Teściowa jak zawsze przyszła żądać od synowej pieniędzy, ale nie wiedziała, że syn od niej odszedł.
— Swieta, jesteś w domu? — rozległo się dobrze znane sobotnie powitanie.

— Co to znowu? Znów? — niezadowolona odpowiedziała Swietłana, która właśnie zajmowała się na podwórku swoimi ukochanymi kwiatami.
Był gorący lipiec. Przez ostatnie dni temperatura w ciągu dnia utrzymywała się w okolicach 40 stopni, więc w ogrodzie można było pracować tylko późnym wieczorem lub wczesnym rankiem.
Swietłana podniosła się z kucek, odgarnęła włosy z czoła wierzchem dłoni i uważnie spojrzała w stronę furtki, przy której stała jej teściowa. Ta zawsze miała klucze zarówno od furtki, jak i od domu.
— Już coś robisz? — zagadnęła życzliwie. — Co tym razem — pielenie czy przycinanie?
— Dzień dobry, Laryso Arkadiewno. A co pani tak wcześnie? — zdziwiła się Swieta, ignorując pytanie o kwiaty. Wiedziała, że teściowa zapytała tylko dla podtrzymania rozmowy.
— Och, co za skwar, już od rana piecze. Zdrowie tego nie wytrzyma. To ciśnienie skacze, to serce uciska — powiedziała, wachlując się bawełnianym kapeluszem z namalowanymi soczystymi kawałkami arbuza.
— To trzeba było zostać w domu. Po co się w taki upał włóczyć? — odpowiedziała niezbyt grzecznie Swietłana.
— Przyszłam w interesach. No i przy okazji zobaczyć, jak się macie. Tydzień mnie u was nie było. Żenia pewnie leniuchuje, śpi jeszcze? No tak, on nie ma zmartwień, wie, że żona wszystko zrobi — ciągnęła natrętna Larysa Arkadiewna. — A ty byś go obudziła, Swieta. Nie ma co leżeć, kiedy żona już krząta się po domu.
Swietłana nie chciała w ogóle mówić o Eugeniuszu. Nawet imię jego było jej niemiłe. Dlatego nie odpowiedziała na pytanie teściowej. W ogóle obecność jej samej w nowych okolicznościach była tu zbędna.
— Co pani za interes ma? Proszę szybko, nie chcę tracić cennych porannych godzin. Pracy pełno — odpowiedziała niegrzecznie synowa.
— Sprawa prosta, Swieta… Właściwie można było poczekać na Żenię. Obiecał mi dać trochę pieniędzy. Przyszłam przypomnieć… Ale ty też możesz, sama… No, żeby go nie budzić.
— Sama co? — nagle zirytowała się Swieta.
Bardzo ją denerwowała obecność matki męża, który dwa dni temu spakował walizki i opuścił ich dom, wyjeżdżając w nieznanym kierunku. Swietłana domyślała się, że matka Eugeniusza nie wie jeszcze o ich rodzinnej dramie. Ale to jej nie usprawiedliwiało, bo znowu przyszła żebrać o pieniądze.
— Nie dostanie pani żadnych pieniędzy. Koniec, kasa zamknięta — ostro odpowiedziała teściowej.
— Swieta! Co to za ton? Dlaczego rozmawiasz ze mną jak z wrogiem? Masz humory? Nie za wcześnie? Nie, trzeba obudzić Eugeniusza. Widzę, że z tobą się nie dogadam — oburzyła się Larysa Arkadiewna.
— Budźcie! — sarknęła Swietłana i jak gdyby nigdy nic przykucnęła przy rabacie z aksamitkami.

Teściowa pewnie weszła do domu i już po chwili wybiegła stamtąd z zaskoczoną miną.
— A gdzie mój syn? Żartujesz sobie ze mnie? Dlaczego nie powiedziałaś, że Żeni nie ma w domu? Wezwali go do pracy? W dzień wolny? Co za absurd!
— Tak — tylko odpowiedziała Swieta, nie odrywając się od zajęcia.
— Tak — co? Będziesz ze mną rozmawiać czy nie? — oburzyła się teściowa.
— Tak, mówię. Całkowity absurd. Ma pani rację.
— Gdzie jest mój syn, możesz mi powiedzieć? — nalegała głośna gościnna, podnosząc głos.
— Nie mogę. Nie wiem, gdzie jest pani syn. I mnie to nie interesuje.
— Jak to nie wiesz? Jesteś jego żoną czy nie?
— Nie, już nie żoną. Coś jeszcze? — spojrzała z dołu na matkę Eugeniusza Swietłana.
— No pięknie! Wszystko wymyśli, byle mi nie dać tych pieniędzy, które synek obiecał!
— Laryso Arkadiewno, proszę iść. Do domu. Nie mam czasu. Jeśli nie ma pani nic więcej do dodania oprócz swojego żądania i mojej krytyki, to do widzenia. A lepiej — żegnajcie!
— Swietłano! — już zdezorientowana powiedziała teściowa. — Co się dzieje? Pokłóciliście się z Żenią?
— Nie, on po prostu od nas odszedł. Spakował rzeczy i odjechał swoim samochodem.
— Jak to — odszedł? Dokąd? Żartujesz!?
— Odszedł bez słowa. Dokąd?.. Podejrzewam, że do innej kobiety. Powiedział, że dom i majątek podzielimy po rozwodzie.
— I to wszystko? Nic więcej? Ale przecież tak nie bywa, Swieta! Musi być powód. Przecież u was było dobrze. Nie kłóciliście się, nie biliście, kochaliście się…

Larysa Arkadiewna wyglądała na zaskoczoną i zagubioną.
— Zadzwonię do niego i wszystko sama wyjaśnię — nagle się ożywiła.
Teściowa wyjęła ze swojej wysłużonej torebki stary telefon komórkowy i wybrała numer syna.
— Nie odbiera. Wyślę mu teraz wiadomość. Jak się obudzi, niech od razu do mnie oddzwoni.
Zamilkła na dwie minuty, patrząc, jak synowa w milczeniu zajmuje się kwiatami, po czym powiedziała:
— Swietłano, ale przecież to wszystko niepoważne! Przecież sama rozumiesz. Jestem pewna, że Żenia tylko zażartował. No, zbuntował się facet, komu się to nie zdarza? Może go jakoś uraziłaś? Choćby niechcący. To on postanowił dać ci nauczkę. Charakterek chciał pokazać. On jest taki obrażalski, ooo!
— Zażartował? — powtórzyła synowa. — Ale ja go, Laryso Arkadiewno, wcale nie uraziłam, nawet nie miałam takiego zamiaru. To on mnie zranił, mówiąc, że nie kocha i nigdy nie kochał.
— No widzisz! Kłamie przecież! Kłamie, to oczywiste! Powiedział w złości, to jasne. Czy w normalnym stanie mógłby coś takiego palnąć? Przecież wszyscy dobrze wiemy, że on kocha i ciebie, i wasze dzieci, moje kochane wnuki.
— Nie, nie kocha. Zabral wszystkie swoje rzeczy i powiedział dzieciom, że teraz będzie mieszkał gdzie indziej, choć nadal będzie się z nimi widywał.
— To on tak, bez zastanowienia, palnął. Wszystko się ułoży. Wróci syn, zobaczysz. Pewnie pojechał do Lioszy. On teraz sam mieszka, bez żony. Więc Żenia pewnie do niego się wybrał, na sto procent, tak jest. Chciał cię tylko nauczyć.
— Jest mi obojętne, gdzie on teraz jest i co postanowił. Ale tutaj, do tego domu, ja go więcej nie wpuszczę.
— Jak to, Swieta? Jak to nie wpuścisz, skoro on twój mąż, a dzieciom — ojciec? No komu się nie zdarza? Pokłócicie się, pogodnicie.

Larysa Arkadiewna bardzo chciała wierzyć, że kłótnia między synem a synową nie zakończy się źle. Zwłaszcza dla niej. Inaczej to byłby koniec. Koniec wszystkich jej planów i nadziei.
Przecież Swietłana była kobietą dobrą i ustępliwą i zawsze pozwalała Eugeniuszowi pomagać matce. A on rzeczywiście to robił, przekazując jej co miesiąc niewielką sumę ze swojej pensji.
A teraz co? Jeśli syn będzie miał inną żonę, jak twierdzi synowa, to nie wiadomo, jak to się potoczy. A i z pomocą finansową mogą pojawić się problemy.
Zapadła cisza. Swietłana dalej krzątała się przy rabacie z kwiatami, całym swoim zachowaniem okazując obojętność wobec przybyłej teściowej. Larysa Arkadiewna natomiast rozpaczliwie czekała na jakąkolwiek wiadomość od syna i nie odchodziła. Odejść — znaczyłoby całkowicie zrezygnować z tych pieniędzy, na które tak bardzo liczyła, przychodząc tutaj.
— No to jak, Swieta? Może jednak dasz mi te dwadzieścia tysięcy, które obiecał Żenia? Przecież rozmawialiśmy o tym dosłownie parę dni temu. Już nawet zadzwoniłam po fachowca, ma przyjechać i obejrzeć mój lodówkę. Ciężko bez lodówki, lato w pełni, taki upał, a ona nie działa. Może nawet nową trzeba będzie kupić — spróbowała zagadnąć teściowa.
— Żartuje pani? Jakie pieniądze? Dlaczego miałabym pani je dawać? Mnie samej ktoś by się teraz przydał, żeby mi dorzucił na życie. Z dziećmi będziemy żyć z mojej jednej pensji. Kiedy jeszcze zacznę dostawać alimenty od Eugeniusza! Jeśli w ogóle będą! — powiedziała niezadowolona Swietłana, ze złością rzucając na bok łopatkę, którą dosypywała nawóz do roślin…
— Jakie jeszcze alimenty, Swieta? No co ty, znowu swoje? Przecież mówię ci – twój mąż wróci do domu, jak miły wróci. I nie będzie żadnego rozwodu, zobaczysz. Sama się potem będziesz śmiała z własnych słów, kiedy się pogodnicie. A mnie te pieniądze są potrzebne jak powietrze. Jakżeście się pokłócili w takim momencie, aż brak słów! Mogliście wstrzymać się ze swoimi rozliczeniami – wyrzuciła z siebie w emocjach Łarysa Arkadiewna, już nie panując nad sobą.
— Co za bzdury pani wygaduje? Mieliśmy się kłócić według pani harmonogramu? To mogła go pani przedstawić, ale nie zrobiła tego, więc wybaczy pani, wyszło jak wyszło. A w ogóle, zmęczyła mnie pani. Proszę wyjść. I o pieniądzach przy mnie proszę więcej nie wspominać. Nie tutaj, tu pani już nikt nie pomoże.
W tym momencie u teściowej głośno zadzwonił telefon. Spojrzawszy na ekran, zawołała radośnie:
— A, dzwoni Żenia! Już wszystkiego się od niego dowiem! Halo, synku, gdzie jesteś? Co się stało? Przyszłam do was, a tu co się dowiaduję! Swietłana mówi mi jakieś okropne rzeczy! — wyrzuciła z siebie matka, nie dając synowi dojść do słowa.
Jednak Jewgienijemu udało się przebić przez słowotok matki i ta na chwilę umilkła, słuchając, co ma do powiedzenia.
— Odszedł? Dokąd odszedł? Do kogo? Ty żartujesz? Jaka jeszcze Olga, synku? Rozrywasz mi serce! A dzieci? Jak one bez ciebie? A wasz dom, przecież tyle sił i środków w niego włożyłeś? — padały pytania z ust zszokowanej Łarysy Arkadiewny.
Porozmawiająwszy z synem jeszcze kilka minut, kobieta się rozłączyła.
— Powiedział, że zakochał się w jakiejś Oldze… Co to za Olga, skąd się wzięła? Ale nie wierzę mu, Swieta. On mówi to na złość tobie. Wie, że jestem teraz tutaj, obok ciebie, dlatego tak mówi, żebyś za wcześnie nie przejrzała jego planów. Jewgienij nie może porzucić wszystkiego, dla czego żył i pracował przez ostatnie dziesięć lat. I dzieci też. Nie może! To jakieś kompletne bzdury! Tu masz rację, Swietoczka, to czysty nonsens.
— To już wszystko? — spytała Swietłana, patrząc na teściową z kpiną.
— Nie, nie wszystko. Co teraz? Bo jeśli teraz pozwolić ci uwierzyć, że mój synek naprawdę cię rzucił, możesz narobić głupstw… nieodwracalnych.
— Co?! — zdumiała się synowa. — O czym pani mówi? Gorszego niż to, co zrobił pani syn, trudno sobie wyobrazić!
— Wiem, co mówię, Swieta! Przeżyłam swoje i wiele widziałam. Żenia wróci za dwa, trzy dni, no może za tydzień, a tu go nikt nie będzie czekał. Za późno! Miejsce zajęte!
— Nawet tak? — z jadowitym uśmiechem spytała synowa, rozumiejąc, do czego zmierza matka Jewgienija.
— Tak. I tak może być. Z urazy do Żeni przygarniesz jakiegoś włóczęgę, a on będzie zadowolony – gotowy domek, wszystko, czego trzeba do życia! I gospodyni – młoda, piękna kobieta. A mój biedny synek i nie będzie miał dokąd wrócić!
— I co pani proponuje? — Swietłana w duchu nie mogła się nadziwić słowom teściowej. Takiej reakcji się nie spodziewała. — Siedzieć i czekać, aż pani nieuczciwy syn raczy sobie przypomnieć o swojej pierwszej rodzinie? Dobrze rozumiem? W łzach czekać na jego powrót?
— Tak, dobrze. Czekać! I on wróci. Wprowadzę się tu, do was. I będę cię pilnować. A syn mi tylko potem podziękuje!
— Pilnować?! Coraz bardziej przekonuję się, że psychiatryk za panią płacze, Łaryso Arkadiewno. Pani nie jest psem, a ja nie jestem skarbem, żeby mnie pilnować.
— A jednak…
— Nie, powiedziałam! Tutaj pani mieszkać nie będzie! Wynoście się stąd! — krzyknęła Swietłana tak, że sama się siebie przestraszyła.
Świeża była jeszcze uraza do męża, a tu to przedstawienie absurdu. Pilnować ona będzie, śmiech na sali! Kto by uwierzył? Czy cały ten spektakl tylko po to, żeby zdobyć obiecane przez Jewgienija pieniądze?
— Pożałujesz, Swietłano! Och, jak pożałujesz. Chciałam dobrze. Twój mąż się opamięta, zrozumie, że tam nikomu nie jest potrzebny, minie mu ta fanaberia i wróci. A tu dom rodzinny, dzieciaki, i ty – wierna, przykładna żona. I domu nie trzeba będzie dzielić, sprzedawać, wszystko będzie jak dawniej. A ty chyba chcesz zniszczyć wszystko, co razem z moim synem tworzyliście przez lata.
— Ja chcę zniszczyć!? — osłupiała synowa. — Ja? Pani dobrze się czuje?
— Tak, ty! Bo żona to ostoja rodziny. I nieważne, co przyjdzie do głowy mężczyźnie, ale żona zawsze powinna dbać o zachowanie rodziny, domowego ogniska. Żony są zawsze mądrzejsze od mężów!
Zmęczona tymi bzdurami Swietłana chwyciła teściową za łokieć i mimo jej oporu wyprowadziła kobietę za furtkę, zamykając drzwi na dodatkowy rygiel.
— O tak!
Łarysa Arkadiewna, urażona i rozżalona, musiała opuścić dom syna i synowej, nie osiągnąwszy celu, dla którego przyszła. W jej głowie rodził się już nowy plan.
Trzeba było pilnie dowiedzieć się, kim jest ta Olga, która pojawiła się u syna. I jak zareaguje na to, że Jewgienij zamierza pomagać matce.
Z takimi myślami wybrała numer syna.
— Żenia, ja oczywiście jestem przeciwna twojej decyzji, by zostawić żonę i dzieci. Twój czyn jest nierozważny. Ale czy twoja nowa wybranka jest warta takich ofiar? Naprawdę nie mogłeś obejść się zwykłym romansem, jeśli już tak cię nosiło? — zapytała z wyrzutem.
— Mamo, jaki romans? Kocham Olę. I niedługo urodzi nam się dziecko. Ale oczywiście nie zostawię też Pieti i Maszeńki — odpowiedział Jewgienij.
— A kiedy mnie z nią poznasz? Muszę wiedzieć, w czyje ręce oddaję syna.
— Nie, mamo, z tym trzeba będzie poczekać. Ola w ogóle nie chce, żeby rodzina wtrącała się w życie jej domu. Więc w najbliższym czasie to niemożliwe.
— A co z pieniędzmi? Przecież obiecałeś mi dać na naprawę lodówki — przypomniała sobie Łarysa Arkadiewna.
— Niestety, mamo! Obiecałem ci to parę dni temu, ale wtedy nie byłem pewien, że odejdę od Swiety. Sprawa była jeszcze otwarta. Wiesz przecież, że ona nigdy nie była przeciwna, żebym ci pomagał. Ale teraz wszystko się zmieniło. Tyle wydatków naraz — i dla Oli, i dla przyszłego dziecka. Więc zapomnij — zasmucił matkę syn.
— Jak to tak! Przecież te pieniądze są mi tak potrzebne!
— A spytaj Swietę, może da?
— Nie, nie da. Wystawiła mnie za furtkę, bezczelna. I można ją zrozumieć. Jest na ciebie obrażona. A ja przez to cierpię. I co ja mam teraz zrobić? I czemu wam się razem nie żyło dobrze? Mieliście wszystko do szczęścia, a nie potrafiliście tego ocalić — powiedziała matka filozoficznie. Ale odpowiedzi nie otrzymała.