— Wróciłam z lotniska po noworoczny prezent i oniemiałam, przypadkiem podsłuchując rozmowę mamy i męża

— Wróciłam z lotniska po noworoczny prezent i oniemiałam, przypadkiem podsłuchując rozmowę mamy i męża

Walizka nie chciała się zapiąć. Po raz trzeci próbowałam upchnąć do niej prezenty dla babci, nerwowo zerkając na zegarek. Do wylotu z Domodiedowa zostały trzy godziny, ale przy moskiewskich korkach nigdy nie wiadomo, ile zajmie droga.

— Genia, no pomóż mi wreszcie! — krzyknęłam w stronę kuchni, gdzie mąż niespiesznie dopijał kawę i przewijał coś w telefonie.

— Już — odparł, nie odrywając wzroku od ekranu.

Szarpnęłam suwakiem i z triumfem wypuściłam powietrze. Walizka wyglądała jak przejedzony boa dusiciel, ale w końcu się domknęła.

W przedpokoju szybko wciągnęłam kozaki i wyjęłam telefon, żeby zamówić taksówkę.

— Przekaż babci życzenia noworoczne ode mnie i od Genki! — zawołała z kuchni mama. — Będzie jej miło dostać nasze pozdrowienia. Zwłaszcza od zięcia!

— Sama wiesz, że wcale tak nie jest — mruknęłam, wpisując w aplikacji adres: Domodiedowo. — Genia od dwóch lat nie postawił nogi w jej domu.

Mąż wreszcie pojawił się w przedpokoju i obojętnie wzruszył ramionami:

— Lena, po co mam tam jechać? Twoja babcia nie może mnie znieść. Lepiej posiedzę w domu i popracuję nad nową serią obrazów na wystawę. Czemu się obrażasz?

— Jak nie chce, to niech nie jedzie — wtrąciła ostro mama. — Doskonale wiesz, dlaczego twój mąż nie pali się do wizyt u babci.

Wiedziałam. A jakże wiedziałam…

Babcię zawsze nazywano gwiazdą naszej rodziny. Walentina Nikołajewna Morozowa była pianistką, którą znał cały Petersburg. Uczyła w konserwatorium, prowadziła własny zespół kameralny, dawała koncerty.

Poświęciwszy muzyce całe życie, potrafiła nie tylko zdobyć sławę, ale też kupić mieszkanie nad Fontanką, daczę w Komarowie i zgromadzić solidny kapitał.

Babcia miała dwie córki: moją mamę i ciocię Swietę. I dwie wnuczki — mnie oraz moją kuzynkę Irkę.

Kiedyś uchodziłam za ulubienicę babci. Jako jedyna poszłam w jej ślady: dostałam się do petersburskiego konserwatorium, mieszkałam u niej, marzyłam, żeby zostać wielką pianistką. Babcia uważała mnie za niezwykle utalentowaną, wróżyła mi błyskotliwą karierę i wkładała we mnie wszystkie siły oraz pieniądze.

Dopóki nie poznałam Geni.

Artysta z Moskwy, który przyjechał do Petersburga na plener, wywrócił moje życie do góry nogami w jedno lato. Zakochałam się bez pamięci i oznajmiłam, że wracam do Moskwy, do mamy.

Za to babcia znienawidziła mojego chłopaka od pierwszego wejrzenia.

— Ten cwaniak zniszczy ci karierę i życie — przepowiadała. — Zobaczysz, za parę lat będziesz żałować.

Mama przeciwnie — wspierała nas. Nawet zaproponowała Geni, żeby wprowadził się do naszej dwupokojowej klitki, dopóki nie uzbieramy na kredyt.

Ja pracowałam w szkole muzycznej, on — jako nauczyciel plastyki. W domu nie przelewało się, więc mąż z radością zgodził się mieszkać z teściową.

Walentina Nikołajewna kategorycznie odmawiała przyjmowania Geni u siebie. A i on sam szczególnie się tam nie rwał. Przez trzy lata małżeństwa pojechał do babci może ze trzy razy, a każda jego wizyta w Petersburgu zamieniała się w mękę.

Tym razem, choć go namawiałam, mąż również odmówił lotu, mimo noworocznych świąt.

— Lena, leć sama — poparła zięcia mama. — Tak będzie lepiej dla wszystkich.

Westchnęłam i się zgodziłam. Telefon zapiszczał — taksówka już podjeżdżała.

Cholera! Zapomniałam!

Kierowca trąbił na podwórku, a ja w panice przetrząsałam mieszkanie w poszukiwaniu prezentu dla babci. To była piękna broszka w kształcie klucza wiolinowego, zamówiona u jubilera.

— Gdzie ona jest? — mamrotałam, zaglądając pod poduszki na kanapie.

— Czego szukasz? — Genia leniwie przyglądał się mojej krzątaninie.

— Broszki dla babci! Przecież wczoraj ci ją pokazywałam.

— A, tę złotą pierdółkę? Nie pamiętam, żebym ją dziś widział.

Mama wychyliła się z kuchni:

— Lena, zobacz, może zostawiłaś w sypialni?

Rzuciłam się do pokoju, przeszukałam szafki nocne, zajrzałam do szafy. Nic.

Taksówkarz zaczynał się denerwować — było słychać trzaśnięcie drzwi samochodu.

— Dobra, jadę bez prezentu — махnęłam ręką.

Ale w windzie gryzła mnie złość. Babcia tak kochała piękną biżuterię, a ja specjalnie wybrałam tę broszkę: delikatną, z klasą, pasującą do jej stylu. I wydałam na nią połowę pensji.

— Proszę pana — zwróciłam się do kierowcy, gdy wyjechaliśmy z podwórka — możemy wrócić? Zapomniałam bardzo ważnej rzeczy.

Kierowca niezadowolony spojrzał w lusterko:

— Czas nie czeka. Do lotniska co najmniej godzina.

— Pięć minut, nie więcej! Dopłacę za postój.

Mężczyzna westchnął i zawrócił.

Wpadłam do klatki i pognałam schodami na czwarte piętro. W mieszkaniu było cicho. Ostrożnie uchyliłam drzwi i od razu usłyszałam głosy z kuchni.

— Możesz śmiało iść dziś wieczorem do swojej ukochanej Swietki — mówiła mama. — Jak Lena zadzwoni, coś wymyślę. Powiem, że jesteś pod prysznicem albo śpisz.

— Boże, jak ja mam dość tego chowania się — jęknął Genia. — Kiedy to się wreszcie skończy?

— Wytrzymaj jeszcze trochę. Walentina Nikołajewna jest w tym wieku, że natura i tak zrobi swoje. I to całkiem niedługo!

— Łatwo powiedzieć: wytrzymaj. Swieta już wprost mówi, że ma dość roli kochanki. Chce normalnego związku.

— Rozumiem — westchnęła mama. — Ale wiesz, o co toczy się gra. Jak tylko spadek przejdzie na Lenę, sowicie ci wynagrodzę cierpliwość. Bardzo sowicie. A potem rób, co chcesz! Rozwód, ślub ze swoją Swietką — wszystko, czego dusza zapragnie!

Zastygłam przy drzwiach, czując, jak po plecach przebiega mi zimny dreszcz.

— A jeśli żonka coś podejrzewa? — zaniepokoił się mąż. — Ona jest przenikliwa. Jak jej babcia!

— Nie podejrzy, jeśli będziemy ostrożni. Lena niczego się nie domyśla. Najważniejsze, żebyś dalej udawał przykładnego męża. Przynajmniej do czasu, aż wszystko zostanie oficjalnie załatwione.

— A jesteś pewna, że Walentina Nikołajewna się nie uprze? Nie zmieni zdania? Różne rzeczy można powiedzieć!

— Nie zmieni! Moja matka to człowiek słowa! Jeśli starucha zrozumie, że się pomyliła i zobaczy, że Lena jest szczęśliwa w małżeństwie, przepisze na wnuczkę cały majątek. Jeśli się poddasz i złożysz pozew o rozwód, wszystko pójdzie na fundację charytatywną. Dlatego właśnie kryję wszystkie twoje wyskoki.

Ugięły się pode mną nogi. Powoli osunęłam się na podłogę tuż przy drzwiach, próbując przetrawić to, co usłyszałam.

Babcia… Przypomniałam sobie jej słowa, które powtarzała za każdym razem, gdy przyjeżdżałam:

„Wnuczko, życie wszystko poukłada. Jeśli ty masz rację i twój Giennadij jest porządnym człowiekiem — będziesz żyła w dostatku. A jeśli ja mam rację i on jest oszustem… cóż, pieniądze zostaną przynajmniej tym, którzy naprawdę ich potrzebują”.

Wtedy myślałam, że to tylko gadanie. Marudzenie niezadowolonej babci. A tu proszę…

Mama wiedziała o zdradach Geni. Wiedziała i milczała. Co więcej — kryła go. Dla pieniędzy.

Siedziałam na podłodze przy drzwiach wejściowych. W głowie kołatała mi tylko jedna myśl:

„Jak długo to trwa?”

— A pamiętasz, jak w zeszłym miesiącu Lena prawie was nakryła? — doleciał mnie głos mamy. — Dobrze, że wtedy w porę was ostrzegłam.

— Jasne, że pamiętam. Tego się nie zapomina! — prychnął Genia. — Wróciła z pracy nagle. Swietka jeszcze w szafie siedziała schowana. Myślałem, że dostanę zawału ze strachu.

— Za to teraz będzie łatwiej. Lena wyjechała na tydzień, możecie odetchnąć.

— Wreszcie pobędziemy razem normalnie. A nie te spotkania na szybko… Dobrze, że Swietka sama wynajmuje mieszkanie.

Zamknęłam oczy i spróbowałam przypomnieć sobie tamten dzień.

Tak, naprawdę wróciłam wtedy wcześniej. Genia był strasznie nerwowy, co chwilę zerkał w telefon. A mama dziwnie się krzątała: to proponowała kawę, to pytała, czy nie jestem zmęczona, a potem nagle wysłała mnie do sklepu.

— Słuchaj, a ile tam jest tego spadku? — zapytał Genka. — Mniej więcej.

— Mieszkanie nad Fontanką jest warte około trzydziestu milionów. Dacza — co najmniej dziesięć. Do tego oszczędności, papiery wartościowe. Myślę, że zbierze się z pięćdziesiąt milionów, a może i więcej.

Pięćdziesiąt milionów. Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić takich pieniędzy.

— I naprawdę oddasz mi część? — dopytał łapczywie Genka…

— Oczywiście. Umowa jest ważniejsza niż pieniądze. Bez ciebie tego spadku nie da się zdobyć. Myślę, że trzy–cztery miliony za „usługi” będą uczciwe.

— A Lena? Przecież rozumiesz, że kiedy złożę pozew o rozwód, ona zrozumie cały przekręt.

— Nie zrozumie — pewnie zaprzeczyła mama. — Powiesz, że miłość minęła. Zdarza się.

Powoli podniosłam się z podłogi. W głowie miałam kompletną papkę, chciało mi się krzyczeć, tłuc talerze, zrobić awanturę. Ale zamiast tego cicho przymknęłam drzwi i poszłam do sypialni.

Broszka leżała na komodzie, obok lustra.

No tak! Przecież położyłam ją tam, kiedy wczoraj przymierzałam ją do sukienki. Po cichu wzięłam pudełeczko i wsunęłam do torebki.

Nawet nie usłyszeli, jak wyszłam.

W taksówce milczałam przez całą drogę. Kierowca kilka razy próbował zagaić rozmowę, ale widząc mój stan, dał mi spokój.

A ja patrzyłam przez okno na migające domy i myślałam…

Pięć lat małżeństwa. Pięć lat uważałam się za szczęśliwą, zamężną kobietę. Tak, pieniędzy brakowało, tak, musieliśmy mieszkać z mamą, ale wierzyłam, że to tylko przejściowe. Myślałam, że wspólnie budujemy przyszłość.

A Genia, jak się okazało, po prostu czekał, aż babcia umrze.

Kiedy wreszcie wsiadłam do samolotu, ręce nadal mi drżały. Poprosiłam stewardesę o wodę i wypiłam ją jednym haustem. Sąsiad zapytał, czy nie robi mi się słabo, ale zapewniłam go, że wszystko w porządku.

Tyle że nic nie było w porządku.

Przypomniałam sobie, jak pół roku temu Genia kupił nowy telefon.

„Stary zacina” — tłumaczył, i od tamtej pory odnosił się do niego z przesadną czułością.

Przypomniałam sobie dziwne uwagi mamy:

„Nie zawracaj mężowi głowy drobiazgami”, „daj mu więcej swobody”, „mężczyznom trzeba ufać”.

Ufać. Co za ironia!

Samolot wystartował. Oparłam czoło o szybę. Na dole została Moskwa, gdzie moja mama i mój mąż pewnie już świętowali mój wyjazd. Gdzie Genia miał iść do swojej Swietki, a mama szykowała alibi na wypadek mojego telefonu.

Przede mną był Petersburg i babcia, która zawsze mnie kochała, ale postawiła warunek: albo będę szczęśliwa w małżeństwie, albo stracę wszystko.

A ja właśnie zrozumiałam, że szczęścia nie było już od dawna. A może nawet nigdy.

W Pułkowie przywitał mnie znajomy petersburski wiatr i mżawka. Wsiadłam do taksówki i podałam adres nad Fontanką, wciąż nie dowierzając w to, co usłyszałam kilka godzin wcześniej.

Babcia przywitała mnie z otwartymi ramionami:

— Wnusiu moja! Jak ja się stęskniłam! Chodź, chodź szybciutko!

Nie zapytała o Genię. Nawet o nim nie wspomniała. Po prostu mnie przytuliła i zaprowadziła do salonu, gdzie na stole stała już świąteczna zastawa.

— Zobacz, jaką choineczkę dla ciebie ubrałam — pokazała na małą, puszystą jodełkę przy oknie. — Pamiętasz, jak w dzieciństwie szykowałyśmy się do Nowego Roku?

— Pamiętam, babciu — uśmiechnęłam się, starając się nie zdradzić swojego stanu.

Walentina Nikołajewna, mimo siedemdziesiątki, wyglądała wspaniale. Siwe włosy miała starannie ułożone, plecy proste, oczy żywe i uważne. Krzątała się przy stole, nakładając na talerze domowe pierożki.

— Proszę, przywiozłam ci prezencik! — podałam jej pudełeczko z broszką.

Babcia otworzyła je i klasnęła w dłonie:

— Lenoczko! Toż to dzieło sztuki! Klucz wiolinowy… Jaka śliczność! — od razu przypięła broszkę do sweterka. — Popatrz, jak pasuje!

— Bardzo pasuje — przyznałam.

Usiadłyśmy do herbaty. Babcia opowiadała nowinki: co u sąsiadów, co nowego w konserwatorium, jakie spektakle grają w Maryjskim. Kiwałam głową, odpowiadałam półsłówkami i delektowałam się pyszną, ziołową herbatą.

— Lena — nagle przerwała w połowie opowieści o nowej inscenizacji — co z tobą?

— Nic, babciu. Po prostu zmęczyłam się w drodze.

— Nie kłam mi — powiedziała surowo. — Znam cię od pieluch. Masz twarz jak z marmuru. Coś się stało!

— Ależ nie, wszystko w porządku…

— Lena! — babcia uderzyła dłonią w stół. — Przestań! Co się stało? Mów natychmiast!

Spróbowałam się uśmiechnąć:

— Babciu, no co ty… Po prostu dużo pracy, noworoczne koncerty, zamieszanie…

— To ma związek z Giennadijem? — zapytała wprost.

Drgnęłam:

— Skąd tak pomyślałaś?

— Bo nie muszę być jasnowidzką, żeby widzieć, kiedy mojej wnuczce jest źle. Poza tym… kiedy ostatnio o nim myślisz, smutnieją ci oczy. A dziś nie są tylko smutne. Są zrozpaczone.

— Babciu, nie chcę cię martwić…

— Mnie martwi, kiedy milczysz! — wstała, podeszła do mnie i ujęła moje dłonie. — Wnusiu kochana, cokolwiek się stało, damy radę. Ale najpierw opowiedz.

Spojrzałam w jej kochające oczy i nie wytrzymałam. Łzy popłynęły same.

— On… on mnie zdradza, babciu — wyszeptałam przez łzy. — A mama wie. I go kryje.

— Boże… — babcia usiadła obok i mnie przytuliła. — Opowiadaj wszystko. Od początku.

I opowiedziałam. O zapomnianej broszce, o podsłuchanej rozmowie, o Swietce ze szkoły, o obietnicach mamy, że wynagrodzi Geni „cierpliwość”. O tym, jak planowali doczekać spadku, a potem załatwić rozwód. O alibi, które mama gotowa była mu zapewniać, i o „spotkaniach”, które brałam za posiedzenia z kolegami.

— Oni mnie wykorzystują, babciu — zaszlochałam. — Dla nich jestem tylko sposobem na twoje pieniądze. Nawet mama… moja własna mama…

Babcia milczała.

Kiedy skończyłam, położyła moją głowę sobie na kolanach.

— Wiesz… zawsze miałam nadzieję, że mylę się co do twojego małżeństwa. Zawsze chciałam, żebyś była szczęśliwa, a ja żebym się myliła.

— Przepraszam cię, babciu — wyszeptałam. — Ostrzegałaś, a ja nie słuchałam.

— Ciii, kochanie. Za co ty przepraszasz? Za to, że uwierzyłaś w miłość?

Gładziła mnie po włosach, a ja czułam, jak powoli się uspokajam.

— A teraz — powiedziała zamyślona babcia — trzeba zdecydować, co robić dalej.

Następnego ranka obudził mnie zapach naleśników i dźwięk fortepianu.

Babcia grała coś lekkiego, zwiewnego. Chopina, chyba.

Leżałam w swoim dawnym pokoju dziecięcym, który nie zmienił się od czasów studiów w konserwatorium.

— Wstawaj, śpiochu! — zawołała babcia. — Mamy dziś ważne sprawy!

Przy śniadaniu była wyjątkowo rześka. Oczy jej błyszczały, a na ustach błąkał się tajemniczy uśmiech.

— Babciu, ty coś knujesz — zapytałam podejrzliwie, smarując naleśnik konfiturą.

— Oczywiście, że knuję. A jakże inaczej? Kończ śniadanie i zbieraj się. Idziemy do konserwatorium.

— Po co? — osłupiałam.

— Na próbę.

— Na jaką próbę? Babciu, o czym ty mówisz?

Wstała od stołu, podeszła do fortepianu i wzięła nuty:

— Program bożonarodzeniowy. Za tydzień koncert w Wielkiej Sali konserwatorium. Wczoraj moja pianistka zachorowała na grypę. Lekarze mówią, że przez tydzień nie wystąpi.

— I co z tego? — nadal nie rozumiałam.

— A to, że teraz główną pianistką programu będziesz ty.

Prawie zakrztusiłam się herbatą:

— Co?! Babciu, zwariowałaś! Pięć lat nie grałam na takim poziomie! Wszystko zapomniałam!

— Niczego nie zapomniałaś! To jak jazda na rowerze — ręce pamiętają. A przed nami cały tydzień prób.

— Ale ja nie jestem gotowa! Nie dam rady!

— Dasz radę! Wierzę w ciebie! — babcia podeszła i wzięła moje dłonie w swoje. — Lena, rozumiesz, że to szansa? Szansa wrócić do tego, kim powinnaś była zostać.

— A jeśli zawalę?

— Nie zawalisz. Będę obok. Mój zespół, mój program, moja wnuczka — wszystko tak, jak powinno być.

Godzinę później stałyśmy przed znajomym budynkiem na Placu Teatralnym. Serce waliło mi jak oszalałe. W Wielkiej Sali czekali muzycy — pięć osób, które grały z babcią od wielu lat.

— Przywitajcie się — to nasza nowa pianistka.

Przyjęli mnie ciepło, ale widziałam w ich oczach pytania.

Czy podoła? Czy nie zawiedzie w kluczowym momencie?

— Zacznijmy od Rachmaninowa — zaproponowała babcia, kładąc przede mną nuty.

Usiadłam przy fortepianie i położyłam dłonie na klawiszach. Palce drżały. Ale kiedy zabrzmiały pierwsze akordy, coś we mnie „kliknęło”. Muzyka, której nie grałam od lat, popłynęła sama. Ręce naprawdę wszystko pamiętały.

Próbowaliśmy do wieczora. Pod koniec dnia byłam zupełnie wyczerpana, ale… szczęśliwa. Po raz pierwszy od wielu lat — naprawdę szczęśliwa.

— I jak? — zapytała babcia, gdy wracałyśmy do domu zaśnieżonymi ulicami.

— Zapomniałam, jakie to uczucie… grać prawdziwą muzykę — przyznałam. — W szkole ciągle dziecięce utworki, gamy… A tu…

— A tu to, dla czego żyjemy — dokończyła. — Swoją drogą, po Nowym Roku musisz się zatrudnić w konserwatorium. Na stanowisko nauczycielki fortepianu. Jest wakat.

Zatrzymałam się na środku chodnika:

— Babciu… co ty mówisz?

— To, co słyszysz. Wracasz do domu, Lena. Do Petersburga, do konserwatorium, do muzyki. A rozwodem niech zajmą się prawnicy.

— A Moskwa? Mama? Praca?

— A co Moskwa? Co cię tam trzyma? Mąż-zdrajca i matka-zdrajczyni? — babcia ujęła mnie pod ramię. — Wnusiu, życie nie daje wielu szans, żeby zacząć od nowa. Nie zmarnuj jej.

Szłyśmy nabrzeżem Fontanki. W milczeniu myślałam o tym, jak drastycznie może się zmienić życie w jeden dzień. Jeszcze wczoraj byłam zamężną kobietą, która nawet nie podejrzewała zdrady najbliższych. A dziś…

— Babciu, dziękuję ci. Naprawdę. To, co teraz dla mnie robisz, jest cenniejsze niż jakikolwiek spadek.

— A, spadek… Przepuściłaś swoje szczęście, wnuczko. Teraz wszystko dostanie fundacja.

Ale śmiała się. A ja śmiałam się razem z nią.

W głębi duszy obie znałyśmy prawdę. Dostanę ten spadek nie dlatego, że ktoś z nas wygrał. Tylko dlatego, że życie samo poukładało wszystko na swoim miejscu.

A poza tym dostanę zespół, któremu babcia poświęciła życie. I to będzie najcenniejszy dar.

— Wiesz, co ci powiem — odezwała się babcia, kiedy wchodziłyśmy po schodach do jej mieszkania. — Ten twój Giennadij oddał ci przysługę.

— Jaką przysługę?

— Pokazał, kto jest kim. I zmusił cię, żebyś wróciła tam, gdzie jest twoje miejsce. Czasem zdrada to błogosławieństwo do kwadratu!

Tej nocy długo nie mogłam zasnąć. Leżałam i słuchałam, jak za oknem huczy wiatr.

A rano zadzwoniłam do dyrektorki moskiewskiej szkoły i powiedziałam, że składam wypowiedzenie.

Do Moskwy już nigdy nie wróciłam.