Kapitan statku wpadł w furię, gdy zobaczył jednego z pracowników czytającego na pokładzie Świętą Księgę. Chwilę później zepchnął go do oceanu pełnego rekinów. Nie mógł jednak przewidzieć, jak ten okrutny czyn ostatecznie się dla niego zakończy.
Tego dnia morze tylko na pierwszy rzut oka wydawało się spokojne. Ogromny statek towarowy powoli przemierzał otwarty ocean, a błękitna woda ciągnęła się wokół aż po sam horyzont.

Słońce prażyło tak mocno, że metalowe burty statku były niemal rozpalone, dlatego pracownicy starali się jak najszybciej zakończyć swoje obowiązki.
Wśród nich znajdował się mężczyzna o imieniu Samir.
Był cichy, biedny i niezwykle pracowity. Prawie nikt na statku nie zwracał na niego uwagi, ponieważ nigdy się nie kłócił, nie narzekał i zawsze podejmował się najcięższych zadań. Szorował pokład, przenosił skrzynie, mył pokryte rdzą burty i wykonywał każde polecenie, jakie otrzymał.
Tego dnia Samir skończył pracę wcześniej niż pozostali. Sprawdził wszystkie mocowania, odłożył narzędzia na miejsce, umył część pokładu i dopiero wtedy usiadł przy niskiej barierce. Z kieszeni wyjął niewielką, mocno zużytą Świętą Księgę i zaczął czytać po cichu.
Nie była to dla niego zwyczajna książka.
Wiele lat wcześniej podarowała mu ją matka, jeszcze zanim po raz pierwszy wyruszył do pracy na morzu.
Na pierwszej stronie własnoręcznie napisała:
„Kiedy ogarnie cię strach, przeczytaj te słowa i pamiętaj, że nigdy nie jesteś sam”.
Samir delikatnie przesunął palcami po starej okładce i zaczął czytać niemal szeptem. W tej chwili miał wrażenie, że nawet pośrodku bezkresnego oceanu nadal znajduje się przy nim coś bliskiego, znajomego i ciepłego.
Kapitan zauważył go jednak z daleka.
Był brutalnym człowiekiem, który lubił wzbudzać strach. Często krzyczał na pracowników, poniżał ich na oczach innych i uważał, że biedni ludzie powinni jedynie milczeć oraz bez sprzeciwu wykonywać rozkazy.
Ciężkim krokiem ruszył w stronę Samira i zatrzymał się tuż przed nim.
— Co ty tutaj robisz? — zapytał ze złością. — Nie płacę ci za siedzenie i czytanie.
Samir natychmiast wstał.
— Ale wykonałem już wszystkie obowiązki, kapitanie — odpowiedział spokojnie. — Wszystko sprawdziłem i posprzątałem.
Kapitan uśmiechnął się szyderczo.
— Skończyłeś? W takim razie niezbyt dokładnie szukasz kolejnego zajęcia.
Nagle wyrwał książkę z rąk Samira.
— Proszę, niech pan jej nie dotyka — powiedział przerażony Samir. — To jedyna pamiątka, jaka została mi po matce.
Kapitan nawet na niego nie spojrzał. Uniósł książkę, przyjrzał się starej okładce i skrzywił twarz z pogardą.
— Na moim statku nie ma czasu na takie rzeczy.
Po tych słowach zamachnął się i cisnął książkę prosto za burtę.
Samir znieruchomiał.

Patrzył, jak niewielka ciemna książka wpada do wody, przez kilka sekund unosi się na falach, a następnie zaczyna oddalać się od statku, niesiona przez prąd.
— Dlaczego pan to zrobił? — zapytał drżącym głosem.
Kapitan wzruszył ramionami.
— Idź wyczyścić burtę statku. Skoro masz aż tyle wolnego czasu.
Samir zacisnął pięści. Po raz pierwszy odważył się spojrzeć kapitanowi prosto w oczy.
— Nie miał pan prawa tego robić. To była jedyna rzecz, jaka pozostała mi po matce.
Kilku pracowników natychmiast zamilkło i odwróciło głowy w ich stronę. Nikt nie spodziewał się, że spokojny Samir odważy się odpowiedzieć kapitanowi.
Twarz kapitana poczerwieniała ze złości.
— A więc teraz śmiesz mi się sprzeciwiać?
Zrobił krok w jego stronę.
— W takim razie sam popłyń po swoją książkę. Pomiędzy rekinami.
Samir początkowo nawet nie zrozumiał, co kapitan miał na myśli. Jednak już w następnej chwili mężczyzna mocno popchnął go w pierś.
Pracownik stracił równowagę, uderzył nogą o niską barierkę i z krzykiem wypadł za burtę.
— Samir! — wrzasnął jeden z robotników.
Woda zamknęła się nad jego głową. Kilka sekund później wypłynął na powierzchnię, rozpaczliwie chwytając powietrze.
Wtedy wszyscy zobaczyli rekiny.
Od pewnego czasu krążyły wokół statku. Pod powierzchnią wody przesuwało się kilka ogromnych, szarych grzbietów, a ostre płetwy powoli zbliżały się do Samira.
Na pokładzie wybuchła panika.
— Rzućcie mu koło ratunkowe! — krzyknął ktoś.
Młody marynarz rzucił się w stronę koła, lecz kapitan nagle chwycił go za ramię.
— Stój! — ryknął. — Nikt niczego nie rzuci bez mojego rozkazu.
— Przecież one rozszarpią go na kawałki! — zawołał marynarz.
Kapitan spojrzał w dół z lodowatym spokojem.
— Trzeba było mniej się sprzeciwiać.
Samir resztkami sił próbował utrzymać głowę nad wodą.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś, co wprawiło wszystkich znajdujących się na pokładzie w całkowite osłupienie.
Widział płetwy, dostrzegał ciemne cienie poruszające się pod nim i wiedział, że zostało mu bardzo niewiele czasu. Nagle na fali tuż obok pojawiła się jego książka. Nie zatonęła.
Samir wyciągnął rękę, chwycił ją i przycisnął do piersi tak mocno, jakby nie trzymał kawałka papieru, lecz dłoń swojej matki.
I właśnie wtedy wydarzyło się coś niezwykłego.
Rekiny nagle przestały się zbliżać. Nadal krążyły wokół niego, ale nie atakowały. Jeden z ogromnych drapieżników podpłynął tak blisko, że niemal dotknął jego nogi, po czym niespodziewanie zawrócił.
Pracownicy na pokładzie obserwowali wszystko z przerażeniem i nie potrafili uwierzyć własnym oczom.
— Dlaczego go nie atakują? — wyszeptał ktoś.
Kapitan również pobladł, lecz próbował zachowywać się tak, jakby nadal panował nad sytuacją.
— To tylko przypadek — mruknął.
Nagle z oddali dobiegł odgłos silnika.
W stronę statku z dużą prędkością płynęła niewielka łódź patrolowa. Okazało się, że jeden z pracowników zdążył wysłać sygnał alarmowy, zanim kapitan zdołał zakazać udzielania pomocy.
Kilka minut później ratownicy dotarli do Samira. Jeden z nich wyciągnął w jego stronę długi bosak, a drugi rzucił mu koło ratunkowe. Samir ledwo utrzymywał się na powierzchni, ale mimo to zdołał chwycić koło, nie wypuszczając z rąk przemokniętej Świętej Księgi.
Kiedy wciągnięto go na pokład łodzi patrolowej, był blady, trząsł się i z trudem wydobywał z siebie słowa.

Następnie funkcjonariusze weszli na statek towarowy i od razu zapytali, kto odpowiada za bezpieczeństwo załogi.
Kapitan wystąpił naprzód i spróbował się uśmiechnąć.
— To był wypadek — powiedział. — Pracownik sam się poślizgnął.
W tej samej chwili młody marynarz zrobił krok do przodu.
— Nie — powiedział głośno. — Kapitan go popchnął.
Po chwili odezwał się drugi pracownik.
— Najpierw wyrzucił jego książkę do oceanu.
Wtedy trzeci dodał:
— A później zabronił nam rzucić mu koło ratunkowe.
Kapitan gwałtownie odwrócił się w ich stronę.
— Cisza! — krzyknął. — To ja jestem waszym kapitanem!
Tym razem jednak nikt już się go nie bał.
Jeden z funkcjonariuszy patrolu wyjął radio i nadał wiadomość. Kapitan został natychmiast odsunięty od dowodzenia statkiem, a po wpłynięciu jednostki do portu zabrano go na przesłuchanie w związku z prowadzonym śledztwem.
Samir spędził kilka dni w szpitalu. Przeżył, choć sam nadal nie potrafił do końca zrozumieć, jak to było możliwe. Lekarze twierdzili, że graniczyło to z cudem, ponieważ rekiny podpłynęły zdecydowanie zbyt blisko.
Samir tymczasem ostrożnie suszył przemokniętą Świętą Księgę, strona po stronie.