tu jest strasznie dużo roboty — zaczęła ostrożnie Lena. — Może coś zamówimy w restauracji? Albo poproszę Swietkę, żeby pomogła?
— Zamówić? — spojrzał na nią tak, jakby zaproponowała podać gościom paszę. — Żeby potem ktoś powiedział, że Morozow nawet stołu nie umie nakryć bez pomocy? Nie ma mowy. Wszystko ma być domowe, od serca. A twojej Swietki nie trzeba — ona ma niewyparzony język, potem wszystkim rozgłosi, że coś u nas nie tak.
Lena zacisnęła wargi. Chciała powiedzieć, że nie zdąży, że to fizycznie niemożliwe przygotować tyle potraw w jeden dzień. Ale słowa stanęły jej w gardle. Po prostu skinęła głową.
Pozostałe dni do soboty minęły w gorączkowym pędzie. Lena robiła listy zakupów, obdzwaniała sklepy, porównywała ceny. Walerij każdego wieczoru urządzał „oględziny”: sprawdzał, co kupione, co jeszcze trzeba kupić, wydawał polecenia, krytykował wybór.

— Jaka to ryba? Keta? Prosiłem o łososia! Keta jest dla biednych!
— Walera, nie było łososia, a keta też jest bardzo dobra…
— Mam gdzieś, że nie było! Jutro pojedziesz do innego sklepu i kupisz łososia. I w ogóle — czemu ser nie jest parmezanem, tylko jakieś „grana padano”? Co, oszczędzasz na moich urodzinach?
Lena milczała. Nauczyła się milczeć tak mistrzowsko, że czasem wydawało się, jakby w ogóle jej nie było w pokoju. Tylko cień wykonujący polecenia.
W piątek wieczorem Walerij zrobił ostatnią kontrolę. Otwierał lodówkę, wyjmował produkty, studiował etykiety, wąchał, macał. Lena stała obok jak uczennica przed surowym nauczycielem.
— Dobra — w końcu wypuścił powietrze. — Chyba wszystko jest. Patrz: jutro od rana zaczynasz. Do szóstej wszystko ma być gotowe. I ładnie poukładaj na półmiskach, nie byle jak. Kup jeszcze zieleniny do dekoracji — pietruszki, koperku. Niech stół wygląda bogato.
— Dobrze — powiedziała cicho Lena.
— I umyj żyrandol — dodał, idąc do sypialni. — Bo jakiś taki przygaszony. Goście pomyślą, że żyjemy w nędzy.
Lena spojrzała na żyrandol. Myła go tydzień temu.
Sobota zaczęła się o szóstej rano. Lena wstała, obmyła twarz lodowatą wodą, żeby się dobudzić, i zabrała się do pracy. Walerij spał do dziesiątej — uważał, że solenizant ma prawo odpocząć.
Kiedy wszedł do kuchni, Lena smażyła już pierś z kaczki. Na stole stały miseczki z pokrojonymi warzywami, na płycie bulgotał bulion, w piekarniku dochodziły ptysie. Powietrze było gęste od zapachów, okna zaparowane.
— No i jak, wyrabiasz się? — zapytał Walerij, nalewając sobie kawy.
— Jak na razie tak — Lena nie odwracała się, mieszając sos.
— Tylko bez numerów — ostrzegł. — Dziś wszystko ma być idealnie. Idę pod prysznic, a potem zajmę się napojami.
Wyszedł, a Lena odetchnęła. Ręce trzęsły jej się ze zmęczenia — od trzech godzin stała przy kuchence. Ale nie było mowy o przerwie. Lista na lodówce migała niezdobytymi punktami.
O dwunastej Walerij wrócił do kuchni.
— A sałatki? — zapytał, zaglądając do lodówki.
— Jeszcze nie zaczynałam, muszę najpierw dokończyć gorące.
— Lena, ty sobie żarty robisz? Jest już południe! Goście za siedem godzin!
— Wiem, Walera, zdążę…
— Zdążę, zdążę! — podniósł głos. — Zawsze tak masz! Wszystko na ostatnią chwilę! Nie można było czegoś przygotować wczoraj?
— Wczoraj sam powiedziałeś, żebym gotowała dopiero dziś, żeby wszystko było świeże — Lena odwróciła się i w jej oczach mignęło coś nietypowego. Nie uległość, nie strach. Coś innego.
Walerij to zauważył, ale nie przywiązał wagi.
— Dobra, rób swoje — rzucił. — Tylko mnie nie zawiedź.
O drugiej Lena wciąż kroiła warzywa do sałatki. O trzeciej — marynowała rybę. O czwartej — ubijała krem do przystawek. Walerij co jakiś czas zaglądał, komentował, dawał rady, krytykował. O piątej stół wciąż był pusty, a w kuchni panował chaos: góry brudnych naczyń, deski do krojenia zasypane obierkami, plamy sosu na kuchence.
— Lena! — wrzasnął Walerij z salonu. — Ty tam w ogóle gotujesz?! Za dwie godziny goście! Gdzie jest stół?!
Lena powoli otarła ręce o ręcznik. Spojrzała na zegar, potem na lodówkę, potem na listę. I nagle poczuła, jak pękła w niej cierpliwość. Cicho, prawie niezauważalnie. Jak struna naciągnięta zbyt mocno…
Zdjęła fartuch, powiesiła go na haczyku i wyszła do salonu.
Walerij stał przy świątecznym stole — wciąż jeszcze pustym, nakrytym białym obrusem. Ustawiał kieliszki, z czułością polerując każdy na błysk.
— Gdzie jedzenie? — zapytał, nie odwracając się.
— Walera — powiedziała Lena cicho, ale bardzo wyraźnie. — To twoje święto — ty przyjmuj gości i ich ugaszczaj.
Odwrócił się. Na jego twarzy malowało się zdumienie, jakby odezwała się w obcym języku.
— Co?
— Powiedziałam: to twoje święto. Twoje urodziny, twoi goście, twoja reputacja. Więc gotował będziesz ty.
Walerij roześmiał się krótko, nerwowo.
— Żartujesz sobie?
— Nie — Lena wzięła torebkę z kanapy, sprawdziła, czy ma w niej portfel. — Jestem zmęczona. Bardzo zmęczona, Walera. Przez trzy dni przygotowywałam się do twojego święta, a ty tylko krzyczałeś i się czepiałeś. Chcesz idealnego stołu — przygotuj go sam. Jeśli zdążysz.
— Ty… ty nie możesz po prostu wyjść! — głos Walerija zadrżał. — Goście przyjdą! Co ja im powiem?!
— Nie wiem — Lena wzruszyła ramionami. — Powiedz prawdę. Albo coś wymyśl. Przecież jesteś u nas „człowiekiem z pozycją”, poradzisz sobie.
Ruszyła w stronę drzwi. Walerij rzucił się za nią, chwycił ją za rękę.
— Lena, stój! Nie możesz! To… to moje pięćdziesiąte urodziny!
Spojrzała na niego długo, zmęczonym spojrzeniem.
— Właśnie dlatego powinieneś sam o nie zadbać. Idę pochodzić po sklepach. Może kupię sobie coś ładnego. Od dawna chciałam.
— Ale jedzenie! Stół! Co ja mam zrobić?!
— W lodówce jest pełno produktów — powiedziała Lena, wysuwając dłoń z jego uścisku. — Przepisy są w internecie. Jeśli nie zdążysz ugotować — zamów w restauracji. Albo przeproś gości i przełóż przyjęcie. Wybór należy do ciebie.
Otworzyła drzwi i wyszła, nie oglądając się. Walerij stał na środku przedpokoju, oszołomiony, z wydłużoną twarzą. Nie wierzył, że to dzieje się naprawdę. Żona nie mogła tak po prostu wziąć i wyjść. Żona zawsze była obok. Zawsze posłuszna. Zawsze znosiła.
Wrócił do kuchni i omiótł wzrokiem pobojowisko. Sterta nieumytych naczyń. Półsurowa kaczka. Pokrojone warzywa, które zaczynały już ciemnieć. Ryba o podejrzanym zapachu — najwyraźniej zbyt długo leżała poza lodówką. Zegar pokazywał wpół do szóstej.
Goście mieli przyjść o siódmej.
Walerij spróbował włączyć kuchenkę, ale nie potrafił znaleźć właściwego palnika — nie gotował od piętnastu lat, jeśli nie dłużej. Wyjął patelnię, chlusnął oleju, wrzucił warzywa. Zasyczały, zadymiły się. Nie wiedział, jak długo smażyć, więc stał tylko bezradnie, mieszając łopatką.
Potem chwycił telefon i zadzwonił do Leny. Nie odebrała.
Zadzwonił drugi raz. I trzeci. Abonent niedostępny.
— Cholera! — zaklął i cisnął telefon na stół.
Spróbował zrobić sałatkę — byle jak poszatkował resztę warzyw i wymieszał z majonezem. Wyszło coś bezkształtnego i żałosnego. Spojrzał na zegar. Szósta.
Walerij zrozumiał, że nie zdąży. Nie tylko nie zdąży — on nawet nie wie, co robić dalej. Ryba się zepsuła, kaczka była niedosmażona, sałatki wyglądały, jakby robiła je osoba niewidoma. A stół wciąż stał pusty, rażąc bielą obrusa.

Znów wybrał numer Leny. Znowu nie odebrała.
Wtedy zadzwonił do pierwszego gościa — Michaiła Siemionowicza.
— Misza, cześć, słuchaj… ja tu nagle zachorowałem — głos mu drżał. — Trzeba będzie przełożyć. Wybacz, tak wyszło.
— Zachorowałeś? — w słuchawce zabrzmiało zdziwienie. — Przecież dziś byłeś w pracy, wyglądałeś na całkiem żwawego.
— No… nagle mnie złapało. Żołądek chyba. Może na przyszły tydzień?
Michaił Siemionowicz coś odburknął i rozłączył się. Walerij obdzwonił pozostałych gości, każdemu powtarzając tę samą historyjkę. Jedni wierzyli, inni — nie, ale nikt się nie spierał.
Kiedy wykonał ostatni telefon, Walerij osunął się na krzesło pośrodku kuchni. Patrzył na produkty, na brudne naczynia, na pusty stół — i czuł, jak w środku rośnie w nim nieznane uczucie. Wstyd? Złość? Żal?
Wyobraził sobie, jak Lena chodzi teraz po sklepach — spokojna, wolna. Po raz pierwszy od dwudziestu lat zrobiła coś dla siebie. A on został sam, pośród ruin własnych ambicji.
Walerij Pietrowicz długo siedział w ciszy, słuchając, jak za oknem szumi deszcz. Nie było święta. Nie było gości. Był tylko pusty stół, przypominający, że nawet najbardziej idealny plan może runąć, jeśli jest budowany na cudzych plecach.
A kiedy o dziesiątej wieczorem Lena wróciła do domu — spokojna, z torbami w rękach i nowym szalikiem na szyi — Walerij nie zaczął krzyczeć. Po prostu siedział przy kuchennym stole z kubkiem wystygłej herbaty i patrzył w okno.
— Przepraszam — powiedział cicho, nie odwracając głowy.
Lena postawiła torby na podłodze i usiadła naprzeciwko.
— Za co?
— Za wszystko.
Skinęła głową. Siedzieli w milczeniu, a deszcz za oknem bębnił o parapet, zmywając coś starego, niepotrzebnego, ciężkiego.
I może to było prawdziwe święto — bez gości, bez wystawnego stołu, ale z czymś większym. Ze zrozumieniem, że czasem trzeba zostać sam na sam ze sobą, żeby zobaczyć innych.